niedziela, 26 marca 2017

Klasztor i kobieta Stanisław Wasylewski

Pozycja kobiety oddanej pod opiekę klasztoru na przestrzeni wieków (od XI do XVI) jest przedmiotem opracowania Klasztor i kobieta. W przeciągu kilku stuleci przechodzi ona różne koleje losu; od oddanej pod władztwo braci zakonnych niewolnicy spełniającej rolę służebnej w koedukacyjnych klasztorach, poprzez zachłyśnięcie się wolnością mniszek, które poddano pod opiekę jednej z nich (ksieni, przeoryszy, magistry), aż po wykształconą pomocnicę skryby, która pięknie zdobi religijne księgi. I mimo, iż pozycja mniszki w ówczesnym społeczeństwie była nie do pozazdroszczenia, to jednak być mniszką było o wiele lżej niż być kobietą świecką.
Kobieta bowiem w XI wieku była rzeczą, która dała życie i służyła ku pociesze strudzonych wojów. [..]  W kolebce już kupował ją lub z kolebki porywał i wienił, czyli brał we wiano, by to potem hodować ze zwierzem po społu na niewiastę dla siebie czy syna, do którego ona dosięgnie, czyli któremu posag wniesie, gdy podrośnie.  (Str. 6). 
W początkach dziejów klasztorów w Polsce kobieta, która szła za jego furtę zmieniała jedynie pana. Na świecie władał nią mężczyzna – wojownik, człek swój, w eremie mężczyzna –opat, przybyły z daleka, głosu ludzkiego nieświadom. (str.8) W eremie skleconym z drzewa i wikliny, oświeconym w nocy łuczywem z suszonego węgorza, kształci się wiślańska białogłowa XI stulecia. Chodzi na ciężkie roboty z braciszkiem cudzoziemskim, warząc mu strawę wśród karczowanego lasu, dogląda szczepów owocowych, których sekrety przywiózł z sobą, plewi rośliny pastewne i nie widziane dotąd pod polskim niebem warzywa, dziwuje się, gdy benedyktyn szałwią i rutą leczy schorzałe ludzie, a jednego tylko nie rozumie, po co on też na pergaminie kreski kolorowe stawia? (Str.11)
Bo też niemal wszystkie (poza nielicznymi wyjątkami białogłów z wysokich rodów) były niepiśmienne. Nie dziw przeto, iż wykonywały rolę służebną wobec mnichów; pracy, cerowały, sprzątały, gotowały, doglądały obrządku i brały baty za nieposłuszeństwo. A kiedy braciszkom naszła ochota poswawolić nie musieli daleko szukać okazji. 
Los niewiast żyjących w klasztorze uległ zmianie, z chwilą oddzielenia sióstr od braci. Niedługo to jednak trwało. Wkrótce papież Celestyn III ogłosił, iż  odtąd bierze je [siostry z klasztoru w Strzelnie] pod swoją i św. Piotra opiekę, obiecuje chronić przed złymi ludźmi, od powinnych dziesięcin uwalnia, pozwala powiększać zgromadzenie przez nowicjat, a przede wszystkim samorządność panien uznaje. (Str. 24). Aby do beczki dziegciu dołożyć i łyżkę goryczy dodał Ojciec Święty zapis o tym, aby i zakon braci norbertanów założyć tamże. A zatem siostrzyczki na nowo będą musiały toczyć walkę o samodzielne rządy. Przez wiele lat musiały żywić braciszków, których dodano im w bonusie do owej przez papieża nadanej wolności i przywilejów. Pozycja kobiety ulega zmianie dopiero, kiedy ta nauczy się pisać. Odtąd staje się ona niemal równorzędnym partnerem skryby, osobą godną szacunku, potrafi czynić to, co dla wielu jest niezrozumiałe i tajemnicze. 
Dzieje zakonów klasztornych kończy autor w epoce reformacji, która na nowo odwraca rolę kobiety w życiu zakonu. 

Największą zaletą opracowania jest język stylizowany na średniowieczny. To dzięki niemu lektura nabiera lekkości. Choć pewnie dla niektórych czytelników to właśnie ten stylizowany język będzie stanowił sporą trudność. Opracowanie zostało poparte zostało solidną bibliografią. Klasztor i kobieta jest połączeniem naukowego opracowania i literatury pięknej. Doskonałym uzupełnieniem treści są ilustracje drzeworytów z czasów, które stanowią tło opowieści.
Pozycja godna polecenia, zwłaszcza dla osób interesujących się historią.
Kolejna pozycja w stosikowym losowaniu u Anny.

wtorek, 14 marca 2017

Dzienniki z lat wojny 1939-1945 Astrid Lindgren

Prawie każde dziecko zna Astrid Lindgren. Co prawda nigdy nie przepadałam za Pippi Pończoszanką, ale już Dzieci z Bulerbyn były ukochaną lekturą mojego dzieciństwa. To jedna z tych książek, które czytałam wypożyczone ze szkolnej biblioteki ubolewając, iż nie mam jej na własność. Niewiele osób wie, iż Astrid zaczęła pisać książki dla dzieci dość późno. Miała wtedy blisko trzydzieści sześć lat, a pisanie było rodzajem terapii – ucieczką od trudniej do zniesienia rzeczywistości drugiej wojny światowej. Jeszcze zanim wpadła na pomysł pisania dla dzieci zaczęła pisać Dziennik wojenny. Pierwszy wpis nosi datę 1 września 1939 r. „O. Dziś wybuchła wojna. Nikt nie chce w to wierzyć. Wczoraj po południu siedziałam z Elsą Gullander w Vasaparken, dzieci biegały i bawiły się koło nas, a my, nie zostawiwszy suchej nitki na Hitlerze, doszłyśmy wspólnie do wniosku, że wojny nie będzie- a dzisiaj Niemcy z samego rana zbombardowali wiele polskich miast i ze wszystkich stron najechali na Polskę.” Astrid nie pisze Dziennika z potrzeby dzielenia się informacjami, czy przemyśleniami z innymi; pisze dla siebie, ponieważ chce zrozumieć mechanizm wielkiej polityki, która w ciągu jednej chwili potrafi unicestwić istniejący porządek rzeczy. Pisze zarówno o zdarzeniach, które mają wymiar historyczny (wypowiedzenie wojny kolejnym krajom, okupacje coraz to nowych terenów, ruchy wojsk, spotkania na szczycie, bitwy, zawieranie i zrywanie kolejnych sojuszy), ale także o tym co przyziemne; trudnościach dnia codziennego, obawach, zmartwieniach, dramatach pojedynczego człowieka. Do Dziennika wkleja wycinki prasowe i fotografie. Informacje czerpie nie tylko z prasy i radia, ale także wykorzystuje te, które uzyskała podczas pracy w cenzurze korespondencji. Astrid, jak sama pisze jest szczęściarą, bowiem urodziła się w Szwecji, jednym z niewielu krajów, który zachował neutralność (nie opowiedział się po żadnej ze stron w toczących się działaniach wojennych), a co za tym idzie, mieszka w kraju, który podczas wojny nie ucierpiał. Tyle, że poczucie radości z tego powodu miesza się z poczuciem winy i wstydu. Doceniając to co ma, nie potrafi się z tego cieszyć. Autorka jest osobą niezwykle wrażliwą. Potrafi też dostrzec paradoks działania polityki, który sprawia, iż wczorajszy wróg jest dzisiejszym sprzymierzeńcem i odwrotnie, bądź to, że zawiązuje się sojusze z agresorem przeciwko sprzymierzeńcom. Największe trudności ma z oceną działań własnego kraju, być może brakuje jej perspektywy spojrzenia. Poza opisem tragedii narodów i społeczeństw pisze też o prozie życia podczas wojny ze szczególnym upodobaniem do notowania ilości i rodzaju pożywienia oraz informacji na temat prezentów otrzymywanych przez członków jej rodziny podczas świąt, czy urodzin. Niektóre z tych uczt są szczególnie obfite, a otrzymywane przez dzieci prezenty tak różnorodne i bogate, że pojawia się igiełka żalu, kiedy porówna się to z sytuacją na terenach krajów okupowanych. 
Tu w Szwecji Boże Narodzenie świętowane było jak zwykle, o ile wiem. Objedliśmy się niesamowicie, tak samo jak zwykle. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym narodem w Europie, który ma taką możliwość, przynajmniej pod tym względem. (Str. 85) Myślę, że prawie wszyscy tu w Szwecji czują tak samo jak ja w to Boże Narodzenie 1940, że jest to czysta, niezasłużona i niesłychana łaska, że możemy obchodzić Boże Narodzenie w całkowitym spokoju w naszych domach. (Str. 86)
Przedwczoraj Karin skończyła 9 lat. Przyszły Elsa-Lena i Matte. Karin dostała zegarek, tornister szkolny, pudełko czekoladek, 1 książkę, 1 parę spodni drelichowych od nas i wiele książek od innych. Na obiad mieliśmy krewetki, rzodkiewki, sardynki, szynkę, jaja i resztę tortu. (str. 165). Był rok 1943.
Dużą zaletą Dzienników jest szczerość ich autorki. Nadchodzi czwarta wojenna zima i jeśli my tu jesteśmy zmęczeni myślą o niej, jak jest w innych krajach? Kiedy spojrzy się na wojnę wstecz, można w reakcjach ludzi dostrzec różne fazy; po straszliwej rozpaczy, którą odczuwano na początku, nadszedł długi okres relatywnego zobojętnienia, przerywanego jedynie od czasu do czasu gwałtownym szokiem, jak okupacja Norwegii, klęska Francji, itd. A teraz rzeczywiście zaczyna dominować wojenne zmęczenie; człowiek ma tak dość tej wojny, że nie wie, co począć, wszystko jest takie posępne. (str. 143)
Ostatni wpis dotyczy końca roku 1945. Tak oto Nowy Rok nastanie znów! Szybko idzie jeden po drugim. Dwie godne uwagi rzeczy przyniósł 1945 rok. Pokój po drugiej wojnie światowej i bombę atomową. Zastanawiam się, co przyszłość powie o bombie atomowej, czy to wyznaczy nową epokę w życiu ludzi, czy nie. Pokój nie jest niczym pewnym, bomba atomowa rzuca na niego swój cień. (str. 251)
Brak doświadczenia pisarskiego autorki nie umniejsza waloru poznawczego Dzienników. 
Dzienniki nie zachwycają literacko, czy językowo, ale są ciekawym zapisem wydarzeń z punktu widzenia obserwatora, kogoś z zewnątrz. 

sobota, 11 marca 2017

Bezmiar sławy Irwing Stone (biografia Camille`a Pissarro)

Czerwone dachy  (zdobiące okładkę książki Bezmiar sławy)
Czytanie Bezmiaru sławy przypomina trochę odwiedziny w Muzeum Orsay w Paryżu. Każda wizyta w tym najbardziej znanym królestwie impresjonizmu to nie tylko uczta dla ducha i odkrywanie znanych obrazów na nowo, to także spotkanie z ich twórcami.
Stone ma nieprzeciętny dar tworzenia biografii, które nie dość, że dają czytelnikowi ogromną dawkę wiedzy na temat ich bohaterów, to jeszcze pisane są przystępnym językiem, a ich lektura wciąga tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bezmiar sławy to nie tylko biografia ojca impresjonizmu Camille`a Pissarro, ale to także wierny obraz epoki i francuskiej bohemy II połowy dziewiętnastego wieku. Nazwiska, jakie pojawiają się na kartach powieści znamy doskonale z podręczników historii sztuki; począwszy od Fritza Melbye`a, z którym bohater zdobywał pierwsze artystyczne doświadczenia na wyspie St. Thomas, poprzez jego brata Antona, papę Corota, Delacroix`a, Courberta, Guillemeta, Moneta, Whistlera, Morrissot, Degasa, Sisleya, Signaca, Seurata, Maneta, Gaughena, Van Gogha, Rodina, a kończąc na marchandach; Durand - Ruelu, Durecie, Cailebotte, czy Theo Van Goghu. Oczywiście to tylko kilkanaście nazwisk spośród ogromnej ilości tych, które padają na łamach książki. 
Camille`a poznajemy w 1855 r., kiedy przybywszy do Paryża odkrywa zupełnie inne miasto, niż to, które opuścił kilka lat wcześniej. A to, co odkrywa wprawia go w zachwyt. Trwa przebudowa miasta; wąskie uliczki zamieniają się w szerokie aleje, stare rudery są wyburzane, a w ich miejsce powstają nowe, przestronne, widne kamienice, miasto staje się czystsze i bezpieczniejsze dzięki systemowi kanalizacji, pojawiają się nowe środki komunikacji. 
Bulwar Montmartre
„Kiedy był w internacie, przejście przez miasto od Montrmartre`u na lewy brzeg zajmowało mu niemal trzy godziny, głównie z powodu nielicznych mostów na Sekwanie i labiryntu uliczek, ślepych zaułków, zablokowanych ulic, całej niemożliwej do przebycia dżungli dziwacznie skonstruowanych domów, z której nie było wyjścia. Pamiętał długie rzędy małych, ciemnych sklepików, gdzie towary były tak popakowane, jakby chciano je ukryć, nie było też na nich ceny….. Francuscy sklepikarze nie chcieli przyjmować pieniędzy, woleli udzielać kredytu na lichwiarski procent. Teraz wszystko uległo zmianie. Paryżanie nie muszą już robić zakupów w pobliżu swego domu, mogą iść nowymi bulwarami…. Sklepy są teraz większe, widniejsze, na wszystkich towarach umieszcza się dobrze widoczne ceny, a obraca się wyłącznie gotówką. Otwarto dwa wielkie atrakcyjne domy towarowe, pierwsze w Paryżu; Bon Marche przed trzema laty, trochę prowincjonalny, a rok wcześniej Louvre, droższy, ale sprzedający towary z całego świata barwnie i efektownie wyeksponowane. Camille zachwycił się odkryciem, że może za sześć su podróżować omnibusem, w dodatku z przesiadkami. Rue Bergere, pierwsza wyasfaltowana ulica w Paryżu, była cudownie równa. Wszędzie widział robotników wymieniających stare wielkie kamienie bruku na małe kawałki piaskowca, na których pojazdy robiły mniejszy hałas. W zamożnych okolicach Faubourg St.Honore ulice wybrukowano płytami z drewna, po których jeździło się jeszcze równiej i ciszej. Najchętniej jeżdżono po wielkich bulwarach; …des Capucines i … des Italiens, mieściły się tu drogie magazyny z biżuterią, perfumami, torebkami i butami, podczas, gdy reszta miasta składała się ze starych wąskich uliczek zatłoczonych tragarzami, wózkami, obnośnymi sprzedawcami, nosicielami wody; uliczki były tak wąskie, że mógł po nich jechać tylko jeden pojazd, a na chodniki nie mogły się minąć dwie osoby….” Str. 31…. To co zapamiętał ……jako plątaninę uliczek średniowiecznego miasta, któro wyrosło organicznie bez planu czy powodu, odradzało się teraz, jako nowoczesna, świadomie zaplanowana metropolia.” Str. 32.
March Sun, Pontoise
Jednakże oszołomienie, w jakie wprawiła Camille`a przebudowa miasta były niczym w porównaniu z wrażeniem, jakie wywołała ekspozycja Wystawy Światowej. Ponad pięć tysięcy obrazów; jeden obok drugiego, wiszące rzędami niemal od podłogi po sufit, zajmujące każdą cząstkę powierzchni sal, korytarzy i przedsionków, obok wejścia i w pobliżu toalet nie mogło pozostawić obojętnym człowieka, dla którego malowanie miało stać się warunkiem egzystencji. Z jednej strony onieśmielało (skoro jest już tylu malarzy - to po co kolejny), a z drugiej utwierdzało w przekonaniu, że malowanie jest jego przeznaczeniem. „Pogrążony w głębokich rozważaniach na widok tych bogactw światowej sztuki, zadawał sobie pytanie; Skąd bierze się ten głód, który każe niektórym z nas rysować z zajadłością równą jedynie potrzebie oddychania, odżywiania się, przeżycia? Niewątpliwie rodzimy się z tym, rośnie to i rozwija się jak kończyny czy mózg; naturalna potrzeba wbudowana w organiczną strukturę człowieka.” Str. 52
Niestety dla Camille`a jego potrzeba malowania nie zdobyła akceptacji rodziny. O ile ojciec gotów był pogodzić się z wyborem syna, pod warunkiem, że ten osiągnie sukces (zacznie wystawiać obrazy na Salonie, co było przepustką do zdobycia klientów), o tyle matka nie przyjmowała do wiadomości, czym zajmuje się syn. Być może pogodziłaby się z jego wyborem, gdyby znalazł sobie narzeczoną z porządnego, żydowskiego domu i z dużym posagiem, tymczasem Camille związał się z boną zatrudnioną przez jego matkę do pomocy w gospodarstwie domowym, Julie Vellay. Camille wyprowadził się z domu, kiedy na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko i pozostał z Julie do końca życia. 
Las
Bardzo skromne wsparcie rodziny było na tyle duże, że nie pozwalało im umrzeć z głodu, a na tyle małe, że nie dawało możliwości choćby skromnego życia. Dziś, kiedy nie znalazłaby się galeria, która nie chciałaby mieć w swoich zbiorach choćby rysunku, szkicu, czy litografii Pissarra ze zdumieniem czyta się o szyderstwach, obelgach i kpinach, jakimi obrzucano jego (i jego kolegów) dzieła. Podziw budzi samozaparcie i wiara w sens wybranej drogi, niepoddawanie się i kolejne próby organizacji wystaw nowego nurtu pomimo niepowodzeń tychże wystaw, głosów krytyki, braku nabywców obrazów, zalegania z czynszem, braku środków do życia i co najtragiczniejsze dla artysty - brakiem środków na farby, pędzle i płótna. Nawet, kiedy już wydawało się, iż Camille osiągnął powodzenie, jego obrazy miały dobre recenzje, znajdowali się nabywcy zaraz zdarzało się coś, co sprawiało, że karta losu się odwracała (kryzys na rynku, niepewna sytuacja polityczna, wojna z Prusami). A jednak mimo chwilowych zwątpień, mimo chorób, czy straty dzieci, mimo ciosu, jakim było wydziedziczenie najpierw przez ojca, potem pozbawienie wsparcia przez matkę, odwrócenie się brata, Camille nie stracił nadziei, że on i jego przyjaciele malarze zostaną docenieni, oraz że piękno świata, jakim chciał dzielić się z innymi zostanie przez nich dostrzeżone i przyjęte. 
Camille najbardziej lubił uwieczniać naturę, stąd większość jego obrazów to pejzaże. Nie brak wśród nich także widoków Paryża, Londynu czy Rouen, a także scenek rodzajowych oraz portretów. Są takie zwyczajne, pogodne, pełne życia, pastelowo barwne, pełne światła i powietrza; po prostu piękne. Są obrazem tego co widział i tego co czuł oraz tego co chciał w nich dostrzec. Pomimo krótkiego okresu eksperymentowania z puentylizmem był wierny impresjonizmowi, który umożliwiał mu wyrażanie uczuć.

Kobieta i dziecko
Uwielbiam czytać biografie pisane przez Stone: potrafią w doskonały sposób oddać klimat epoki, a także sprawić, aby człowiek, który jest ich bohaterem stał się czytelnikowi bliski i bardziej zrozumiały. Widać, że autor dokładnie się przygotował do pisania książki i przebrnął przez wiele dokumentów źródłowych, a jednocześnie ma odwagę budowania własnej wizji bohatera. A bohater to niezwykły, momentami denerwujący swą niefrasobliwością w niedostrzeganiu spraw przyziemnych, ale częściej budzący podziw w niezłomności w dążeniu do celu i wierności ideałom.  
Biografie Stone`a  gorąco polecam. Bezmiar sławy (liczący blisko osiemset stron) czytałam po raz trzeci i wciąż z ogromną przyjemnością.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie).
Ostatnie dni ciszy blogowej i braku aktywności spowodowane były brakiem dostępu do internetu i kłopotami zdrowotnymi. Te mam nadzieję, już za mną. Nie mogę jednak zaręczyć, że brak aktywności ulegnie zmianie w okresie najbliższych kilku lat, jakie dzielą mnie od najdłuższych wakacji życia. Choć oczywiście bardzo bym chciała. Liczę na wyrozumiałość wiernych czytelników. 

niedziela, 26 lutego 2017

Dymny. Życie z diabłami i aniołami. Monika Wąs

Książkę kupiłam na fali zainteresowania Piwnicą pod baranami, którą odkryłam dla siebie w zeszłym roku. Do dziś żałuję, że tak późno.
O Dymnym wiedziałam niewiele. Dlatego w sensie poznawczym lektura była bogatym źródłem informacji na temat osoby, którą nazywano Leonardem da Vinci czasów powojennych. Ci, którzy go znali,  twierdzili, iż gdyby tylko udało mu się skupić na jednej dziedzinie zainteresowań mógłby dokonać w niej bardzo dużo. Niestety podobnie jak renesansowy geniusz  parał się zbyt wieloma dziedzinami sztuki, żadnej nie oddając się na wyłączność. Pisanie krótkich form, współtworzenie scenariuszy, granie w filmie, występy kabaretowe, rysunki, fotografia, rękodzieło. Książka powstała z rozmów z przyjaciółmi i bliskimi, a także wertowania zasobów archiwalnych Filmoteki Narodowej, Akademii Sztuk Pięknych, zasobów radiowych a nawet IPN. 

Autorka wielokrotnie wspomina, iż pozyskane materiały, wiedza na temat Wieśka często sobie przeczą, ponieważ Wiesiek lubił kreować alternatywną rzeczywistość i tworzył różne wizje własnej biografii. Uwielbiał improwizować, lubił sytuacje niedookreślone, stąd ciężko wyodrębnić, która z opowiadanych przez niego, czy tych, którzy go dobrze znali, historii zdarzyła się naprawdę, a która została wymyślona. 
Czytając biografię przychodził mi na myśl film Wszystko na sprzedaż, w którym wszyscy wspominają nieobecnego aktora, a każde zdarzenie przedstawiane jest z różnych punktów  widzenia.  
Dymny był osobowością niezwykle bogatą i nieszablonową i niemal wszyscy wspominają go z podziwem i sympatią, choć niektórzy przyznają, iż obawiali się jego niepoczytalności, objawiającej się wybuchami agresji. Bywał awanturniczy i groźny, zwłaszcza po alkoholu, z którym miewał problemy. Miał jednak w sobie jakiś urok, który przyciągał do niego ciekawe osobowości powojennego świata kulturalnego i niezwykłe kobiety. 
Autorka przyjęła sobie za cel odnalezienie wszystkich wspomnień, każdego materiału i każdej opowieści o Dymnym i w książce zamieszcza je wszystkie wychodząc z założenia, że każda nawet wymyślona historyjka daje nam obraz niesamowitego człowieka. Być może przydałaby się pewna selekcja, ale rozumiem zamysł autorki.
Postać Dymnego obrosła dziś legendą, przy czym jest to legenda awanturnika i alkoholika, natomiast autorka poprzez dotarcie do przyjaciół, znajomych, rodziny przedstawia go także jako człowieka ciepłego, potrafiącego zatracić się w uczuciu, skromnego, bezkompromisowego, człowieka, który jak tlenu do życia potrzebował wolności i swobody. We wspomnieniach wielu osób pozostał właśnie taki. Pozostał też artystą. Dziś trudno byłoby nam wymienić choćby parę jego artystycznych dokonań; wiele jego dzieł spaliło się w pożarze, filmowe scenariusze były odrzucane, a twórczość kabaretowa żyje tylko we wspomnieniach jej uczestników i odbiorców. Sama nie miałam pojęcia, iż takie utwory, jak Czarne anioły, czy Konie apokalipsy są jego autorstwa. Autorka nie pomija też ciemnej strony jego osobowości. Powstaje portret wielowymiarowy; połączenie legendy z biografią. I mimo, iż autorka darzy swojego bohatera sympatią, to nie jest to obraz wyidealizowany.
Reasumując; ciekawa pozycja o niezwykle ciekawej osobie osadzona w powojennych realiach polityczno-historyczno- artystycznych. Jedyne czego mi zabrakło to stawiania własnych tez dotyczących portretu psychologicznego bohatera, jednak rozumiem, iż autorka wolała oprzeć się wyłącznie na materiale źródłowym. Ciekawym byłaby próba poszukania odpowiedzi, dlaczego był właśnie takim;człowiekiem, który budził sympatię, a jednocześnie odstręczał, którego się bano, ale i podziwiano. Wynik przeżyć wojennych, powojennej tułaczki, wychowania bez ojca, czy może jeszcze coś innego. Życiorys bohatera to gotowy materiał na scenariusz filmowy.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie)

Coraz rzadsza obecność w blogosferze to efekt pewnych zawirowań zdrowotnych, które mam nadzieję, dzięki rehabilitacji, staną się już niedługo przeszłością.

czwartek, 9 lutego 2017

Zazdrośni Sandor Marai

Mimo krótkiej formy (250 stron) Zazdrośni wymagają sporego skupienia, które jednak odpłaca czytelnikowi z nawiązką. 
Peter Garren porzuca intratną posadę i wraca w rodzime strony, aby razem z rodziną czuwać u łoża umierającego ojca. 
Dwie części opowieści to dwa odrębne światy. 
Świat nowoczesności reprezentowany przez bezdusznego Emmanuela, który daje ludziom wszystko poza poczuciem wolności. Jego pracownicy (a może raczej poddani?) żyją niczym w złotej klatce. Z pozoru nikogo się tutaj nie więzi, a jednak każdy czuje się zniewolony. Zapewne dlatego Peter od dawna marzy, aby wreszcie wygarnąć swemu pryncypałowi „wszystko”, a owo wszystko zawiera się w dwóch słowach „dosyć” i „odchodzę”. Rzecz dzieje się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, co jednak nie ma większego znaczenia. Opis stosunków międzyludzkich ma wymiar uniwersalny i równie dobrze mogłyby to być czasy współczesne. Świat Emmanuela jest odhumanizowany, wszystko jest w nim sztuczne, a relacje pomiędzy ludźmi powierzchowne. Jest to świat pozbawiony korzeni, zawieszony w próżni. Emmanuel udziela się w organizacjach pacyfistycznych, a jednocześnie produkuje śmiercionośną broń i uczestniczy w wojnach. 
Emmanuel chciał być dobry, ale w ostatniej chwili zawsze drżała mu ręka; czasami dawał więcej niż wypadało, skutkiem czego, ten kogo obdarował, skonfundowany i urażony kłaniał się uniżenie, jak ktoś, kto czuje, że coś jest nie w porządku, że może pogardzają nim z jakiegoś powodu, albo zastawili na niego pułapkę. (Str.65) Emmanuel uważał, że ludzie są samotni z powodu braku różnych rzeczy, a „dobry kupiec wypełnia tę samotność przedmiotami użytku codziennego, luksusem, marzeniami i zobowiązaniami”. Tyle, że marzenia dla Emmanuela miały całkiem wymierny wymiar. W otoczeniu Emmanuela nikt nie mógł się czuć całkiem bezpiecznie. Nie odprawiał współpracowników bez powodu, starał się być sprawiedliwy, wybaczał pomyłki, hojnie nagradzał pomysły, a jednak bano się go niczym wypadku przy pracy. (str. 67) 
Świat rodzinnego domu/miasta Petera to świat końca pewnej cywilizacji reprezentowanej przez mieszczański układ wartości, w którym tradycja odgrywa bardzo ważną rolę. To ona scala ten świat, podobnie, jak nestor rodu; Gabor Garren, będący uosobieniem tych wartości. Cała rodzina zjeżdża do domu w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytanie o przyszłość, które jak to u Maraia, nie ma wymiaru jednostkowego. 
Ojciec [Gabor Garren] wiedział o świecie, wysiadując w swoim pokoju, wiedział coś, czego nie wiedzieli inni, którzy kręcili się po giełdach, pracowali w zakładach chemicznych Emmanuela, w chłodniach, w fabrykach zbrojeniowych i krążyli na parkietach sal tanecznych. Ojciec wiedział o świecie coś osobistego i pewnego, coś, czego oni nie wiedzieli. Żył w małym świecie, w najwęższym kręgu; ale trwał w łączności z wielkim prawdziwym światem. (str.115).
Rodzina, w której wychował się Peter w mieście nazywana była rodziną artystów, choć nikt nie wiedział w jakiej dziedzinie sztuki specjalizowali się Garrenowie. Mieli sklep, w którym niczego nie sprzedawali, mieli też drukarnię muzyczną, ale nie po to, aby w niej drukować nuty.
…było coś uspokajającego i podniosłego w fakcie, że w mieście działa – a dokładniej, mogłaby działać, gdyby tego chciano i gdyby było na nią zapotrzebowanie – drukarnia nut. … Gabor Garren był bez wątpienia artystą, choć nie lubił czytać, szczególnie zaś czytać nut; sztukę karmił własnym sercem i nerwami, a nade wszystko był człowiekiem niemetodycznym. (Str.134)
Oba te światy są nieco odrealnione, nieco poetyckie i tajemnicze, choć nie brak w nich całkiem realistycznych opisów. Jakże pięknych i niezwykle obrazowych opisów. Drukarnię nut ojciec urządził przed ponad dwudziestu laty w dwóch obszernych pomieszczeniach parterowego skrzydła, pod łukowatymi sklepieniami stało kilka niskich szaf z orzechowego drewna, wypełnionych kolorowymi barwnikami chemicznymi, gładko wyszlifowanymi tablicami z kamienia i cyny, stalowymi dłutami i cennymi płytkami miedzianymi; były tu nawet pojedyncze egzemplarze dawnych nut, które zecer ustawiał w drewnianej ramce. (Str.190). 
Artyści tej epoki nie muszą tworzyć, wystarczy że istnieją, są niepokojącym zjawiskiem, czymś niezdefiniowanym, są tym, co poprzedza epokę człowieka o jednolitych pragnieniach. Dziełem Garrenów było ich życie. Cały świat tej rodziny jest także nierealny; trudno powiedzieć skąd wzięła się ich pozycja społeczna i ekonomiczna.
Autor często posługuje się metaforami, co w połączeniu z obrazowymi opisami tworzy niesamowity klimat. 
Największym atutem są niezwykle wyraziście przedstawione portrety członków rodu Garrenów. Mimo, iż każdy z nich przedstawiony został, jako człowiek niepozbawiony wad i dziwactw to budzą oni sympatię; staramy się ich zrozumieć, a nawet współczujemy. Bohaterowie są niejednoznaczni; Tamas, który pragnie na siebie zwrócić uwagą zamykając się w sobie, Albert odnajdujący w domu rodzinnym rzeczy będące własnością innych i wykorzystujący czas oczekiwania na śmierć ojca jako czas beztroskich wakacji, Anna pełna kompleksów samotna kobieta czekająca na miłość, czy Edgar uważający, iż należy mu się od życia wszystko, co najlepsze. I to wszystko połączone rodzinnym tabu, iż nie mówi się o wadach i ułomnościach w rodzinie. 
Zazdrośni są kolejną częścią cyklu Dzieła Garrenów, myślę jednak, iż można przeczytać książkę jako odrębną całość. Tak też było w moim przypadku.
Nie nazwałabym Zbuntowanych najlepszą książką Maraia, choć z opisu na okładce (o ile można mu wierzyć) sam autor uważał ich za swoje największe dokonanie, ale jest to książka godna polecenia, choćby z uwagi na piękny język Maraia (a może i tłumacza pani Teresy Worowskiej) oraz niezwykle ciekawe portrety bohaterów. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego wyzwania u Anny.