Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 14 czerwca 2022

Małe eksperymenty ze szczęciem Sekretny dziennik Hendrika Groena lat 83 i 1/4 oraz Dopóki życie trwa

Rok życia pensjonariuszy domu opieki w Amsterdamie widziany oczami jednego z nich to niezwykle ciepła, pełna humoru (czasem dość gorzkiego) opowieść o radościach i troskach jesieni życia. Trosk jest zdecydowanie więcej, bo jak truistycznie często powtarzamy - nie udała się starość panu Bogu. Nie oznacza to jednak, aby niektórzy przedstawiciele młodzieży starszej nie próbowali szukać małych przyjemności w dość monotonnej egzystencji. Kiedy siły i zdrowie nie pozwalają już na większe ekstrawagancje przyjemność może sprawić wycieczka do pobliskiego zoo, uczestnictwo w kursie gotowania, albo choćby wieczór spędzony w miłym towarzystwie osób, które równie chętnie na parę godzin zapomną o dolegliwościach fizycznych i problemach z pamięcią oddając się carpe diem.

Zarzuca się książce zbyt powierzchowne potraktowanie tematu starości, brak dogłębnych rozliczeń z życiem. Moim zdaniem autor nie stawiał sobie za cel napisanie głębokiego traktatu filozoficznego a lekkiego czytadła, które pozwoli spojrzeć z przymrużeniem oka na to, co czeka każdego z nas, a co zabawne nie jest. Staramy się odsuwać od siebie myśl o zniedołężnieniu, demencji, niemocy, spowolnieniu, zagubieniu, samotności, jakie towarzyszą ostatniemu etapowi życia. A kiedy już o nim myślimy nie są to pogodne rozmyślania.

Piszący dziennik Hendrik zaczyna od stwierdzenia, iż nie lubi staruszków. Nie lubi, bo są marudni, malkontenci, zgryźliwi, powolni, narzekający na wszystko, a to za zimno, a to za ciepło, a to za mało, a to za dużo, a to za długo, a to za krótko. Jednak Hendrick ma też dystans do siebie, bo niejednokrotnie podkreśla, iż sam często popada w malkontenctwo. Często wybuchałam śmiechem podczas lektury, zastanawiając się jednocześnie, czy moją mamę w wieku lat osiemdziesiąt plus też śmieszyłyby te opisy. Jest to bowiem śmiech często zaprawiony goryczą, ale właśnie dzięki niemu łatwiej znieść tę gorycz. Nowa pensjonariuszka, która zajęła miejsce świętej pamięci pani Gans, wygląda na miłą. Prawdziwa ulga, zważywszy na te szurające nogami po korytarzach baby. Ta wprawdzie też szura, ale przynajmniej z klasą. (str. 51). Pół godziny później pożegnała się. Kolejna oznaka klasy: nie siedzi w nieskończoność. Za to Evert nadrobił to z nawiązką. Dwie godziny i pięć jeneverów później dałem mu do zrozumienia, żeby już sobie poszedł (str.61). Kolejny fragment może nie wszystkich rozśmieszy. Borys Jelcyn był zbyt pijany, aby zejść po schodkach samolotu, papież Jan Paweł II nie był w stanie powiedzieć Dziękuję za kwiaty z Holandii, nie zapadając w drzemkę, a Bill Clinton wsadził cygaro pod sukienkę pewnej stażystki. Oczywiście cygaro nie będzie się od tego lepiej paliło, ale co gorsza nie udało mu się przeszkodzić, żeby wiadomość o tym osobliwym sposobie palenia przedostała się do wszystkich gazet. (str. 68-69).

Mimo dość lekkiego charakteru dziennika nie brak w nim opisu codziennej egzystencji ludzi starych, którzy nie dość, że zmagają się z coraz bardziej postępującym niszczeniem organizmów to borykają się z ogromną samotnością. Dla dzieci, które oddały rodziców do Domu Opieki odwiedziny są przykrym obowiązkiem, dla wnuków stratą czasu. Narrator, który sam ma wszelkie predyspozycje, aby stać się zrzędliwym stetryczałym staruchem postanawia coś z tym zrobić, aby rozjaśnić ostatnie lata, a może miesiące życia. Powstaje klub StaŻy, oznaczający Starzy, ale jeszcze żywi, który ma zająć się organizacją wycieczek i różnych wydarzeń uprzyjemniających czas członkom klubu. Co zastanawiające w całym domu opieki włączono doń jedynie kilku pensjonariuszy, co może świadczyć o tym, jak niewielka ilość osób potrzebuje czegoś więcej niż rutyny dnia codziennego.

Opisy spotkań członków klubu wydają się może nieco idealistyczne, nikt nie narzeka, wszyscy są zadowoleni, a niedomagający członkowie klubu nie absorbują swoimi dolegliwościami pozostałych. Jest to taki sposób spędzania czasu, jaki i mnie się marzy, więc nie będę zarzucać autorowi zbytniego optymizmu. W końcu w domu opieki nie jest zbyt zabawnie, co rusz ktoś odchodzi, co rusz kogoś dopada demencja, coraz więcej pensjonariuszy przesiada się na wózek inwalidzki, opiekunowie swoją pracę traktują, jak zło konieczne, jedzenie jest kiepskie, atrakcji organizowanych dla pensjonariuszy prawie żadnych, w dodatku wciąż wprowadzane są nowe zakazy które uniemożliwiają jakąkolwiek radość.

Mimo tego pozornie lekkiego tonu lektura uświadamia, z jak wieloma ograniczeniami spotykają się nasi rodzice i dziadkowie, pozwala lepiej zrozumieć nieracjonalne zachowania starszego człowieka (ciągły lęk, obawy, nerwowość, nie radzenie sobie z najprostszymi czynnościami, czy wstyd z powodu własnej niesprawności), po drugie daje nadzieje, że nawet w takiej z pozoru beznadziejnej sytuacji można sobie poeksperymentować ze szczęściem.

I choć rzecz dzieje się w Holandii, państwie, w którym opieka społeczna stoi na znacznie wyższym poziomie niż w Polsce, to problemy ludzi starszych są wszędzie takie same. A samotność dotyka seniorów, niezależnie od tego, czy mieszkają w domu opieki, czy mieszkają samodzielnie.

Sięgnęłam już po kontynuację dzienników Hendrika, gdzie największe wrażenie zrobił na mnie fragment opisujący rozmowę dorosłego syna z ojcem znajdującym się w Domu Opieki.

-Możesz przecież zrobić taką próbę przez tydzień. Jak ci się nie spodoba, to ja będę do ciebie dzwonił. Ale nie codziennie, na to po prostu nie mam czasu.

To słowa syna pana Heldera. (…)

- Ni dobrze, ale co ja mam powiedzieć takiej kompletnie obcej osobie?

- Dokładnie to samo co mnie.

-Ale ty jesteś moim synem, a to przecież co innego.

Cała rozmowa dotyczyła serwisu Dzień Dobry! Jakieś stowarzyszenie oferuje za siedemdziesiąt pięć euro miesięcznie kontakt z profesjonalną osobą, która codziennie poświęci pięć minut, lub raz w tygodniu pół godziny, na rozmowę ze starszą osobą, której syn lub córka nie mają czasu zadzwonić. Syn lub córka wykupujący abonament, żeby obca osoba rozmawiała z ich rodzicem- jakie smutne jest takie angażowanie podwykonawcy do okazywania uczucia.

-Sam decydujesz, na jaki temat będzie rozmowa-powiedział syn pana Heldera.

Nie mogłem tego dłużej słuchać
. (str.203).
 
Książka nie ma autora, bowiem jej twórca nie zdecydował się na ujawnienie swojej tożsamości, stąd w etykiecie, jako autor figuruje narrator i zarazem główny bohater opowieści.

niedziela, 22 maja 2022

Za drzwiami Galerii Uffizi

Fragment budowli Uffizi

Dzięki Ani z bloga Czytanki Anki oraz koleżance, która wyraziła ochotę spotkania  trafiłam do Gdyńskiego Centrum Filmowego na film dokumentalny Za drzwiami Galerii Uffizi. Film jest o tyle ciekawy, iż nie stanowi wyłącznie zaproszenia do odwiedzin, chęci zainteresowania zbiorami, ale przedstawia działalność muzeum od kuchni, a jednocześnie wyraża szerszy punkt widzenia na sens istnienia takich obiektów.
Film nie jest jedynie reklamą, której to reklamy Galeria nie potrzebuje, bowiem jeśli odwiedzający Florencję decyduje się na odwiedziny któregoś z muzeów to w pierwszej kolejności odwiedzi właśnie Uffizi. To najważniejsza i największa galeria zbiorów renesansowych na świecie; 500 sal i tysiące odwiedzających dziennie dowodzą, iż nie potrzebuje ona zachęty do odwiedzin. Co prawda kolejki przed wejściem i ścisk w środku mogłyby zniechęcić, ale jak widać czynią to  nie dość skutecznie.
Przed Galerią
Film stanowi spojrzenie na funkcjonowanie obiektu z różnych punktów widzenia; od kadry menadżerskiej, poprzez obsługę techniczną, kustoszy, ochroniarzy, konserwatorów i sponsorów, a to wszystko z odwiedzającymi w tle. Wydawać by się mogło, że mając tak bogate zbiory nie trzeba nic robić tylko liczyć płynące szerokim strumieniem do kas muzeum euro. Będąc opiekunem i strażnikiem tak ważnego dla europejskiej (a nawet światowej) kultury dziedzictwa trzeba się mocno napracować, aby właściwie zabezpieczyć i ochronić te dzieła. Stąd zarządzający podejmują różne inicjatywy dla pozyskania środków na ochronę znajdujących się tutaj zbiorów, ich właściwą prezentację i pozyskanie sponsorów. Jedną z takich inicjatyw było zorganizowanie po raz pierwszy w przestrzeni muzealnej wystawy sztuki współczesnej. Zaszczytu wystawienia w Galerii swoich dzieł dostąpił w 2019 r. brytyjski rzeźbiarz Antony Gormley. Mamy okazję obejrzeć negocjacje dotyczące ustawienie jednej z rzeźb z kolekcji Essere (Być). Początkowo wydaje się, iż rozmowy dotyczące ustawienia postaci  są nieco jałowe, bo w końcu jakie znaczenie może mieć to, czy rzeźba stanie parę minimetrów w prawo czy w lewo, albo czy będzie lekko przekrzywiona w kierunku okna, czy też będzie stała doń równolegle. Zaskoczył mnie też pomysł ustawienia jej tyłem do odwiedzających. Postać – mężczyzna stoi twarzą do okna i patrzy na miasto. W scenie, w której rzeźba już stoi w swym docelowym punkcie w otoczeniu odwiedzających,  odnosi się wrażenie, że oni współuczestniczą wraz z postacią w obserwacji widoku za oknem. I staje się zrozumiałym, że artysta doskonale wybrał miejsce, że takie jej ustawienie jest najwłaściwsze i najbardziej naturalne. Postać staje się elementem scenografii. 

 Zdjęcie ze strony

Kiedy wypowiadają się pracownicy prezentujący różne zawody widać, iż łączy je jedno; duma z faktu, iż są cząstką tego miejsca i pasja w wykonywaniu swoich zadań.  Pani kustosz pokazująca obraz Głowa Meduzy Caravaggio najmłodszym gościom, dyrektor Eike Schmidt doglądający gospodarskim okiem całości (od pozyskiwania donatorów, uczestniczenia w rozmowach z artystami, puentowania nowych sposobów ekspozycji dzieł po rozmowy w sprawie szaty graficznej wizytówek), czy pani konserwator, która z tysięcy malutkich fragmentów zniszczonego wybuchem bomby dzieła niczym z puzzli odtwarza obraz, czy w końcu pan ochroniarz – wszyscy sprawiają wrażenie osób, którym przyjemność sprawia przebywanie w tym otoczeniu, a wykonywanego zajęcia nie traktują jak pracy.

Film ukazuje nie tylko to, co znajduje się na wysokości wzroku, ale też na co sama nie zwróciłam uwagi, mimo kilkukrotnych wizyt w Galerii; freski na sufitach oraz galerię portretów znanych florentyńczyków.

A w tle co chwila migają nam Botticelli, Tycjan, Caravaggio, Piero Della Francesca, Rafael Santi, Uccello i twarze oglądających je ludzi, jedni zachwyceni, inni zaciekawieni, jeszcze inni jakby przestraszeni widokiem namalowanych okropności (Judyta obcinająca głowę Holofernesowi nie należy do przyjemnych widoków). Ciekawie ogląda się wrażenia dzieci, które nie sprawiają wrażenia znudzonych tym co oglądają, co tylko potwierdza, jak dużą wartość stanowi wczesna edukacja w tej dziedzinie.

Podobała mi się wypowiedz jednego z kustoszy, który opowiadał o współczesnych odwiedzających, skupiających się wyłącznie na robieniu zdjęć obrazom; jedno, drugie, dziesiąte i kolejna sala bez obejrzenia dzieł. Pan nie wspomniał o tym, co również zostało pokazane na filmie – uwiecznianie siebie na tle obrazu czy rzeźby.  

Pokazane zostały także zdjęcia dokumentujące wywóz dzieł sztuki przez nazistów w czasie II wojny światowej i sposób ich zabezpieczenia przed działaniami wojennymi.

Zainteresował mnie obraz Leonardo da Vinci Pokłon Trzech Króli. Ma on ciekawą historię; Leonardo zaczął go malować i nie dokończywszy wyjechał do Mediolanu. Być może to artysta podjął decyzję o nieukończeniu dzieła, a może sami zleceniodawcy nie byli zachwyceni sposobem potraktowania tematu. Obraz wrócił do zleceniodawców, gdzie przeleżał kilkanaście lat w piwnicach zakonu. Następnie został powierzony nieznanemu malarzowi do przemalowania. Nieukończony i mocno zniszczony został odrestaurowany i po pięciu latach zabiegów konserwatorskich pod koniec 2017 roku wyeksponowany w Galerii. Kiedy oglądałam go na filmie miałam skojarzenia ze szkicami Bitwy pod Anghiari, fresku Leonardo, który przetrwał tylko w szkicach.

Zdjęcie ze strony

Przekaz filmu wyraża się w słowach jednego z jego bohaterów - nie jesteśmy tutaj dla tej chwili, jesteśmy po to, aby zapewnić przetrwanie dziedzictwa kulturowego, aby mogło ono cieszyć następne pokolenia.

Film uświadomił mi także, że nawet jeśli odwiedziło się Galerię kilkakrotnie każde kolejne odwiedziny pozwolą odnaleźć coś nowego, bowiem czas nie stoi tu w miejscu, pojawiają się obrazy, które podlegały renowacji, dzieła, które z uwagi na ograniczoną przestrzeń znajdowały się w magazynach, czy w końcu pojawiają się wystawy (jak wspomniana wystawa Essere), nie wspominając o tym, iż nasza percepcja nie pozwala na przyswojenie sobie ogromu zbiorów i za każdym razem powinno się wybierać kilka dzieł, lub kilka sal do obejrzenia. O tym także mówił jeden z bohaterów filmu, co wyraża i moją opinię w tej kwestii.  Już zaczynam żałować że podczas tegorocznego pobytu we Florencji nie zajrzałam do Uffizi.  

Zainteresowanym sztuką polecam obejrzenie filmu.

Niestety kiedy ja odwiedzałam Uffizi nie było możliwości robienia zdjęć, bo mimo, iż pochlebiam sobie, że nie jestem bezmyślnym odwiedzającym lubię poza oglądaniem robić też zdjęcia eksponatów. 

Poniżej jedna z bardziej przerażających wersji Judyty obcinającej głowę Holofernesa pędzla kobiety (Artemisia Gentchileschi), jakże to odmienna wersja od tej Botticellowskiej z przepiękną kobietą i sługą niosącą głowę w koszu (Powracająca Judyta). 

Zdjęcie ze strony

wtorek, 10 maja 2022

Galeria Sztuki Nowożytnej i Współczesnej, czy odkrywania Rzymu i siebie ciąg dalszy

Klimt Trzy etapy życia kobiety
Wspomniałam już w poprzednim wpisie, że gdyby nie lektura Albumu Arcydzieła Malarstwa Galerie Rzymu nie wybrałabym się do Rzymskiej Galerii Sztuki Nowożytnej i Współczesnej (Galleria Nazionale d`Arte Moderna, czyli GNAM). Znajduje się ona nieopodal Parku Borghese. A zatem po odwiedzeniu ulubionej Galerii Borghese (Bernini, Caravaggio, Santi - sama śmietanka artystyczna) i spacerku ukwieconymi alejkami dotarłam do kolejnej galerii, w której mieszczą się zbiory malarstwa i rzeźby z XIX i XX wieku. Poza obrazami włoskich malarzy są tu także obrazy Van Gogha, Degasa, Renoire‘a, Moneta, Cezanne`a, a także Kandinsky, Miro, Pollock, Klimt. To oczywiście ogromna przyjemność oglądać obrazy tak wielkich artystów, w miejscu w którym zupełnie się tego nie spodziewa. Nie jest to do końca prawdą, bowiem dzięki lekturze Albumu wiedziałam, czego mogę się tutaj spodziewać, niemniej wrażenia były spore. Zawsze chętnie chłonę kolejnych impresjonistów i dołączam ich zbiory do kolekcji obejrzanych. Tym razem jednak największe wrażenie zrobił na mnie obraz Klimta Trzy etapy życia kobiety. Może dlatego, że Klimta miałam możliwość oglądania po raz pierwszy. Był to, jak mi się wydaje bardzo dla tego artysty charakterystyczny obraz. Wydaje mi się, bowiem twórczości tego malarza nie znam zupełnie. Kiedy myślę Klimt na myśl przychodzi Pocałunek oraz Judyta z głową Holofernesa. A kiedy myślę chwilę dłużej pojawia się jeszcze Danae, z tym charakterystycznym masywnym udem kobiecym. Trzy etapy życia ukazują dziecko, dziewczynę i dojrzałą kobietę. Gdyby nie było tam tej ostatniej; pomarszczonej, z dużym brzuchem i obwisłymi piersiami obraz można by nazwać macierzyństwo lub studium matki z dzieckiem. Byłaby to pogodna, sielankowa scenka, ale jest ta trzecia, ta w którą czas przeistoczy każdą z nas nie dając zapomnieć o przemijalności człowieka. Kontrast spokoju, bezpieczeństwa i radości życia przeciwstawiony jest rezygnacji, chęci ucieczki, wyczuwalnemu niepokojowi. To ciekawy obraz, który chętnie dodaję do swoich zbiorów. 
Od niedawna zaczęłam też z ciekawością przyglądać się niektórym obrazom surrealistów czy abstrakcjonistów, a zamieszczone poniżej wydały mi się interesujące. Miła dla oka odmiana będąca połączeniem form geometrycznych. Ot sztuka dla sztuki, coś co nie służy niczemu poza przyjemnością oglądającego. Nie wiem, jak u was, u mnie wywołują one uśmiech w przeciwieństwie do "sztuki" Duchampa.
Kandinsky


Miro

Choć już zamieszczona poniżej plątanina linii, plam, supłów, jako bardziej niepokojąca forma wyrazu nie sprawia mi przyjemności. Mam wrażenie, że stworzyłam setki podobnych dzieł podczas nudnawych szkoleń. Może dlatego nie doceniłam obrazu Pollocka, choć niektóre jego dzieła są interesujące.

 
 
 
                             
Pollock

Wracając do sztuki bardziej klasycznej spośród włoskich artystów zwróciłam uwagę na malarza, którego reprodukcja Sogni (Marzenia) zainteresowała mnie  podczas oglądania albumu poświęconego galerii. Vitorrio Corcos namalował swoją kochankę we wdzięcznej, melancholijnej pozie. Kobieta siedząca na ławce zapatrzona gdzieś przed siebie, wzrokiem rozmarzonym i nieobecnym przykuwa spojrzenie widza, trudno oderwać od niej wzrok. Jest tu to co ogromnie lubię, pastele, delikatność, zamyślenie, rozmarzenie, czar, dziewczęcość, towarzystwo książek i takie nienachalne szczęście. Obraz powstał pod koniec XIX wieku. Jako że zrobił na mnie pozytywne wrażenie chciałam poznać inne dzieła  malarza. Niestety w czeluściach Internetu udało mi się znaleźć jedynie obraz zwany Zwiastowaniem. W przeciwieństwie do Sogni wydał mi się mało zajmujący.
Marzenia Corcos
Natomiast obraz innego malarza Telemaco Signorini Sobborgo di Porta Adriana a Ravenna skierował uwagę na malarza, który uwieczniał scenki rodzajowe oraz fragmenty architektoniczne włoskich miast drugiej połowy XIX wieku. A takie obrazy szczególnie lubię. Idąc tym tropem trafiłam na parę ciekawych obrazków z Florencji i okolic.


W Galerii odbywała się także interesująca wystawa fotografii Gohar Dashti irańskiej fotografki Today`s Life and war, która myślę prowokacyjnie zestawiła dwie nieprzystające do siebie scenerie, tę codzienną, zwyczajną z tą wojenną. Są np. suszące się na drutach kolczastych pieluchy, para młodych ludzi popijająca herbatę pod lufą czołgu, czy kobieta leżąca w łóżku a w tle idący z broną żołnierze. 
Port w Ravennie Telemaco Signori
To zaledwie kilka obrazów z niezwykle bogatych zbiorów Galerii, wśród których wiele było takich, który nie były w stanie zatrzymać na dłużej mego wzroku, ale też całkiem sporo dołączyło do osobistej galerii obrazów autorki bloga. 
Na zakończenie kilka zdjęć z wystawy Życie i wojna (wystawa z 2008 roku)



Ale żeby nie kończyć obrazami które przywodzą na myśl wydarzenia, jakich nigdy nie chcielibyśmy oglądać, a jakich widujemy ostatnio sporo inny obrazek.
 
Otóż będąc pod fontanną di Trevi otoczoną tłumami turystów, których ku memu zaskoczeniu w kwietniu było w Rzymie multum (naiwnie liczyłam na ich mniejszą ilość), postanowiłam zrobić zdjęcie znajdującym się przed fontanną ludziom. Kiedy patrzyłam w obiektyw aparatu zdziwiły mnie gromkie oklaski i krzyki radości. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wraz z kilkoma setkami osób byłam świadkiem oświadczyn, które udało mi się uwiecznić na zdjęciu.


Nie wiem, czy wybranka marzyła o tak mało intymnej scenerii, ale wyglądała na szczęśliwą. Oby ten ważny dla nich dzień przyniósł im więcej dni pogodnych niż pochmurnych. I pewnie niejedna zazdrościła dziewczynie.

wtorek, 3 maja 2022

Rzym storożytny (Muzeum Massimo i Termy Dioclezjana)

Mozaiki w Muzeum Massimo
Poza powrotem do miejsc, które lubię bardzo odwiedzać i których nigdy nie mam dość, udało się tym razem dotrzeć także do miejsc, które pozostawały dotąd nieznane. Odwiedzone miejsca znajdowały się na dwóch przeciwstawnych biegunach. Pierwsze z nich to pozostałości starożytnego Rzymu i okolic, drugie to Muzeum Sztuki Współczesnej, czyli obiekt, który ominęłabym szerokim łukiem, gdyby nie lektura albumu Arcydzieła Malarstwa Arkad Galerie Rzymu, podczas której okazało się, że współczesność w Rzymie niekoniecznie oznacza to, co było współczesnością w moim rozumieniu tego słowa (ale o tym innym razem).
Pierwszą niedzielę po powrocie z Florencji spędziłam razem z Edytą (dla niewtajemniczonych moją gospodynią) w mieszczących się obok siebie Muzeum Starożytności (Massimo) oraz Termach Dioklecjana. Wbrew obawom, iż bezpłatny wstęp (była pierwsza niedziela miesiąca) oznacza tłumy, okazało się, że ilość odwiedzających była akceptowalna. O muzeum ciekawie opowiadał  Olaf Kwapis w audycji mojej ulubionej stacji radiowej. Jest to drugi pod względem wielkości zbiorów starożytnych po Muzeach Watykańskich obiekt. Nie jestem szczególną admiratorką starożytności i nie potrafię docenić wagi znajdujących się tu eksponatów, ale muszę przyznać że robią wrażenie. Podobnie, jak większość muzealnych skarbów, które uświadamia naszą przemijalność, a zarazem wielkość, bo to przecież człowiek tworzy owe dzieła, które przetrwały stulecia, a nawet tysiąclecia.
Podobnie, jak Edycie niezwykle spodobały mi się mozaiki zdobiące niegdyś ściany willi zamożnych obywateli, a także takich obiektów, jak biblioteki, łaźnie, świątynie, a nawet sklepy czy jadłodajnie (to sugerowałyby przedstawione nań treści w postaci owoców, warzyw, ryb, mięsiwa). Zdumiewające, jaką cierpliwością musieli wykazać się ich twórcy. Składające się z setek czy tysięcy mikroskopijnej wielkości kolorowych „kafelek” obrazki przypominają nasze puzzle, tyle, że są trwalsze, no i ładniejsze
fragment niebieskiego salonu
. Niektóre mozaiki przedstawiają „zwykłe” geometryczne wzory, inne motywy kwiatowe czy zwierzęce, a jeszcze inne całe scenki obyczajowe lub historie z życia bóstw.
Nie mniejsze od mozaik wrażenie robią freski. Przepięknie pomalowane ściany domostw pokazują talent i wyobraźnię ówczesnych mistrzów. Mieszkając w takim otoczeniu trudno było się nudzić. Nam szczególnie spodobała się sala, którą nazwałam niebieskim salonem, albo starożytnym impresjonizmem. Czy Monet widział ten salon zanim namalował swoje nenufary (eksponowane w paryskiej Oranżerii). Mo
że troszkę przytłaczające tło do codziennej egzystencji, ale jeśli miałby to być pokój przyjęć to cóż za przyjemne otoczenie dla ucztujących.

Pośród wielu znajdujących się rzeźb najbardziej znany jest Siedzący pięściarz – rzeźba z I wieku przed naszą erą. Ten siedzący atleta ze śladami stoczonej niedawno walki (podbite oko, parę wybitych zębów, naderwane uszy, zadrapania) siedzi zasłuchany w odgłos oklasków. Rzemienie owinięte wokół rąk to jedyne przybranie pięściarza, który mimo otrzymanych ciosów, sprawia wrażenie niepokonanego. Wyróżnia się spośród pozostałych brązowych rzeźb połyskiem, jakby całe ciało zostało natarte oliwą.
Mnie znajomym wydał się marmurowy posąg Cesarza Augusta składającego ofiarę. Być może widziałam wcześniej jego reprodukcję w albumach lub podręcznikach sztuki, a może to popularny sposób przedstawienia Cesarza z tamtego okresu w todze i z nakrytą głową. Posąg pochodzi z I wieku przed naszą erą. Wyczytałam gdzieś, iż toga pierwotnie pomalowana była w kolorze purpury, a w dłoni trzymał naczynie ofiarne. Tu sprawia wrażenie pobożnego i niemal pokornego człowieka.


Sporo w muzeum było masek, maski pośmiertne, maski teatralne, maski zdobiące sarkofagi (bardziej
maszkarony niż maski), ale i tak najbardziej upiorne wrażenie zrobiła na mnie maska na zdjęciu poniżej (prezentowana w gablocie na tle czarnego sukna biała maska mogła wystraszyć).
Hermafrodyta chyba w każdym wydaniu ciekawi odwiedzających; jego jędrne kobiecie pośladki, gładkie obojnacze lico i męskie klejnoty pobudzają wyobraźnię. Był to dość często wykorzystywany motyw rzeźbiarski, bowiem z rzeźbą Hermafrodyty spotkałam się także w Galerii Borghesee.

 
Niemal naprzeciwko Muzeum Starożytności znajdują się pozostałości Term Dioklecjana, czyli starożytnych łaźni publicznych. Wybudowane przez cesarza Maksymiliana na przełomie II i III wieku naszej ery nazwane zostały na cześć cesarza Dioklecjana. Maksymilian był jego adoptowanym synem. Znajdowały się tutaj nie tylko, co zrozumiałe baseny z zimną, ciepła i gorącą wodą, nie tylko place ćwiczeń i szatnia, ale również sale do wypoczynku, masażu, gier, sale muzyczne, biblioteka i audytoria. Termy były pierwotnie  miejscem wymiany myśli, ale już za czasów Seneki zaczęły tracić swój intelektualny wymiar. Kiedy niemal zazdrościłam takiego miejsca starożytnym znalazłam ciekawy fragment z Listów Seneki do przyjaciela brzmiący jakże swojsko:
„Mieszkam tuż obok term. Wyobraź sobie więc te najprzeróżniejsze głosy, których już uszy ścierpieć niemogą. Siłacze ćwiczą i wyrzucają w górę ręce obciążone ciężarami [...]; kiedy trafi się jakiś próżniak, któremu sprawiają przyjemność pospolite masaże, słyszę klaskanie dłoni o ciało [...] A jak się zjawi sędzia sportowy i zacznie liczyć piłki - to już koniec [...] Masz dalej tych, co skaczą do wody z impetem, rozbijając ją, [...] wyobraź sobie piszczący i skrzekliwy głos niewolnika - depilatora [...] Dodaj najprzeróżniejsze nawoływania sprzedających ciastka i masarza i cukiernika, z których każdy na swój sposób ale zawsze głośny, reklamuje swój towar.” (nie mogę odnaleźć źródła)

Od przerwania dopływu wody do miasta z podmiejskich akweduktów po wojnach VI wieku

termy zaczęły popadać w ruinę. W XVI wieku część kompleksu przekazano zakonowi kartuzów, a Michałowi Aniołowi zlecono zaprojektowanie Świątyni Santa Maria degli Angeli (pisałam o niej tutaj). To także Buonarroti zaprojektował krużganki wokół zakonu kartuzów, a jak twierdzi Edyta przechadzać musiał się pod znajdującym się na placu ponad pięćsetletnim drzewem. Czy to drzewo rzeczywiście pamięta okres renesansu?

Mozaikowa posadzka w Termach

Na dziedzińcu zakonu kartuzów z widokiem na Krużganki Michała Anioła

Wanienka do kąpieli

Moje zamiłowanie do krągłości nie ma końca

Przed wejściem do Term wita przecudnej urody roślinność
Podsumowując to była bardzo miła niedziela w jeszcze milszym towarzystwie i nie mam na myśli li tylko panów z przetrąconym nosem (pięściarza w Massimo i Michała Anioła przechadzającego się po krużgankach), ale i moją przesympatyczną gospodynię. Spacer zakończony prawdziwym włoskim cappuccino. Już tęsknię. 

niedziela, 1 maja 2022

Historie florenckie Ewa Bieńkowska


Zanim napiszę parę słów o samej książce chcę zaznaczyć, iż jej zdobycie w wersji papierowej jest niezwykle trudne. Książkę można nabyć w paru internetowych księgarniach w wersji ebooka. Nie ma nawet na allegro, gdzie dotąd znajdowałam niemal każdą z poszukiwanych książek, niestety czasami w cenach zaporowych). W końcu dostałam w bibliotece wojewódzkiej rezerwując ją z dużym wyprzedzeniem. Książka wydana została przez Wydawnictwo Zeszyty Literackie, co rekomenduje dobrą lekturę.
Autorka niewątpliwie kocha Florencję i kocha jej mistrzów, przy czym ten emocjonalny stosunek do przedmiotu opowieści w niczym nie umniejsza jego wartości poznawczej. Pani Bieńkowska ma bowiem sporą wiedzę zarówno w temacie sztuki jak i historii miasta. Historie florenckie są dla mnie rodzajem najwspanialszego przewodnika po mieście, takiego, który nie prowadzi nas wyłącznie do miejsc najmocniej obleganych turystycznie, ale prowadzi do miejsc dla autorki szczególnie bliskich, których opis bądź historia sprawia, że miejsca te stają się bliskie także czytelnikowi. W każdym razie mnie takimi się stały.

Książkę rozpoczyna opis wielkiej powodzi, jaka nawiedziła Florencję w 1966 roku. Doskonale rozumiem, a nawet współodczuwam słowa o ogromnym smutku, żalu, trwodze, jaką sprawiło uświadomienie sobie zagrożenia, jakim była i jakim nadal jest niszczycielska siła przyrody. Chyba mało kto zdaje sobie sprawę, jak katastrofalne skutki może nieść za sobą wydawałoby się zwykły wylew rzeki z jej koryta. O wiele prostszym jest uświadomienie sobie zagrożeń, jakie niosą za sobą działania wojenne. Pamiętam emocje towarzyszące mi podczas lektury książki o ratowaniu dzieł sztuki we Włoszech podczas II wojny światowej. Czytając o wielkiej wodzie wróciły one ponownie, zwłaszcza, iż autorka wspomina jednego z bohaterów tamtej książki, który podobnie, jak ratował zabytki podczas wojny, robił to i po powodzi. A straty były niewyobrażalne. Woda przerwała nie tylko ludzkie istnienia, zniszczyła nie tylko ich dobytek, ale dokonała zniszczeń w dziedzictwie kulturowym pokoleń. Niestety niektóre okazały się nieodwracalne.
Drzwi Baptysterium podczas powodzi wyrwane z zawiasów

Woda, która sięgała w kulminacyjnym momencie od dwóch do sześciu metrów przyniosła do miasta pięćset ton błota zmieszanego z ropą naftową, które na ulicach miasta zalegało do wysokości dwóch metrów przez długie tygodnie. Bilans strat kultury wynosił jedenaście tysięcy dzieł –ruchomych -uszkodzonych, co nie obejmuje fresków ani płaskorzeźb na murach, filarach i odrzwiach. Oraz milion trzysta tysięcy tomów i osiem milionów kart katalogowych Biblioteki Narodowej przy klasztorze Santa Croche. (str. 15). Wartość materialna zniszczeń jest nie oceniona, bo żadne pieniądze nie są w stanie wycenić zniszczeń w dziedzinie kultury. Renowacja ocalałych dzieł, które ucierpiały wskutek powodzi pochłonęła miliardy, ale pieniądze nie były w stanie naprawić strat, nawet największe. Niektóre dzieła zostały zniszczone bezpowrotnie, inne potrzebowały czterech dziesięcioleci na renowację. Kilkanaście lat trwało osuszanie uratowanych zbiorów, w czym pomagały rzesze wolontariuszy (tzw. Aniołów od błota).

Autorka zadaje sobie pytanie, czy to co dziś z takim mozołem uratowane od zniszczenia oglądamy w galeriach jest tym co powstało setki lat temu. Jest w nas pragnienie oglądania dzieła, takim, jakie stworzył je twórca. Dotrzeć do źródła, zanurzyć się w nim to odruch w poszukiwaniu sztuki mistycznej, uświęconej pierwszym kontaktem z ludźmi. Czy można na tym budować historię sztuki, do której należy nie tylko moment, gdy dzieła powstają, lecz również cały ciąg lat, gdy były oglądane, przeżywane, opisywane? Czy trwanie i recepcja malowidła jest czymś względem niego zewnętrznym, czy może stanowi jego składnik? Czym jest gęstość ludzkiego czasu? (str. 37)
Dla mnie dzieło jest syntezą tego wszystkiego po trochu, chwil, w których twórca tworzył, dnia pierwszego pokazania, zachwytów i krytyk, przemierzających salę wystawową pokoleń, oddziaływania czasu, pracy konserwatorów.
Fragment Ostatniej wieczerzy Castagno

Kolejny rozdział to Uczta ziemska, czyli rzecz o Ostatniej wieczerzy w malarstwie florenckim. Oczywiście, kiedy pada hasło Ostatnia wieczerza, niemal każdy ma przed oczyma mediolański fresk Leonardo da Vinci. Tymczasem Ultima cena była przedstawiana przez wielu malarzy. W samej Florencji można obejrzeć jej wyobrażenia Fra Angelico, Tadeo Gaddi, Ghirlandaio, Perugino czy Castagno. Przyznam, że tego ostatniego nazwiska nie znałam, choć powinnam chociażby z jego dialogu we florenckiej katedrze Matki Boskiej Kwietnej, gdzie namalował Portret konny Niccola da Tolentino (nawiązujący do innego portretu konnego Uccella). Obejrzawszy w Internecie zdjęcie Ostatniej Wieczerzy Castagny (bowiem wadą – zresztą jedyną, jaką w niej znajduję jest brak reprodukcji) zapragnęłam obejrzeć oryginał znajdujący się w refektarzu Klasztoru Świętej Apolonii, gdzie namalowana uczta przebywała przez pięćset lat nie oglądana ludzkim okiem (poza siostrami bernardynkami. Do klasztoru o ścisłej klauzurze nie miał dostępu nikt obcy). Najbardziej charakterystycznym elementem obrazu jest śnieżnobiały obrus, który dzieli scenerię na dwa pola; to bliżej nas z Judaszem (jakby niegodnym zajęcia miejsca razem z Chrystusem i apostołami) i to dalsze zajmowane przez godniejszych uczestników uczty.
Osobie, która interesuje się rodem Medyceuszy bardzo przypadł do gustu rozdział O Medyceuszach można bez końca (zgadzam się w stu procentach z takim stwierdzeniem), w którym poza wieloma innymi cennymi informacjami znajdują się odwołania do obrazów przedstawiających Medyceuszy. Poza moim ukochanym pokłonem Trzech króli Benozza Gozzoli jest także odwołanie do Kaplicy Sassettich w Kościela Santa Trinita, gdzie możemy obejrzeć Lorenzo di Medici, jego przyjaciela i nauczyciela synów Medyceusza Poliziano, a także małego Piero (zwanego Nieszczęśliwym, tu jeszcze z dziecięco anielską buzią młodego cherubina).

Kaplica Sacchetti w Santa Trinita
Książka kończy się refleksją nad przemijalnością i kruchością rzeczy, nawet tych, które są trwalsze od ludzkiej egzystencji. Nad dramatem zniszczenia. Przechodząc obok brunatnych kresek na murach wskazujących poziom ostatniej powodzi powracam do dramatu roku 1966. Do myśli o zagrożeniu rzeczy tak ważnych, że mieszają się z naszym poczuciem tożsamości. I o nieustannej pracy chronienia, odnawiania. Florencja nie jest nam dana przez historię, raz na zawsze. Jesteśmy wezwani do utrzymania jej w istnieniu (str.201).
Jedynym mankamentem książki jest brak ilustracji, nawet najbujniejsza wyobraźnia nie zastąpi obrazu. W dzisiejszych czasach możemy sięgnąć do internetu, który nam to zadanie ułatwi. Mnie opisy zainteresowały na tyle, że wybrałam się również obejrzeć niektóre z opisywanych fresków w miejscach ich tworzenia. I nie były to miejsca szczególnie oblężone. Kiedy większość turystów tłoczy się w Uffiziach, w Gallerii dell Accademia czy w Pallazo Piti w Galerii Palatina do wspomnianych wyżej świątyń czy do Pałacu Medyceuszy zagląda niewielu, a ci którzy tam trafiają wiedzą, czego mogą się spodziewać.


Fragment Pochodu Trzech króli Gozzoli w Pałacu Medycejskim w wizerunkiem małoletniego Giuliano i jego sióstr w tle.

Lektura ze wszech miar godna polecenia. Pani Ewa Bieńkowska wie o czym pisze i pisze o tym niezwykle zajmująco. Szkoda, że książka jest tak trudno dostępna.