Łączna liczba wyświetleń

sobota, 26 marca 2016

Coś na kształt życzeń

Co roku mam ten sam problem i co roku posiłkuję się słowami mądrzejszych ode mnie. W tym roku szukałam wyjątkowo długo słów, które oddałyby to co czuję a jednocześnie miały w sobie poza mądrością także ducha pokory, aby poskromić w sobie złość, bunt, bezsilność i przerażenie. I tak trafiłam na wiersz księdza Twardowskiego, który chyba jeszcze nie jest na cenzurowanym.   

Którędy

Którędy do Ciebie
czy tylko przez oficjalną bramę
ze świętymi bez przerwy
w sztywnych kołnierzykach
niosącymi przymusowy papier z pieczątką
może od innej strony
na przełaj
trochę naokoło
od tyłu
poprzez ciekawą wszystkiego rozpacz
poprzez poczekalnie II i III klasy
z biletem w inną stronę
bez wiary tylko z dobrocią jak na gapę
przez ratunkowe przejście na wszelki wypadek
z zapasowym kluczem od samej Matki Boskiej
przez wszystkie małe furtki zielone otwierane z haczyka
przez drogę niewybraną
przez biedne pokraczne ścieżki
z każdego miejsca skąd wzywasz
nie umarłym nigdy sumieniem.

ks. Jan Twardowski

Spokojnych, Pogodnych, Radosnych 
Świąt Wielkanocnych
bez nerwów, kłótni, stresów, 
abyśmy na chwilę zapomnieli
o tym, co nas dzieli
abyśmy wybaczyli
tym co nas skrzywdzili,
abyśmy dojrzeli sens 
w bezsensie zdarzeń
abyśmy narodzili się na nowo
z wiarą, nadzieją i miłością,
abyśmy byli silni i zdrowi
jednym słowem
Alleluja

niedziela, 13 marca 2016

Sienkiewicz Alina Nofer- Ładyga

Chciałam przeczytać biografię, trafiłam na analizę utworów pisarza z przewijającymi się informacjami na temat życia twórcy. Nie winię za to autorki, bo podjęła się ona zupełnie innego zadania. Trochę mylący jest tytuł, który sugeruje opis życia a nie twórczości, choć na dobrą sprawę jedno i drugie łączą się nierozerwalnie. 

Pani Nofer- Ładyga podeszła do zadania bardzo poważnie, bibliografia wskazuje na liczne źródła; są to głównie pisma, wspomnienia, opracowania czy prasa z końca XIX wieku. 
Twórczość Sienkiewicza znam głównie od strony Trylogii i Quo Vadis, a zatem pogłębione analizy pozostałych utworów (Szkice węglem, Wiry, Bez dogmatu, Krzyżacy, Rodzina Połanieckich - dwa ostatnie znam tylko z ekranizacji) przejrzałam dość pobieżnie. 
Zainteresowanie pisarza rycerskim eposem kształtowało się już w dzieciństwie. 
Nie wiem i nie pamiętam, czy umiałem już czytać, gdy uczono mnie śpiewów historycznych Niemcewicza. Chciałem wówczas jeździć po cecorskim i po innych błoniach, jak Sieniawski- ‘odważny i smutny’- innymi słowy pragnąłem być rycerzem, Potem rozpalił mą wyobraźnię Robinson Cruzoe i Szwajcarski. Marzeniem moim było osiąść na bezludnej wyspie. Te wrażenie dziecinne zamieniły się z czasem w chęć i zamiłowania do podróży… Trzecią książką, która wywarła na mnie nadzwyczajne wrażenie, było ilustrowane życie Napoleona. Od chwili jej przeczytania chciało mi się być wielkim wodzem. (Str. 38)
Autorka pisze o młodzieńczych marzeniach udziału w bitwach, zainteresowaniu powieściami wojennymi, o książkach Waltera Scotta i Aleksandra Dumasa, o Szekspirze i Homerze -pozaszkolnych lekturach. Młodzieńcze lata przypadły na okres przygotowań do powstania styczniowego. Sienkiewicz, prawdopodobnie powstrzymany zakazem rodziców nie brał w nich udziału. Ciekawe, w jaki sposób to posłuszeństwo mogło wpłynąć na jego twórczość czy późniejsze poglądy. Młody człowiek wychowywany w duchu patriotycznym, marzący o bohaterstwie na polu chwały nie mając możliwości przekucia pragnień w czyny wysyła swoich literackich bohaterów na wojny, daje im zaznać licznych przygód a także chwały i sławy. Czyżby pisanie było rodzajem rekompensaty. Ale to tylko moje przypuszczenia. 
Portret psychologiczny młodego człowieka odbiega od tego, jaki dziś znamy. Racjonalista i sceptyk, świetnie zorientowany w kierunkach wiedzy współczesnej, wyznawca koncepcji człowieka myślącego, pomijającej przywileje urodzenia i stanu, polemicznej wobec pretensji szlachecko-klerykalnego zaścianka. (str. 49). Po latach to się zmieni. I to dość radykalnie. 
Sienkiewicz początkowo studiował medycynę, jednak, ku utrapieniu matki porzucił studia na rzecz filozoficzno-historycznych. Te porywy fantazji i bujność wyobraźni (...) nie dadzą mu, niestety, pewnego, niezawisłego chleba, na który pracować przeznaczony! Z postępem lat i doświadczeniem przejdą same z siebie, wynikiem ich będzie kilkanaście arkuszy zabazgranych uczonymi rozprawami, których nikt czytać nie zechce, a stanowisko jego w świecie pozostanie zawsze na stopniu tak niskim, że mu ani sławy, ani szczęścia dobrego bytu nie zapewni (str. 52). Te obawy rodzicielki, jak pokazał czas okazały się chybione. 
Początkowo zajmował się dziennikarką. Sporo podróżował, długi czas spędził w Ameryce, podróżował po Europie, doświadczenia i obserwacje zawarł w cyklu korespondencji. Najbardziej znane są Listy z podróży do Ameryki. Przedstawił w nich ciekawy (realistyczny) obraz świata i dał wyraz demokratycznym poglądom. Zdarzyło się nawet, iż odmówiono raz publikacji listu z powodu jego radykalnie antyreligijnego, ultra ateistycznego charakteru. Wydaje się to dziś niewiarygodne; Sienkiewicz antyreligijny? No ale to był epizod w życiu pisarza.
Wróciwszy do kraju rozpoczął poszukiwania własnej drogi. Nie aprobował ówczesnej ideologii pozytywistycznej, nie odpowiadał mu też nurt realistyczny. O twórczości Zoli pisał „człowiek zmęczony aż nadto rzeczywistym życiem - rad by choć na chwilę od niego się oderwać i choć w literaturze znaleźć otuchę, zapomnienie, nadzieję… Zola nie może być przewodnikiem ani dla naszych czytelników, ani dla naszych pisarzów. Jest on objawem może naturalnym w społeczeństwie tak wyrafinowanym jak francuskie, które przy tym, przy ogromnej różnorodności smaków, pożądań, celów, zatraciło świadomość, co właściwie ma być głównym upragnieniem i jedynym celem. Być może, że wskutek tego wielu ludzi utraciło wiarę w taki wyższy cel. Ci szukają wrażeń i ostrej podniety dla stępiałych nerwów- i tym prawdopodobnie Zola wystarcza. My jesteśmy w innym położeniu. Nam iść w górę, nie staczać się w dół. Droga nasza jest inna, poważniejsza, surowsza, więc i powieść ma zadanie odmienne, a mianowicie powinna dawać zdrowie, nie rozszerzać zgniliznę. (str.165-166). Podobnie ostro potraktował utwory kolegów po piórze; Prusa, Orzeszkowej i Konopnickiej. To, co dla tamtych było obowiązkiem pisarza, dla Sienkiewicza należało do spraw, które należy przemilczeć. 
Rozczarowany rzeczywistością zwraca się w przeszłość, tam chcąc szukać przyczyn upadku kraju. Jednak z czasem nie tyle szuka przyczyn, co odnajduje w niej źródło tradycji, ideałów, chluby. Nie widzi jej wad, a idealizuje zasługi. Literatura, która ma krzepić czytelników winna odnosić się do tego, co w przeszłości najlepsze, a jeśli zabraknie tego co można by wziąć na warsztat to zawsze można wykreować przeszłość wspanialszą i piękniejszą, bohaterów dobrych, cnotliwych, a jeśli błądzących to i tak koniec końców nawracających się na łono kochanej Ojczyzny. 
Autorka pisze zarówno o historycznych przekłamaniach, o jednostronności spojrzenia pisarza, o założonej apriori idei, której podporządkowuje fabułę powieści, o papierowych (prostych) bohaterach, jak i o umiejętności barwnego opisywania zdarzeń, pięknym języku literackim, świetnym stylu oraz o niezwykłym talencie do tworzenia niezapomnianych kreacji (Zagłoba, Petroniusz, Kmicic). 
Bohaterowie Sienkiewicza nie są skomplikowani. Widać ich jak na dłoni i w miłości i w wojnie. Nie mają żadnego wnętrza, żadnego drugiego dna. Świat ich przeżyć jest w gruncie rzeczy niezwykle ubożuchny, tyle, że pogmatwany przygodami. Na filozofowanie nie ma w tym świecie miejsca, tak jest wypełniony emocjami różnego kalibru i służbą na ołtarzu Ojczyzny. Ale gdzie spotka się drugiego takiego Zagłobę? (str. 242)
Wskazuje także na uważaną za najlepszą w Quo vadis a może nawet w całej twórczości pisarza postać Petroniusza. Był on zdaniem wielu krytyków uczuciowo dużo bliższy Sienkiewiczowi niż Św. Piotr. (str.313). 
O mojej ukochanej powieści Sienkiewicza Quo vadis pisze, atrakcyjność (jej) nie polega na idei utworu, ale na jego postaciach, scenach, doskonale skonstruowanej akcji, w której nie ma ani jednego zbędnego wątku, i w całym tym świetnym i barwnym obrazie antycznego świata (str. 313). 
I przyznaję rację, bo przecież nie ten nieprawdziwy, wyidealizowany obraz pierwszych chrześcijan, którzy z pieśnią na ustach idą na rozszarpanie lwów i nie te papierowe postacie Marka Winicjusza czy Ligii są jej zaletą.
Umiejętność opisania historii w sposób tak barwny i zajmujący, że nawet największe kłamstwo staje się prawdą to też nie lada sztuka. To ona zyskała mu szerokie grono wielbicieli. 
Autorka ani nie odmawia pisarzowi wielkości, ani też go nie gloryfikuje. Jawi się on, jako postać niejednoznaczna w przeciwieństwie do jego powieści. Z jednej strony marzyciel, idealista, konserwatysta z zamiłowaniem do idei narodowościowych, z drugiej samotnik, odmieniec, esteta, człowiek utalentowany. 
I dwie jeszcze ciekawostki.
Sienkiewicz i podróże. 
Z jednej strony to podróżnik z zamiłowania (Warszawa, Kraków, Kaltenleutgeben, Włochy [Rzym, Neapol, Florencja], Francja, Anglia, Belgia, Niemcy, Hiszpania, Egipt, Zanzibar, Ostenda, Sopot, Cieplice, Karsbad. Z drugiej człowiek, który nigdzie nie czuł się dobrze. 
„Hegoland jest obskurną dziurą pod każdym względem. Jadło pod psem (nigdy kąpiel nie miała więcej nad 13 R), towarzystwo pod psem- skarżył się przyjaciołom, „Zakop (ane) nieznośne. Po wszystkich zakątkach procesja. Ludzi mnóstwo- czysta linia AB. Wcale nie wychodzę z domu i klnę przez sztachety. A szkodzi mi ten klimat, jak zawsze do najwyższego stopnia. Nogi, krzyże, żołądek- wszystko złe. Urągam Zakopanemu, górom i piszę- oto, co czynić powinien prawdziwy desperat” (str. 252)
Sienkiewicz a Wyspiański
Po premierze Wesela (Wyspiańskiego) miał powiedzieć No albo ja jestem grafoman, albo to on jest grafoman. (str. 380-381). 
Gdybym mogła to skomentować napisałabym - Panie Henryku - myli się pan, ani Wyspiański nie był grafomanem, ani pan nim nie był. Choć każdy z was był pisarzem w innym wymiarze. 
Sienkiewicz dla mnie jest takim Matejką literatury. Obu poważam i cenię, ale obaj wydają mi się za bardzo patetyczni. A może to "wina" tych, którzy ich na piedestał stawiają szafując pojęciami, które dziś zostały mocno zdewaluowane. 

poniedziałek, 29 lutego 2016

Lochy Watykanu Andre Gide

Po raz kolejny i pewnie nie ostatni zainspirowała mnie Ada z bloga Kraków i okolice, cytując u siebie parę wypowiedzi z Dziennika Gide`a. Dziennika niestety nie udało mi się wypożyczyć, ale za to dostałam Lochy Watykanu. 
Autor i jego książka wpisany był swego czasu przez Kościół na Indeks ksiąg zakazanych; któż tam zresztą nie figurował;. Najświetniejsze umysły zeszłych stuleci, z moich ukochanych Francuzów choćby Balzak, Flaubert, Hugo, Zola (a to tylko parę nazwisk). Swoją drogą ciekawe czy kiedyś zamieszczenie nazwiska na Indeksie było tak samo dobrą reklamą dla książki i jej autora, jak dziś są negatywne wypowiedzi przedstawicieli Kościoła na temat jakiegoś filmu. Myślę, że tak, bo natura ludzka lubi być przekorna i człowiek sięgnie po owoc zakazany prędzej niż po książkę, o której istnieniu bez tego zakazu nawet by nie wiedział. 
W naszych czasach może zadziwiać powód ujęcia książki na indeksie, ale w roku jej wydania (ponad sto lat temu) pisanie o obojętności duchownych na krzywdę ludzką i wykorzystanie cudu nawrócenia dla potrzeb ideologii było jak policzek wymierzony najwyższym władzom duchownym. 
Lochy Watykanu kojarzą mi się z Pustelnią Parmeńską Stendhala w sposobie opisu, klimacie, narracji, ale o ile tamta lektura nieco mnie wynudziła (przepraszam Elu, pamiętam, że to jedna z twoich ukochanych książek), o tyle tę czytało mi się wyjątkowo lekko. 
Sama historyjka nie jest może wielce zajmująca, ale podobnie, jak u Stendhala jest tutaj opis życia zarówno mniej zamożnej prowincji, jak i arystokracji, jest porwanie (choć fałszywe), jest intryga i próba uwolnienia rzekomego zakładnika. 
Ale to wszystko to tylko tło, bo najważniejsi są bohaterowie.
Jakież wspaniałe typy ludzkie i jak pięknie opisani - trochę ironicznie, trochę żartobliwie, trochę sarkastycznie. Począwszy od drugoplanowej bohaterki - Małgorzaty – żony Juliusa męczennicy z wyboru, której „nieszczęściem życie nie przynosi nic złego, mając od życia samo dobre, jej zdolność mężnego znoszenia cierpień zmuszona jest szukać pokarmu w małych przeciwnościach; korzysta z najdrobniejszych rzeczy, aby zyskać jakąś rankę, zaczepia się i kaleczy o wszystko” (str.29), poprzez Armanda - Dubois, który odnajdując wiarę traci powodzenie życiowe, a poznając prawdę o fałszywym papieżu znowuż tę wiarę porzuca nie chcąc być wystrychniętym na dudka (bo a nuż okaże się, że Pan Bóg też jest fałszywy), aż po Juliusa Baraglioul, który "żyjąc cnotliwie nie ma nic przeciwko życiu w dostatku, bo choć fałszywe dobra odwracają od Boga, to koniec końców należą się one żyjącym zgodnie z wiarą Kościoła", bo „niechże Kościół uczy gardzić nimi, ale niech ich nie pozbawia” (str. 127), czy wreszcie „można być doskonałym chrześcijaninem, nie lekceważąc korzyści związanych z pozycją, w jakiej Bogu spodobało się nas pomieścić” (str. 248). I credo Juliusa „dusze najbezinteresowniejsze nie są koniecznie najlepsze - w katolickim znaczeniu słowa; przeciwnie, z punktu widzenia katolickiego dusza najlepiej urobiona jest ta, która najlepiej prowadzi swoje rachunki” (str. 187). Myślę, że pogląd ten nadal podziela całkiem spora część duchowieństwa (niestety). 
No i w końcu postać Lafcadia, która nasuwała skojarzenie z Dorianem Greyem Wilda. I choć pozornie zupełnie inni, tamten chciał czerpać z życia pełnymi garściami folgując swoim namiętnościom w poczuciu bezkarności, ten nie ma żadnych pragnień, jest znudzony życiem, szuka czegoś, co zapewni mu podnietę, pobudzi go do życia. „Wychowywany” (albo raczej wykorzystywany) przez kochanków matki bękart jest amoralny, wydaje się, że spróbował już wszystkiego, a życie upływa mu bez celu. Wegetuje i wtedy, kiedy nie ma na talerz zupy i wówczas, kiedy otrzymuje pieniądze ze spadku po ojcu. Pewnego dnia pod wpływem impulsu postanawia zabić człowieka, ponieważ taki pomysł wpadł mu do głowy, więc chce się przekonać, czy będzie umiał tego dokonać i co będzie dalej. „Zresztą, nie tyle wypadków jestem ciekawy, ile siebie samego. Niejeden, który uważa się za zdecydowanego na wszystko, w obliczu czynu cofnie się… Jakże daleko jest od wyobrażenia do faktu”(str. 205). 
A kiedy swój zamysł zrealizuje największą odrazą napełnia go fakt, iż zbrodnia mogłaby zostać przypisana komuś innemu. 
Ale czyż postępek Lafcadio spotyka się z potępieniem "uczciwego" Juliusa, nie, bo przecież policja znalazła już sprawcę, więc Lafcadio lepiej by zrobił siedząc cicho. 
Powieść zawiera też humorystyczny element, jest nim farsowy opis przygód Amadeusza, który niczym Don Kichot na walkę z wiatrakami wyrusza uwolnić z opresji papieża. Biedny, naiwny, prostoduszny człowieczek, któremu przyjdzie zapłacić najwyższą cenę za swą chęć niesienia pomocy. 
Lochy Watykanu to dla mnie książka o obłudzie, wierze podporządkowanej potrzebom chwili. Antym wierzy, dopóty, dopóki jest nadzieja, iż dzisiejsza wiara da mu lepsze życie przyszłe, a także dopóty, dopóki wiara daje nagrodę w pozbyciu się kalectwa, Julius wierzy, bo jego wiara nie wymaga wyrzeczeń, z łatwością godzi potrzebę duszy z dostatnim poziomem życia. 
To także książka o genezie zbrodni, a może raczej; o bezkarności i karze. Lafcadio twierdzi, iż nie boi się wyrzutów sumienia, a jednak mówi, że „żył nieświadomie, zabił jak we śnie, to koszmar, w którym się szamocze od tego czasu” (str.260). Jest w tym coś z Dostojewskiego. 
To bardzo udane pierwsze spotkanie z pisarzem. 

piątek, 26 lutego 2016

Zatrzymać chwili blask i kolor (spotkania z impresjonistami)

Zaschnięta farba na palecie

I plamka świtu tak maleńka
Ech dobrzy ludzie wy nie wiecie
Czym jest codzienna twórcza męka


W Orsay (zrobione komórką) Paryż -nie galeria handlowa :)*

Kac po absyncie, diable białym
I biel nieodpisanych listów
Ręce za ciężkie i nieśmiałe
Oto jest świt impresjonistów

W Muzeum Van Gogha (Amsterdam)
I co dzień trudzi się powieka

By wstrzymać chwilę co ucieka
Jednego oczy chcą aż bolą
Zatrzymać chwili blask i kolor


W Petit Palace (Paryż)
Wypijasz pierwszy kawy haust

Rozrabiasz farbę sprawa prosta
I szepczesz chwili tak jak Faust!
Zostań… Zostań… Zostań… Zostań…



Wystawa Paul Durand-Ruel w Muzeum Luksemburskim (Paryż)
Wstrzymały chwile lot motyli

Dziś są w muzeach – bardzo proszę
Przebyły drogi szmat od chwili
Gdy marszand kupił je za grosze

W Somerset House w Londynie 
Dziś warte są niejeden milion
Choć go nie ujrzał nikt z artystów
Klimatyzacja i sterylność
Oto jest dziś impresjonistów



W Oranżerii Paryż

A tak trudziła się powieka
By wstrzymać chwile co ucieka
Faust o tym marzył tak nieśmiało
Impresjonistom się udało

W National Museum of Scotland (Edynburg)
Nagroda jest czujnika blask
I strażnik na państwowym żołdzie
Geniuszom, co wstrzymali czas
W hołdzie… W hołdzie… W hołdzie… W hołdzie…

W National Gallery (Londyn)


Nie podałam tytułów i malarzy, bo to dość rozpoznawalne dzieła. Zostawię wam przyjemność zidentyfikowania twórców. 
We wpisie wykorzystałam słowa piosenki śpiewanej przez Michała Bajora, które napisał pan Wojciech Młynarski. Ilekroć jej słucham mam przed oczyma te cudowne obrazy oglądane w galeriach i sceny z filmu Vincent i Theo Altmana gdzie obrazy licytacji dzieł Vincenta w których padają kwoty z oszałamiającą ilością cyferek przeplatają się z obrazami jego nędznej egzystencji.


*ilekroć myślę o Orsay`u w Paryżu przypomina mi się pytanie jednej z moich koleżanek - masz na myśli tę galerię handlową? :) 


wtorek, 23 lutego 2016

Pałac z Tysiąca i Jednej Nocy, czyli Pałac Pena w Sintrze

Kolejny kiepski dzień. Dla poprawy nastroju sięgam po zdjęcia z wakacji i trafiam na barwną budowlę, której widok (mimo, iż niektórzy określą ją mianem kiczu) może poprawić humor. Eklektyczny obiekt pokryty gamą różnobarwnych kolorów nie ma w sobie nic wyrafinowanego, a jednak nie widziałam człowieka, czy to małego, czy dużego, któremu nie sprawiłaby przyjemności wizyta w Bajkowym Pałacu niczym z Tysiąca i Jednej Nocy. Romantyczna wizja idealnego Pałacu urzeczywistniła się w Sintrze, miejscowości położonej niecałą godzinę godziny drogi od Lizbony. Sama nie wiem, czy częściej ulegałam zadziwieniu z powodu pomieszania stylów (epok) zadzierając głową ku fasadzie, aby obejrzeć kolejny detal, czy częściej ulegałam dziecięcej radości z wizyty w miejscu niczym z bajki. Czasami dobrze jest dać się ponieść nie wymagającej analizowania  
przyjemności z podziwiania wytworu ludzkiej wyobraźni w służbie czyjegoś kaprysu. 
Kaprys miał Ferdynand von Sachen – Couburg drugi mąż portugalskiej królowej Marii II, który zlecił baronowi von Eschweg stworzenie portugalskiej wersji delirycznego zamku Neuschwanstein Ludwika Bawarskiego (pisała o nim Łucja tutaj). Ferdynand poślubił owdowiałą królową per procura. Później musieli się jednak spotkać, przynajmniej parę razy, bowiem, kiedy on czuwał nad budową wymarzonego domostwa (położony w górach bajkowy pałacyk
Potwór morski nad Łukiem Trytona 


ona rodziła kolejne dzieci (a mieli ich jedenaścioro). Przy ostatnim porodzie królowa zmarła. Budowa pałacu trwała zaledwie dwanaście lat, z czego ostanie siedem zajęły zdobienia (była połowa XIX wieku). Wyczyn nie lada, zważywszy na to, iż Pałac umieszczony jest na najwyższym pięciuset metrowym wzgórzu Sintry. 
Podobno Maria przed śmiercią zdążyła go zobaczyć.
Budowla powstała w miejscu chrześcijańskiej świątyni (XV wiecznego klasztoru pustelników z bractwa Hieronima). Jakiż dysonans pomiędzy prostotą i skromnością klasztoru (tak go sobie wyobrażam), a złożonością i przepychem Pałacu. 
Słoneczne (a nawet świetliste) kolory fasady (żółć, beż i ceglana czerwień) zostały stonowane porcją spłowiałego błękitu. Wieże i wieżyczki, zdobienia, ażury, mozaiki, rzeźby i płaskorzeźby, bramy, łuki, kolumny, balkoniki, pilastry -  czego tu nie ma. Zachwycają misterne detale, a wzrok przyciąga strzegący Pałacu umieszczony nad Łukiem Trytona potwór morski. 


To eklektyczne połączenie wielości w jedność nie wprowadza dysonansu. 
Style gotycki, egipski, manueliński, dalekowschodni, renesansowy, mudejarski (znawcy dopatrzą się pewnie jeszcze innych) mieszają się ze sobą, a odwiedzający znajdą przyjemność w ich identyfikacji. Trochę to jak zabawa w szukanie charakterystycznych cech zdobniczych. 
Kicz czy dzieło sztuki? A to już rzecz gustu. W każdym razie trudno przejść obojętnie. 
Dekoracyjność obiektu, zarówno z zewnątrz, jak i w środku jest imponująca.   
Może miałam pecha, bowiem podczas pobytu w Sintrze padał deszcz i wiał silny wiatr, tak silny, że z wielką ostrożnością przemierzałam mikroskopijnej wielkości balkonik ciągnący się wzdłuż jednej z wieżyczek. A może to nie był pech, bowiem w słoneczny dzień pałac mógłby wydać się zbyt bajkowy (jak polukrowany kawałek tortu). A tak chmurność dnia stonowała jego jaskrawo barwną powłokę.