piątek, 12 sierpnia 2016

Królowie przeklęci Maurice Druon -tom czwarty i piąty


Prawo mężczyzn – tom czwarty opartej na prawdziwych wydarzeniach historycznych opowieści o naznaczonych klątwom Templariuszy potomkach Ludwika Kłótliwego przeczytałam dość dawno temu, jednak sięgnęłam po niego ponownie przed lekturą wylosowanego mi w stosikowym losowaniu u Anny tomu piątego (Wilczyca z Francji). Gdybym wcześniej spisała choćby krótką notkę nie byłoby potrzeby czytać po raz kolejny, a jednak dobrze się stało, bowiem, tom czwarty w mojej opinii to najlepsza (jak dotąd) część cyklu. I trochę na prośbę Ani o uzupełnianie linków z przeczytanych lektur, trochę dla siebie, abym przed lekturą tomu szóstego nie wracała ponownie do przeczytanej już książki zamieszczam tę notkę.
Prawo mężczyzn
Po nagłej śmierci Ludwika X, zwanego Kłótnikiem spór o regencję nad nienarodzonym potomkiem zatacza coraz szersze kręgi. Pretendentów do opieki na przyszłym królem Francji pojawia się spore grono; bracia i wujowie ojca oraz opiekunowie małoletnich potomków, którym krewni odmawiają prawa do tronu zarzucając nieprawe pochodzenie lub niewłaściwą płeć. Kiedy już wydaje się, iż przewagę zdobywa wuj Ludwika Karol Walezjusz na arenę wkracza jego brat Ludwika Filip de Poitiers, zwany Filipem V Długim, albo królem zamkniętych drzwi, bowiem w chwilach przełomowych zamyka swych przeciwników zmuszając ich tym samym do podjęcia jedynie słusznej decyzji. Mam wrażenie, że w żadnej z wcześniej przeczytanych części bohaterowie nie byli tak wyraziści. Filip V Długi to monarcha z charakterem, z jednej strony inteligentny i zdecydowany w przeciwieństwie do swojego brata, po którym wziął sukcesję, a z drugiej strony godzący się na nieetyczne działania w swoim otoczeniu za cenę zachowania tronu, czyli wytrawny polityk. Inne ciekawe postacie to kardynał Dueze - sprytny starzec, który pozorowaną słabością i uległością potrafi wywieść w pole uczestników konklawe, no i znana już czytelnikom serii hrabina Mahout, w której doprawdy trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek ludzkiej cechy (bo to zła kobieta była).
Poza ciekawymi bohaterami największym atutem powieści jest świetnie pokazany mechanizm walki o władzę; budowanie sojuszy, więzienie przeciwników, zabójstwa, fałszywe oskarżenia, pomówienia, zdrady. A wszystko to w realiach epoki; wydarzenia, zwyczaje, postacie, stroje. Dzięki umiejętnościom autora dawna historia na chwilę ożywa, a jej bohaterowie stają się nam bliscy; niezależnie od tego, czy budzą odrazę, czy współczucie. 
Wilczyca z Francji Tom piąty nie zaciekawił mnie tak, jak jego poprzednik. Może dlatego, że następca Filipa V Karol IV Piękny był postacią mało wyrazistą. Filip rządził krótko i zmarł bez męskiego potomka. Wpadł w sidła własnej polityki, zgodnie z którą prawa do dziedziczenia tronu przypisywano wyłącznie mężczyznom (Filipa przeżyły tylko córki). Po przedwczesnej śmierci władcy na tron wstępuje człowiek słaby i nieudolny. Więcej charakteru przejawia jego siostra Izabela – wzgardzona przez (wolącego chłopców) męża króla Anglii Edwarda II. Wykorzystując rodzinną uroczystość przybywa do Francji na dwór brata szukając tutaj pomocy. Czy jednak rodzinne więzy mogą coś znaczyć, kiedy w grę wchodzą interesy różnych grup nacisku i czy zwana Wilczycą z Francji Izabela uwolni się od pogardzającego nią męża. Pozostawię te kwestie bez odpowiedzi.
Jedyny cytat, który sobie wynotowałam to myśl przypisana następcy angielskiego monarchy. Książę Edward wyraził zgodę na wyrok; ale rozważał i w milczeniu jął kształtować pogląd na zachowanie się ludzi wyznaczonych na wysokie urzędy. Słuchać, zanim się powie, dowiadywać się, nim się osądzi, rozumieć, nim postanowi i zawsze pamiętać, że w każdym tkwią równocześnie możliwości dla najlepszych i najgorszych czynów. 
Tom piąty przeczytałam w wydaniu Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego Muza. Ma on w przeciwieństwie do tomów wydanych przez Wydawnictwo Otwarte całkiem ładną okładkę (przedstawiającą Damę z jednorożcem).

niedziela, 7 sierpnia 2016

Zofia Tołstoj Pamiętniki, czyli znowu poległam w walce ze zwięzłością wpisu

Dodaj napis
Pamiętniki, podobnie, jak Dzienniki to nie jest lektura do szybkiego czytania, wymaga czasu, a czasami, jak w tym wypadku samozaparcia i dyscypliny. Gdyby nie to, iż książkę wypożyczyłam z biblioteki zapewne czytałabym ją jeszcze dłużej, a tak czytanie przeciągnęło się do dwóch miesięcy. Największą trudność sprawiały mi dość drobiazgowe opisywania porządku dnia rodziny Tołstojów, nazwiska gości, wymienianie potraw, rodzaje chorób domowników itp, itd. Jednakże, kiedy pominie się te monotonne opisy zdarzeń można uzyskać jakże ciekawy opis prawdziwego dramatu 48 lat nieudanego małżeństwa Tołstojów.

Pamiętniki zostały napisane przez kobietę inteligentną, niepozbawioną wrażliwości na sztukę, a jednocześnie twardo stąpającą po ziemi, niezależną, chorą z zazdrości i pełną obaw o odrzucenie, rozchwianą emocjonalnie i histeryczną. 
Zofia nie miała łatwego życia. Kiedy wyszła za mąż oczekiwała czułości, poczucia bezpieczeństwa, miłości bardziej partnerskiej niż cielesnej. A tymczasem została sprowadzona do roli gospodyni, asystentki, kochanki i maszynki do rodzenia dzieci. Urodziła ich trzynaścioro (jak podają jedne źródła), a może szesnaścioro, jak podają inne, z czego kilkoro umarło wcześnie.
Pierwsze nieporozumienia zaczęły się od dnia, w którym Aleksy dał przeczytać swój pamiętnik Zofii. Cała jego (męża) przeszłość jest dla mnie tak okropna, że wątpię, czy kiedykolwiek się z nią pogodzę. Chyba, że będę miała inne cele w życiu- dzieci, których tak pragnę, aby mieć całą przyszłość, abym mogła w swoich dzieciach widzieć tę czystość bez przeszłości, bez ohydy, bez wszystkiego, co teraz tak boli u męża. (Str. 16)
Kiedy nieco miesiąc po ślubie pisze, iż strasznie, strasznie smutno. Coraz bardziej zagłębia się w sobie. Mąż jest chory nie w humorze, nie kocha (Str. 18) można pomyśleć, iż początki zawsze są trudne, zwłaszcza dla młodej, niedoświadczonej panny. Niestety wpisy tego typu powtarzają się przez całe 48 lat małżeństwa i przez 430 stron pamiętników. Życie okazuje się pełnym złudzeń, niespełnionych oczekiwań, zawiedzionych nadziei, rozczarowań, kłótni, krzyków i łez. I to dla obojga. Życie Zofii jednak toczy się wokół Lowy (Lowa smutny, Lowa chory, Lowa spotyka się z przyjaciółmi, Lowa jedzie do duchoborców, Lowa jedził na welocypedzie, Lowa był na łyżwach, Lowa pisze, Lowa nie w humorze….) Lowa jest źródłem wszystkich trosk i zmartwień Zofii, ale i jej krótkich chwil radości i szczęścia. Lowa jest jej obłędem; nie potrafi żyć z nim, a tym bardziej nie potrafi żyć bez niego.
Jakże ciasny i mały byłby ten światek, w którym żyję, gdyby jego nie było. (Str. 21) Ale … nie da się połączyć naszych dwóch światów w jeden. (tamże). Przy takim człowieku można umrzeć ze szczęścia i z poniżenia. (Str. 22).
Odpychanie i przyciąganie. Ileż to razy Zofia wychodzi z domu i idzie przed siebie, aby nie wrócić (tak naprawdę to rozpaczliwie woła o pomoc), ile to razy robi mężowi i dzieciom karczemne awantury, ile razy wyjeżdża do Moskwy, aby postawić na swoim, aby sprowokować jego przyjazd. 
Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś- wszystko byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość… A teraz oczy mi się otworzyły, widzę że moje życie jest przegrane. – pisze 46 letnia kobieta (Str.78)
Zofia nie raz będzie pisać o zmarnowanym życiu, rozczarowaniu, braku miłości, zrozumienia, opieki ze strony męża. Nie raz też będzie pisała o myślach samobójczych. Jej usilna próba zwrócenia na siebie uwagi była niezwykle uciążliwa, a to wychodzi z domu i błąka się gdzieś po nocy, a to zasypia na ławce, a to snuje się w szlafroku po ulicy, a to skacze do stawu, ale przynajmniej do pewnego momentu robi to bardziej na pokaz, aby ukarać najbliższych, niż rzeczywiście chce się zabić. 
O mężu wyraża się najczęściej z podziwem zmieszanym z politowaniem. Zawsze to samo źródło wszystkiego; próżność i pragnienie coraz nowej sławy, żeby mówiono o nim jak najwięcej. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. (Str. 137) Zofia pod koniec życia drży z obawy, że jej obraz w oczach pokoleń nie będzie korzystny, że zostanie zapamiętana, jako kobieta uprzykrzająca życie mężowi, chora, niestabilna emocjonalnie, a przecież to dzięki niej on tworzył. 
Lew Nikołajewicz zawsze i wszędzie mówi i pisze o miłości, o służeniu Bogu i ludziom. Czytam i słucham tego zawsze ze zdumieniem. Od rana do późnej nocy całe życie Lwa Nikołajewicza upływa bez jakiegokolwiek osobistego stosunku, czy zainteresowania ludźmi. Wstaje, pije kawę, spaceruje lub kąpie się rano nikogo nie widząc; siada do pisania; jeździ na welocypedzie albo znów idzie się kąpać albo po prostu tak sobie; je obiad i idzie na dół czytać lub na tenis. Wieczór spędza u siebie w pokoju, tylko po kolacji siedzi trochę z nami, czytając gazety lub przeglądając różne ilustracje. Dzień w dzień to samo, egoistyczne życie bez miłości, bez zainteresowania rodziną, radościami i smutkami bliskich mu istot. Ta oziębłość mnie zmęczyła, zaczęłam szukać czegoś, aby wypełnić swoje życie duchowe, pokochałam muzykę, przede wszystkim odgadywanie tych wszystkich uczuć ludzkich, które w nią włożono; ale nie tylko nie znalazłam w domu zrozumienia, lecz zaciekle za to na mnie napadali- i oto znów utraciłam sens życia i zginając kark godzinami, po dziesięć razy przepisuję nudny artykuł o sztuce. (Str. 187) Potem list do gazet o pomoc dla duchoborców- on wiecznie pragnie szumu, rozgłosu, ryzyka. A ja nie wierzę w jego dobroć i miłość do ludzi. (Str. 191)
Zofia przepisuje, robi korektę artykułów, pism, szyje, sadzi drzewa, wciela w czyn idee męża pomocy biedakom- zajmuje się organizacją stołówek, zbieranie i rozdziałem pomocy finansowej, prowadzi korespondencję, zabiega o spotkanie z carem w sprawie zdjęcia zakazu publikacji jego dzieł, szarpie się o sprawy majątkowe, chce pozostawić spuściznę ojca dzieciom, pielęgnuje chorych członków rodziny, załatwia szkoły i prywatnych nauczycieli, nadzoruje całe gospodarstwo, szyje, oprawia fotografie. Nic dziwnego, że z wiekiem czuje się coraz bardziej zmęczona i niedoceniona. Jedyną jej radością- odskocznią staje się muzyka. Niestety mąż i rodzina nie podzielają jej pasji. 
W 1901 roku (czyli 9 lat przed śmiercią Lwa) pisze- Zbliża się coś potwornego, coś, co jest wprawdzie całkiem naturalne, ale zupełnie niespodziewane, kiedy się zbliża naprawdę- koniec życia. Koniec życia tego, który był dla mnie czymś więcej niż moje własne życie, bo żyłam właśnie życiem Lowoczki- męża i dzieci, które z nim miałam. Jeszcze nie pojmuję stanu mojego serca, jest skamieniałe: nie powinnam go słuchać chcąc zachować siłę i energię do pielęgnowania męża. (Str. 306)
To dramat wszystkich kobiet, które nie potrafią żyć własnym życiem, a żyją życiem bliskich, czyniąc z tego ich życia piekło, choć przecież kochają tak mocno, że chyba mocniej nie można. I z tej miłości wyrządzają krzywdę i bliskim i sobie, może nawet sobie większą. Wciąż na coś czekają.
Ach, jakże wczoraj w nocy poczułam się samotna fizycznie i duchowo! Z Lwem Nikołajewiczem ułożyło się właśnie tak, jak przewidywałam; skoro tylko wskutek jego zgrzybiałości ustały (całkiem niedawno) jego stosunki z żoną jako kochanką, zamiast tego pojawiło się nie to, o czym na próżno marzyłam przez całe życie- spokojna, czuła przyjaźń- lecz zupełna pustka. (Str.. 309 (2.12.1901 r.)
Ostatnie lata ta wieczna szarpanina staje się jeszcze bardziej intensywna, niezrozumienie, żale i pretensje nasilają się, jakby z powodu świadomości upływu czasu i tego, że zostało go już tak niewiele. Jakby rozwiały się wszelkie złudzenia, że wzajemne stosunki małżonków ułożą się przynajmniej poprawnie. 
Może mnie ktoś spytać: Ależ na co tobie, kobiecie bez znaczenia, to umysłowe lub artystyczne życie [Zofia próbowała swych sił w pisaniu, grała na fortepianie, czytała]? Na to pytanie tak mogę odpowiedzieć: nie wiem na co, lecz wiecznie dławić, aby służyć materialnie geniuszowi- jest bardzo ciężko. Choćby się nie wiem, jak kochało tego człowieka, lecz wiecznie rodzić, karmić, szyć, dysponować obiady, robić okłady i lewatywy, tępo siedzieć w milczeniu i oczekiwać, aż zażądają materialnych usług- to męczarnia… (str.322)
Jest w moim mężu coś niedostępnego memu rozumowi. Powinnam pamiętać i zrozumieć, że jego zadaniem jest pouczanie ludzi, pisanie, głoszenie idei. Życie nasze i wszystkich bliskich winno służyć temu celowi i dlatego jego życie powinno być jak najlepiej zorganizowane. Trzeba przymykać oczy na wszystkie kompromisy, niekonsekwencje, sprzeczności i widzieć w Lwie Nikołajewiczu wielkiego pisarza, kaznodzieję i nauczyciela. (Str. 335) Zofia nie potrafiła pogodzić się z tymi niekonsekwencjami pomiędzy głoszonymi ideami a prowadzonym życiem.
W części IV Dzienników (rok 1910) oprócz wpisów Zofii przywołano wpisy z pamiętnika Lwa Nikołajewicza. Jedno zdarzenie i dwa spojrzenia, a ty czytelniku sam dokonaj oceny. Widać postępującą chorobę Zofii - niezrównoważenie. I tę straszną obawę o to, jaką pozostanie w pamięci pokoleń, o niesprawiedliwy osąd. I jeszcze większa szarpanina o Pamiętniki Lwa Nikołajewicza. Niedowierzanie, podejrzenia, spiskowe teorie, brak logiki, zaprzeczanie samej sobie, histeryczna przesada. I chyba najciekawsza część Pamiętników.
Dlaczego zatem spędziła z nim 48 lat. Może odpowiedzią będzie to co napisała będąc już stateczną ponad pięćdziesięcioletnią kobietą.
Cóż jest ciekawego w życiu Lwa Nikołajewicza? Co ciekawego w życiu Sergiusza Iwanowicza? Kocha się ich nie dla nich samych, nie za ich życie i powierzchowność, lecz za to bezkresne, głębokie marzenie, z którego wypływa ich twórczość i które lubimy wyczuwać w nich i idealizować. 
Po przeczytaniu pamiętników nie umiem powiedzieć, czy polubiłam Zofię, były momenty, że mnie irytowała, ale były też takie, kiedy budziła współczucie. Na pewno była ciekawą i złożoną osobowością. A jej zdanie na temat twórczości i życia męża często pokrywało się z moim.

niedziela, 17 lipca 2016

Smakowanie Krakowa inaczej, czyli wycieczka z dziećmi

Kraków to po Warszawie miejsce, do którego wracam najczęściej. Tyle, że odwiedziny Warszawy często mają charakter zawodowy lub obywatelski. A odwiedziny Krakowa to ładowanie akumulatorów. Tym razem zaprosiłam na wycieczkę do tego najpiękniejszego, moim zdaniem, miasta w Polsce siostrzeńców. Zwiedzanie z dziećmi to, jak każdy rodzic wie, zupełnie inna bajka, choć z bajką niewiele miewa wspólnego. Z góry było wiadomym, iż odpuścić należy sobie; muzea, świątynie, wystawy. Czy zatem jest sens ciągnąć dzieci przez całą Polskę. Chyba tak. Już sama podróż Pendolino, mimo, że nie pierwsza w ich życiu wzbudziła emocje.

W ciągu pierwszego dnia udało nam się zobaczyć prawie wszystko, o czym dzieci słyszały w szkole. Najpierw był Barbakan; tu najciekawszą okazała się otaczająca go fosa, a chęć zbiegnięcia do niej była powstrzymywana, jedynie z obawy narażenia się na gniew ciotki. 
Następnie Brama Floriańska (tę minęliśmy bez emocji), nie wzbudziły jej nawet niezwykle kolorowe obrazy na murach wokół Bramy. O wiele większe zainteresowanie wywołał szyld Pub Restauracja Pod złotą pipą, co do którego orzeczono, iż zapewne przyczynia się do zwiększenia dzietności. No proszę – taki prosty sposób zamiast wydawania milionów. 
Obowiązkowym punktem odwiedzin okazał się kościół Mariacki. Tu wyrażono życzenie obejrzenia Ołtarza (bo Pani w szkole mówiła, że największy, czy najładniejszy w Europie - chwała Pani) oraz zdziwienie, iż za każdą czynność należy osobno zapłacić; wejście do części dla turystów, możliwość fotografowania, wejście na wieżę. Chłopcy pytali, czy za oddychanie w Krakowie też trzeba płacić i zrezygnowali z wieży. Fakt, iż dostali naklejki umożliwiające fotografowanie sprawił, iż poczuli się ważni i z przejęciem robili zdjęcia Ołtarza Wita Stwosza.
Wydarzeniem była wizyta na Wawelu i to nie z powodu odwiedzin w Katedrze; żadne gadanie ciotki o tym, jak ważne to miejsce dla historii Polski, że koronacje, chrzty, śluby i pogrzeby królewskie, że Wawel to polski Rzym nie wywarły najmniejszego wrażenia. Najbardziej atrakcyjną okazała się wizyta na wieży Dzwonów, skąd można podziwiać panoramę miasta (byliśmy w Centrum Dzwonów, gdzie był taki duży dzwon, którego nie można było uruchomić i kilka małych, którymi dzwoniliśmy - opowiadali z przejęciem rodzicom). Tym dużym Dzwonem był oczywiście Dzwon Zygmunta. Z ciekawością obejrzeli grobowce w Krypcie Królewskiej. Może uda mi się zarazić ich pasją odwiedzania nekropolii. Wchodząc na wawelski dziedziniec stwierdzili, iż widzieli go na jakimś filmie, co okazało się dodatkowym atutem wycieczki. Chłopcy odnaleźli wejście do Smoczej Groty, czym byli niezwykle podekscytowani, bowiem ciotce przez tyle pobytów na Wawelu nie udało się tego dokonać (prawdę powiedziawszy nie bardzo go szukała).
Gwoździem programu okazała się  możliwość zbiegnięcia z Wawelskiego wzgórza. Nie wiem, czy nie czuli się wówczas, jak średniowieczni rycerze po zdobyciu warownego grodu. W każdym razie na ich twarzach malowała się radość.
Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Kopalni Soli w Wieliczce. Tutaj najciekawszym  okazało się zlizywanie soli ze ścian korytarzowych (ponoć całkiem bezpieczne pod względem higieny) oraz powrót na powierzchnię autentyczną górniczą windą (taką metalową klatką w zupełnej ciemności i ścisku, któremu to wyjazdowi towarzyszyły głośne piski zwiedzających). Po wyjściu stwierdzili, iż fajna też była też ta duża kaplica (Kaplica Świętej Kingi cała z soli z wieloma rzeźbami, w tym wspaniałą repliką Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci zachwyca chyba wszystkich odwiedzających Kopalnię). Szliśmy trasą turystyczną, która trwała około dwóch godzin i wydaje mi się, że wybieranie dłuższej trasy z dziećmi mija się z celem, gdyż wychodząc stwierdzili, że wycieczka była fajna, ale męcząca. Słówko fajny królowało we wszystkich odmianach.
Kolejnym, ciekawym punktem wycieczki był Ogród Doświadczeń Lema. Jest to taki odpowiednik warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, tyle, że na świeżym powietrzu. Może nieco mniej atrakcyjny, ale na pewno wart odwiedzenia. Dobrze też przygotować sobie parę złotych więcej na dokupienie dodatkowo płatnych atrakcji. Dzieci były zachwycone toczącą się kulą, w której jak chomiki wspinały się na górę (coś w rodzaju zorbingu). No i koniecznie należy zabrać ze sobą coś do picia, gdyż po wszystkich szaleństwach w rodzaju trampolin i toczących się kul pragnienie się nasila. Na miejscu jest sklepik, ale usytuowany w pobliżu wejścia, więc nie zawsze chce się wracać. No i ceny, jak wiadomo w każdym takim miejscu są dużo wyższe.
Dobrym sposobem spędzania wolnego czasu były także spacery Plantami. Jest tam sporo zieleni, dużo ławeczek, dzieci mogą się wybiegać, a ciocia pospacerować lub pomaszerować. 


Clou wycieczki okazały się lody, bo ... takich smaków i tylu rodzajów lodów to nigdzie nie ma. Osobiście bym polemizowała, ale każdy może mieć swoje odczucia, a tym razem to zdanie dzieci było najważniejsze. To dla nich była ta wycieczka i to one miały być zadowolone. Fajnie (powtórzę za dziećmi) jest mieć takie kulinarne skojarzenia związane z danym miejscem. Mnie Kraków jak dotąd kojarzył się z pysznymi plackami ziemniaczanymi w Barze Grodzkim. (niestety ostatnio nie były tak smaczne).
Reasumując polecam Kraków także na wycieczkę z dziećmi, bo myślę, że i one odnajdą tam coś dla siebie. Jedynym minusem pobytu były tłumy odwiedzających, ale i my byliśmy częścią tych tłumów.
Jest fajnie

niedziela, 26 czerwca 2016

Krajobraz zimowy z łyżwiarzami Avercamp – czyli coś dla ochłody na upalny dzień

                                                              obraz w większej rozdzielczości 
Avercampa poznałam dzięki Mistrzowi z Delf Herberta. Podczas wizyty w Rijksmuseum w Amsterdamie podziwiałam obrazy przedstawiające martwą naturę, oglądałam rubaszne scenki rodzajowe Pietera de Hoocha czy Jana Steena, kontemplowałam dzieła Rembrandta van Rijn (z Nocną strażą na czele), chłonęłam obrazy Vermeera, ale tym, którego zakupiłam reprodukcję był właśnie Avercamp, a ściślej jego Krajobraz zimowy z łyżwiarzami. Dlaczego? Ponieważ nie stawia on patrzącemu żadnych wymagań, nie zmusza do analiz, nie wymaga znajomości techniki, zasad perspektywy geometrycznej, logiki zaludniania przestrzeni, a stanowi prostą afirmację życia. Pozwala na czystą przyjemność obserwacji całej rzeszy ludzkich postaci i ich zachowań. Na zamarzniętej tafli lodu spotykają się młodzi i starzy, biedni i bogaci, nie brak tu także zwierząt. Ludzie się ślizgają, bawią, rozmawiają, są przewożeni na saniach, łodziach, płozach, bądź wykonują codzienne zajęcia. Patrząc na obraz nie dopadają patrzącego żadne egzystencjalne lęki.
fragment obrazu
Avercamp nie snuje refleksji nad przemijalnością życia, on podziwia jego trwanie. Jego obrazy odwołują się do dziecięcej radości życia, są połączeniem tego co zwyczajne, codzienne z tym co bajkowe, są powrotem do krainy przeszłości, kiedy to życie zdaje się jednym wielkim placem zabaw. I choć to może wydawać się naiwne, większość z nas z radością przeniosłaby się do krainy dzieciństwa, kiedy największą troską była obawa, czy jutro spadnie śnieg, a mama puści na sanki. Znajdująca się w głębi  budowla wygląda niczym pałac z lodowych tafli, a przylegająca do niej z ośnieżonym dachem przypomina ciasto z lukrową polewą. Realizmu dodają znajdujący się na pierwszym planie kamienny, brązowy dom, okrągły budynek browaru o barwie bursztynu oraz szmaragdowy gmach kościoła. Kolory użyte przez artystę przypominają kolory kamieni szlachetnych, a formy ich przejrzystość. Mimo, iż obraz przedstawia pejzaż zimowy i przeważają tu różne odcienie bieli, to nie brakuje wyrazistych kolorów. Obraz aż tętni życiem. Oprócz estetycznej przyjemności z patrzenia można popuścić wodze wyobraźni, tyleż tu epizodów malarskich, wystarczy wybrać jeden i dopisać doń całą historię; o grupce zamożnych obywatelu, którzy debatują nad przyjęciem w ratuszu, o zamożnej acz wiekowej starszej damie, która wybrała się z córką i wnuczką na przejażdżkę łódką/saniami pod lodzie, o odbywającej schadzkę parze kochanków, czy o kobiecie w chustce na głowie wracającej z koszem wiktuałów z rynku.
fragment obrazu
Herbert o malarstwie Holendra pisze; Kolor Avercapma jest zawsze ścisły, zdefiniowany, jasno określony, dźwięczny, substancjonalny, twardy i świetlisty zarazem jak kość słoniowa, szlachetne kamienie, barwne opalizujące szkła. Powierzchnia płócien jest pstra, ale ta kolorystyczna swoboda i rozrzutność palety, a także nagromadzenie szczegółów nie niszczą jedności nastroju i tonu. Po czym zastanawia się Jak to jest, że te obrazy, kipiące od niepohamowanej narracji, w których panuje beztroski nieład rzeczy, są dla naszych oczu jednorodne, wewnętrznie spójne, harmonijne, chociaż wymykają się wszelkim geometrycznym schematom. Str. 46 Mistrza z Delf Wydawnictwo Zeszyty literackie, rok 2008)
I co by nie mówić (tu pozwolę sobie na małą metaforę) patrzenie na ten krajobraz jest jak szklanka zimnej wody podczas upalnego dnia. 
I powtórzę cytowany już na blogu fragment z Mistrza z Delf Avercamp przyjmuje, że świat jest dobry i godny zamieszkania, jego małe postacie na tle rozległej panoramy oddane są z czułą dokładnością miniaturzysty, bez cienia sarkazmu czy ironii. Obca mu jest medytacja wielkiego Flamanda [Bruegla] nad przemijaniem, obojętnością przyrody, znikomością egzystencji. I w tej zgodzie na to, co istnieje, w naiwnej, spontanicznej akceptacji rzeczywistości jest Avecamp arcyholenderski. (str.45)
fragment obrazu
Obraz namalowany przez Hendrcka Avercampa w 1608 roku na płótnie o wymiarach 77,3 cm na 131,9 cm znajduje się w Rijksmuseum w Amsterdamie. 

Jeden z komentarzy przypomniał mi, iż pisząc o tym obrazie myślałam też o tekście utworu Brela Flamandowie, który pięknie śpiewa Michał Bajor.
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są
Tańczą, bo dwadzieścia mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że miast o staropanieństwo drżeć
Trzeba za mąż iść i dzieci mieć
Tak rodzice przykazali im
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor przez kadzideł dym
Tak nauczał i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Obcy jest im w tańcu słodki dreszcz
Gdy w niedzielę tańczą Flamandowie
Gdy Flamandów trochę znasz, to wiesz
Obcy jest im jakikolwiek dreszcz
Tańczą, gdy trzydzieści mają lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie swój osiąga cel
Rosną dzieci i na piwko chmiel
Ich rodzice z dumy puchną aż
Belfer w szkole i na mszy w klasztorze
Ojciec przeor rozjaśniwszy twarz
Puchnie z dumy i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą przy niedzieli milcząc wciąż 
Bez uśmiechu tańczą Flamandowie
Bo kto zna ich, co tu kryć
Nie do śmiechu jest Flamandem być
Tańczą mając siedemdziesiąt lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że ich życie osiągnęło cel
Rosną wnuki i na piwko chmiel
Cali w czerni jak rodzice ich 
Belfer w szkole i jak mnich w klasztorze
Do podziału w testamentach swych
Mają sporo i dlatego może 
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Flamandowie tańczą milcząc wciąż
Przy niedzieli tańczą Flamandowie
Mają twarze bez kropelki krwi
Kto ich zna ten rację przyzna mi
Tańczą, bo skończyli już sto lat
Piękny wiek, by się dowiedział świat
Że się ma prawnuki że ho ho
I że nóżki jeszcze żwawe są
W tańcu płyną do rodziców swych 
I do belfra, co ich beształ w szatni
Do przeora, co rozgrzeszał ich
Płyną, gdy już może raz ostatni
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak
Tańczą tak
Tańczą tak 
Flamandowie tańczą tak



piątek, 10 czerwca 2016

Dziennik Andre Gide

Powsin
Zachęcona przez Adrianę z bloga Kraków i okolice sięgnęłam po Dziennik Gide`a. Początkowe wpisy nieco mnie rozczarowały. Myślałam nawet, iż zrezygnuję z lektury. Pierwszy wpis z 1890 roku 21 letni Andre zaczyna od zdania - Nie dbać o wydawać się. Nie byłam zachwycona. Równoważniki zdań, brak podmiotu, orzeczenia, myśli skaczące po tematach w zawrotnym tempie. Jedyne co zdołałam wyłuskać to dążenie do odrębności, szczerość ponad wszystko. Nie usiłować iść dumnie w ślady Stendhala. Zmysł naśladownictwa; bardzo się go wystrzegać. Str.9 

Może to zbyt duża różnica wieku sprawiła, iż trudno mi było nadążyć za myślą młodzieńca. Choć ciekawie brzmią zalecenia skierowane ku samemu sobie, jako jeden z materialnych czynników sprzyjających pracy i jej pobudzeniu wskazuje Andre;
Nie starać się wciągać do pracy poprzez lekturę czy muzykę; albo 
Wilanów

wybrać autora dawnego i czytać tylko (ale w skupieniu) kilka linijek. Zawsze sięgam do tych samych: Wergiliusz, Molier, Bach (czytany bez pomocy fortepianu); Kandyd Woltera: albo z innych powodów, pierwsze tomy korespondencji Flauberta, 

Listy do siostry Balzaka. … W pokoju do pracy żadnych dzieł sztuki albo bardzo niewiele i bardzo poważnych; (nic Botticellego) Mascaccio, Michał Anioł, Szkoła Ateńska Rafaela. Raczej kilka portretów, lub kilka masek: Dante, Pascal, Leopardi; fotografia Balzaka, fotografia… Z książek tylko słowniki. Nic nie powinno odrywać czy urzekać. Nic nie powinno ratować od nudy, prócz pracy. Str.15
No tak, rozumiem, dlaczego moje plany na karierę pisarską legły w gruzach. Nad łóżkiem wisi sporej wielkości fragment reprodukcji fresku Botticellego, który urzeka pięknem i odrywa od pracy, nie mówiąc o kilku impresjonistycznych pejzażach. Na ścianie nad stołem śliczne (choć nieco kiczowate) akwarelki widoczków Paryża i Wenecji, miast, do których wzywa nostalgia.
Łazienki

Pisząc o pięknym obrazie Giorgione`a Koncert konstatuje, …patrząc na to, nie myśli się o niczym innym. Cecha arcydzieła; jest tylko ono, odsuwa każdą inną formę piękna. (str. 18). To stwierdzenie jest mi niezmiernie bliskie. Zapatrzeć, zasłuchać, zaczytać się - tylko to ma sens… wszelka powierzchowność niweczy odkrywanie…
W miarę lektury zaczynam w nią wsiąkać, zatracam się w czytaniu, a ilość kolorowych karteczek znaczących myśli ważne, ważkie i bliskie powoduje, że książka zaczyna puchnąć. Kolejna selekcja przed zanotowaniem paru najważniejszych sprawia, że wynotowuję jedynie dziesięć stron myśli. 
Początkowo przeszkadza, iż wielość cytowanych tu nazwisk to kompletnie obce, pusto brzmiące dźwięki, jednak z czasem pomijam nazwiska, a odnajduję przypisane im myśli. 
Wiele tu poszukiwań – i zbłądzeń - także religijnych i światopoglądowych, w tym skłanianie się ku katolicyzmowi czy początkowe zauroczenie komunizmem.

Katolicyzm jest nie do przyjęcia. Protestantyzm jest nie do
Ogrody BUW

zniesienia. A czuję się do głębi chrześcijaninem na str. 66 pisze młody jeszcze człowiek.
Nic bardziej nie drażni pewnych katolików jak widok naszych wyrzeczeń, do których oni z całą swoją religijnością nie są zdolni. To też niewiele im trzeba, żeby oskarżyć nas o szalbierstwa; cnota ma pozostać ich monopolem, i tylko to się liczy, co uzyskuje się od siebie klepiąc pacierze. Nie mogą nam darować naszego szczęścia; jest bezbożne. Tylko oni mają prawo do szczęścia. Zresztą mało z tego prawa korzystają. Str. 150

Jak bliska staje się myśl na temat zamiłowania do zachodniej cywilizacji.
Czy należało jechać dalej? Aż do Eufratu? Aż do Bagdadu? Nie, już tego nie pragnę. Obsesja, żeby zobaczyć te kraje, jest za mną; za mną dzika ciekawość. Jako to ulga poszerzyć na mapie obszary, których nie musi się już zobaczyć! Zbyt długo myślałem - z upodobania do egzotyki, z nieufności do szowinistycznego zapatrzenia się w swoje, a może też ze skromności, że niejedna kultura może zasługiwać na naszą miłość, urzeczenie… Teraz wiem, że nasza cywilizacja zachodnia (powiedziałbym nawet francuska) jest nie tylko najpiękniejsza; wierzę, wiem, że jest jedyna – tak, jedyna po Grecji, której my tylko jesteśmy spadkobiercami. Str. 75 
Łazienki

Gide żył w niezwykle burzliwym okresie, przeżył koniec wieku, dwie wojny światowe, narodziny komunizmu, co czyni jego Dziennik ważnym świadectwem epoki (przełomu epok) a także kilku nurtów w historii literatury i sztuki. 
1 sierpnia 1914 r. Dzień niespokojnego oczekiwania. Dlaczego nie ogłasza się mobilizacji? Każda zwłoka korzystna dla Niemiec. Dać się zaatakować to zapewne ustępstwo na rzecz partii socjalistycznej. (str. 79)
Dwunasty dzień od mobilizacji … Zarzucam sobie, że nie wszystkie moje myśli są oddane temu pełnemu lęku oczekiwaniu; ale obce jest mi wszystko co narusza równowagę umysłu. Gdyby nie opinia, czuję, że nawet pod ogniem nieprzyjacielskim radowałbym się odą Horacego. Ruyters był zgorszony któregoś wieczora, że mogłem mówić o czymś innym… Ani dziś popołudniu, ani wczoraj nie byłem w Czerwonym Krzyżu, gdzie udaję raczej, że jestem użyteczny niż jestem użyteczny naprawdę. Przywilej nabiera tu najbardziej ohydnego smaku. Ale hipokryzja jest jeszcze wstrętniejsza, a komedia, którą się gra przed samym sobą z obawy, że pozostanie się za innymi w tyle, absurdalna. Str. 81
Ustala się nowy szablon, konwencjonalna psychologia patrioty,

Łazienki
poza którą nie sposób już być „przyzwoitym człowiekiem”. Od tonu, jakim dziennikarze mówią o Niemczech, robi się całkiem niedobrze. Prześcigają jeden drugiego dając całą swoją miarę. Każdy boi się, że zostanie z tyłu i będzie wyglądał na mniej „dobrego Francuza” od innych. Str. 81

I w końcu dylemat, który często i mnie nurtuje. 
Czy mogę wiedzieć, jak zachowałbym się wobec rzeczywistegniebezpieczeństwa? Z jak prostej materii są ci, którzy mogą odpowiadać za siebie w każdej godzinie dnia i nocy! Ilu żołnierzy czeka z trwogą wydarzenia, które im powie, czy są odważni? A ten, kto nie reaguje jak chciałby, ten czyja wola tylko jest odważna? Rozpacz człowieka, który ma siebie za tchórza, ponieważ ustąpił chwilowej słabości- a spodziewał się, że jest mężny (Lord Jim) str. 82

Czasami autor pisze o sobie w trzeciej osobie - co jest trochę mylące (wywołuje wrażenie dopisku innej osoby). I choć wielokrotnie powtarza, iż w życiu najważniejsza jest szczerość wobec siebie i innych, przyznaje, że sam nie potrafi być do końca szczery (najprawdopodobniej chodzi o biseksualizm autora)
Łazienki

Jest krytyczny wobec rodaków. Trzy czwarte błędów popełnionych przez Francję wynika z upodobania do dowcipu, gestu, sentymentu. Myślicie, że te rzeczy istnieją dla nich? Są praktyczni, wy jesteście romantyczni. O, zasługujecie na Rostanda! Pióropusz, szampan i cała reszta stosowana do tej nieuleczalnej lekkomyślności, która każe wam żartować pod obstrzałem i nigdy nie przyjmować do wiadomości, że inni są już gotowi. A poza tym za bardzo liczycie na szczęście. Pięknie jest pokładać ufność w sobie; ale wówczas, kiedy jest uzasadniona” str. 85
Ocena sytuacji politycznej przeplata się z rozważaniami na temat sztuki i filozofii. 
Drażnią mnie gazety, które z tchórzliwym i przestarzałym optymizmem wciąż głoszą, że zwycięstwo polega na niedostrzeganiu otrzymanych ciosów. Schlebiają skłonności umysłu francuskiego najbardziej niebezpiecznej na czas wojny, bo nieuniknienie łączy się z nią brak przygotowania. Te same gazety przed wojną nie uznawały niebezpieczeństwa niemieckiego; dziś dzień po dniu, karmią nas tą głupią i rujnującą ufnością. Żadna klęska nic ich nie nauczy. Str. 104 
Deklaracje nacjonalistów zbyt często przywodzą na myśl zapewnienia córek króla Leara. Głęboka miłość nie pojawia się tak łatwo na ustach. Jestem za milczeniem Kordelii. Str. 128 
Nad Wisłą
Przyczyny, które skłaniają mnie do pisania są liczne, a najważniejsze najbardziej ukryte. I ta przede wszystkim: uchronić coś od śmierci. Str. 145
O starzeniu się pisze:
Wraz z pragnieniem usypia cała moja istota. Kiedy piękno nie budzi w nas żadnej potrzeby zbliżenia, kontaktu, uścisku, spokój, którego w swoim szaleństwie pragnęło się w czasach, kiedy dręczyło nas oszalałe pragnienie, bardziej zdaje się apatią; i zasługuje na pochwałę może tylko dlatego, że myśl o śmierci czyni mniej okrutną i z nią oswaja. Str. 151
W sumie mierny okres. Tracę kontakt ze sobą i z rzeczywistością, udaję, że żyję i chwilami wątpię, czy żyję, naprawdę. Zmęczenie takie, że nic już od siebie nie żądam; poddaję się życiu, jak poddałbym się śmierci. Str. 183 –pisze sześćdziesięciolatek

Ogrody BUW
Mniej wymagające z wiekiem ciało pozwala na wolność umysłu. Ocenia się rzeczy rozumniej; ale też mniej sprawiedliwiej tych, którymi rządzą zmysły. Kiedy samemu uszło się tej dominacji, przestaje się ją rozumieć, zgadzać się na nią u innych. Ileż nieprzejednania wynika z zimnego temperamentu. Str. 210

Z bólem serca dokonałam wyboru paru jedynie myśli z dużego zbioru wynotowanych z Dziennika i znów naiwnie żywię nadzieję, że do tych notatek jeszcze powrócę. 
Cytaty pochodzą z Dziennika Gide`a Wydawnictwo Krąg Warszawa 1992 r. (243 strony) przekład Joanna Guze
Kolejna służbowa podróż do stolicy obfitowała w częstsze spotkania z naturą (choć nie obeszło się bez spotkań ze sztuką:) zdjęcia z paru spacerów.