sobota, 3 listopada 2018

Florenckie powroty


Fragment Duomo z Kopułą
Znana mi osoba pisząc o Florencji napisała,  iż jest to miasto-mauzoleum (w rozumieniu cmentarzyska przeszłości), pisała o rozczarowaniu, o całkowitym nie zrozumieniu syndromu Stendhala oraz przytłoczeniu nadmiarem. Był to bardzo ciekawy tekst, taki trochę pod prąd. Przy powszechnym zachwycie, jakie budzi miasto, albo jaki starają się wykrzesać z siebie turyści, bo przecież nie wypada inaczej, ta opinia się wyróżniała na tle innych. Ja oryginalna nie będę. Ja się zachwycam. Od drugiego tam pobytu zachwycam się nieodmiennie. Choć może właściwiej byłoby napisać zachwycam się za każdym razem inaczej, mocniej, silnej, głębiej, z większym zrozumieniem, z jeszcze większym uczuciem, a nagromadzony tu nadmiar sztuki choć wywołuje uczucie szybszego bicia serca i egzaltację niezwykłą dla pań w wieku dojrzałym, nie powoduje konieczności leczenia. Może zbyt mało we mnie wrażliwości, aby uwieńczyć pobyt szpitalem.
Przy kolejnych już odwiedzinach w mieście (o ile dobrze liczę
Detal na fasadzie Duomo
szóstych) mój zachwyt był bardziej stonowany, co sprawiła zarówno powtarzalność wrażeń, jak i wiek podróżniczki i jej stan zdrowia. Choć czasami wydaje mi się, że dwa ostatnie czynniki działają dokładnie odwrotnie, im mniej mamy drogi przed sobą, tym zachłanniej chcemy czerpać z każdej nadarzającej się okazji. Kiedy zamykam oczy i myślę Florencja widzę ogromną bryłę Duomo z kopułą Bruneleshiego - tym fantastycznym odwróconym jajem. Widzę Piazza Signoria ze znajdującymi się tam pomnikami, wśród których wielu dostrzega i zapamiętuje jedynie Dawida, a przecież jest ich tyle, że plac można by nazwać małym muzeum na powietrzu. Zapytana, co we Florencji powinno zobaczyć się w pierwszej kolejności nie potrafiłam dać odpowiedzi. Nie dlatego, że nie mogłam sobie przypomnieć, jakie skarby skrywa kolebka renesansu, ale dlatego, że pominięcie któregokolwiek z nich wydawałoby mi się niepowetowaną stratą. Muzea i świątynie kryją ogromnie bogactwo zbiorów, wybór tylko kilku z nich jest trudny, zwłaszcza dla osoby emocjonalnie związanej z miastem. Bo ja odczuwam je zmysłami; moje oczy mogą godzinami chłonąć trójkolorowy marmur, odbite w wodzie zarysy Ponte Vecchio, pomnik wielbiciela Beatrice na tle Santa Croche, panoramę miasta ze wzgórza Michelangelo, freski Ghirlandaio w Santa Maria Novella, Zwiastowanie Fra Angelico w
Dawid z mniej reprezentacyjnej strony
San Marco, Madonny Lippiego, ledwie trzymającego się na nogach Bachusa w Bargello, czy malutki cmentarzyk przy San Miniato, obrazy Botticellego w Ufizzi, czy wystawy sklepów ze słodyczami, kaplicę nagrobną w Capella di Medici czy Pokłon Trzech króli Benozzo Gozzolego. Mogłabym długo wymieniać. Mając do dyspozycji zaledwie dwie doby (trzecią poświęciłam na wycieczkę do Sieny) zdecydowałam się na wędrowanie uliczkami bez celu (nie mylić z bezcelowym wędrowaniem). Chodzenie, gdzie oczy poniosą jest niezwykle przyjemne. Oczy poniosły po raz kolejny do Galleria Dell`accademia. Pierwsza przed laty wizyta poświęcona została w całości geniuszowi Buonarrotiego (Dawid oglądany ze wszystkich  stron świata i uwięzieni w kamieniu Jeńcy nie pozwalali oderwać od siebie wzroku). Tym razem poza okowami z kamienia Jeńcy byli oblężeni również przez hordy turystów. Nawet Dawid miał więcej spokoju, może dlatego, że górował nad wszystkim i wszystkimi. Mierzący ponad pięć metrów symbol Firenze dopiero tutaj robi wrażenie olbrzyma. Kopia na Placu Signorii ginie w otoczeniu innych rzeźb (jak choćby Herakles i Kakus czy Neptun), a w kontraście z budynkiem Pallazzo wydaje się niemal filigranowa. A
Maria Krasińska z Radziwiłłów z Zygmuntem
  przecież jest dumą Florentyńczyków, uosobieniem jej siły i odwagi. O Dawidzie pisałam niejednokrotnie, podobnie, jak i o Jeńcach uwięzionych w kamieniu. Tym razem po raz pierwszy miałam okazję obejrzeć Pietę Palestrina (podczas poprzedniej wizyty znajdowała się w renowacji). Dodanie kolejnego eksponatu do osobistej kolekcji danego Twórcy to zawsze ogromna radość. Przy drugiej wizycie można poświęcić więcej uwagi także na inne eksponaty, które w zetknięciu z dziełami Michała Anioła nie mają większych szans. Drugim twórcą, którego dzieło przyciąga największe zainteresowanie jest Giambologna i jego Porwanie Sabinek. Dla odmiany jest to kopia grupy rzeźbiarskiej, której oryginał znajduje się w Loggi dei Lanzi. W Sali rzeźby sepulkralnej dostrzegłam rzeźbę nagrobną przedstawiającą Marię Krasińską z Radziwiłłów i jej syna Zygmunta. Stworzona została przez artystę z przełomu XVIII i XIX wieku Luigi Pampaloniego. Wcześniej miałam okazję oglądać posąg Leonardo da Vinci przed wejściem do Galerii Uffizi tegoż twórcy. To miłe uczucie odnaleźć polski akcent w miejscu, w którym zupełnie się tego nie spodziewamy. 

Tobiasz z Aniołem
Wierna swej pierwszej miłości do Sandro Beczułki nie mogłam nie zatrzymać się przy jego Madonnie del Mare, a zauroczona historią Tobiasza, Anioła Rafaela i psa długo przyglądałam się obrazowi ją przedstawiającemu autorstwa nieznanego mi twórcy.
Kolejnego dnia nogi poniosły do Palazzo Medici. Chciałam po raz kolejny przyjrzeć się Pokłonowi Trzech Króli Benozza Gozzolego. Mam sentyment do tego obrazu, o czym pisałam tutaj. Najbardziej efektowną salą w Pałacu jest Sala Luca Giordano z pokrywającymi sklepienie freskami przedstawiającymi apoteozę rodu Medyceuszy. Na wyróżnienie zasługuje też sala z Madonną Lippiego (jedna z jego ostatnich prac nazwana od miejsca powstania Madonną Pałacu Medici-Riccardi W budynku mieści się biblioteka Riccardiana (w której przechowywany jest rękopis Boskiej Komedii Dantego).
Wśród wielu chwil pełnych doznań i wrażeń na zawsze zapadł w pamięć pewien obrazek. Nie wiem, jak to się dzieje, że pewne zdarzenia pozostają w pamięci na bardzo długo, a inne są tak ulotne, że zapominamy o niech jeszcze, zanim zdążą przeminąć. 
Sala Luci Giordano
To był jeden z wielu ulicznych muzyków grających na skrzypcach, jeden jakich mija się codziennie, na dworcach, w tunelach, w metrze, w miejscach, gdzie znajdują się główne turystyczne atrakcje. Często nawet jeśli muzyka jest ładna, a wykonanie dobre i tak nie zatrzymujemy się w pędzie, czasami powodowani wyrzutami sumienia nad nieczułością na sztukę rzucamy monetę do futerału. Tym razem było inaczej. Muzyka otoczono szerokim kręgiem, część słuchaczy stała, część siedziała na schodkach Loggi dei Lanzi, Galerii Ufizzi i wejścia do Palazzo Vecchio. Siedzieli zasłuchani, złączeni z otoczeniem, stanowiąc jego element. Być może skrzypek nie miał talentu, a może miał jedynie talent showmana, który potrafiskupić na sobie uwagę otoczenia, on tylko grał i wił się w tanecznych podrygach. Był bardzo ekspresyjny. Mini koncert trwał parę minut, ale to było najwspanialsze parę minut, jakie dała mi tegoroczna wycieczka do Florencji. Takie carpe diem.  
 
Koncert skrzypcowy pod Dawidem
 A w komentarzu do wrażeń osoby rozczarowanej Florencją posłużę się Muratowa Obrazami Włoch. Najbliższy Florencji będzie ten, kto kocha. Dla pielgrzymów miłości jest to miejsce święte: tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej płonie serce. Szczęście miłości jest tu wznioślejsze, cierpienie-piękniejsze, rozłąka- słodsza. Na tym starożytnym cmentarzu miłości zbyt wiele spłonęło wielkich dusz i zbyt wiele przelano drogocennych łez, aby nie wierzyć tu w odkupienie. Wszystko co tu powstało stworzyła miłość. Świątynia i obraz, fresk i płaskorzeźba, wszystko to są grobowce, w których spoczywa, zmorzona długim snem, nie śmiercią, lecz właśnie snem. Tu nieustannie ożywa to, co stare, zespala się z nowym i żyje w nim znowu. (str. 78 Obrazy Włoch. Paweł Muratow. Zeszyty Literackie rok 2012). Dla mnie brzmi to Dantem.

wtorek, 23 października 2018

Edyta moja rzymska gospodyni

W Panteonie
Na specjalną prośbę koleżanki Ewy z bloga Naprzeciw szczęściu dziś parę słów o Edycie. Rzym to miejsce, w którym byłam co najmniej kilka razy. Po piątym pobycie przestaje się liczyć. Pierwsze dwa razy byłam przejazdem, byłam, a jakby mnie tam nie było. Szybko, powierzchownie, noclegi poza miastem, zmęczenie, rozczarowanie, że za krótko, za mało, że nie tak. 
Wszystko zmieniło się od trzeciego pobytu w Rzymie. Wynajęłam pokój na kilka dni i w końcu zaczęłam poznawać miasto. Zakochałam się w nim bez pamięci i chyba z wzajemnością, bowiem miasto mnie polubiło. Ja dałam mu swój czas, zainteresowanie i bezwarunkowe uczucie, a ono odwdzięczyło mi się dobrą pogodą, niezwykłymi miejscami, mniejszą ilością turystów. Nie wiem, jak moja znajomość z miastem  potoczyłaby się dalej, gdyby nie Edyta. To, gdzie się zatrzymujemy i jak tam nas ugoszczą ma duże znaczenie dla tego, czy będziemy chcieli kontynuować znajomość z miastem i z ludźmi, których się tam poznało. Namiar na pensjonat B&B Edyta dostałam od znajomego z pracy. Bardzo chwalił sobie chwalił życzliwość Edyty oraz czystość panującą w tym miejscu, która przeszła test nawet u jego pedantycznej żony. Kolejną zaletą był fakt, iż gospodyni jest Polką, co powoduje, że znika bariera językowa.No i przystępna cena.
Na dziedzińcu przed Muzeami Watykańskimi
Do dziś pamiętam ten pierwszy poranek w którym Edyta przywitała mnie gorącym cappuccino i ciepłym rogalikiem. Poczułam się fantastycznie. Czasami jakiś smak pamiętamy bardzo długo,  tęsknimy za nim, a potem przez lata próbujemy go bezskutecznie odtworzyć. Mieszkałam u Edyty w różnych pokoikach i na różnych zasadach (z czasem nasze relacje się zacieśniły, a ja jestem teraz traktowana, jak członek rodziny). Mieszkałam w pokoju posiadającym łazienkę, w pokoju z dostępem do prywatnej łazienki, z serwowanymi codziennie kawką i rogalikiem, a także w pokoju z dostępem do wspólnej kuchni (gdzie można sobie coś ugotować, podgrzać, czy skorzystać z lodówki). Ostatnio mieszkałam w osobnym mini mieszkanku z widokiem na ogródek i deficytowym w rzymskich (włoskich) hotelach towarem - ciszą. 
Ale zawsze czułam się tam zaopiekowania i zawsze mogłam liczyć na pomoc. 
Ogrody Watykańskie z dachu Kopuły
Podczas mojego drugiego pobytu u Edyty miały miejsce moje urodziny. Ku mojemu zaskoczeniu zostałam uhonorowana tortem lodowym oraz szampanem i przyjęciem niespodzianką. To były najpiękniejsze urodziny. Nigdy wcześniej nie spędziłam ich w tak pięknym miejscu i w tak miłej atmosferze.
Edyta za każdym razem obdarowywała mnie jakimś upominkiem. Często też dostaję od niej wino, które przesyła przez któregoś z gości z Polski. Za każdym pobytem starała się też zapewnić mi jakąś atrakcję. 
Staram się zawsze choć w maleńki sposób zrewanżować za jej gościnę i życzliwość, ale nie zawsze mi się to udaje. Nie wiem, czy każdy gość traktowany jest w taki sam sposób, ale moja koleżanka, która w tym roku gościła u Edyty wróciła bardzo zadowolona z przyjęcia (chwaliła czystość, poczęstunek i sposób przyjęcia).
W tym roku Edyta przesłała mi taki oto upominek
winko, obrazek z mojego ukochanego Notre Dame, koszulkę z Rzymu oraz kawę


Nie wiem, czy zaspokoiłam ciekawość Ewy. Nie chciałam zamieszczać tu informacji reklamowych, czy też szczegółów dotyczących wynajmu (jeśli ktoś chciał się dowiedzieć więcej odsyłam na stronę pensjonatu, albo na mój adres mailowy).

niedziela, 21 października 2018

Rzymskie wakacje


Piazza Navona

Pięć lat oczekiwania, pięć lat tęsknoty za murami skąpanymi w słońcu, za szmerem wody w fontannach, za miejscami, w których przeżyło się coś po raz pierwszy. Spotkanie z Watykanem, wejście na Kopułę Bazyliki Św. Piotra, oglądanie Kaplicy Sykstyńskiej, wizyta w Panteonie, fontanny, lody i frutti di mare. Tęsknota za tamtym zachłannym, nienasyconym uczuciem pochłaniania owego tu i teraz.
A potem wracam i czuję żal, bo mam świadomość, że to tylko kilka chwil, że teraz tęsknota będzie jeszcze większa. Z biegiem lat coraz dosadniej uświadamiam sobie, ile straciłam przez nieobecność. I rzucam się z jeszcze większą zachłannością, aby zaspokoić głód wrażeń, aby nagromadzić je na zapas, jakby to w ogóle było możliwe. Aby potem siedząc nad kolejnym nudnym zadaniem przez chwilkę wrócić tam, gdzie było mi tak dobrze.
W Bazylice w. Piotra
Brzydka współczesność w pierwszej chwili niemiło razi każdego przybysza. Wkrótce jednak podróżny przestaje prawie zwracać na nią uwagę, a potem wszystkie te obrazy w ogóle nikną z jego wspomnień. Ci, co od dawna tu mieszkają i dobrze znają Rzym, zawsze dziwią się, słysząc, jak przelotni podróżni narzekają na rzucającą się w oczy brzydotę, współczesnych domów i ulic. Wierzą bowiem w tajemniczą zdolność tego miasta, które wszystko pochłania, wszystko przyswaja, zaciera ostre i wyraziste granice różnorodnych kultur, łączy na przestrzeni nie większej niż kilka sążni wytwory odległych od siebie epok i przeciwstawnych wrażeń. (Obrazy Włoch. Rzym. Paweł Muratow).  Snuję się ulicami, od Piazza San Pietro do Piazza Navona, od Fontana di Trevi do Fontana dei Quattro Fiumi, od Łuku Septymiusza do Łuku Konstantyna, od Świątyni do Świątyni. Czy mi się to kiedyś znudzi? Czy może znudzić się oglądanie harmonii, ładu, piękna – to pytanie retoryczne. Idę chłonąc widoki miasta - wiecznie skąpanego w słońcu. Może miałam szczęście, a może pecha, ale ilekroć jestem we Włoszech - świeci słońce. A przynajmniej tak zanotowała to moja coraz bardziej niedoskonała pamięć. We wspomnieniach wciąż mrużę oczy, które aż bolą aż odbitych w białym kamieniu promieni, aż śmieją się od migocących w nieckach fontann kolorowych odblasków. Oczy rejestrują kolejne cuda i tak bardzo chciałbym zamknąć je we wspomnieniach, utrwalić dożywotnio. A może jednak dłużej. Może zabrać ze sobą na drugą stronę. Mój zachwyt jest tak banalny, tak pospolity, tak nieumiejętnie wyrażany, że aż mi wstyd, że nie potrafię wyrazić tego, co czuję. To jest jak oddech – wciąganie do płuc świeżego powietrza, czynność tak prosta, a przecież nieodzowna do życia. Ilekroć myślę o czymś tak dla mnie ważnym, tak napawającym radością, czymś nadającym sens mojej egzystencji muszę zaczerpnąć powietrza. I znowu te metafory, te porównania - zapewne śmieszne i naiwne. Ale jak można to wytłumaczyć inaczej komuś, kto tego nie doznał ani razu. A tym, którzy znają to uczucie tłumaczyć tego nie trzeba.
W drodze na Piazza Navona
Mam ogromne szczęście, bo Rzym tego września wyjątkowo mało  zatłoczony. Trafiam na niemal pusty Plac Świętego Piotra, wchodzę do Bazyliki z pierwszymi odwiedzającymi, stoję pod Pietą z nosem przyklejonym do szyby. Po raz pierwszy widzę tak odgrodzoną od ludzi Matkę Boską. Nie umiem ocenić, czy to dobrze, czy źle. Jeśli dzieje się, to ze względów bezpieczeństwa to jestem za. Znak czasów- przy każdej świątyni opancerzony samochód i uzbrojona ochrona. Pewnie w razie nieszczęścia niewiele by to dało, ale jakoś tak dziwnie podtrzymuje mnie to na duchu, iż ktoś myśli o ochronie dziedzictwa kulturowego. Choć może intencje są inne, ale ja tak to sobie tłumaczę.
Kiedy już nasyciłam oczy wystrojem wnętrza Bazyliki, zrobiłam kilkanaście selfie na tle Placu i Świątyni powędrowałam moją tradycyjną trasą - ulicą Zgody (Porozumienia) pod Zamek Św. Anioła aby tam przywitać się z każdym z dziesięciu Aniołów na Ponte Sant Angelo (oczywiście to mi nie wystarczy, świadomość, że dwa oryginalne Anioły autorstwa Berniniego znajdują się gdzie indziej pchnie mnie po raz kolejny Świątyni Sant Andrea delle Fratte).
Fragment dekoracji w Wilii Farnesina
Niemal pustym piazza Navona zmierzam w kierunku Campo dei Fiori; ucieszyć oczy bogactwem kolorów płodów ziemi i napić się kawy w przydrożnej kafeterii. Dla tej chwili odmówiłam nawet mojej gospodyni porannej kawy z rogalikiem. Wybacz Edyto, ale twój pokoik choć bardzo gościnny nie oferował mi takich widoków w bonusie do śniadania. Jak fantastycznie jest siedzieć przy stoliczku i po prostu trwać delektując się smakiem i widokami; obserwując przechodniów, turystów, kelnerów, toczące się wokoło życie. I marząc o tym, że przyjdzie kiedyś taka chwila, że człowiek nie będzie się musiał donikąd spieszyć, niczego robić na wczoraj, niczego wbrew sobie, nie będzie musiał rezygnować z niczego z powodu ograniczeń czasowych. I drodzy seniorzy nie pozbawiajcie mnie tych złudzeń.
Poranna przechadzka po Campo de Fiori sprawia, że odczuwamy niemal fizyczną świeżość i czystość. Surowe piękno murów Cancellerii, ich mieniąca się błękitem srebrzysta barwa i delikatnie wyrzeźbione róże nad oknami wywierają takie wrażenie jak widok lśniącego w słońcu kryształowego, lodowatego źródła. Wszystko tu tchnie ową młodzieńczą siłą, która przepełniała epokę odrodzenia. A zarazem tuż obok, na targu, gdzie sprzedają kwiaty i warzywa, raz jeszcze ogarnia nas wzruszenie wobec miłej włoskiej prostoty, ogorzałych kwiaciarzy i kwiaciarek, ich osiołków objuczonych liliami i goździkami, zapachu warzyw, kwiatów, wilgoci i kurzu. (Muratow. Obrazy Włoch. Rzym. Poza tym, że dziś na Camp de` Fiori nie ma osiołków wszystko wygląda jak dawniej.Dodałabym tylko obraz górującego nad Campo Giordano Bruno w zsuniętym na twarz kapturze). 
Campo de`Fiori
Tych utrwalonych fotografii wiecznego miasta jest dużo więcej. Te które najbardziej zapadły w pamięć to uczestniczenie w spektaklu Stworzenie Kaplicy Sykstyńskiej. Po raz pierwszy miałam okazję być obserwatorem wydarzenia tego rodzaju. Połączenie gry aktorskiej, ruchu scenicznego, tańca, efektów wizualnych i dźwiękowych z komputerową animacją oraz muzyką Stinga. Bez trudu można zrozumieć treść przekazu, jeśli zna się biografię Michała Anioła, tym bardziej, iż równorzędną obok słowa rolę pełni dźwięk, wizja, animacja. Jestem dość konserwatywnym odbiorcą sztuki, opornym na techniczne nowinki, ale w tym przypadku byłam mile (pozytywnie) zaskoczona sposobem połączenia techniki ze sztuką, który sprawił, iż widz czuł się tak, jakby współuczestniczył w tworzeniu dzieła, albo przynajmniej był tego naocznym
Dawid we florenckiej Galleria dell Accademia
świadkiem. Jak miło było posłuchać spierającego się z papieżem (kolejnymi papieżami) Michała Anioła. Przekonującego Jego Świątobliwość, iż on nie jest malarzem. Byliśmy w środku kaplicy, a na naszych oczach powstawały kolejne freski. A kiedy całe sklepienie Sykstyny pokryło się malowidłami nagle znaleźliśmy się na Placu Świętego Piotra otoczeni kolumnadą Berniniego. Najbardziej przemówiło do mnie (poruszyło mnie) stworzenie Dawida, którego mięśnie, żyły, włókna, ścięgna pulsowały niczym lawa wulkaniczna. Dawid ożył i to było fantastyczne doznanie. Muzyka Stinga współgrała z całością, była majestatyczna, dostojna, powiedziałabym anielska. Wyszłam pod dużym wrażeniem, dla ochłonięcia fundując sobie spacer przez wieczorne miasto. Rzym jest piękny, majestatyczny, monumentalny za dnia, ale po zapadnięciu zmierzchu rozbłyskający lampkami kawiarenek, restauracji, tawern, podświetlonymi wodami fontann i podświetlonymi fasadami Świątyń wygląda zjawiskowo i niepowtarzalnie. 
Zdjęcie ze spektaklu Stworzenie Kaplicy Sykstyńskiej ze strony
 Trailer z przedstawienia

Rzym był pierwszym przystankiem na trasie moich włoskich wakacji. Wpis powstał dzięki Edycie (mojej włoskiej gospodyni, która mnie do tego mobilizowała).

niedziela, 22 lipca 2018

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon Emil Zola



Lubię czytać powieści Zoli. Podoba mi się ich naturalistyczny sposób narracji, choć przebrnięcie przez opisy nędzy, plugastwa, ludzkiego okrucieństwa bywa traumatycznym przeżyciem. Jednak jak dotąd nie żałowałam czasu poświęconego książkom Emila. Choć przyznaję, że Opowieści niesamowite, czy Nantas nieco mnie znużyły.
Czytanie Zoli, to trochę tak jak oglądanie wczesnych obrazów Van Gogha, to co widzimy piękne nie jest, ale sposób, w jaki to namalowano, czy opisano może budzić podziw. Mój wzbudził.

Szósty tom cyklu Rougon-Macquartowie to studium homo politicus; obraz mocno odpychający, choć niezwykle prawdziwy. I znowuż geniusz autora przejawia się w tym, iż opisuje on nie tyle konkretnych osobników (choć bohaterowie mają cechy ówczesnych polityków), co pewien zbiór cech, jakie posiada człowiek opanowany żądzą władzy. Polityka dla bohatera i jemu podobnych jest szczeblem do osiągnięcia pozycji społecznej, władzy, pieniędzy, poklasku, kobiet. Bo do polityki wbrew populistycznym hasłom idzie się dla władzy i pieniędzy właśnie.
Eugeniusza Rougon poznajemy w 1857 r., kiedy na skutek intryg politycznych przeciwników zostaje odsunięty z piastowanego stanowiska. Starannie przygotowywana sieć sojuszy garstki „przyjaciół”, których los zależny jest od stanowiska Eugeniusza doprowadza go na szczyty władzy; zostaje ministrem. A wokół niego niczym satelici krążą mający spore potrzeby „przyjaciele”. Ktoś ma sprawę sądową, ktoś inny liczy na pomyślne rozstrzygnięcie sporu o spadek, ktoś czeka na koncesję, a jeszcze inny chciałby otrzymać posadę, są też tacy, którzy nie dla siebie proszą, ale dla innych, a to posag dla panny, którą bezecnie wykorzystał jakiś oficer, a to zapomogę dla znajomego, a to trafikę dla sąsiada….
Odtąd wielkiego Rougon … bawi to, że jest postrachem, że w błogim spokoju grona przyjaciół kuje pioruny, że swymi grubymi pięściami parweniusza okłada naród. „Źli tylko niech drżą, dobrzy niech patrzą śmielej”- napisał w jakimś okólniku; i grał swoją rolę Boga, zazdrosną o swą władzę dłonią jednym niosąc zagładę, innym ocalenie. Czuł przypływ niezmiernej dumy i bałwochwalcze uwielbienie dla własnej siły i inteligencji przeradzało się w formalny kult. Własna osoba była dla niego źródłem nieziemskiej rozkoszy. (str. 218) … Największą przecież rozkosz znajdował Rougon pyszniąc się tryumfem wobec swej kliki. Zapomniał o Francji, o wysokich urzędnikach, których miał u swoich stóp, o rzeszach petentów, którzy oblegali jego drzwi, po to, by żyć wśród niesłabnącego uwielbienia dziesięciu, czy piętnastu bliskich znajomych ze swego otoczenia. Jego gabinet był dla nich otwarty o każdej porze; zgodnie z jego wolą królowali w nim, na fotelach, a nawet przy jego biurku, on zaś twierdził, że lubi, kiedy mu się kręcą pod nogami niby wierne zwierzęta. (str.219).

Wszystko układa się po myśli pana ministra, do czasu, kiedy okazuje się, jak silnym przeciwnikiem jest odrzucona kobieta. Klorynda, kobieta, której pożądał, ale nie na tyle, aby się z nią ożenić, kobieta, której zawdzięczał swój powrót na szczyty władzy dzięki sieci intryg doprowadza do jego dymisji. Co gorsza, Rougon dowiaduje się, iż tej właśnie kobiecie zawdzięczał swą wysoką pozycję.
To jednak nie koniec kariery Eugeniusza. Droga polityka to sinusoida, na której się wznosi, upada i znowu wznosi. Dzięki intrygom, korupcji, nadużyciom, despotyzmowi, okrucieństwu, bezkompromisowi, który zostaje ostatecznie zwyciężony przez pójcie na kompromis wielki niegdyś pan minister powraca w nowej roli. Bo w końcu Eugeniusz wyznaje znaną od renesansu zasadę, iż cel uświęca środki.

..w przeciągu godziny przekreślił politykę całego swego życia i teraz zgodził się na fikcję parlamentaryzmu, by zaspokoić swą wściekłą żądzę władzy (str. 375).
Kiedy czyta się książkę, można odnieść wrażenie, jakby przez te prawie dwieście lat nic się nie zmieniło. Książka dotyczy fikcyjnych bohaterów i zdarzeń, osadzonych w autentycznych czasach II Cesarstwa. Jednakże mechanizmy, jakie opisuje były i są aktualne do dziś. 
Początkowo lektura nie budziła mojego zainteresowania, z uwagi na temat, który jest mi obmierzły i wstrętny nie mogłam wykrzesać z siebie jakichkolwiek emocji. Im jednak dalej zagłębiałam się w nią, tym większą sprawiała mi przyjemność. Doceniam wnikliwość obserwacji, celność sądów, umiejętność ich opisania w sposób, że nawet tak nieciekawy przedmiot obserwacji staje się w końcu zajmujący, no i niezmiernie ulegam urokowi opisów Zoli. Wiem, że niektórych właśnie owe opisy irytują, ja jednak mam do nich słabość. Rozkoszuję się malarskimi opisami osób, rzeczy, zdarzeń. Z przeczytanej właśnie lektury w pamięci zostanie obraz wenty dobroczynnej urządzanej przez panie z towarzystwa.

Na długich pokrytych czerwonym suknem stołach rozłożono towary: było tu więc kilka stoisk z paryskimi wyrobami galanteryjnymi i chińszczyzną, dwa kramy z zabawkami dla dzieci, pełen róż kiosk kwiaciarki, a wreszcie- niczym na podmiejskiej zabawie - „koło szczęścia” pod namiotem. Wydekoltowane, w balowych toaletach sprzedawczynie wdzięczyły się jak handlarki, uśmiechały jak modystki, które namawiają klientelę na stary kapelusz, szczebiotały pieszczotliwie i paplały, a przy tym nie mając pojęcia, wyceniały towary. Zabawiając się tak w panny sklepowe, pozwalały dotykać swych rąk dłoniom pierwszego lepszego nabywcy, a łaskotane ich dotykiem wybuchały wulgarnym chichotem. Tu księżniczka obsługiwała stragan z zabawkami, naprzeciw niej jakaś markiza sprzedawała sakiewki niewarte więcej jak dwadzieścia dziewięć su, nie oddając ich taniej niż po dwadzieścia franków. Obie rywalizowały ze sobą, upatrując triumf swych wdzięków w największym przychodzie, ściągały do siebie klientów, wabiły mężczyzn, stawiały bezwstydne ceny, a potem po zaciekłych targach, godnych rzeźniczek-oszustek, ofiarowywały w naddatku odrobinę siebie samych-koniec paluszków lub widok głęboko rozchylonego stanika- by skłonić nabywcę do poważnych zakupów. Dobroczynność była tu pretekstem. (str. 334). 
Książka przeczytana w ramach losowania U Anny. Zaliczona do paru wyzwań czytelniczych (Czytamy Zolę, Francuska kawiarenka literacka, Klasyka literatury popularnej).
Dopiero dzisiaj zauważyłam kilka nieopublikowanych komentarzy. Przepraszam moich gości, ale nie pokazały mi się wcześniej na poczcie, jak to bywało do tej pory. Już je udostępniłam i obiecuję częściej zaglądać na bloga i korzystać z jego narzędzi. Mam tych gości nie tak znowu wielu, aby pozwolić sobie na takie zaniedbania.  

czwartek, 31 maja 2018

Sposób życia Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara Łopieńska



Po Sposób życia, który jest zapisem rozmów przeprowadzonych przez Barbarę Łopieńską z Pawłem Hertzem sięgnęłam, mając w pamięci wrażenia, jaki wywołały dwa wcześniej przeczytane zestawy wywiadów tej autorki (Książki i ludzi oraz Męka twórcza). Twórczości Pawła Hertza, poza jego tłumaczeniami, nie znam. Nazwisko przewijało się natomiast w czytanych wcześniej dziennikach, wspomnieniach, rozmowach.
Jestem zatem czystą kartą, na której można zapisać wizerunek interlokutora na nowo. Tyle, że rozmówca pani Barbary nie wydaje się zainteresowany tym, aby umożliwić poznanie Pawła Hertza, nie zależy mu też na sympatii czytelników.

Sprawia wrażenie osoby, którą mało obchodzi to, czy ma czytelników, czy nie, czy jego poglądy zyskają akceptację, czy też nie, czy to, co powie spodoba się komuś, czy ktoś się z nie będzie zgadzał. Trzeba wziąć pod uwagę, iż wywiadu udziela człowiek w wieku dojrzałym, o ukształtowanej pozycji, który nie musi szukać popularności. Może sobie pozwolić na szczerość.
Rozmówca, twierdzi, iż nie powinno się do niczego przywiązywać, ale lubi otaczać się pięknymi rzeczami (stary drewniany adapter, maszyna do pisania Continental, stół, komódka i jesionowy tapczan z pierwszej połowy XIX wieku, sekretera, fotel Chesterfield, srebrne dzbanki, czy żydowska lampka oliwna).
Nie lubi kina, w tym filmowych adaptacji, w których reżyserzy chcą grać pierwsze skrzypce i za bardzo wychodzą poza pierwowzór, ale kocha serial Antczaka Noce i dnie za jego dyskrecję, poczucie taktu i pokorę. Nawiasem mówiąc także kocham tę adaptację.
Prawie wcale nie czyta literatury powstałej po wojnie, poza nielicznymi wyjątkami, do których zalicza się jego dobry znajomy Jarosław Iwaszkiewicz. Nie czyta książek kolegów literatów, bo uważa literaturę współczesną za niewartą czytania, ale też uważa, że wszystkie książki warte przeczytania już przeczytał i nie zamierza do nich wracać, oczywiście i tu robi wyjątki, dla książek czytanych w oryginale, a także; Biblii, Boskiej Komedii, Iliady, Odysei, Eneidy i Pana Tadeusza. Za przydatne uważa też dzieła Szekspira. Ale już za chwilę twierdzi, iż nie może się obejść bez klasyki (Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Wyspiańskiego), z prozy wymienia Prousta, którego czyta wyłącznie w oryginale. Nie kupuje książek, bo uważa, że ma ich tyle, że wystarczy mu czytania do końca życia, co wiąże się z prezentowaną przezeń filozofią, iż .. na starość traci się zapał (gromadzenia, już się wszystkiego nie chce), a znani mu staruszkowie, którzy chcą być nowocześni i uczestniczyć życiu na równi z młodymi są nieznośni, bo czasu i tak nie dogonią.
Często powtarza, iż nie ma talentu do tworzenia i nigdy nie miał ambicji pisania, za to ogromną radość sprawiało mu odtwarzanie, dlatego najlepiej odnajdywał się w tłumaczeniach. To dawało mu możliwość zagłębiania się w tworzywo, poznawania tego, co stworzono, rozmyślania nad tym. I nadal (w momencie udzielania wywiadu) najmilszym zajęciem jest oddawanie się studiowaniu tekstów napisanych przez innych. Nie mam wielkiej ochoty do tego, co nazywa się tworzeniem, ale mam ogromną ochotę, żeby poznawać to co stworzono, żeby o tym myśleć. Właściwie cała moja działalność jest krytyczna, nie twórcza. (Str. 34)
Gdybym miała scharakteryzować bohatera jednym słowem byłby to stoicyzm. Ze stoickim spokojem opowiada o swoich dziejach wojennych (aresztowanie, więzienie, próba ucieczki, zsyłka do obozu pracy, powrót do kraju), o powojennej rzeczywistości siermiężnej i początkowo wstydliwej, kiedy decyzja o wyborze drogi życiowej - związaniu z literaturą wymagała pójścia na kompromis (współpraca z Kuźnicą czy przynależność do PPR, czy potem PZPR wynikająca z jego życiowego credo, iż „chcąc coś zachować, trzeba z czegoś ustąpić”), czy o czasach od odwilży do narodzin Solidarności. I dochodzi do konkluzji podsumowując swoje życie, iż był uczestnikiem i widzem gry tego świata, a popełniając wiele złego, być może przy okazji uczynił też coś dobrego.
Z całej lektury jednak najbardziej przemówiły do mnie wspomnienia młodzieńczych podróży oraz sposobu przygotowania do wyjazdu.
Byłem przygotowany, to znaczy wydawało mi się, że byłem. Ale w gruncie rzeczy przyjechałem do Wenecji przygotowany, tak jak przeciętny turysta. Im więcej się czyta, im dłużej się na coś patrzy, tym bardziej wiadomo, że się wie bardzo niewiele. Moje przygotowanie było przygotowaniem średniego ucznia do wykładu profesora, a tym profesorem były Włochy….. Czytałem stare przewodniki, nie te najnowsze z lat trzydziestych. W dawnych bedekerach były wymienione podstawowe książki, które należy przeczytać. Przeczytałem je i dzięki temu, to co oglądałem, oglądałem podwójnie. (str. 42). W rozmowach podobał mi się sposób ich prowadzenia, to na co zwróciłam uwagę już podczas wcześniejszej lektury zapisów rozmów prowadzonych przez panią Łopieńską. Proste, czasami można by nawet powiedzieć dziecinnie proste, czy naiwne pytania, które wydobywają z rozmówcy to, co najistotniejsze. Podobało mi także to, iż Sposób życia to dialog prowadzony przez równorzędnych rozmówców. Zadająca pytania jest taktowna, ale nie nieśmiała, w braku wyczerpującej odpowiedzi drąży temat, prowokuje (nie nachalnie, ale zdecydowanie) do pogłębionej analizy. Dzięki temu czytelnik ma okazję lepiej poznać rozmówcę.
Lektura godna polecenia.
Wydawnictwo Iskry, rok 2016