sobota, 23 stycznia 2021

Gorzko, gorzko Joanna Bator

Zagłębiona w biografiach i literaturze dziewiętnastego i dwudziestego stulecia rzadko sięgam po literackie nowości. Wątpię, abym sięgnęła po najnowszą powieść Joanny Bator jeszcze w tym dziesięcioleciu, gdyby nie wywiad z autorką przeprowadzony przez Michała Nogasia w mojej ulubionej stacji radiowej.

Saga czterech pokoleń kobiet to spotkanie z niezwykle złożonymi, doświadczonymi przez życie, momentami mocno irytującymi, a jednak (mimo wszystko) budzącymi, jeśli nie sympatię to empatię - bohaterkami. Berta wychowywana przez wdowca Hansa Kocha w Langwaltersdorf uczy się od ojca sprawiania mięsa. Ich wyroby szczególnie chętnie sprzedawane są do pobliskiego sanatorium dla gruźlików Görbersdorf, które już za parę lat zmieni nazwę na Sokołowsko. Berta staje się mistrzynią w swoim fachu, zajęcie to dzieli z czytaniem romansów. Ma osiemnaście lat i marzy o wielkiej miłości. To marzenie będzie towarzyszyć wszystkim bohaterkom Gorzko, gorzko. Barbara Serce, córka Berty, która wcześnie trafi do sierocińca próbuje stać się niewidzialna, mając nadzieję, że tylko dzięki temu i pewnym próbom przekupstwa zostanie zaakceptowana przez świat, stanie się godna jego uwagi, której zresztą panicznie się obawia. Nawet po adopcji przez nowych nie-rodziców najbezpieczniej będzie czuła się w ukryciu i niemal do końca chowa się rzeczami ukrywając się  na strychu poniemieckiej kamienicy przy placu Górnika w Wałbrzychu, a to w zakładzie pogrzebowym Styks, a to w altance na działce a to pod hałdą przydasiek, które będzie do końca gromadzić w klitce składającej się z pokoju i kuchnio-łazienki. A mimo to kiedy pozna pewnego miłego stolarza da się porwać uczuciom. Violetta, córka Barbary będzie się dawała im porywać permanentnie, choć chyba bardziej od bycia kochaną pragnie dobrze wypaść we wciąż nowej roli na scenie życia. Violetta jest najbardziej irytującą postacią i jednocześnie budzi największe współczucie, bo nikt nie będzie w stanie skrzywdzić jej tak bardzo, jak ona sama, nie będzie też umiała dostrzec szczęścia, jakie ją spotyka i przejdzie obok niego obojętnie a nawet z uczuciem udręczenia. Kalina, córka Violetty idąc w ślady matki /nie -matki, kochanej babci Buni i nieznanej jej prababki Berty również gotowa jest dla miłości poświęcić siebie. Gorzko, gorzko nie jest jednak książką o miłości, a raczej o jej braku, o poszukiwaniu i błądzeniu, o traceniu, pragnieniu wolności oraz o poznawaniu samej siebie.   

Każda z postaci jest inna, choć wszystkie połączone są tragiczną historią. Pozna ją niemal w całości dopiero Kalina, która dzięki temu będzie mogła uwolnić się od przeszłości.  Przeszłości, której nie znały jej poprzedniczki i której wpływu na własne życie nie uświadamiały sobie. Najsmutniejsze jest to, że każda z tych nie-matek i nie-córek, które powielają swoje losy mając możliwość wyboru innej drogi wybiera tę samą, którą wybrała poprzedniczka. Dopiero Kalina decydując się na poznanie losów swoich poprzedniczek, a potem opowiadając o nich będzie miała możliwość przełamania rodzinnej traumy.

Mężczyźni są tutaj jedynie bohaterami drugiego planu, choć gdyby nie ich pojawienie się w życiu bohaterek życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej; w przeważającej części nie są miłymi i interesującymi; piją, łajdaczą się, często nie mają pracy, źle traktują kobiety.

Opowieść toczy się nielinearnie, przeszłość przeplata się z teraźniejszością i przyszłością, a losy czterech kobiet splatają ze sobą i rozdzielają. Ciekawy jest sposób narracji; Kalina Czasami jest wszystkowiedzącym narratorem i występuje w pierwszej osobie, aby za chwilę pojawić się w trzeciej osobie. Pozwala to na przybliżanie się do bohaterki i nabranie dystansu. Kalina nie pozna wszystkich rodzinnych sekretów, a to co niedopowiedziane pozostawi czytelnikowi margines na snucie własnej wersji historii.  

Przeplatanie realizmu z magią nadaje opowieści dodatkowego uroku, jak seans spirytystyczny, który po czasie okazuje się był bardziej realny niż magiczny.

Mam wrażenie, że wszystko w tej powieści jest ważne, nie tylko historia kobiet, nie tylko miejsce, gdzie się ona rozgrywa, nie tylko tło społeczne, ale także każda najbardziej drobiazgowa scenka, niby mało istotna, a wbijająca się w pamięć (jak choćby scena, w której Barbara kupuje sobie nowe buty na obcasie i zbiega po schodach kamienicy, czy scena w której Violetta przyjeżdża do hotelu na spotkanie z kimś, kto odmieni jej los a cała scenografia sprawia, że jej pałac z kart legnie w gruzach).

Losy czterech pokoleń kobiet osadzone są na tle wydarzeń historyczno-społecznych, historia Berty toczy się tuż przed wybuchem II wojny Światowej, czas Barbary przypada na okres komunistycznej Polski powojennej, występy Violetty to okres przemian ustrojowych –gospodarka wolnorynkowa, Kalina urodzona w 1990 roku to bohaterka najbliższa naszym czasom. Tłem sporej części opowieści jest powojenny Wałbrzych, z którego wysiedlono większość jego dawnych mieszkańców (poza Agnieszką, tą Niemrą, która została), na których miejsce przychodzą ci, których też wysiedlono, tyle, że z innych obszarów kraju, bądź ci, którzy szukali tu miejsca, aby zacząć wszystko od nowa. Weszli w dopiero co opuszczone lokale starej kamienicy, wybierając sobie pozostawione przez poprzedników meble i sprzęty.

Troszkę baśniowe wybrała autorka zakończenie dla opowieści, ale może tak się należało po całej serii samotności, rozczarowań i strat, jakie spotkały kobiety z rodu Koch/ Serce chcemy, aby Kalinę spotkało coś miłego. Jakaś mała rekompensata od losu.

Dawno nie czytałam tak dobrze napisanej książki. Bohaterki stały się tak bliskie, jakby mieszkały za ścianą i tak ciekawe, że chciało się czytać i czytać. Historia wciągnęła mnie tak, że nie mogłam się doczekać, aż splątane nici zostaną rozplątane i znikną wszystkie białe plamy, a z drugiej strony starałam się dawkować lekturę, aby przyjemność wystarczyła na dłużej. Przyznam, że korciło mnie, aby przeczytać najpierw historię Berty, potem Barbary i dalsze. Doszłam jednak do wniosku, iż skoro autorka nadała powieści taki a nie inny kształt to wiedziała co robi. Natomiast kiedy będę czytała ponownie (a będę na pewno) poeksperymentuję. 

Polecam, bo to świetna książka jest. 

I jak mówiła autorka we wspomnianym wywiadzie ma tak przepięknie skomponowaną okładkę, że patrzenie na nią to sama przyjemność. Dodam jeszcze, że mimo sporej objętości (650 stron) dobrze się trzyma w ręku. 

sobota, 2 stycznia 2021

Podsumowanie roku czyli życie coraz bardziej wirtualne, ale nie tylko

Teatr Narodowy w Warszawie
W tym roku odkrycia podróżnicze tylko w retrospekcji. Jedyny wyjazd miał miejsce w lutym i był kulturalnym wypadem do stolicy (dwie sztuki teatralne, wystawa grafiki pana Łopiańskiego oraz film w kinie Atlantic).  W teatrze 6 piętro obejrzałam spektakl ART w obsadzie Żebrowski, Szyc i Chabior. Trzech przyjaciół dyskutuje o sztuce, ponieważ jeden z nich zakupił za horrendalną cenę obraz przedstawiający na białym tle białe paski. Dwaj pozostali próbują to zrozumieć, prowadzą dysputy, dochodzi do ostrej wymiany zdań, od tematu sztuki po zagadnienia egzystencjalne. Błyskotliwe dialogi przeplata humor sytuacyjny. Zróżnicowani bohaterowie świetnie zostali zagrani. Dawno nie widziałam tak dobrej komedii. Mam wrażenie, że wystawienie dobrej komedii jest o wiele trudniejsze niż wystawienie dobrego dramatu. W przypadku ART to zasługa to zarówno autorki sztuki Yasminy Reza, jak i aktorskiego kunsztu wykonawców. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak dobrej gry po panu Szycu (za którym nawiasem mówiąc nie przepadam). Natomiast w Teatrze Narodowym miałam przyjemność (wreszcie - polowałam na bilety długie miesiące) obejrzeć sztukę Garderobiany. Jest to mistrzowski popis genialnych aktorów; Janusza Gajosa i Jana Englerta albo Jana Englerta i Janusza Gajosa. Naprawdę trudno byłoby mi ocenić, który z panów był w tym duecie lepszy, bowiem obaj grali wspaniale. Choć oni nie grali, oni byli postaciami ze sztuki Ronalda Harwooda. Englert - odtwórca sztuk szekspirowskich, zadufany w sobie egocentryk, rozedrgany i depresyjny oraz Gajos - jego garderobiany, a zarazem sługa i wierny druh, który bez słowa znosi skargi i humory mistrza, a pozwala sobie na chwilę słabości, kiedy okazuje się, że mistrz w swojej wielkiej księdze życia pomija go w podziękowaniach. Występujący w przedstawieniu pozostali aktorzy, choć grali dobrze, stanowili jedynie tło dla dwójki bohaterów. Miałam dodatkową przyjemność oglądać sztukę z pierwszego rzędu.
 Kupiec wenecki
W tym roku miałam wielokrotnie przyjemność oglądania sztuk teatralnych z pierwszego rzędu wygodnej kanapy, niestety były to spektakle online. Na temat wirtualnego teatru można by wiele pisać, że to nie to samo, że brak kontaktu aktora z widzem, że nie ma tej niepowtarzalnej atmosfery odświętności i tego czegoś, co górnolotnie nazywam sacrum, ale jest jedna niepodważalna zaleta takiego przedstawienia, iż bez niego nie mielibyśmy okazji obcowania ze sztuką (nieco odmienną, nie taką za jaką tęsknimy, ale jednak sztuką). Natomiast dla części widzów, co podkreślano na spotkaniach z twórcami podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych te przedstawienia online były jedyną możliwością obejrzenia sztuki. Mieszkańcy małego miasteczka, czy wioski nie mają możliwości korzystania z dobrodziejstwa teatru, natomiast mieszkańcy Gdańska nie wybiorą się do Krakowa, Warszawy czy Poznania, aby pójść tam do teatru. Oczywiście są wyjątki. Czytając te entuzjastyczne podziękowania za możliwość obejrzenia przedstawień myślę sobie, że powinno się na przyszłość także rozważyć tę kwestię. Dzięki wirtualnemu teatrowi udało mi się obejrzeć całkiem sporo przedstawień, z których za najciekawsze uznałam obejrzane na warszawskich spotkaniach Kupca weneckiego z Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku, Fedrę z Teatru Wybrzeże w Gdańsku oraz Panny z Wilka Teatru Starego w Krakowie a także  Ucho, gardło, nóż na portalu themuba (internetowy teatr prowadzony przez wspomnianego wyżej Borysa Szyca). Ta ostatnia sztuka to monodram w wykonaniu świetnej Krystyny Jandy.
W oczekiwaniu na koncert dla Piotra S.
Podobnie było z koncertami, na żywo udało mi się uczestniczyć jedynie w koncercie pani Alicji Majewskiej w Filharmonii Bałtyckiej. Piosenkarka była w świetnej formie, a jej nowe utwory były równie dobre, jak te starsze. Połączenie ciekawego głosu, perfekcyjnego wykonania ze znakomitymi tekstami sprawia, że wieczór z panią Alicją to sama przyjemność. Kolejne koncerty oglądałam w wersji streamingowej. Tyle, że w przypadku koncertu brak publiczności jest bardziej dojmujący a szklana ściana pomiędzy wokalistą a odbiorcą bardziej przeszkadza. Z kilkunastu koncertów, jakie obejrzałam i wysłuchałam największe wrażenie zrobiły na mnie Koncert Piwnicy pod Baranami w 90 rocznicę urodzin Piotra (przy okazji polecam platformę kina Piwnicy pod baranami, na której można obejrzeć też ciekawe filmy), koncert Janusza Krucińskiego na platformie Wirtualny Teatr oraz koncert z okazji 50 lecia pracy na scenie Andrzeja Sikorowskiego (na you-tubie). No i last but not least odbywający się na przełomie roku- jak obietnica normalności koncert Jeana Michela Jarre w wirtualnej katedrze Notre Dame de Paris. Uwielbiam Jarre`a - jego muzyka jest tak ożywcza, energetyczna, jest w niej powiew świeżości. I choć elektroniczna, jest harmonijna. W tej muzyce i tym przedstawieniu był i niepokój i obawa, smutek i radość, zamyślenie i nierealność, piękno i odczłowieczenie, różnorodność i nadzieja. (link)
Udało mi się również odwiedzić parę galerii online. Fantastycznie było pospacerować po Orsay`u czy Uffizi. Polecam ciekawą stronę na której można nie tylko obejrzeć zbiory kilku galerii i muzeów, ale i pospacerować wśród obrazów i rzeźb.  
Na szczęście jest coś co można robić poza ekranem komputera. A jest to dla mnie czytanie książek papierowych. Niestety większa ilość czasu wcale nie przełożyła się na większą ilość przeczytanych pozycji. Nie mniej parę książek udało mi się przeczytać, napisałam zaledwie o kilku. Może w tym roku zacznę zapisywać choć tytuły przeczytanych lektur, będzie można podać w kolejnym podsumowaniu jakąś cyfrę. Cóż to za podsumowanie bez cyferek. Rok 2020 był dla mnie rokiem, w którym zapoznałam się z prozą naszej noblistki. Przeczytałam Prowadź swój pług przez kości umarłych oraz Prawiek i inne czasy. Obie zrobiły na mnie dobre wrażenie, ale przed napisaniem paru słów sparaliżowała mnie niemoc (powiedzmy, że twórcza). Może zmieni to kolejna książka, którą dziś zaczęłam czytać Anna In w grobowcach świata. Zarówno wśród recenzji na blogu, jak i wśród przeczytanych a nie opisanych książek nadal przeważają biografie. W zeszłym roku zapoznałam się też z nowym gatunkiem, jakim są reportaże (Zrób sobie raj). Najczęściej czytaną recenzją według statystyk są Gdańskie wspomnienia młodości Johanny Schopenhauer. Na drugim miejscu znalazła się Włoska podróż Goethego z ilością odsłon niemal o połowę mniejszą, oraz Bogowie, groby i uczeni na miejscu trzecim. Nie przebiły ich nawet takie zapchaj dziury, jak bożonarodzeniowe wspomnienia, wpis o biblioteczce, czy świątecznych prezentach. Mimo ciężkiego dla wszystkich roku (u mnie przejawiło się to mniejszą ilością wpisów na początku pandemii) udało mi się opublikować łącznie dwadzieścia siedem wpisów, co oznacza, iż zaczynam odbijać się od dna, jakim było dla mnie dziesięć wpisów (w roku 2018).
 
Życzmy sobie, aby nowy rok poza poznaniem wirtualnym pozwolił nam wzbogacić osobisty bagaż doświadczeń kulturalnych także o doświadczenia realne. I z tą nadzieją udaję się w Krainę Łagodności, gdzie przy dźwiękach chilloutowej muzyki z nowej płyty zanurzę się w świecie grobowców wraz z Anną In.

sobota, 26 grudnia 2020

Znalezione pod choinką

Nieodmiennie od lat piszę list do Świętego Mikołaja. Zamieszczam w nim spis książek i płyt, jakie z chęcią zobaczyłabym na półkach
mojej biblioteczki. Dobroduszny białobrody Staruszek z chęcią przyjmuję tę podpowiedź i od lat realizuje moje życzenia. Nie inaczej było w tym roku. Pod choinką znalazłam zatem:

Album Arcydzieła malarstwa Ufizzi i Pitti - wielka i ciężka księga pełna ilustracji zbiorów dwóch największych florenckich muzeów. O tej pozycji marzyłam od dawna. Oczywiście chciałabym mieć wszystkie wydania tej serii, na razie poza florenckimi mam jeszcze londyńskie. Nie jest to księga do czytania, choć jest tam również sporo treści, jednak w przeważającej części są to ilustracje obrazów. To pozycja na miesiące, a nawet na lata. Z uwagi na jej ciężar i wielkość najlepiej ogląda się ją siedząc przy stole. 

Znałam wcześniej wydawnictwo Arkady, wiedziałam zatem, czego mogę się spodziewać po albumie. Natomiast dwie kolejne pozycje zaskoczyły mnie swoją objętością. Obie są pokłosiem wysłuchania radiowej audycji w mojej ulubionej stacji Radio Nowy Świat. Michał Nogaś prowadzi tam wywiady z pisarzami. Robi to na tyle interesująco, iż niemal zawsze po ich wysłuchaniu mam ochotę na przeczytanie książki, o której rozmawia. Zanim wysłuchałam wywiadu z Joanną Bator nie była w stanie zachęcić mnie do lektury jej książek żadna z blogowych recenzji, choć większość była entuzjastyczna. Nie przekonała mnie również ekranizacja jej kryminału Blisko, prawie noc. Próbowałam obejrzeć dwukrotnie i niestety poległam. Mam dość sprecyzowane gusta literackie i jestem jeśli można to tak określić ortodoksyjną czytelniczką biografii, książek dotyczących sztuki i klasyki literatury pięknej z niemal zupełnym pominięciem literatury współczesnej. Zawsze twierdziłam, że zanim zabiorę się za pisarzy żyjących powinnam poznać tych, którzy są już po drugiej stronie. Ostatnio zdarzają mi się coraz częściej wyjątki od tej zasady. Sięgnęłam na przykład po prozę Tokarczuk. A spowodowała to nie nagroda a jakiś przeczytany z autorką wywiad. Również po wysłuchaniu wywiadu z panią Joanną Bator poczułam ogromną chęć sięgnięcia po najnowszą książkę Gorzko, gorzko. W tej chwili mogę się wypowiedzieć jedynie co do warstwy wizualnej - bardzo ładna okładka i objętość nazywana cegiełką.



Skoro z taką ciekawością wysłuchuję wywiadów Michała Nogasia nie mogłam przejść obojętnie obok książki jego autorstwa Z niejednej półki - wywiady. Będę mogła skonfrontować, czy zapis jest równie interesujący i inspirujący, jak prowadzona na żywo rozmowa. I znowu trafiła mi się książka cegiełka.

Kolejna pozycja to efekt brzydkiego uczucia zazdrości, jakiego doświadczyłam, kiedy kilka lat temu moja dobra koleżanka pochwaliła się otrzymaną pod choinką księgą Kaplica Sykstyńska. O ile mnie pamięć nie zawodzi, była to gruba i bogato ilustrowana monografia na temat największego malarskiego dzieła "mojego" Michała Anioła (nie wszyscy wiedzą, że M.A. - mój ci on jest). Nie mam pojęcia, czy książka, którą sobie wypatrzyłam jest tożsamą pozycją, nie mniej owo niechlubne uczucie zazdrości, jakie żywiłam w stosunku do nabytku Asi sprzed kilku lat zostało umniejszone.

Książkę Pana Wiesława Kępińskiego wybrałam z uwagi na nazwisko autora, które jest tożsame z nazwiskiem kilku osób z rodziny. Wciąż zapominam zapytać, czy mają oni jakikolwiek związek z usynowionym przez Iwaszkiewiczów chłopcem. Po raz pierwszy spotkałam się z nim wypożyczając z biblioteki książkę - Sześćdziesiąty pierwszy. Był to opis historii tragicznych dziejów rodziny, która została stracona podczas Powstania Warszawskiego. Po wojnie osierocony jedenastoletni chłopak został przyjęty na wychowanie przez Jarosława i Annę Iwaszkiewiczów, zamieszkał w Stawisku i stał się uczestnikiem życia kulturalnego powojennej Polski spotykając w domu rodzinnym pisarzy, dyplomatów, czy koronowane głowy. Nie łudzę się, że przybrany syn odziedziczył talent pisarski, ale liczę na smakowite wspomnienia.  

Kolejna książka jest przygotowaniem do podróży, jaką mam nadzieję uda mi się jeszcze kiedyś odbyć. Są to Katedry Lwowa. 



Listę zamówień od Mikołaja zamyka płyta z nagraniem koncertu w Pradze Hansa Zimmera. Lubię ten rodzaj muzyki, a jak dotąd nie miałam okazji wysłuchania jej na żywo. Wybierałam się kilkakrotnie, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Ostatnio - pandemia. Pewnym substytutem jest możliwość wysłuchania i obejrzenia koncertu nagranego trzy lata temu. Koncert można obejrzeć na platformie cda.pl, ale mam wrażenie, że płyta ma lepszą jakość. 

Teraz delektuję się słuchając przepięknej muzyki z innego koncertu Hymn Sarah Brightman, popijając kawkę z nowego kubeczka i spozierając na szklaną śniegową kulę (o której marzyłam od dzieciństwa) - kolejne mikołajowe prezenty. A wieczorem, jak zrobi się ciemno rozświetlę sobie noc dziesiątkami świec i światełkami dekoracji, które sama sobie od kolejnego z Mikołajów zakupiłam.

Po wyjątkowo spokojnej, udanej rodzinnej Wigilii (pierwsze w tym roku tak duże spotkanie rodzinne- cztery plus trzy - żadnego naruszenia zasad :), bożonarodzeniowym obiedzie z mamą (jeden plus jeden) dziś mam czas dla siebie (jeden plus siedem - książek). Zapomniałam wspomnieć o kryminale. To była jedyna książka, której nie umieściłam w moim liście do Mikołaja. Coś Harlana Cobena. Ponieważ rzadko czytam kryminały - nie znam autora. Ale mając kilka dni wolnego, może i on dostąpi zaszczytu przeczytania.

 

Mam nadzieję, że macie dobre, spokojne i przede wszystkim spędzane w zdrowiu Święta.  A komu przeszkadza krótki dzień zawsze można go rozświetlić światłem świec. Dają niesamowity klimat, robią nastrój i sprawiają, że robi się cieplej. Nawet, jeśli to złudne wrażenie. 


wtorek, 22 grudnia 2020

Świąteczne wspomnienia - pomysł zapożyczony z pracy

Cztery lata temu panowie dają swój wkład w Wigilię
W związku z epidemią po raz pierwszy nie mogliśmy zorganizować Wigilii w pracy. Szef wymyślił (choć twierdzi, że zapożyczył pomysł, co nie zmienia faktu, że ten doskonale się sprawdził), aby każdy z nas w kolejnym przedświątecznym dniu dzielił się z pozostałymi życzeniami,  wspominkami, zdjęciami, przepisami, filmikami, czy co tam, komu przyjdzie do głowy.  Pomysłowość i inwencja koleżeństwa zadziwiała z każdym kolejnym życzeniem. Były ciekawe relacje z rodzinnych świąt, były rymowane życzenia dla każdego inne, zdjęcia własnoręcznie zrobionych prezentów, a nawet życzenia w power point. W ten sposób każdego dnia witała i do jutra będzie witać nas miła niespodzianka. Relacje budziły wspomnienia i pozwalały na mały oddech od codzienności i robiło się tak jakoś jaśniej i radośniej. Nie każdy ma odwagę dzielić się swoim intymnym światem, ale jak już się zdecyduje to okazuje się, że wiele nas łączy, o wiele więcej niż dotąd nam się wydawało. 

Wykorzystując pomysł podzielę się moimi wspominkami i refleksjami (którymi nie podzieliłam się z moimi koleżankami i kolegami). 

I znowu nie udało się zobaczyć Mikołaja

Moje najwcześniejsze wspomnienia świąteczne są zapewne podobne do wspomnień moich rówieśników. Przypadają na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. 

Zaczynało się od sprzątania mieszkania, można by powiedzieć od piwnic, aż po strych, gdyby nie fakt, że mieszkanie liczyło trzydzieści parę metrów. Mama sprzątała każdy zakamarek, każdą półeczkę i każdą szufladkę wykładała papierem, drewniane podłogi pastowała, a my z tatą froterowaliśmy je ślizgając się na miękkich szmatach, aby parkiet nabrał połysku, mama myła okna i przecierała je gazetami, firany i pościel prało się w blokowej pralni usytuowanej na strychu obok suszarni, w ogromnym kotle, pod którym palił się ogień, a gospodynie mieszały w tym kotle drewnianym kijem, tak jakby gotowały zupę. Potem te firany rozwieszało na drewnianych ramach mocując je na przypiętych do ram gwoździków. Wysuszoną pościel ściągało się ze sznura i trzeba było ją przełamywać na pół, taka była sztywna od krochmalu. Mama zabierała mnie ze sobą, aby od razu pościel powyciągać każda za przeciwległy rożek. Potem była obowiązkowa wizyta w maglu, gdzie było gorąco i parno i panował specyficzny zapach czystości. Ręczniki wyżymało się przez maglownicę będącą częścią wyposażenia pralki Frania. 

Kiedy już porządki zostały zrobione, mama zabierała się za przygotowanie pożywienia, w całym domu rozchodziły się zapachy pieczonych ciast; tradycyjnie piekło się makową struclę, do dziś żadna nie smakowała mi tak, jak ta mamina, sernik (także wyśmienity, najlepiej z czerwoną galaretką pod którą tworzył się barwny wilgotny nalot i fajnie zeskrobywało się go łyżeczką) no i piernik (ten jadłam, kiedy skończyły się pozostałe ciasta). 

Pomiędzy sprzątaniem i pieczeniem mama chodziła po zakupy, co zabierało o wiele więcej czasu niż dzisiaj, bowiem trzeba się było mocno nachodzić, aby dostać na przykład szynkę (która wówczas smakowała chyba inaczej niż dziś, bowiem jadało się ją kilka razy w trakcie roku, więc miała posmak świąt), baleron (z cudowną warstwą tłuszczyku), polędwicę. Potem któreś z rodziców przynosiło żywego karpia, który przez jakiś czas okupował wannę. Uwielbiałam się kąpać, więc nie mogłam się doczekać, kiedy intruz powędruje do kuchni.  Choć oczywiście lubiłam patrzeć na pływającą rybę, podkarmiałam ją chlebem i zatykałam uszy, kiedy tata szedł dokonać egzekucji. Jako dorosła osoba nigdy nie kupiłam żywego karpia. 

Ze świętami lat dzieciństwa wiążą się nieodłącznie pomarańcze, które rzucano wtedy do sklepów niemal wyłącznie z okazji świąt. Mieszkając w Gdańsku mieliśmy o tyle dobrze, że to od Gdyni, do której przypływały statki z owocami zaczynała się ich dalsze podróż. Pomarańcze były na tyle atrakcyjne, że dodawało się je do świątecznych podarunków. Pachniały obłędnie, dziś, albo straciłam węch (i powinnam zrobić sobie test), albo one wcale nie mają zapachu. Najpopularniejszy zestaw upominkowy to paczka (duży foliowy worek przewiązany kolorową wstążeczką) zawierająca czekoladę, ciasteczka, cukierki, pomarańcze lub mandarynki i orzechy włoskie w łupince. Do tego przewiązany wstążeczką w kolorowym papierze z choinką lub bałwankiem jakiś drobiazg i pełnia szczęścia. Można było usiąść pod choinką i podjadając słodycze i mandarynki delektować się misiem, lalką lub książką. Kiedyś dostałam długi czerwono - szary długopis. Ponieważ od dziecka lubiłam pisać (wynotowywałam w notesikach  różne informacje z książek, pisałam opowiadanka, prowadziłam dzienniki) długopis bardzo mnie ucieszył. Podobnie cieszyły mnie wszelkie notesiki, czy zeszyty, niezapisane strony były obietnicą przyszłych treści, aż oczy mi się świeciły na taki podarek. Do dziś, mimo, że rzadko korzystam z notesów innych niż komputerowe, niezapisane kartki to dla mnie piękny widok. Zapisane też (o ile nie są to przepisy ustaw lub rozporządzeń)

Choinkę stroiliśmy zawsze w wigilię rano, ja z tatą; najpierw tata oplątywał sznurem lampek (nigdy nie mieliśmy świeczek, chyba z obawy przez zapaleniem), potem ja wieszałam na niższych gałązkach bombki, w tym ulubione w kształcie sopli lodu, orzechy włoskie owinięte w sreberko od czekolady (te sreberka były zbierane przez cały rok) oraz we własnoręcznie klejone łańcuchy z kolorowego papieru, tata robił to samo tyle, że wyżej, a mama przychodziła, aby razem z nami porzucać kępki waty, które miały imitować śnieg, oraz dać ostatni szlif w postaci anielskiego włosa.  

Biały wykrochmalony obrus (żakardowy), świąteczny serwis i sztućce i

wigilijna wieczerza w hotelowym pokoju
wyczekiwanie pierwszej gwiazdki. Symboliczne, bowiem kolacja bywała u nas długo po pierwszej gwiazdce. Mama perfekcjonistka robiła niemal wszystko sama, więc siadaliśmy do wieczerzy około dziewiętnastej. Rodzicie odświętnie ubrani, tata zapalał świece i częstował opłatkiem składając życzenia, zawsze dziękował mamie za piękne przygotowanie świąt. Może gdyby choć trochę jej pomógł w tych przygotowaniach nie byłaby tak zmęczona. Ale wówczas tego nie zauważałam, a tata zawsze był moim ukochanym tatusiem. Po kolacji razem z tatą szliśmy poszukać Świętego Mikołaja. Mieszkając na ósmym piętrze, wsiadaliśmy do windy i zjeżdżaliśmy na parter. Wychodziliśmy przed blok i rozglądaliśmy się zawiedzeni, że chyba w tym roku nie przybył. Potem w mieszkaniu państwa D. słyszeliśmy radosne rozmowy i tata stwierdzał, że widocznie minęliśmy się. Skoro u państwa D. tak wesoło, to Mikołaj musiał już tam być. Kolejnego roku schodziliśmy schodami i jak się można domyślić, znowu Mikołaja nie spotykaliśmy. Zawsze z niedowierzaniem wracałam do domu, gdzie mama witała nas od progu z wymówką, po co wychodziliście, ON już TU był i zobaczcie co zostawił pod choinką.  Nie wiem, jak to możliwe, że dawałam się nabrać przez tyle lat. A może chciałam w to wierzyć. 

Kiedy moi siostrzeńcy byli mali to mnie przypadło w udziale zabieranie ich na przechadzkę w poszukiwaniu Świętego. Dziś mają prawie szesnaście lat i sami wychodzą chętnie z pokoju na poszukiwanie Mikołaja, a kiedy wracają niosą ze sobą paczki z prezentami dla pozostałych domowników, tłumacząc nam, że spotkali go po drodze.

Kolejnym obrzędem było rozpakowywanie prezentów. Mistrzem ceremonii był tata, który potrafił się cieszyć jak dziecko z każdego prezentu, czy był to sweter, czy książka (zamiłowanie do książek mam po tacie), czy przysłowiowe skarpetki (choć nie pamiętam, aby kiedyś je dostał). 

Świąteczny spacer

Co więcej tata cieszył się też z prezentów, które dostawali pozostali domownicy. A jego radość była zaraźliwa. I nawet, jeśli prezent nie był tym wymarzonym (choć wydaje mi się, że wówczas mieliśmy bardzo skromne marzenia) to byliśmy przekonani że nic lepszego nie mogło się nam trafić.

Po sprzątnięciu ze stołu i po wizycie Mikołaja, mama robiła kawę, kroiła ciasto i wówczas i ona mogła już odpocząć. Wtedy śpiewaliśmy kolędy i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. W pierwszy dzień świąt szliśmy do kościoła na mszę, podczas której największą atrakcją było oglądanie Bożonarodzeniowej szopki. Te święta kiedy byliśmy z mamą, tatą, a potem i siostrą wspominam najmilej. 

Kiedy dorosłam święta nie miały już dla mnie takiego uroku, pisałam o tym kilkakrotnie na blogu (choćby tu) więc nie będę się powtarzać. Jednak za każdym razem żywię nadzieję, że w tym roku będzie jak w baśni, wszyscy zasiądą do stołu uśmiechnięci, nikt się z nikim nie pokłóci, nikt na nikogo nie będzie obrażony, gospodyni nie będzie padała ze zmęczenia, polityka u nas nie zagości, wirusy nie będą miały dostępu, czas będzie płynął wolno a my będziemy myśleć trwaj chwilo - jesteś piękna. 

Ostatnio usłyszałam takie życzenia (fragment piosenki), które bardzo mi się spodobały.

Życzmy sobie, abyśmy byli blisko, nawet kiedy jesteśmy daleko. Ja dodałabym, życzmy sobie, abyśmy będąc blisko nie byli od siebie oddaleni. 

Niestety zdjęcia z tamtych lat przechowały się jedynie w mej pamięci, więc wpis ozdobiony teraźniejszymi miłymi wspomnieniami (rodzinnej Wigilii oraz wigilijnego wypadu świątecznego).

niedziela, 20 grudnia 2020

Wenecja mniej znana - wakacyjnych tęsknot ciąg dalszy

Wyspa San Giorgio

 

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

W ostatnim wpisie pisałam, że bardziej tęsknię za miejscami, do których mam bliżej,  niż za tymi dalszymi. Spoglądając ostatnio na zdjęcie Wenecji doszłam do wniosku, że moja tęsknota przekroczyła też granicę kraju. Plac Św. Marka, Bazylika z czterema końmi Lizypa, Pałac Dożów, Lew Wenecki, Ponte Rialto, gondole, kanały i mostki - postaram się ominąć te hałaśliwe miejsca i znaleźć mniej zatłoczone zakątki. Nie będzie to łatwe.  Zdjęcie powyżej zrobiłam z Campanilli, gdyby nie ono pewnie nie zainteresowałabym się Wyspą Świętego Jerzego. Mój tata miał na imię Jerzy i do dziś darzę sentymentem miejsca nazwane tym imieniem. Choć w Wenecji byłam pięciokrotnie na wyspę nie dotarłam.  Żałuję, bo jest tam, co zwiedzać, a nie jest wyspa tak oblegana przez turystów, jak Wenecja, czy choćby Murano. Znajduje się tutaj Bazylika San Giorgio Maggiore (zaprojektowana według pomysłu Andrei Palladio, jednego z najbardziej znanych włoskich architektów. W bazylice zaś wiszą Ostatnia Wieczerza i Zbieranie manny Tintoretta). Poza Bazyliką na tej malutkiej wyspie mieszczą się Campanilla (dzwonnica), opactwo z ogrodami, marina, amfiteatr -Teatro Verde i niewielki bar. Z ciekawostek historycznych w 1800 roku odbyło się tutaj konklawe i wybór Piusa VII na papieża. Nie każdego interesuje historia czy sztuka, ale myślę, że widok Placu Świętego Marka z otaczającą go panoramą, wyspy Giudecca czy wreszcie samej wyspy Świętego Jerzego oglądany z dzwonnicy będzie niezapomniany, a dla zrobionych z tego miejsca zdjęć warto odwiedzić wyspę.

Inne miejsce zostało odkryte przez zupełny przypadek, kiedy wracając z Placu Świętego Marka do mieszczącego się w pobliżu Piazzale Roma hotelu chciałam skrócić drogę i zabłądziłam. Zgubić się w Wenecji to przyjemność, niestety kiedy zaczynało się robić coraz  ciemniej, ludzi było coraz mniej zmuszona byłam oświetlać sobie drogę latarką telefonu. Było to dziesięć lat temu, kiedy aparat nie był wyposażony w GPS. Najadłam się trochę strachu, ale jak widać wszystko skończyło się szczęśliwie, a ja postanowiłam wieczorami chadzać znanymi drogami, bądź korzystać z vaporetto. Podczas tego błądzenia natknęłam się na ciekawy obiekt (na zdjęciu powyżej). Kilka razy próbowałam potem tam dotrzeć, niestety bezskutecznie. Była to szkoła, ale nie jej nazwy nie zapamiętałam. Dziś zabawiłam się w detektywa i wędrując wirtualnie po mapie Wenecji odnalazłam ów obiekt. Wskazówką była świątynia Santa Maria dei Frai, którą mijałam po drodze.  Poszukiwaną budowlą okazała się Scuola Grande di san Giovanni Evangelista. Jej historia sięga trzynastego wieku,  a sale  zdobią obrazy (między innymi) Belliniego, Tycjana i jego uczniów. Wykorzystuje się ją do wynajmu sal na organizację koncertów i konferencji, można ją też zwiedzać. Nie sądzę, aby i ona była nadmiernie eksploatowana turystycznie. Większość gości odwiedzających Wenecję to goście jedno-dwudniowi, zaliczający okolice Placu Świętego Marka, Ponte Rialto, odbywający wycieczkę po Canale Grande, ci z zasobniejszą kieszenią fundują sobie rejs gondolą (koszt. około 100 euro za 30 minut). 

Kościoła na zdjęciu obok nie udało mi się odwiedzić, gdyż był już zamknięty (dotarłam na miejsce po godzinie siedemnastej). Znajduje się w odległej, mniej uczęszczanej okolicy Wenecji. Nosi miano Madonna dell Orto co oznacza Madonnę od Ogrodu Warzywnego. Swoją drogą ilość Świątyń poświęconych Madonnom jest we Włoszech oszałamiająca. W przewodniku Świątynia opisana jest jako jedna z najciekawszych w mieście, choć prawdę mówiąc nie trafiłam na nieciekawe świątynie w tym mieście, tak jak nie trafiłam na świątynie wskazane w przewodniku, jako nie warte odwiedzin. Pisałam już o tym, wspominając pobyt w Rzymie, bądź Florencji - włoskie świątynie to muzea sztuki, nie ma takiej, w której nie znalazł by się przynajmniej jeden obraz któregoś ze znanych mistrzów malarstwa. Świątynia pochodzi z czternastego wieku, pierwotnie poświęcona była Św. Krzysztofowi, ale zmieniła miano w związku z odnalezieniem w posągu Madonny. Tutaj pochowany został Tintoretto, którego obrazy zdobią wnętrze świątyni.  Portret weneckiego admirała w warszawskiej galerii narodowej zawsze przyciągał moją uwagę w przeciwieństwie do mocno zatłoczonych scen zbiorowych na obrazach Tintoretta w weneckiej Gallerie dell Accademia.  Nie dane mi było obejrzenie kolejnych dzieł Jacopo, jak również posągu Madonny Ogrodu Warzywnego.  Mogłam podziwiać jedynie zewnętrzną fasadę będącą połączeniem stylów romańskiego, gotyckiego i renesansu. Portal wieńczy posąg Św. Krzysztofa, zaś nisze znajdujące się po obu stronach bocznej fasady zdobią posągi dwunastu apostołów.  Plac przed kościołem wyłożony został polami z cegieł ułożonych w jodełkę. Jak widać i tutaj nie było tłoczno. 

Ale uczciwie muszę przyznać, że takich widoków emanujących ciszą wiele się w Wenecji nie znajdzie. Aby zobaczyć taki pusty Plac Św. Marka (jak na poniższym zdjęciu) trzeba wstać wcześnie rano i wjechać na szczyt Campanilli jedną z pierwszych wind. 

Widok ten jest tyleż piękny, co smutny. Z jednej strony zaspakaja egoistyczne pragnienie każdego podróżnika zawładnięcia nowo poznanym miejscem, zaanektowania go wyłącznie dla siebie. A z drugiej ten plac jest piękny też dlatego, że jest pełen gwaru, hałasu, ludzi, muzyki. Mimo całego pośpiechu, jaki towarzyszy zwiedzaniu (zwłaszcza grupowemu) tu ludzie zatrzymują się na chwilę, przysiadają przy kawiarnianych stoliczkach, nawet jeśliby  mieli  napić się kawy za  15 euro  (wliczając 6 euro coperto - czyli nakrycie stołu, muzykę na żywo, itp.) w Cafe Florian. Ale tu płaci się nie tyle za jakość, co za widoki, atmosferę, klimat, historię. Jeśli uświadomić sobie, kto przesiadywał wcześniej w tej kawiarni to może ta kawa (cena za nią) nie będzie taka gorzka.

Podczas ostatniego pobytu w Wenecji (dwa lata temu) miałam wrażenie, że ludzi jest jeszcze więcej niż zwykle i o wiele trudniej było znaleźć miejsce mniej zatłoczone. Udało mi się to, kiedy szukałam Kościoła Angelo Raffaele wędrując jedną z najstarszych dzielnic Wenecji Dorsoduro. Szukając świątyni wędrowałam niemal bezludnymi nabrzeżami kanałów, mostkami i placykami. Kościół Archanioła Rafaela stanowił tło opowieści Anioł Panny Garnet Salley Vickers, opowieści która kiedyś dawno temu urzekła mnie. Jest to historia wiekowej damy, która po przejściu na emeryturę otrzymuje niewielki spadek i jedzie (za sugestią testatorki) zwiedzić Wenecję. Wybiera się na chwilę, a zostaje znacznie dłużej. Dotąd jej życie było przewidywalne, monotonne i nudne, a sama Julia niezwykle zasadnicza. Kiedy znajduje się w Wenecji staje się inną osobą, jest spontaniczna, odnajduje pasje, jej życie nabiera barw, znajduje też przyjaciół. Niebagatelną rolę w opowieści odgrywa historia Tobiasza, Archanioła Rafała i psa. Od czasu lektury tej książki moje zainteresowanie budzi każdy obraz czy płaskorzeźba przedstawiająca tę opowieść. Kościół Angelo Raffaele jest wciśnięty pomiędzy placyk imienia Anioła Rafaela a kanał. Historia świątyni tego imienia sięga siódmego a niektórzy twierdzą, że nawet piątego wieku. Jednak sama świątynia istniejąca dzisiaj pochodzi z wieku siedemnastego. Trudno objąć ją obiektywem aparatu. Zewnętrzna fasada nie jest imponująca, jedynie rzeźba z aniołem, chłopcem, psem i rybą nad portalem zdobi niczym nie wyróżniająca się świątynię. Podobna rzeźba znajduje się w bocznym ołtarzu we wnętrzu kościoła. Jakby tego było mało znajduje się też obraz przedstawiający historię uzdrowienia ojca Tobiasza. 

Kościół był pusty, jedynie mężczyzna będący odpowiednikiem naszego kościelnego zajmujący się sprzątaniem zerkał na mnie, czy przypadkiem nie robię zdjęć. Ja zaś zerkałam na niego i jak tylko nie patrzył robiłam zdjęcie. 

W  Wenecji oczywiście poza tym wszystkim co zowie się kulturą i sztuką mój wzrok przyciągały wyroby ze szkła weneckiego oraz maski. Szklanych korali mam kilka sznurów, choć nie przepadam za biżuterią. Lubię na nie patrzeć. Wielość i różnorodność jednych i drugich sprawia, że jest w czym wybierać. Oczywiście ta najładniejsze artystyczne są poza zasięgiem finansowym, ale oglądanie nic nie kosztuje. Natomiast robienie zdjęć w ekskluzywnych sklepikach z maskami i strojami karnawałowymi jest zakazane. Pewne wyobrażenie, choć niewielkie dają zdjęcia masek w sklepikach i na straganach (często wątpliwej jakości wyrobów made in china). Ale od czego jest wyobraźnia.





Na koniec to, co poza zdjęciami oraz bogatymi zasobami pamięci przypomina mi o Wenecji (jakby jakimś cudem można było o niej zapomnieć)


Życzę wszystkim spokojnych świątecznych przygotowań (bez zmęczenia) z przerwą na coś miłego - choćby filiżankę kawy czy parę stron lektury.