sobota, 16 maja 2020

Bogowie, groby i uczeni C.W. Ceram


Ta książka o archeologicznej pasji, jaka pchała ludzi od wieków do grzebania w ziemi w poszukiwaniu śladów naszej historii zauroczyła mnie rozdziałem o odkryciu Grobowca Tutenchamona. Wiem, nie jestem oryginalna. Oczywiście wszystkie rozdziały są interesujące, ale ten właśnie, czy to z uwagi na rozmiar odkrytych bogactw, ich historyczną wagę, a może mit narosły wokół imienia tego młodocianego władcy spowodowały, że czytając bez trudu mnożna się przenieść  o sto lat wstecz do Doliny Królów i przeżywać emocje, jakie towarzyszyły Carterowi Howardowi i jego ekipie. Może to niesprawiedliwe, że nie pamiętam o drugim najważniejszym członku zespołu Lordzie Carnarvon, ale w pamięci pozostał mi właśnie H.Carter. Podobne emocje towarzyszyły mi dwanaście lat temu w Muzeum Kairskim, kiedy część ze znalezionych przez Cartera i jego ekipę znalezisk ukazała się moim oczom. Nogi, jak z waty, przyspieszone bicie serca i niedowierzanie, że w końcu udało się je choć wzrokiem dotknąć. Jakże żałowałam, że nie mogłam tam spędzić więcej czasu. I choć w odkrytych przedmiotach należy widzieć nie tylko ich wartość materialną, ale o wiele bardziej bogatszą wartość poznawczą, która umożliwiła badaczom na dokonanie sporych odkryć w dziedzinie obyczajowej, społecznej, kulturowej to jednak piękno i uroda odkrytych przedmiotów były oszałamiające.
Ze strony
Pierwsze olśnienie spotkało odkrywców po minięciu długiego liczącego niemal osiem metrów korytarza i wejściu do przedsionka, kiedy … w świetle silnej lampy elektrycznej lśniły się złote łoża, złote krzesło tronowe, połyskiwały matowo dwa duże czarne posągi, złote wazy i dziwne skrzynie. Jakieś dziwaczne głowy zwierząt rzucały na ściany fantastyczne cienie. Z jednej ze skrzyń wyzierał łeb złotego węża. Dwa czarne posągi stały naprzeciw siebie jak żołnierze na warcie „ze złotymi fartuchami, w złotych sandałach, z maczugą i pałką, ze świętym wężem połyskującym na czole”. Wśród wszystkich tych wspaniałości, których niepodobna było ogarnąć pobieżnym spojrzeniem, widniały jeszcze ślady żywych ludzi, którzy trzy tysiące lat temu krzątali się po tej komorze: kadź stojąca koło drzwi, do połowy wypełniona jeszcze zaprawą wapienną, zakopcona lampa, odcisk palca pozostawiony przy dotknięciu świeżo pomalowanej powierzchni; na progu leżało naręcze kwiatów- ostatnie pożegnanie zmarłego. (str. 217-218).
Ze strony
Prace wykopaliskowe trwały kilka lat. Potrzeba było całego zaplecza laboratoryjnego sztaby naukowców, którzy umożliwiliby bezpieczne odzyskanie tysiącletnich wykopalisk. A ogrom znaleziska był porażający; w samej tylko pierwszej komorze – przedsionku znajdowało się około siedmiuset przedmiotów. Najpiękniejsze okazy to … drewniana skrzynia, pod względem artystycznym jedno z najcenniejszych dzieł starożytnej sztuki egipskiej. Cała pokryta była cienką warstwą gipsu i malowidłami, w których przepyszna, pełna wyczucia kolorystyka łączy się z niezwykłą subtelnością rysunku. Sceny myśliwskie i wojenne są odtworzone z takim kompozycyjnym opanowaniem szczegółów; że przewyższają nawet perskie miniatury. … Carter zużył trzy tygodnie żmudnej, niezwykle drobiazgowej pracy, aby skrzynie te opróżnić do dna. Nie mniej wartościowe były trzy wielkie łoża. …. Był to bardzo dziwny rodzaj mebla, z podwyższeniem dla nóg zamiast dla głowy. Pierwsze łoże było ozdobione głowami lwów, drugie- krów; trzecie zdobiła głowa jakiegoś fantastycznego zwierza- na poły hipopotama, na poły krokodyla. Wszystkie trzy były zasypane kosztownościami, bronią i szatami. Na tym wszystkim leżało krzesło tronowe z tak wspaniale zdobionym oparciem, że Carter „bez wahania” twierdził, iż „jest to najpiękniejszy przedmiot, jaki dotąd znaleziono w Egipcie”. Wreszcie wymienić jeszcze należy cztery rydwany. Ponieważ były za duże, by je w całości wprowadzić do grobowca, więc rozpiłowano je na części…. Wszystkie cztery wozy były od góry do dołu pokryte złotem, każdy cal powierzchni zdobiły ornamenty i malowidła lub inkrustacje z barwnego szkła i półszlachetnych kamieni. (str. 223/224). 

Ze strony
Przedmioty z przedsionka zajęły trzydzieści cztery skrzynie. Nie mniejsze zaskoczenie oczekiwało odkrywców w komorze grobowej. Kiedy Carter zajrzał przez otwór do kolejnego pomieszczenia, które okazało się komorą grobową … ujrzał przed sobą ścianę … z masywnego złota. Była to zewnętrzna ściana skrzyni-grobowca zupełnie niebywałych rozmiarów… między nią a ścianą oddzielającą komorę grobową od przedsionka, pozostało tylko wąziutkie przejście szerokości zaledwie sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Idąc tym przejściem musiał poruszać się bardzo ostrożnie, wszędzie bowiem leżały najróżniejsze dary pogrzebowe. … Od góry do dołu pokrywało ją złoto. Na bokach wysadzanych jasnobłękitnym fajansem widniały różne czarodziejskie znaki- zaklęcia mające zapewnić bezpieczeństwo zmarłemu. (str. 225/226).
Wewnątrz tej pierwszej skrzyni znajdowały się dwie kolejne, a w środku sarkofag. Wydobycie tych skrzyń-grobowców na powierzchnię zajęło osiemdziesiąt cztery dni ciężkiej fizycznej pracy. Wieko sarkofagu ważyło 1200 kilogramów i potrzeba było dźwigu, aby je delikatnie podnieść. Oczom odkrywców ukazała się:
zbiory własne
... złota rzeźba, przedstawiająca chłopięcą postać faraona. Bił od niej taki blask, jak gdyby dopiero co wyszła z pracowni artysty. Głowa i ręce były plastycznie uformowane, ciało natomiast przedstawione w płaskorzeźbie. W skrzyżowanych rękach młody król trzymał egipskie insygnia królewskie; pastorał i kropielnicę, inkrustowane niebieskim fajansem. Twarz była z litego złota, oczy z aragonitu i obsydianu, brwi i rzęsy z lapis lazuli. Ta mozaika barw czyniła twarz podobną do maski, nadawała jej kamienny, a jednak żywy wyraz. … Co jednak na Carterze i na reszcie obecnych zrobiło nieporównanie większe wrażenie, to- jak pisze Carter- .. wzruszający wianuszek kwiatów, złożony przez młodą wdowę jako ostatnie pożegnanie ukochanego męża. Cały królewski przepych, całe bogactwo, blask złota- wszystko to bladło wobec tych skromnych zeschłych kwiatów, które jeszcze zachowały nikły ślad dawnej świeżości kolorów. To one z najbardziej nieodpartą wymową przypominały o znikomości tysiącleci. (str. 230). 


Zbiory własne
Czym zatem jest wobec tej skromnej wiązanki kwiatów jest bogactwo skarbca znajdującego się za komorą grobową oraz złoto i kosztowności, jakimi obsypano ciało zmarłego młodzieńca. Tutenchamon był władcą zaledwie kilkunastoletnim, który nie wsławił się w dziejach Egiptu niczym szczególnym, co daje wyobrażenie, o bogactwach grobowców zasłużonych w dziejach Egiptu faraonów (splądrowany przez rabusiów). Zdjęcia Anubisa oraz kota to dwie figurki ze skromnego zbioru pamiątek przywiezionych z Egiptu (zapewne made in China), ale o wartości sentymentalnej nie do przecenienia. Niczym ta skromna wiązanka kwiatów na grobowcu faraona. Prawdopodobnie nie uda mi się odwiedzić muzeum kairskiego ponownie, jednak wspomnienia tamtego upalnego poranka po całonocnej podróży autokarem z Hurghady do Kairu pozostaną ze mną do końca.
Poniżej parę zdjęć ze strony Muzeum Kairskiego 


poniedziałek, 11 maja 2020

Zabić drozda Harper Lee




Zabić drozda jest określane mianem powieści antyrasistowskiej. Moim zdaniem takie zaszufladkowanie książki jest krzywdzące. Jej wydźwięk ma bardziej uniwersalny charakter.
Życie małomiasteczkowej amerykańskiej społeczności z początku lat trzydziestych ubiegłego wieku poznajemy, dzięki opowieści kilkuletniej dziewczynki, która wraz z nieco starszym od niej bratem i jego kolegą są doskonałymi obserwatorami życia społeczno-obyczajowego. Ich spostrzeżenia bywają czasami nieco naiwne, ale też często są zaskakująco trafne.
Chodziło się w tamtych czasach powoli. Ludzie spokojnie przemierzali rynek, powłócząc nogami, snuli się po sklepach i bez przerwy marudzili. Doba miała dwadzieścia cztery godziny, ale wydawała się dłuższa. Nikt się nie spieszył, bo nie było dokąd iść, ani co kupować, ani czym płacić i w ogóle nie istniało nic godnego uwagi poza granicami hrabstwa Maycomb. (str.10) Dzieci spędzają beztroski czas na zabawach, odgrywaniu scenek oraz próbie wywabienia z kryjówki zamkniętego w sąsiedztwie za jakieś młodzieńczy wybryk dorosłego już syna sąsiada. Tajemniczy nieznajomy Artur Radley, jawi się dzieciom, jako przerażająca postać, która rozbudza wyobraźnię i przyprawia o szybsze bicie serca.
Radleyowie …. trzymali się na uboczu - upodobanie w Maycomb niewybaczalne, zamiast chodzić do kościoła, co było główną rozrywką Maycomb, modlili się w domu, pani Radley rzadko, jeśli w ogóle, pokazywała się na ulicy w drodze na poranną kawę u którejś z sąsiadek i z pewnością nie należała do żadnego kółka misyjnego. (str.51)
Drzwi i okiennice były tam zamknięte w niedzielę, jeszcze jedna rzecz obca obyczajom Maycomb, gdzie zamykano się tylko w wypadku choroby albo wyjątkowego zimna. A już ze wszystkich dni tygodnia niedziela była dniem składania towarzyskich popołudniowych wizyt, panie chodziły w gorsetach, panowie chodzili w surdutach, dzieci chodziły w bucikach. (str. 51).
Dnie upływają Jean Louise, zwanej też Smykiem na bacznym obserwowaniu dorosłych, zastanawia ją dlaczego nauczycielka w szkole z dezaprobatą patrzy na jej umiejętność czytania, dlaczego panie przechodząc na drugą stronę ulicy zakładają kapelusz, dlaczego Ewellowie nie muszą chodzić do szkoły, a Cunninghamowie płacą jej ojcu za pracę orzechami, a także dlaczego nie może odwiedzić czarnoskórej kucharki Calpurni w jej domu. A największe zainteresowanie wzbudza, dlaczego Dziki Radley siedzi zamknięty w domu. Dlaczego po prostu nie może otworzyć drzwi i wyjść na zewnątrz.
I w końcu nadchodzi dzień, który burzy spokojną egzystencję mieszkańców Maycomb. Atticus Finch, ojciec Smyka podejmuje się obrony czarnoskórego Toma Robinsona oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Sprawa jest od początku przegrana, mimo braku nie tylko dostatecznych dowodów winy, ale i dowiedzenie faktu przestępstwa. Wyrok ławy przysięgłych złożonej z białej społeczności małego miasteczka pełnej uprzedzeń wobec „czarnuchów” zapadł jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy. Dlatego tylko naiwni i dzieci wierzyli, że Tom zostanie uniewinniony. Kiedy Jem zastanawia się, jak to było możliwe, że nikt poza Atticusem nie kiwnął palcem w obronie Toma Robinsona pani Maudie wyjaśnia mu;
Jego kolorowi przyjaciele przede wszystkim i tacy ludzie, jak my. Tacy, jak sędzia Taylor. Tacy, jak Heck Tate. …Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że sędzia Taylor wcale nie przypadkiem wyznaczył Atticusa na obrońcę tego biednego chłopca? …To wcale nie przypadek….. myślałam: Atticus Finch nie wygra, nie może wygrać, ale tylko o jeden jedyny w tych stronach potrafi tak długo trzymać sąd przysięgłych przy takiej sprawie jak ta. I myślałam „No, robimy krok naprzód… niemowlęcy kroczek, ale to już coś”. (str.277)
Ta uniwersalność opowieści tkwi właśnie w tym, iż choć najtrudniej jest zmienić przekonania człowieka, kokon uprzedzeń, w jakich tkwi latami- jest nadzieja, że choć małymi kroczkami - zmiany następują.
Pomysł na dziecięcego narratora pozwala na zadawanie naiwnych pytań, które może jedynie dla dorosłych są naiwnymi. Bo przecież zdziwienie Smyka, z powodu zachowania nauczycielki, która w szkole potępia politykę Hitlera z powodu stosowania czystek rasowych wobec Żydów, a wychodząc z sądu wyraża przekonanie, iż ktoś wreszcie powinien dać nauczkę kolorowym (...bo im woda sodowa uderza do głowy i niedługo zacznie im się wydawać, że mogą się żenić z nami) jest jak najbardziej właściwą reakcją.
Język opowieści, prosty styl i wyraziści, niejednoznaczni bohaterowie, łącznie z postaciami drugoplanowymi, jak choćby ciotka Alexandra, sąsiadka Maudie, czy pan Raymond, który udawał gorszego, niż jest, aby mógł żyć po swojemu sprawiają, że książkę dobrze się czyta. 

Jako ciekawostkę podam, że projekt okładki zaprezentowanej wyżej należy do niejakiego Piotra Ch. Sądziłam, że to nasz kolega z blogosfery, ale się pomyliłam. Może kiedyś obok tłumaczeń zajmie się kolega i tą dziedziną.
Jeden z moich ukochanych cytatów: Niektórzy ludzie są .. są tak pochłonięci troszczeniem się o tamten świat, że nie mają kiedy nauczyć się, jak trzeba żyć na tym (str.61).
Polecam lekturę, a także filmową ekranizację z Gregorym Peckiem w roli Atticusa Fincha. 
Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowego u Anny (czerwiec 2017- oczywiście musiałam sobie przypomnieć lekturę, a zrobiłam to z przyjemnością).

czwartek, 7 maja 2020

Boznańska Non finito Angelika Kuźniak

Biografie artystów to ten rodzaj literatury, jaki bardzo lubię. Przeczytałam ostatnio dwie napisane przez autorkę; ich bohaterkami są  Zofia Stryjeńska i Olga Boznańska. O ile biografia Zofii okazała się interesującym odkryciem, o tyle biografia Olgi rozczarowała. Nie przekonała mnie, ani forma, ani treść. Boznańska Non finito to rodzaj reportażu, w którym autorka prowadzi dziennikarskie śledztwo zbierając zeznania świadków wydarzeń. Nie przekonał mnie ten pomysł, raziły wstawki dotyczące wplatania cytatów i niekonsekwencja narracji, bo raz autorka trzyma się obranego planu reportażu, a innym razem porzuca pomysł. Jak dla mnie mało jest Boznańskiej w Boznańskiej. Wypowiedzi na temat Olgi chyba nie do końca oddają jej osobowość. Nie udało mi się ani poznać malarki, ani jej polubić, a to zdarza się wyjątkowo rzadko. Biografia  sprawiła na mnie wrażenie powierzchownej. Boznańska pozostała nadal osobą ledwie widoczną spod licznych warstw pajęczyny, jakimi  pokryta była jej paryska pracownia. Najodpowiedniejszy wydał mi się tytuł Boznańska Non finito. Coś zostało tu niedokończone, niedopowiedziane.
Najciekawsze cytaty dotyczą obrazów Olgi, to dzięki nim poznajemy lepiej malarkę. 
Portrecistkę psychologa pociąga nie tylko zewnętrzność danej osoby, ale również jej wewnętrzność, którą na światło obrazu wyprowadza za pomocą oczu. Twarz często rozpływa się w nieskondensowanych linjach, w wielkie tło tektury wsiąkają farby, [...] ciemne, wymowne plamy oczu przemawiają za całość. Żeby one mogły panować, Boznańska przytłumia kolor sukni, blask włosów chętnie chowa pod kapelusz (Adam Gerżabek- str. 57)
Boznańska nie maluje oczu, tylko spojrzenie, nie maluje ust, ale uśmiech lub łaknienie, jakie je wykrzywia skurcz okrucieństwa lub wyraz twarzy naiwnej i szczerej (Max Goth- str.58). O pierwszym portrecie Paula Nauena w Kurierze Bawarskim napisano - Młody człowiek, który nie miał nic z życia, bo żył zbyt intensywnie i życia nie zna, bo żyje w sosie własnego światka- krótko mówiąc jest jednym z owych kalek cywilizacji, tych o wychudłych twarzach, rzadkich włosach, zamglonych oczach i cienkich nosach, którzy głoszą fin de siecle, nic przy tym nie głosząc. Siedzi tak przed nami skulony, zziębnięty, z podniesionym kołnierzem płaszcza, na jakiejś kanapie, a jego blada twarz, którą w języku kiczu i podlotków nazywa się interesującą, tknie nędzą naszych czasów. (str.100). Jak wspominała sama malarka bezwiednie oddała charakter człowieka nic o nim nie wiedząc. 

Niestety tych nawiązań do obrazów nie ma zbyt wiele. Podając wyniki badań nad najbardziej znanym z obrazów Olgi Dziewczynka z chryzantemami autorka wskazuje na nieprawdziwość tezy, iż jej obrazy są pozbawione barw.  Kto miał okazję oglądać ten portret w Krakowskim muzeum zdziwi się zapewne, dowiadując, że do jego namalowania użyto dwadzieścia osiem różnych pigmentów. O samym obrazie pisał krytyk berlińskiej gazety ...stworzyła właśnie w portrecie jasnej dziewczynki o dziwnych niepokojących oczach, jakby kroplach atramentu, które zdają się wylewać na chorobliwie bladą twarz, współczesny ideał Maeterlincka.... Jest to dziecko enigmatyczne, które doprowadza do szaleństwa tych, co mu się zanadto przypatrują (str.87). 
Do mnie bardziej przemawia opis obrazu znajdujący się w albumie z serii Wielkie muzea wydawanym przez Rzeczpospolitą poświęconym krakowskim zbiorom. .. w tym portrecie zerwała malarka z obowiązującą w XIX wieku konwencją przedstawiania dzieci - zwykle w salonowych wnętrzach, z lalkami i bukiecikami kwiatów, wystrojonych. Stworzyła niepokojący wizerunek samotnej, nieznanej dziewczynki stojącej na tle srebrnoszarej ściany w sukience stalowej barwy pozbawionej ozdób. W jasnej okolonej rudoblond włosami twarzy świecą ciemne oczy, którymi intensywnie wpatruje się w widza. ...To już nie dziecko, lecz jeszcze nie kobieta. Z obrazu emanuje przeczucie kobiecości, budząca się świadomość i pierwsze wtajemniczenia. Subtelne gradacje szarości oraz kontrast jasnej cery i włosów z czernią oczu, nastrój smutku i tajemnicy sprawiają, że Dziewczynkę z chryzantemami uznano za arcydzieło polskiego modernizmu. 
Reasumując trochę szkoda, że Boznańska pozostanie nadal  nieodkrytą. 
Imieniny babuni MNW
Olgą zainteresowałam się na przełomie 2014 i 2015 r. na poświęconej jej wystawie w krakowskim muzeum. Tamten grudniowy pobyt pozostał w pamięci między innymi za sprawą przeszywającego spojrzenia Dziewczynki z chryzantemami, jakie towarzyszyło mi na każdym niemal kroku za sprawą dużej obecności plakatów reklamujących wystawę. Polecam zainteresowanym malarstwem Boznańskiej zbiory muzeum krakowskiego (a tym, którzy mają do Krakowa za daleko, albo chwilowo nie mogą się tam wybrać odwiedzenie strony  Muzeum). A moim ukochanym obrazem Boznańskiej jest Imieniny Babuni (portret samotności dziecka ignorowanego przez otoczenie, pozbawionego braku zainteresowania). 
Muszę dodać, że dużym atutem tej książki jest ilość zawartych w niej fotografii oraz zdjęcia obrazów. Zwłaszcza te pierwsze są niesłychanie interesujące. Zdjęcia rodzinne i ze znajomymi Olgi.

niedziela, 3 maja 2020

Jędza w domu Cathi Hanauer


Jedna z najszybciej przeczytanych książek i jedna z najkrótszych recenzji. 
Dwadzieścia sześć kobiet opowiada o oczekiwaniach dotyczących życia w związku oraz o ich zderzeniu z rzeczywistością. Próby pogodzenia roli kapłanki domowego ogniska z aspiracjami zawodowymi i chęcią samorealizacji, rozbieżności pomiędzy potrzebą bycia kochaną, bądź obawami przed samotnością a nieumiejętnością pogodzenia się z utratą wolności, swobody, koniecznością wyrzeczenia się pewnej cząstki własnej osobowości. Nieumiejętność formułowania oczekiwań i frustracja związana z tym, że wymarzony mężczyzna nie potrafi odgadnąć naszych myśli. Nieumiejętność radzenia sobie z natłokiem obowiązków związanych z pracą zawodową, administrowaniem gospodarstwem domowym, wychowywaniem dzieci, opieką nad starszymi rodzicami oraz potrzebą samorealizacji czy choćby odpoczynku. Czyli rzecz o problemach, jakie dotykają niemal wszystkich kobiet, a zatem ciekawy pomysł na poznanie, jak sobie z tym radzą inne. Niestety wypowiedzi pań są niczym podsłuchane w maglu wynurzenia, kiepskie literacko i pozbawione głębi. Zdziwiło mnie to, że autorki tych wypowiedzi są dziennikarkami, nauczycielkami, powieściopisarkami, a zatem wykształconymi  kobietami, których narzędziem pracy jest przede wszystkim lub między innymi pisanie. Już po przeczytaniu pięciu wypowiedzi całość scaliła mi się w jedną wypowiedź, mimo, iż każda z pań była w odmiennej sytuacji; jedna marzyła o wyjściu za mąż, inna chciała być w związku z obawy przed samotnością, a jeszcze inna tak bała się utraty wolności, iż zdecydowała się na związek na odległość, kolejna po nieudanych próbach odnalezienia się w związku znalazła ukojenie w byciu singielką. Generalnie pomysł na książkę nie był zły, poznanie doświadczeń innych niż własne jest ciekawy, jednak jego realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Nie polecam, chyba, że lubicie wywiady w czasopismach dla pań, które czyta się u kosmetyczki, aby wypełnić czas i zapomina o nich natychmiast po wyjściu za drzwi.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Komeda Osobiste życie jazzu Magdalena Grzebałkowska

Po biografii Beksińskich bez wahania sięgam po kolejną książkę autorki. Pani Magdalena wypracowała taki sposób snucia opowieści o swoim bohaterze, że odnosi się wrażenie, jakby towarzyszyło mu się idąc równoległą ścieżką i przeżywało emocje, podobne tym, jakie były udziałem pokolenia powojennych jazzmanów. Nie ma tu zbioru faktów i dat, jakie odstręczają od lektury biografii, jest to raczej zapis obrazów z przeszłości, które oddają scenerię narodzin polskiego jazzu.
O tym gatunku muzycznym niewiele wiem, w zasadzie prawie nic. A sam pseudonim Krzysztofa Trzcińskiego (znanego bardziej jako Krzysztofa Komedy) kojarzyłam bardziej z muzyką filmową (Dwaj ludzie z szafą, czy Rosemary`s baby), niż z jazzem.
Historia zaczyna się od przedwojennych lat dziecięcych w dobrze sytuowanej rodzinie urzędnika bankowego, z gosposią, niedzielnymi obiadkami, zimowymi wyjazdami na narty i letnimi nad morze, czytaniem książek, bywaniem w teatrach i na koncertach i z fortepianem, na którym matka Zenobia uczyła grać Krzysia i jego siostrę Irenę. Potem jest tułaczka czasów wojennych, radziecka okupacja i pierwsze okruchy zachodu na polskich ziemiach - muzyka jazzowa.
Krzysztof jest niezwykle skryty, zamknięty w sobie, jak powtarza wielu świadków- osobny. Koleżanka Trzcińskiego - studentka medycyny -zawsze poważny, nie kumpelski, trochę zamknięty w sobie. Czułam się w jego towarzystwie skrępowana. On był poważniejszy od nas wszystkich (str.78). Jerzy Gruza - Krzysztof nie był człowiekiem prostej zabawy (str.92) Krystyna Łubieńska - Krzysiu był zawsze gdzieś z boku, osobny. Miły, spokojny, wyciszony. Młodzież była wtedy taka otwarta….. A on niczym się nie wyróżniał (str. 92). Jerzy Milian - ... myśli i zachowuje się inaczej niż wszyscy. W pokoju na różne kolory pomalował ściany, zawiesił na nich kopie obrazów Picassa. (str.110). To wszystko nie oznacza, iż był outsiderem, czy że nie uczestniczył w szalonych pomysłach kolegów, albo, że stronił od imprez suto zakrapianych alkoholem. On tam był, ale jednocześnie, jakby był gdzieś obok.
Skończył studia medyczne i nawet przez kilka lat pracował, jako wolontariusz medyczny, jednak to muzyka zaważyła na wyborze jego drogi życiowej. Zrezygnował z pracy w klinice laryngologii, kiedy musiał wybierać pomiędzy pracą a koncertami.
Sceneria powojennej Polski to muzycy bez instrumentów (grają na pożyczonych), koncerty bez przygotowania (nie ma sali do ćwiczeń), brak płyt z muzyką (problemy z zaopatrzeniem ludności w podstawowe artykuły wykluczają dostęp do płytoteki, zwłaszcza tej wrogiej ustrojowo), brak pieniędzy, mieszkań i przychylności władzy. Przynajmniej do ponownego powrotu Gomółki w 1956 roku, kiedy to z pozycji wroga ludu grającego muzykę zgniłego zachodu zostają wcieleni w system. Nie oznacza to jednak, iż ich sytuacja ulega poprawie. Nadal (poza zmianą nastawienia do jazzu) nie posiadają nic, poza ogromną pasją do grania. Pokonują biurokratyczne przeszkody, radzą sobie pomysłowością, a to wypożyczając instrument w zamian za remont dachu kurnika, a to nabywając saksofon bez ustnika, a to kupując gitarę, która ma za grube struny, a to korzystając ze wzmacniacza, który buczy i podczas nagrań trzeba go wyłączać, a to ćwicząc w pomieszczeniu bez światła, a to wysyłając dziesiątki podań o możliwość zagranicznego stypendium, czy dostęp do płyt.
Po przeprowadzce z Poznania (gdzie Krzysztof spędził młodzieńcze lata), do Krakowa miasta o większych perspektywach dla rozwoju nowego gatunku muzycznego, zespół Komedy nawiązuje współpracę z Piwnicą pod Baranami. Pierwszy lokal otrzymany do dyspozycji muzyków … to wilgotna, nieduża rudera ze słupem pośrodku (z tego powodu akustyka będzie słaba), do której można się dostać wprost z ulicy po schodkach z dwoma stopniami. Do środka wiodą ciężkie drewniane drzwi. Pod sufitem jest jedno piwniczne okienko. Lokal przechodzi remont generalny (pomaga fan jazzu, inżynier z Nowej Huty), klubowicze sprzątają, wstawiają ławę, stoły, krzesła. Meble maluje Wiesław Dymny, artysta związany z piwnicą pod Baranami. (str.192). Co ciekawe, Piotr Skrzynecki i Joanna Olczak-Ronikier (współzałożycielka Piwnicy) nie byli zachwyceni ściągnięciem do Piwnicy jazzu, nienawidzili modern jazzu, ani operatywności Zosi Lach - Tittenbrun (menedżerki zespołu, partnerki Komedy, która potem zostanie jego żoną). Piwniczanie chcieli występować dla siebie, bez biletów, kart wstępu i bez zysków. W końcu jednak musieli przyznać, iż Zofia była fantastyczną organizatorką, a Piwnica pod jej kierownictwem administracyjnym zaczynała przynosić niewielki, ale dochód.
Grzebałkowska opisuje kulisy pierwszych dwóch festiwali jazzowych w Sopocie (od pierwszego skandalicznego z pochodem przez miasto młodzieży z niecenzuralnym hasłem dupa i drugiego, który przyniósł same straty) a także narodziny Jazz Jamboree w Warszawskiej Stodole.
Pod koniec lat pięćdziesiątych i Kraków zaczyna być prowincjonalny. Większość muzyków przenosi się do Warszawy. Komedowie też jadą, trochę w ciemno. Krzysztof ima się różnych prac związanych z muzyką, aby utrzymać rodzinę. Środowisko rozbawionej Warszawy tworzą studenci, jazzmani, filmowcy, aktorzy, dziennikarze, literaci, plastycy, fotograficy i dzieci dygnitarzy (str.248). Studencka brać czerpie z życia garściami …studiowałem prawo, na trzecim roku byłem z pięć razy, nie po to, żeby je skończyć, ale żeby mieć status studenta. To był sposób na życie. Rano zajęcia, a wieczorem wyjście. Do Stodoły, która była plebejska, na tańce. Do Hybryd, ekskluzywnych, trochę snobistycznych, na jazz, rozmowy, brydża. Wracałem o szóstej rano do wynajętej sutenery - mówi Bogumił Paszkiewicz (str. 248).
Hybrydy wspomina inny z uczestników wydarzeń – Krzysztof Wilski: Klub był nieduży. Potem doszły piwnice. Na parterze znajdowała się duża sala taneczna, mała kawiarnia, sala bilardowa i karciana, na piętrze sala widowiskowa, gdzie był kabaret i klub filmowy. Tam też mieścił się pokoik Hot-Clubu Hybrydy, gdzie Jan Zylber napisał na ścianie „Tu ukradli mi szczotki” i się podpisał. W Hybrydach piło się, ale umiarkowanie, głównie piwo, choć u barmanki pani Hali, byłej ziemianki z dyskretnym sygnetem, był wermut. Kiedy otwarto na piętrze bar, w którym rządził barman Irek, wtajemniczeni mogli dostać koktajle na spirytusie. (str. 249).
Początek lat sześćdziesiątych to pierwsze zagraniczne koncerty, nawiązywanie współpracy z muzykami spoza krajów demokracji ludowej, komponowanie muzyki filmowej, współpraca z Romkiem Polańskim. Robi się coraz bardziej światowo, ujawni się zamiłowanie Komedy do motoryzacji; skutery, samochody coraz lepsze, coraz szybsze.
I coraz większe nieporozumienia z Zofią, której apodyktyczny charakter zaczyna ciążyć już nie tylko znajomym, ale i samemu muzykowi.
Jak powiedział jeden ze znajomych Zosia z chamstwa zrobiła sztukę. (str.349). Kazimierz Kutz - Potwornie go ograniczała, robił wszystko, aby jej nie podpaść. A kobiety bardzo zwracały na niego uwagę. Zosia cały czas czuwała, czy on nie nawiązuje z nimi kontaktu wzrokowego. (str. 350). Jacek Ostaszewski - Zosia była bardzo opiekuńcza w stosunku do Krzysia. I to było dla niego dobre, jak zaczynał. Ona ich utrzymywała, a on sobie grał. Ale z czasem, gdy się usamodzielnił, zaczął się jej wymykać. To było dla nie rozczarowujące: z pozycji menedżerki, osoby decydującej o wszystkim, została odsunięta na boczny tor. Zamiast stać się towarzyszką życia, zaczęła być życiową przeszkodą. (str.351).
Książka jest podwójną biografią. Komedy i początków jazzu. Ileż tu się przewija nazwisk, które przeszły do historii polskiej muzyki jazzowej (i nie tylko); Urbaniak, Karolak, Ptaszyn Wróblewski, Milian, Stańko, Namysłowski, Kurylewicz. A nie wymieniłam nawet połowy tych najczęściej występujących. Szczególnie ciekawy był dla mnie wątek współpracy z Romanem Polańskim przy tworzeniu muzyki filmowej, a zwłaszcza opis poszukiwań wykonawczyni (zakończony znalezieniem wykonawcy) utworu z filmu Prawo i pięść (nim wstanie dzień). 
Dla mnie, co zapewne jest ogromnie krzywdzące dla muzyka, który stworzył wiele wspaniałych kompozycji, Komeda na zawsze pozostanie autorem Kołysanki z filmu Rosmary`s baby. 


Skoro książka jest o narodzinach jazzu to nie może i jego tutaj zabraknąć 

Pani Magdalena Grzebałkowska ma niezwykły dar, umie tak snuć swoje opowieści, że niezależnie od tego, czy ktoś lubi rodzaj uprawianej przez bohaterów sztuki przeczyta biografie z dużą ciekawością i przyjemnością z lektury.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

Paradoksem ostatniego miesiąca jest to, iż mając więcej czasu (przynajmniej teoretycznie) na czytanie poświęcam temu zajęciu mniej czasu niż wcześniej.