niedziela, 12 lipca 2020

Niepowiązane snopki, czy Podróż włoska Goethego


Od czasu, kiedy zaczęłam czytać o Włoszech zawsze natrafiałam na Podróż włoską Goethego. W podróżniczych wspomnieniach przedstawicieli literackiego świata XIX wiecznej Europy wielokrotnie padał ten tytuł. Był on obowiązkową lekturą humanisty wybierającego się w podróż do Italii. Każdy myślący człowiek chciał skonfrontować swoje wrażenia z wrażeniami autora ulubionego cytatu ludzi szczęśliwych „trwaj chwilo, chwilo jesteś piękną”. Z niecierpliwością przebiegłam tę część włoskiej podróży, która się tyczy Sycylii i Neapolu, aby dotrzeć wreszcie do celu - caput mundi. Jakże miło współprzeżyć te pierwsze wrażenia z autorem Fausta. Te znane podróżnikom połączenie oszołomienia, zachwytu, niedowierzania, pełni szczęścia, chłonięcia mnogości doznań sprawiło, iż lektura była powrotem do chwil pełnych radosnego uniesienia i oddania się rozkoszy wspomnień. Na twarzy pojawia się uśmiech rozmarzenia a w sercu błogość. Trudno byłoby wyróżnić jeden opis, bo tak jak pisarz chłonął każdego dnia kolejne odkrycia, tak ja chłonęłam jego wrażenia (oczywiście konfrontując je z własnymi). Jeden dzień zapadł w pamięć wyraźniej niż inne. Był to dzień rozpoczęty spacerem po Placu Świętego Piotra, wizytą (kolejną) w Muzeach Watykańskich, a zakończony na szczycie kopuły Bazyliki. Może dlatego, że podobnych wrażeń doznałam  224 lata później. Ponad dwa stulecia dzieliły nasze w tym miejscu przebywanie, a odczucia niemal identyczne.  
Początkowo spacerowaliśmy po całym placu, ale gdy zrobiło się za gorąco, ukryliśmy się pod wielkim obeliskiem, dość szerokim, by nas obu ocienić, i jedliśmy kupione w pobliżu winogrona. Potem poszliśmy do Kaplicy Sykstyńskiej. W środku było jasno, freski miały bardzo dobre światło. Nie wiedzieliśmy co bardziej podziwiać, czy Sąd Ostateczny Michała Anioła, czy jego rozmaite malowidła na stropie. Patrzyłem bez słowa i patrzyłem zdumiony. Pewność siebie mistrza i męski jego talent przekraczają wszelkie wyobrażenie. Po kilkakrotnym obejrzeniu całości opuściliśmy to sanktuarium i poszliśmy do Bazyliki Św. Piotra. Z pogodnego nieba spływało piękne światło, w którym jasno i wyraźnie widać było wszystkie zakątki kościoła. Postanowiliśmy tym razem napawać się wielkością i wspaniałością budowli, nie dając się sprowadzić na manowce jakimiś wyrozumowanymi kryteriami smaku i powstrzymując od wszelkich ostrzejszych sądów. Cieszyliśmy się tym, co zostało stworzone dla radości człowieka.
Na koniec weszliśmy na dach bazyliki, gdzie przed oczami roztacza się widok na miniaturową kopię prawdziwego miasta. Domy i sklepy i fontanny, kościoły (z wyglądu) i wielka świątynia- a wszystko to pod gołym niebem, przecięte pięknymi alejami. Wspięliśmy się na kopułę, skąd widać było Apeniny w słońcu, Sorakte, wulkaniczne wzgórze Tivoli, Frascati, Castel Gandolfo, równinę i w oddali morze. Tuż pod nami Rzym w całej okazałości, ze swymi pałacami na wzgórzach, kopułami, itd. Powietrze było nieruchome. W miedzianej kuli upał, jak w cieplarni. Po dokładnym obejrzeniu wszystkiego zeszliśmy na dół i kazaliśmy otworzyć drzwi wychodzące na gzymsy i bęben kopuły oraz na gzymsy nawy. Po tych gzymsach można obejść cały kościół oglądając go z góry. Kiedy staliśmy na gzymsie bębna, w głębi na dole pokazał się papież. Szedł odprawiać swe popołudniowe modły
(str. 124). Zapewne z szacunku dla urzędu Goethe nie napisał o tym, co mnie nasuwa mi się na wspomnienie tamtego widoku, iż papież z tej perspektywy wyglądał niczym owad na posadzce świątyni.
Do Bazyliki i do Kaplicy wracał pisarz niejednokrotnie, często razem ze znajomymi. Raz nawet zdarzyło mu się przysnąć na papieskim tronie, kiedy w wyniku kontemplacji sklepienia przeniósł się do krainy Morfeusza.
Czytając tę listowną relację z pobytów w Rzymie (pierwszego od 1 listopada 1786 r. do 21 lutego 1787 roku i drugiego od czerwca 1787 r. do kwietnia 1788 r.) swoim (niebyt chwalebnym) zwyczajem podkreślałam ołówkiem interesujące myśli. Jednak po paru stronach lektury zauważyłam, że nie ma strony bez zaznaczonej choćby linijki tekstu.
Z każdym dniem coraz trudniejsze staje się relacjonowanie podróży, bo jak pisze.. im głębiej w las, tym więcej drzew - tak właśnie ma się sprawa z poznawaniem tego miasta. Współczesności nie można zrozumieć bez poznania przeszłości, po to zaś by porównać współczesność z przeszłością, trzeba by więcej czasu i spokoju… (str. 146). Ubolewanie nad własną niemożnością poznania z powodu nadmiaru obowiązków i braku czasu często towarzyszy Wolfgangowi. Gani zatem sam siebie za zbytnie rozproszenie i nieumiejętność skupienia się na jednej dziedzinie, miast powierzchownego studiowania wielu. Zachłanność poznawcza sprawia, iż z zapałem godnym lepszej sprawy kupuje mnóstwo pamiątek rzymskich; posągi, fragmenty torsów, rysunki, szkice, obrazy. …Zbieram także różne inne rzeczy, nie ma wśród nich ani jednej bezwartościowej lub nieprzydatnej, takie zresztą tu się nie trafiają: wszystko jest pouczające i ważne. Najważniejszą jednak dla mnie wartość przedstawia to, co zabiorę ze sobą w duszy, skarb, który będzie stale rósł i pomnażał się. (str. 150).
Pamiętam konsternację, którą wywoływały podobne słowa wśród moich znajomych na pytanie o podróżne pamiątki.
Znalazłam też ciekawe porównanie dotyczące kolekcjonowania wrażeń z rzymskiego pobytu. … Muszę zakończyć żniwa przed wyjazdem do Neapolu. Na wiązanie snopów starczy jeszcze pogodnych dni (str.153). Co uzmysławia, iż moje snopki nadal nie powiązane, choć żniwa były bogate; plon kilku rzymskich wakacji wciąż czeka na obróbkę.
Po dość długim pobycie w mieście pisarz dochodzi do wniosku, iż wyzbył się wszelkiej próżności i zarozumialstwa i marzy jedynie o tym…. by nic nie było dla niego pustą nazwą, słowem (str.322).
Odkrywa dwie swoje przywary, które wydają się niezwykle znajome. Pierwsza, jest taka, że nigdy nie chciało mi się trudzić nad wyuczeniem się rzemiosła. …. Druga – żadnej pracy nie umiem poświęcić tyle czasu, ile wymagała. Ponieważ tak się szczęśliwie składa, że potrafię w krótkim czasie wiele przemyśleć i składnie połączyć, wszelka praca systematyczna nudzi mnie i męczy. .. (str.326). Na zakończenie pobytu w mieście znajduje się niezwykle ciekawy i drobiazgowy opis zwyczajów karnawałowych. Gwar, tłok, zabawa, maski, kostiumy, powozy, wyścigi konne, bale, festyny, teatry, żarty i niekończąca się od pierwszego do ostatniego dnia zabawa.
Dopiero w Rzymie odnalazłem siebie, tu dopiero pogodziłem się z sobą, tu byłem szczęśliwy i zmądrzałem (str. 462) – pisze pod koniec pobytu niemal czterdziestoletni Wolfgang.
Można pozazdrościć pisarzowi, iż dane mu było tak długie poznawanie tego niezwykłego miasta, jego bogatej historii, architektury, sztuki, bo to niezwykłe doświadczenie, które wzbogaca na całe życie. A przecież jak pisał Obcowanie z wzniosłością i pięknem, nawet wtedy, kiedy wywiera wpływ dobroczynny, budzi niepokój. Pragniemy ująć nasze uczucia, nasze wrażenia w słowa, wymaga to jednak uprzedniego poznania, zrozumienia, ogarnięcia. Zaczynamy oddzielać, rozróżniać,, porządkować, ale nawet te czynności wydają się nam jeśli nie całkiem niemożliwe, to w każdym razie niezwykle trudne. Powracamy więc do kontemplowania i przeżywania. (str. 474/475).
Może właśnie dlatego tak wiele naszych snopków nadal niepowiązanych.

sobota, 16 maja 2020

Bogowie, groby i uczeni C.W. Ceram


Ta książka o archeologicznej pasji, jaka pchała ludzi od wieków do grzebania w ziemi w poszukiwaniu śladów naszej historii zauroczyła mnie rozdziałem o odkryciu Grobowca Tutenchamona. Wiem, nie jestem oryginalna. Oczywiście wszystkie rozdziały są interesujące, ale ten właśnie, czy to z uwagi na rozmiar odkrytych bogactw, ich historyczną wagę, a może mit narosły wokół imienia tego młodocianego władcy spowodowały, że czytając bez trudu mnożna się przenieść  o sto lat wstecz do Doliny Królów i przeżywać emocje, jakie towarzyszyły Carterowi Howardowi i jego ekipie. Może to niesprawiedliwe, że nie pamiętam o drugim najważniejszym członku zespołu Lordzie Carnarvon, ale w pamięci pozostał mi właśnie H.Carter. Podobne emocje towarzyszyły mi dwanaście lat temu w Muzeum Kairskim, kiedy część ze znalezionych przez Cartera i jego ekipę znalezisk ukazała się moim oczom. Nogi, jak z waty, przyspieszone bicie serca i niedowierzanie, że w końcu udało się je choć wzrokiem dotknąć. Jakże żałowałam, że nie mogłam tam spędzić więcej czasu. I choć w odkrytych przedmiotach należy widzieć nie tylko ich wartość materialną, ale o wiele bardziej bogatszą wartość poznawczą, która umożliwiła badaczom na dokonanie sporych odkryć w dziedzinie obyczajowej, społecznej, kulturowej to jednak piękno i uroda odkrytych przedmiotów były oszałamiające.
Ze strony
Pierwsze olśnienie spotkało odkrywców po minięciu długiego liczącego niemal osiem metrów korytarza i wejściu do przedsionka, kiedy … w świetle silnej lampy elektrycznej lśniły się złote łoża, złote krzesło tronowe, połyskiwały matowo dwa duże czarne posągi, złote wazy i dziwne skrzynie. Jakieś dziwaczne głowy zwierząt rzucały na ściany fantastyczne cienie. Z jednej ze skrzyń wyzierał łeb złotego węża. Dwa czarne posągi stały naprzeciw siebie jak żołnierze na warcie „ze złotymi fartuchami, w złotych sandałach, z maczugą i pałką, ze świętym wężem połyskującym na czole”. Wśród wszystkich tych wspaniałości, których niepodobna było ogarnąć pobieżnym spojrzeniem, widniały jeszcze ślady żywych ludzi, którzy trzy tysiące lat temu krzątali się po tej komorze: kadź stojąca koło drzwi, do połowy wypełniona jeszcze zaprawą wapienną, zakopcona lampa, odcisk palca pozostawiony przy dotknięciu świeżo pomalowanej powierzchni; na progu leżało naręcze kwiatów- ostatnie pożegnanie zmarłego. (str. 217-218).
Ze strony
Prace wykopaliskowe trwały kilka lat. Potrzeba było całego zaplecza laboratoryjnego sztaby naukowców, którzy umożliwiliby bezpieczne odzyskanie tysiącletnich wykopalisk. A ogrom znaleziska był porażający; w samej tylko pierwszej komorze – przedsionku znajdowało się około siedmiuset przedmiotów. Najpiękniejsze okazy to … drewniana skrzynia, pod względem artystycznym jedno z najcenniejszych dzieł starożytnej sztuki egipskiej. Cała pokryta była cienką warstwą gipsu i malowidłami, w których przepyszna, pełna wyczucia kolorystyka łączy się z niezwykłą subtelnością rysunku. Sceny myśliwskie i wojenne są odtworzone z takim kompozycyjnym opanowaniem szczegółów; że przewyższają nawet perskie miniatury. … Carter zużył trzy tygodnie żmudnej, niezwykle drobiazgowej pracy, aby skrzynie te opróżnić do dna. Nie mniej wartościowe były trzy wielkie łoża. …. Był to bardzo dziwny rodzaj mebla, z podwyższeniem dla nóg zamiast dla głowy. Pierwsze łoże było ozdobione głowami lwów, drugie- krów; trzecie zdobiła głowa jakiegoś fantastycznego zwierza- na poły hipopotama, na poły krokodyla. Wszystkie trzy były zasypane kosztownościami, bronią i szatami. Na tym wszystkim leżało krzesło tronowe z tak wspaniale zdobionym oparciem, że Carter „bez wahania” twierdził, iż „jest to najpiękniejszy przedmiot, jaki dotąd znaleziono w Egipcie”. Wreszcie wymienić jeszcze należy cztery rydwany. Ponieważ były za duże, by je w całości wprowadzić do grobowca, więc rozpiłowano je na części…. Wszystkie cztery wozy były od góry do dołu pokryte złotem, każdy cal powierzchni zdobiły ornamenty i malowidła lub inkrustacje z barwnego szkła i półszlachetnych kamieni. (str. 223/224). 

Ze strony
Przedmioty z przedsionka zajęły trzydzieści cztery skrzynie. Nie mniejsze zaskoczenie oczekiwało odkrywców w komorze grobowej. Kiedy Carter zajrzał przez otwór do kolejnego pomieszczenia, które okazało się komorą grobową … ujrzał przed sobą ścianę … z masywnego złota. Była to zewnętrzna ściana skrzyni-grobowca zupełnie niebywałych rozmiarów… między nią a ścianą oddzielającą komorę grobową od przedsionka, pozostało tylko wąziutkie przejście szerokości zaledwie sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Idąc tym przejściem musiał poruszać się bardzo ostrożnie, wszędzie bowiem leżały najróżniejsze dary pogrzebowe. … Od góry do dołu pokrywało ją złoto. Na bokach wysadzanych jasnobłękitnym fajansem widniały różne czarodziejskie znaki- zaklęcia mające zapewnić bezpieczeństwo zmarłemu. (str. 225/226).
Wewnątrz tej pierwszej skrzyni znajdowały się dwie kolejne, a w środku sarkofag. Wydobycie tych skrzyń-grobowców na powierzchnię zajęło osiemdziesiąt cztery dni ciężkiej fizycznej pracy. Wieko sarkofagu ważyło 1200 kilogramów i potrzeba było dźwigu, aby je delikatnie podnieść. Oczom odkrywców ukazała się:
zbiory własne
... złota rzeźba, przedstawiająca chłopięcą postać faraona. Bił od niej taki blask, jak gdyby dopiero co wyszła z pracowni artysty. Głowa i ręce były plastycznie uformowane, ciało natomiast przedstawione w płaskorzeźbie. W skrzyżowanych rękach młody król trzymał egipskie insygnia królewskie; pastorał i kropielnicę, inkrustowane niebieskim fajansem. Twarz była z litego złota, oczy z aragonitu i obsydianu, brwi i rzęsy z lapis lazuli. Ta mozaika barw czyniła twarz podobną do maski, nadawała jej kamienny, a jednak żywy wyraz. … Co jednak na Carterze i na reszcie obecnych zrobiło nieporównanie większe wrażenie, to- jak pisze Carter- .. wzruszający wianuszek kwiatów, złożony przez młodą wdowę jako ostatnie pożegnanie ukochanego męża. Cały królewski przepych, całe bogactwo, blask złota- wszystko to bladło wobec tych skromnych zeschłych kwiatów, które jeszcze zachowały nikły ślad dawnej świeżości kolorów. To one z najbardziej nieodpartą wymową przypominały o znikomości tysiącleci. (str. 230). 


Zbiory własne
Czym zatem jest wobec tej skromnej wiązanki kwiatów jest bogactwo skarbca znajdującego się za komorą grobową oraz złoto i kosztowności, jakimi obsypano ciało zmarłego młodzieńca. Tutenchamon był władcą zaledwie kilkunastoletnim, który nie wsławił się w dziejach Egiptu niczym szczególnym, co daje wyobrażenie, o bogactwach grobowców zasłużonych w dziejach Egiptu faraonów (splądrowany przez rabusiów). Zdjęcia Anubisa oraz kota to dwie figurki ze skromnego zbioru pamiątek przywiezionych z Egiptu (zapewne made in China), ale o wartości sentymentalnej nie do przecenienia. Niczym ta skromna wiązanka kwiatów na grobowcu faraona. Prawdopodobnie nie uda mi się odwiedzić muzeum kairskiego ponownie, jednak wspomnienia tamtego upalnego poranka po całonocnej podróży autokarem z Hurghady do Kairu pozostaną ze mną do końca.
Poniżej parę zdjęć ze strony Muzeum Kairskiego 


poniedziałek, 11 maja 2020

Zabić drozda Harper Lee




Zabić drozda jest określane mianem powieści antyrasistowskiej. Moim zdaniem takie zaszufladkowanie książki jest krzywdzące. Jej wydźwięk ma bardziej uniwersalny charakter.
Życie małomiasteczkowej amerykańskiej społeczności z początku lat trzydziestych ubiegłego wieku poznajemy, dzięki opowieści kilkuletniej dziewczynki, która wraz z nieco starszym od niej bratem i jego kolegą są doskonałymi obserwatorami życia społeczno-obyczajowego. Ich spostrzeżenia bywają czasami nieco naiwne, ale też często są zaskakująco trafne.
Chodziło się w tamtych czasach powoli. Ludzie spokojnie przemierzali rynek, powłócząc nogami, snuli się po sklepach i bez przerwy marudzili. Doba miała dwadzieścia cztery godziny, ale wydawała się dłuższa. Nikt się nie spieszył, bo nie było dokąd iść, ani co kupować, ani czym płacić i w ogóle nie istniało nic godnego uwagi poza granicami hrabstwa Maycomb. (str.10) Dzieci spędzają beztroski czas na zabawach, odgrywaniu scenek oraz próbie wywabienia z kryjówki zamkniętego w sąsiedztwie za jakieś młodzieńczy wybryk dorosłego już syna sąsiada. Tajemniczy nieznajomy Artur Radley, jawi się dzieciom, jako przerażająca postać, która rozbudza wyobraźnię i przyprawia o szybsze bicie serca.
Radleyowie …. trzymali się na uboczu - upodobanie w Maycomb niewybaczalne, zamiast chodzić do kościoła, co było główną rozrywką Maycomb, modlili się w domu, pani Radley rzadko, jeśli w ogóle, pokazywała się na ulicy w drodze na poranną kawę u którejś z sąsiadek i z pewnością nie należała do żadnego kółka misyjnego. (str.51)
Drzwi i okiennice były tam zamknięte w niedzielę, jeszcze jedna rzecz obca obyczajom Maycomb, gdzie zamykano się tylko w wypadku choroby albo wyjątkowego zimna. A już ze wszystkich dni tygodnia niedziela była dniem składania towarzyskich popołudniowych wizyt, panie chodziły w gorsetach, panowie chodzili w surdutach, dzieci chodziły w bucikach. (str. 51).
Dnie upływają Jean Louise, zwanej też Smykiem na bacznym obserwowaniu dorosłych, zastanawia ją dlaczego nauczycielka w szkole z dezaprobatą patrzy na jej umiejętność czytania, dlaczego panie przechodząc na drugą stronę ulicy zakładają kapelusz, dlaczego Ewellowie nie muszą chodzić do szkoły, a Cunninghamowie płacą jej ojcu za pracę orzechami, a także dlaczego nie może odwiedzić czarnoskórej kucharki Calpurni w jej domu. A największe zainteresowanie wzbudza, dlaczego Dziki Radley siedzi zamknięty w domu. Dlaczego po prostu nie może otworzyć drzwi i wyjść na zewnątrz.
I w końcu nadchodzi dzień, który burzy spokojną egzystencję mieszkańców Maycomb. Atticus Finch, ojciec Smyka podejmuje się obrony czarnoskórego Toma Robinsona oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Sprawa jest od początku przegrana, mimo braku nie tylko dostatecznych dowodów winy, ale i dowiedzenie faktu przestępstwa. Wyrok ławy przysięgłych złożonej z białej społeczności małego miasteczka pełnej uprzedzeń wobec „czarnuchów” zapadł jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. Dlatego tylko naiwni i dzieci wierzyli, że Tom zostanie uniewinniony. Kiedy Jem zastanawia się, jak to było możliwe, że nikt poza Atticusem nie kiwnął palcem w obronie Toma Robinsona pani Maudie wyjaśnia mu;
Jego kolorowi przyjaciele przede wszystkim i tacy ludzie, jak my. Tacy, jak sędzia Taylor. Tacy, jak Heck Tate. …Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że sędzia Taylor wcale nie przypadkiem wyznaczył Atticusa na obrońcę tego biednego chłopca? …To wcale nie przypadek….. myślałam: Atticus Finch nie wygra, nie może wygrać, ale tylko o jeden jedyny w tych stronach potrafi tak długo trzymać sąd przysięgłych przy takiej sprawie jak ta. I myślałam „No, robimy krok naprzód… niemowlęcy kroczek, ale to już coś”. (str.277)
Ta uniwersalność opowieści tkwi właśnie w tym, iż choć najtrudniej jest zmienić przekonania człowieka, kokon uprzedzeń, w jakich tkwi latami- jest nadzieja, że choć małymi kroczkami - zmiany następują.
Pomysł na dziecięcego narratora pozwala na zadawanie naiwnych pytań, które może jedynie dla dorosłych są naiwnymi. Bo przecież zdziwienie Smyka, z powodu zachowania nauczycielki, która w szkole potępia politykę Hitlera z powodu stosowania czystek rasowych wobec Żydów, a wychodząc z sądu wyraża przekonanie, iż ktoś wreszcie powinien dać nauczkę kolorowym (...bo im woda sodowa uderza do głowy i niedługo zacznie im się wydawać, że mogą się żenić z nami) jest jak najbardziej właściwą reakcją.
Język opowieści, prosty styl i wyraziści, niejednoznaczni bohaterowie, łącznie z postaciami drugoplanowymi, jak choćby ciotka Alexandra, sąsiadka Maudie, czy pan Raymond, który udawał gorszego, niż jest, aby mógł żyć po swojemu sprawiają, że książkę dobrze się czyta. 

Jako ciekawostkę podam, że projekt okładki zaprezentowanej wyżej należy do niejakiego Piotra Ch. Sądziłam, że to nasz kolega z blogosfery, ale się pomyliłam. Może kiedyś obok tłumaczeń zajmie się kolega i tą dziedziną.
Jeden z moich ukochanych cytatów: Niektórzy ludzie są .. są tak pochłonięci troszczeniem się o tamten świat, że nie mają kiedy nauczyć się, jak trzeba żyć na tym (str.61).
Polecam lekturę, a także filmową ekranizację z Gregorym Peckiem w roli Atticusa Fincha. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowego u Anny (czerwiec 2017- oczywiście musiałam sobie przypomnieć lekturę, a zrobiłam to z przyjemnością).