sobota, 12 listopada 2016

Wakacje z perspektywy czasu (czyli słów kilka o Wrocławiu, albo dziękuję Bee)

Widok na Katedrę na Ostrowiu Tumskim
Pisać o wakacjach, kiedy dawno są już tylko odległym wspomnieniem to chyba nie najlepszy pomysł. A jednak. Czasami lepiej widać z perspektywy. Przez ostatnie kilkanaście lat każdy wolny dzień wykorzystywałam na poznawanie bliższych i dalszych zakątków Europy, zachłannie nadrabiając zarówno wcześniejszą niemożność podróżowania, jak i ówczesny strach przed lataniem. W tym roku, z różnych przyczyn, urlop spędziłam zwiedzając południowe i zachodnie regiony naszego kraju. Jednym z etapów moich wojaży był Wrocław. 
Byłam tam po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. Tyle się o
Pergola wokół fontann
tym mieście nasłuchałam, że nie mogłam sobie odmówić chęci skonfrontowania cudzych opowieści z własnym postrzeganiem. Popełniłam jednak jeden, ale zasadniczy błąd. Nie byłam kompletnie przygotowana do tych odwiedzin. Tzn. wiedziałam, jakie są punkty must see, ale nic ponadto. W głowie kompletna pustka; ani literackich, ani filmowych odniesień, ani nazwisk bliskich mi postaci, ani nawet jakiegoś obrazu, który szczególnie chciałabym obejrzeć. Oczekiwałam na cud, a cud się nie wydarzył. Czekałam, że miasto samo mnie zauroczy, tymczasem ono oczekiwało ode mnie podjęcia jakiegokolwiek wysiłku, aby je polubić. Dostrzegałam piękny, przestrzenny Rynek, wrażenie zrobiła na mnie Panorama Racławicka, podobały mi się miejsca zieleni, dobrze się czułam na Ostrowie Tumskim, ale… no właśnie, wszystkiemu towarzyszyło jakieś ale. Może to niesprzyjająca pogoda (trochę padało i nie było najcieplej), a może miejsce zamieszkania (w mało atrakcyjnej i nie najbezpieczniejszej dzielnicy miasta), a w końcu może to, że ten tegoroczny urlop przypadł w najmniej odpowiednim momencie, kiedy mentalnie nie byłam gotowa, aby się nim cieszyć (choć przecież powinnam, w końcu to co mi się przydarzyło dla wielu byłoby powodem do radości, a nie zmartwienia). Miałam wrażenie, że wszystko jest nie tak. I mimo bardzo sympatycznego spotkania z Bee, która pokazała mi swój Wrocław wciąż nie potrafiłam się nim cieszyć. 
W ogródku japońskim
Kilka dni temu zaczęłam tęsknić za Wrocławiem, a to uświadomiło mi, jak mało doceniłam to miasto. Dopiero teraz, po czasie dostrzegłam jego urok i cieszę się, że za rok będę mogła pokazać go dzieciom. 
Kiedy o nim myślę, to w pamięci pokazują się obrazy pełne zieleni. Leżę na obramowaniu fontann w pobliżu Hali Stulecia otoczona przecudnej urody pergolą, słoneczko świeci, ja pozwalam sobie przenieść się do Krainy bez-myślenia i czuję się lekko i dobrze. Pochylam się nad wodą stojąc na drewnianym mostku niczym z obrazów Moneta w Ogródku Japońskim, podziwiam ogromne słoneczniki w Ogrodzie Botanicznym nieopodal Katedry na Ostrowie Tumskim, czy też brodzę pomiędzy porośniętymi trawą i krzewami nagrobkami na Cmentarzu Żydowskim. Taki tam wszędzie spokój, taka cisza, taki raj utracony. Jak mogłam tego wcześniej nie dostrzec. 
W Muzeum Narodowym, mieszczącym się w bardzo ciekawym
Słoneczniki w Ogrodzie Botanicznym
architektonicznie neorenesansowym budynku z czerwonej cegły porośniętym winobluszczem, który zmienia kolor w zależności od pory roku (we wrześniu był on soczysto-zielony) podziwiam Bruegla Pejzaż zimowy z łyżwiarzami i klatką na ptaki, który to obraz (a raczej jedną z jego wersji) oglądałam kilka lat wcześniej na wystawie w MNG. Tam też dostrzegam niesamowity Las podczas powodzi nad jeziorem Starnberskim Lovisa Corinth. Ten ostatni przyciągał mój wzrok jakimś magnetyzmem i nie pozwalał odejść. Kolejny artysta ocierający się o impresjonizm - tym razem z Niemiec. Moje prywatne zbiory zataczają coraz szersze kręgi. Żałuję, że przegapiłam muzealny sklepik z pamiątkami, bowiem kupiłabym sobie każdej wielkości reprodukcję, o ile byłaby do nabycia. Ku własnemu zdumieniu wdaję się w pogawędkę z panią opiekunką sali na temat Maurycego Gotlieba, ucznia Matejki, na którego obrazy zwracam uwagę od czasu, kiedy przeczytałam biografię malarza. Do tej pory widziałam jego obrazy jedynie w MNW. 
Las  podczas powodzi nad jeziorem Starnberskim 
Na wrocławskim rynku zadziwiającym swą wielkością (nie widziałam w Polsce tak dużego rynku), a co za tym idzie tak dużej ilości kolorowych kamieniczek w sali Ratuszowej oglądam fantastyczną wystawę 100 na 100 – czyli 100 fotografii na setne urodziny fotografika Stefana Arczyńskiego. Kolejne nieznane mi nazwisko, które wzbogaca skarby mojej pamięci, a które odkrywam dzięki nieocenionej Bee. Czarno-biała fotografia z podróży przez życie; jest tu i Wrocław oglądany z wysokości (dachów jego najwyższych kamienic), są zdjęcia z zagranicznych wojaży, są też zdjęcia żony. Z pewnością wybór zaledwie stu fotografii z ogromnego dorobku był dla twórcy dużym wyzwaniem. U oglądającego ilość fotografii wywołuje wzruszenie umiejętnością patrzenia i dzielenia się tym patrzeniem na świat z innymi i pewien niedosyt niewielką jak na tak długie życie ekspozycją. Z tych zdjęć emanuje radość dostrzegania w otaczającym nas świecie piękna, a także duże poczucie humoru. 
Fotografia żony S.Arczyński
Bee zawdzięczam jeszcze jedno odkrycie - piękny neogotycki kościół pod wezwaniem Św. Michała Archanioła, z ciekawą historią (świątynia była pierwszym miejscem oporu przeciw kulturkampf po wcieleniu miasta do Prus, była także miejscem modlitwy Edyty Stein, patronki Europy) i nie mniej ciekawą architekturą (z dwiema nierównej wysokości wieżami (z powodu wcześniejszego zawalenia się jednej z wież) pięknym sklepieniem żebrowo-krzyżowym, witrażami o niebieskiej (niebiańskiej) poświacie i ciekawą dekoracją posadzki.
Teraz uświadomiłam sobie, że znam już osobę, której śladami będę mogła  przemieszczać się po Wrocławiu, jest to wspominana tu kilkakrotnie Bee, która pokazała mi swoje miejsca we Wrocławiu. Napisałam jedynie o kilku i to dość powierzchownie, tradycyjnie mając nadzieję powrotu do tematu, kiedyś, za jakiś czas, może na emeryturze do której niestety ciągle jeszcze wciąż tak samo daleko. 
To tylko kilka wrażeń, które być może kiedyś pozwolą na pełniejsze potraktowanie tematu mojego Wrocławia.
Cmentarz żydowski we Wrocławiu niczym Tajemniczy ogród wyłaniają się nagrobki pośród oceanu zieleni

Parę zdjęć miejsc, o których piszę (lub powinnam napisać) wyżej;

Piękna secesyjna kamienica przy ul. Prusa

Obrośnięty winobluszczem budynek Muzeum Narodowego


Sala Ratuszowa, w której eksponowane były fotografie pana Arczyńskiego

W ogrodzie botanicznym

Nawa główna kościoła Św. Michała Archanioła


Kościoły św. Krzyża i św. Bartłomieja od strony Ogrodu


Zegar ratuszowy

Perełka Patrick Modiano - będzie krótko

Pierwsze spotkanie z noblistą i …. Nie wiem co napisać, bo nie było to oczarowanie, ale nie było też rozczarowanie. Książkę przeczytałam jakiś czas temu w trakcie dwugodzinnej podróży pociągiem, wciągnęła mnie swym klimatem, może nawet w pewien sposób zauroczyła, ale za miesiąc już o niej nie pamiętałam. Postanowiłam dać drugą szansę i przeczytałam ponownie. I znowu szybko poszło. Po tygodniu mam jakieś mgliste wspomnienie niesamowitego klimatu. Oniryczny. Tak chyba można go nazwać. Wszystko dzieje się, jak we śnie. Trudno określić z przekonaniem, czy bohaterka spotkała kobietę, którą znała dawno temu, a która była jej matką, czy tylko przypadkowe spotkanie wywołało lawinę wspomnień, nie wiadomo także, czy znalazła pracę, w której spotyka swoje alter ego sprzed lat, czy też to jej wyobraźnia podpowiada taki właśnie scenariusz. Tak samo nierzeczywisty wydaje się przyjaciel lingwista czy farmaceutka. 

Therese jest młodą dziewczyną, która widząc w paryskim metrze kobietę w żółtym płaszczu rozpoznaje w niej niewidzianą od lat matkę. Matkę, która porzuciła ją jako małą dziewczynkę. Od tej chwili bohaterka próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecie, która ją urodziła. Zbiera okruchy wspomnień, strzępy informacji z pożółkłych fotografii, zapisków w notesie, rozmów z osobami, które mogły znać kobietę. Therese, zwana dawniej Perełką próbuje odnaleźć jakiś stały punkt, dzięki któremu „życie przestanie być takim ciągłym unoszeniem się…, aby zaprzestać tego „uczucia niesienia prądem, gdy niczego nie można się uchwycić”. Zatrudnia się, jako opiekunka siedmioletniej dziewczynki. Historia dziecka, którego rodzice wcale nie zauważają przypomina jej własną. A każde wspomnienie z lat dzieciństwa powoduje strach.. „paniczny strach, który potrafi dopaść na ulicy i obudzić nagle koło piątej nad ranem”, dlatego dziewczyna postanawia „zburzyć mosty”, zmierzyć się ze swoją przeszłością, ale każda kolejna ścieżka prowadzi w ślepy zaułek. Niedopowiedzenie, melancholia, nostalgia. Nie potrafię powiedzieć, czy mogę polecić z całym przekonaniem. Myślę, że zaryzykuję jeszcze jedno spotkanie z pisarzem-noblistą chociażby dla tego niesamowitego klimatu. 
Przeczytana w ramach stosikowago losowania u Anny.

sobota, 5 listopada 2016

Prywatne życie Mony Lisy Pierre La Mure


W dyskusji pomiędzy zwolennikami biografii opartych wyłącznie na materiale źródłowym a zwolennikami powieści biograficznych, w których autor pozwala sobie na pewną dozę fikcyjności dla przedstawienia własnej tezy dotyczącej postrzegania bohatera staję po stronie tego drugiego. Nie oznacza to, iż nie doceniam książek, których autor wykonał solidną pracę śledczą wertując wszelkie dostępne źródła. Lubię natomiast, kiedy piszący nie przeinaczając faktów czy realiów epoki próbuje dotrzeć do psychiki bohatera, zrozumieć go, stawia tezy i szuka argumentów na ich poparcie, a wszystko to podaje w sposób przystępny; nie nuży nadmiarem dat i wydarzeń. Lubię poczuć klimat epoki, w jakiej żył człowiek będący inspiracją do napisania książki a jednocześnie lubię poczuć z nim więź. Za najlepsze do tej pory przeczytane biografie uważam Beksińskich Portret podwójny Magdaleny Grzebałkowskiej oraz Toulouse Lautrec Julii Frey, a mimo to najchętniej wracam do powieści biograficznych Irwinga Stone. 
Prywatne życie Mony Lisy to książka tak samo o życiu florenckiej mieszczki, genialnego malarza jak i renesansowego państwa-miasta.

Największym walorem powieści jest wierne odtworzenie tła historyczno-obyczajowego XV-XVI wiecznej Florencji. I to odtworzenie w sposób przystępny i ciekawy. Historia opowiadana przez autora wciąga czytelnika bez reszty. To we Florencji splatają się losy Lisy Gherardini, żony bogatego kupca Francesca Giocondo i Leonardo da Vinci nieślubnego syna znanego notariusza z losami przedstawicieli rodu Medyceuszów, Borgiów i Sforzów. Przez karty powieści przewijają się znane nazwiska. Epoka obfitowała w osobowości wybitne, kontrowersyjne, ciekawe, genialne czy nawet demoniczne, a ich decyzje czy zachowania miały ogromny wpływ na życie bohaterów.  Historia zaczyna się, kiedy miasto-państwo znajduje się w latach jego największej świetności. 
Pogrążona we śnie:
Firenza!... Oto ona stolica Rzeczpospolitej Czerwonej Lilii, z siecią miast lennych rozpostartą na całą Toskanię, z ogromną katedrą, bankami, fabrykami, z bezlikiem kościołów, i stu dziesięcioma klasztorami męskimi i żeńskimi, z wielką kamienną budowlą, gdzie mieszkają grube ryby. Niezadługo przebudzi ją głos dzwonów i zamieni w mieszaninę brązowych i czerwonych domów, w labirynt krzyżujących się ulic, w mnóstwo gwarnych sklepów, w bazary targujących się gospodyń. Ale teraz śpi spokojnie za wysokim na czterdzieści stopni murem. (str. 13-14*)
czy pulsująca życiem:
Handlarze wykładali na ulicach towary. Murarze mieszali świeżą zaprawę, a ich uczniowie wnosili po rusztowaniach pierwsze partie cegieł. Dziewczęta z warkoczami znikały na zapleczach sklepów z elegancką odzieżą i najmodniejszymi strojami. Urzędnicy bankowi zebrali się wokół posągu Najświętszej Marii Panny i zaczęli śpiewać litanie, by dopiero potem pośpieszyć do swych piór, ksiąg i wag do ważenia pieniędzy. Na nowym Rynku srebrny dzwonek i krótka modlitwa rozpoczęły pracę giełdy, i zaraz powstał rozgardiasz: żywo gestykulujący maklerzy wykrzykiwali kursy akcji, składali zamówienia, skakali jak diabły w święconej wodzie, bo florencka Borsa miała wówczas dzienny obrót przekraczający dwa miliony florenów (około ośmiu milionów dolarów) to suma większa niż w połowie dziewiętnastego wieku na giełdzie londyńskiej. W kościołach niechlujni, ziewający dipintori powracali do pracy nad freskami ukazującymi brodatych świętych, krwawiących męczenników i anioły ze złotymi skrzydłami. A Bettega Verocchia- pracownia i szkoła zarazem – była miejscem, gdzie uczniowie w niebieskich spodniach ucierali barwniki w kamiennych ampułach, czyścili piaskiem deski na obrazy- albo węglem wykonywali kopie malowideł mistrza pod życzliwym okiem nadzorcy studia- przystojnego dwudziestotrzyletniego Leonarda da Vinci. (str 17-18*)
- jest jednakowo piękna.

Jednak po latach prosperity następuje pogrążenie w chaosie; na skutek wojen i rewolucji oraz na skutek zjawiska zwanego Savonarolą Florencja traci miano najbogatszego i najważniejszego miasta Europy.

Rządy Medyceuszów, które przetrwały sześćdziesiąt lat i jeden miesiąc, skończyły się w ciągu niecałej godziny. Zawiedziony niepowodzeniem zamiarów wobec Piera i Guliana motłoch skupił się pod pałacem Medyceuszów. W blasku pochodni ludzie wdarli się do okazałej siedziby rodu, cięli gobeliny, wyrzucali przez okna onyksowe i alabastrowe puchary, które z hałasem spadały na bruk. Szklane gabloty pełne starożytnych monet i tangaryjskich statuetek roztrzaskiwano na kawałki. Wykradano cenne manuskrypty. Ktoś otworzył przemocą żelazny kufer zawierający dwa tysiące florenów, która to suma została podzielona między złodziei. Signoria zachęcała do grabieży. (str.251*)
Czytając książkę nie sposób uniknąć porównań z Udręką i ekstazą Irwinga Stone, której fabuła toczy się w tym samym okresie historycznym. Pisarze różnią się jednak w ocenie niektórych zdarzeń, dla przykładu u Stone`a Pierre de Medici to postać antypatyczna i obarczona winą za sprowadzenie do Florencji Francuzów oraz tchórzowską ucieczkę z miasta, u La Mure Pierre de Medici to niemal bohater, który na skutek ludzkiej niewdzięczności i zawiści staje się winowajcą i ofiarą. Ze znanych mi opracowań bliższym historycznej prawdy jest obraz przedstawiony przez Stone`a, ale być może taki rodzaj bohatera był autorowi potrzebny do wskazania mechanizmu paradoksu historii, w którym wczorajszych bohaterów zrzuca się z piedestałów i pozbawia głowy.
Florencja jest równoprawną bohaterką powieści; ona ożywa na kartach książki dzięki jej mieszkańcom z ich codziennością, obyczajami, wierzeniami i zabobonami. Dzięki nimi możemy poczuć klimat epoki. 
Uśmiech wzbudza reakcja, jaką wywołują narodziny dziewczynki. Lisa Gherardini swymi narodzinami nie sprawiła rodzicom radości. Zarówno ojciec, jak i dziadek czekali na spadkobiercę. 
Na pokój opadło, jak całun rozczarowanie. Panie wymieniały smutne spojrzenia, przestały śpiewać i zaczęły zbierać się do odejścia. Kiedy przychodziła na świat bimba (dziewczynka) nie było się czym cieszyć. Panowała zgodna opinia, że dziewczynki to istoty niższe, kłopotliwe, zsyłane rodzicom przez Pana Boga jako utrapienie i przyczyna wydatków. Wobec mężczyzn stawały się narzędziem pokusy, co mógłby zaświadczyć Adam, a ponadto skłaniają do rozwiązłości i rujnują materialnie (Str. 76*) 
To nie znaczy, że mam coś przeciwko niewiastom- dodał (dziadek)- Tyle tylko, że trzeba stracić majątek, żeby je wyżywić, ubrać i wykształcić; potem gdy osiągną czternasty, piętnasty rok, tyle samo, by znaleźć im męża. (Str. 77*)
Sama postać Lisy wydała mi się mało interesującą, zwłaszcza na tle innych przedstawicieli rodu Gherardinich. O wiele ciekawiej prezentuje się postać twórcy Mony Lisy. Leonardo w powieści La Murre`a to utalentowany malarz, który mógłby zostać wybitnym, a nawet genialnym, gdyby zdecydował się zająć jedną dziedziną sztuki. Ten zachłannie poszukujący swej drogi, dążący do zdobycia sławy i bogactwa człowiek rozmienia swój talent na drobne zajmując się tak wieloma i tak różnorodnymi zajęciami nie kończąc prawie żadnego z nich. Można odnieść wrażenie, że właściwie stawianie go na równi z Michałem Aniołem to nieporozumienie. Leonardo z powieści Prywatne życie Mony Lisy jest szalenie irytujący. Podczas lektury nie czułam doń ani krzty sympatii. Z tego punktu widzenia książka wydaje mi się krzywdzi wizerunek wielkiego człowieka, ale jak napisałam wyżej prawem autora jest własna ocena postaci i zdarzeń, nawet jeśli odbiega od powszechnie obowiązującej, czy też naszej własnej. Zainteresowanym biografią mistrza z Vinci polecam Lot wyobraźni czy Pojedynek mistrzów
Umiejętności pisarskie autora; prosty styl, a jednocześnie umiejętność przekazania dużej dawki wiedzy w sposób przystępny i ciekawy sprawiają, iż książka warta jest lektury, zwłaszcza przez zwolenników powieści biograficznych osadzonych w historyczno - obyczajowym tle.
*Prywatne życie Mony Lisy Pierre La Mure Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, rok Wydania 2004.
Swoją drogą do dziś nie rozumiem fenomenu Mony Lisy, zdecydowanie bardziej podoba mi się Madonna wśród skał (ta paryska, nie londyńska). Pewnie jak wielu odwiedzających muzeum Luwru, gdzie Mona Lisa należy do trzech dzieł, które należy "zaliczyć", kiedy tymczasem pod Madonną wśród skał można sobie spokojnie pokontemplować dzieło.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

wtorek, 1 listopada 2016

Chwila zatrzymania (na Pęksowym Brzyzku)

Moje zamiłowanie do odwiedzania starych nekropolii często budzi zdziwienie wśród znajomych, którym trudno to zrozumieć. A przecież jest to jedno z niewielu dziś miejsc, w których czas się zatrzymał, i oby jak najdłużej, i oby na zawsze. Taki panuje tu spokój i cisza. Można wsłuchać się w siebie i szepty zmarłych. Wszystko nabiera innego znaczenia, a codzienne problemy i troski stają się odległe i mało ważne. Przynajmniej na tę chwilę. Dobre i to. Nowinki technologiczne co prawda docierają i tutaj (kody QR, znicze na baterie czy inne
gadżety) i pewnie za jakiś czas staną się powszechne, ale na razie przynajmniej na starych cmentarzach ich się nie widuje. Lubię spokój i ciszę, dlatego nie przepadam za odwiedzinami grobów w Dzień Wszystkich Świętych. Nie chcę generalizować, ale widuję tam sporo osób, które przychodzą do swoich bliskich raz do roku, sporo osób, które przychodzą raczej w celach towarzyskich, bądź dlatego, że tak wypada, niż z potrzeby serca. Jest głośno, dzieciaki biegają, dorośli zaciągają się dymkiem z papierosa, tu i
ówdzie odbywają telefoniczne rozmowy informując się o zaliczeniu kolejnego punktu na mapie do zaliczenia, a między tym wszystkim krążą różnej maści kwestujący. Brakuje tylko handlu obwoźnego, który jeszcze (z naciskiem na jeszcze) pozostaje poza bramą cmentarza. Dlatego wolę odwiedzać nekropolie w 364 pozostałe dni roku. No ale tradycja zobowiązuje. Sama również nie wyobrażam sobie, aby tego dnia nie pójść do taty. Dlatego i ja
udaję się na cmentarz tego właśnie dnia, niezależnie od pogody, nastroju czy samopoczucia myśląc jak pięknie będzie po zmroku, kiedy to miejsce rozbłyśnie tysiącem światełek i kiedy zmarli odzyskają spokojny sen (wieczny). 
Taka refleksja nachodzi mnie w każdy pierwszy dzień listopada.
Zdjęcia z najbardziej znanego Zakopiańskiego cmentarza na Pęksowym Brzyzku, który odwiedziłam podczas tegorocznych wakacji po raz pierwszy. Niesamowite miejsce, jeśli ktoś nie był to zachęcam do obejrzenia, bo to nekropolia wyjątkowa.

wtorek, 11 października 2016

Notre Dame de Paris (musical w Gdyni), czyli młodnieję na przekór metryce



  Trailer przedstawienia ze strony Teatru


O przedstawieniu w różnych jego wersjach (łącznie z tą najwspanialszą) pisałam kilkakrotnie. Mając świadomość trudności związanych z prawami autorskimi i brakiem zgody twórców na dalsze upublicznianie widowiska informacja o wystawieniu musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni była dla fanów spektaklu niczym gwiazdka z nieba. Pisząca te słowa zakupiła bilety w chwili, kiedy nie został jeszcze rozstrzygnięty casting. Trzeba przyznać, iż było to spore szaleństwo. Ale może nie do końca.

Musical Notre Dame de Paris, znany jako Dzwonnik z Notre Dame (powstały na motywach powieści Wiktora Hugo), to przedstawienie o wspaniale skomponowanej muzyce, świetnej choreografii i ciekawych tekstach. Przedstawienie o ogromnej szansie na powodzenie, wystarczy go nie zepsuć. Duet Luc Plamondon (autor słów) i Richard Cocciante (kompozytor muzyki) stworzyli dzieło znakomite. Reżyserii podjął się Gilles Maheu – reżyser paryskiego spektaklu.

Fabuła znana większości z licznych adaptacji Dzwonnika to historia szpetnego pokraki Quasimodo zakochanego w pięknej Cygance Esmeraldzie, która swe serce oddała innemu (kapitanowi Febusowi). Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować Febus związany jest słowem z Fler de Lys, a Esmeralda budzi namiętność zarówno Febusa, jak i opiekuna Quasimodo- archidiakona Frollo. Całą historię przedstawia poeta Gringoire. Mimo całej swej banalności przedstawienie nieodmiennie wzrusza. A do tego średniowieczne problemy odrzuconych (Azyl) wydają się zaskakująco bliskie problemom dzisiejszej Europy. 

Nie wiem, jak odebrałabym je, gdybym na deskach gdyńskiego teatru poznawała spektakl po raz pierwszy, nie wiem, czy w tym wypadku tak długa znajomość mogła złagodzić moją ocenę, czy raczej ją zaostrzyć, ale wyszłam z przedstawienia z jedną myślą o konieczności zakupu biletu na kolejne przedstawienie. 
Marzył mi się w roli Quasimodo pan Janusz Kruciński (Jean Valjean z Nędzników w Romie, czy Doktor Jekyll i Mr Hyde z Teatru Muzycznego w Poznaniu). Radość moja nie miała granic, kiedy okazało się, iż pan Kruciński będzie w tej roli występował. I mam nadzieję, że uda mi się trafić na przedstawienie z jego udziałem. Tym razem w roli Dzwonnika wystąpił pan Michał Grobelny. Pierwszy utwór w jego wykonaniu trochę mnie rozczarował. Jest to jedna z głównych postaci przedstawienia i w dużej mierze (choć nie tylko) na jego wokalu opiera się spektakl. Aktor próbował śpiewać w stylu Garou (z tą charakterystyczną dla Kanadyjczyka chrypką), jednak nie do końca mu to wychodziło. Z chwilą kiedy zaczął śpiewać po swojemu stał się dla mnie prawdziwym Quasimodo; budzącym ciepłe uczucia odmieńcem, z którego zadrwił los. 
W rolę Esmeraldy wcieliła się pani Maja Gadzińska. I znowu pierwszy utwór (Cyganka) mnie nie urzekł,  ale z każdym kolejnym było coraz lepiej. 
Absolutnie fantastycznym głosem dysponuje odtwórca roli archidiakona Frollo pan Artur Guza (od tej pory do grona aktorów, na których jeżdżę oprócz Łukasza Dziedzica i Janusza Krucińskiego dołączy pan Artur). Jak dla mnie była to najlepsza rola w przedstawieniu. Pozostali wykonawcy mieli sporo dobrych i bardzo utworów, ale w wykonaniu pana Artura każdy utwór był majstersztykiem, choć najbardziej zapadł w ucho i serce utwór Jestem księdzem i kocham cię.
Dobrze wypadli także odtwórcy roli poety Gregoire (Maciej Podgórzak) oraz przywódcy cyganów Clopin (Krzysztof Wojciechowski).
Zaskoczeniem (z uwagi na młody wiek wykonawczyni) był niezwykle udany występ Weroniki Walenciak w roli Fleur de Lys (rywalki Esmeraldy). Jakże świeżo i przekonująco brzmiał utwór Pokocham, jeśli przyrzekniesz w jej wykonaniu.
Ogromne brawa dla zespołu tancerzy, którzy podołali niełatwemu zadaniu wykonywania niezmiernie skomplikowanych układów choreograficzno-akrobatycznych. 
Świetnie wypadły też zespołowe wykonania utworów Fatum czy finałowe Katedry. Florencja wyśpiewana przez Frollo i Gregoire to jeden z najlepszych utworów przedstawienia (choć może to tylko moje odczucie). 
Polskie tłumaczenie może nie do końca (nie dla każdego utworu) odpowiada wiernie oryginałowi, ale nie razi. Myślę, że tłumacz (pan Książek) dokonał nie lada ekwilibrystyki, aby oddać sens oryginału.

Nie wiem, czy to sentyment, wspomnienia, czy po prostu cudowna muzyka, ale już przy pierwszych dźwiękach uwertury popłynęły mi łzy. Potem pojawiały się one jeszcze kilkakrotnie. I jak widziałam nie byłam w mojej reakcji osamotniona. Osoba, która mi na przedstawieniu towarzyszyła opuściła teatr z mokrymi oczami, co było dla mnie najwspanialszą reakcją (i podziękowaniem za zaproszenie), bo wiem, że przedstawienie wywołało silne emocje. A przecież o to chodzi, aby sztuka wzbudziła w nas emocje. 
Przedstawienie jest kopią paryskiego pierwowzoru; ta sama choreografia, scenografia, podobne kostiumy, a nawet gestykulacja. Dla zwolenników eksperymentowania i poszukiwania nowych rozwiązań być może jest to wadą przedstawienia, ja jednak nie wyobrażam sobie rozwiązań odbiegających od tego, co moim zdaniem jest świetne samo w sobie.
Pięćdziesiąt dwa utwory i żaden z nich nie był zbędny. 
Duże brawa dla widowni, która należycie doceniła trud artystów owacją na stojąco i gromkimi brawami.
Jak dla mnie Teatr Muzyczny w Gdyni tym przedstawieniem wraca na pozycję najlepszej musicalowej sceny w Polsce.
Kiedy żyłam już w przeświadczeniu, że zestarzałam się na tyle, iż nie potrafię cieszyć się czymś tak bezgranicznie, zachwycać jak dziecko, że dawne uskrzydlenia (to moje sławetne unoszenie się pod sufitem) minęły bezpowrotnie przytrafił się Dzwonnik w Teatrze Muzycznym w Gdyni i odmłodniałam i oszalałam. 
Nie pytajcie na ile przedstawień już zakupiłam bilety (a na ile jeszcze kupię), bo i tak się wam nie przyznam. 
Mam tylko mały żal do administratora strony Teatru, że nie ma tam obsady na kolejne spektakle. A może jest, a jedynie ja nie umiem znaleźć. Szkoda, że kupując bilety nie wie się, kto będzie występował, bo choć wszyscy są dobrzy, to niektórzy wykonawcy są lepsi. 
Nie mogę obiecać, że ten wpis będzie początkiem powrotu do pisania, ponieważ troszkę przybyło mi obowiązków w przeciwieństwie do czasu, którego ubyło. W każdym razie będę starała się, jak najszybciej ogarnąć w świecie realnym, aby wrócić do tego prawdziwszego, choć wirtualnego.


PS. Po kolejnej interwencji informatyka i przeinstalowaniu dysku zniknęły mi adresy z blogrola (mam nadzieję, że uda mi się je odtworzyć z pamięci, lub z archiwalnych komentarzy).

Przepraszam za przekręcenie nazwisk, na co zwróciła mi uwagę jedna z komentatorek. Robię to nagminnie, co absolutnie mnie nie tłumaczy. Już poprawiłam.