niedziela, 7 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 2, czyli mój pierwszy pobyt w Kazimierzu




Drewniana zabudowa w Kazimierzu


Ruiny zamku w Kazimierzu
W nawiązaniu do części 1 wpisu kontynuuję krótkie wrażenia z wycieczki po kraju. Tak, byłam w Kazimierzu po raz pierwszy i myślę, że nie ostatni, choć podróż nie była komfortowa. Autobus z Warszawy do Kazimierza  jedzie dłużej, niż pociąg z Gdańska do stolicy; jednak urok miasteczka jest w stanie zrekompensować tę niedogodność. 
Wybrałam okres poza sezonem i poza weekendem i to był bardzo dobry wybór, nie musiałam bowiem dzielić swego zachwytu z tłumem turystów, a jak wiadomo każdy prawdziwy podróżnik bywa egoistą i lubi zawłaszczać dla siebie widoki. Z wiekiem coraz rzadziej jakieś miejsce jest w stanie przekonać mnie do siebie; człowiek sporo już doświadczył i niestety traci dziecięcą radość i umiejętność zachwycania się każdą nową rzeczą, bo każda wydaje się jakby znajoma, już wcześniej oglądana. Tymczasem Kazimierz (i jak się potem okazało także kolejne odwiedzone miasteczko) skradł moje serce od pierwszego spojrzenia. Spodobała mi się architektura, krajobraz, klimat. Możliwe, że też przypadek odegrał swą rolę. Przyjechałam wiosennego, słonecznego dnia. Kolejne dwa dni padał deszcz i było dość ponuro. Tak więc, gdybym przyjechała dzień później mogłabym odnieść zupełnie inne wrażenie. 
Zdobienia  pilastrami fasady FARY
Pierwszą budowlą, jaka rzuciła mi się w oczy była Fara (kościół pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja Apostoła), świątynia nieopodal Rynku, która stanowi jeden z najbardziej malowniczych widoków miasteczka, choć trzeba przyznać, że Kazimierz ma takich widoków sporo; od romantycznych ruin zamkowych na wzgórzu, poprzez renesansowe kamieniczki, drewnianą zabudowę aż do lessowych wąwozów i nabrzeża Wisły. 
Nie wiem, czy sprawił to nadmiar wolnego czasu, czy też architektura tego miasteczka ma taki specyficzny urok, ale niemal każda mijana kamieniczka, każda budowla przyzywała spojrzenie i sprawiała chęć uwiecznienia. Wcale nie dziwię się, że Kazimierz jest Mekką artystów- malarzy, a galerie obrazów znajdują się niemal na każdym kroku. 
Fara jest najstarszą świątynią w Kazimierzu Dolnym ufundowaną przez Kazimierza Wielkiego, zbudowaną w stylu gotyckim i rozbudowaną w stylu lubelskiego renesansu pod kierunkiem włoskiego architekta Jakuba Balina. Wzrok przyciągają szczyty świątyni, zdobienia fasady pilastrami i bogatą ornamentyką. 
Jeśli mowa o ornamentyce to nie sposób przejść obojętnie obok
Kamienice Przybyłów
późnorenesansowych kamienic Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów, które łączą cechy renesansu z manierystyczną dekoracją, wpływy niderlandzkie i włoskie z miejscową tradycją budowania. Obie mają identyczną zabudowę; podcienia z arkadami, niezwykle bogato zdobione płaskorzeźbami ludzi, zwierząt, ornamentów roślinnych, wątków obyczajowych, mitologicznych, religijnych fasady (wśród których wyróżniają się święci patroni fundatorów) oraz zwieńczenia dachu pięknymi attykami. 
Ale jeśli chodzi o piękne attyki to Kamienica Przybyłów nie dorównuje kamienicy Celejowskiej (w której mieści się jeden z oddziałów Muzeum Nadwiślańskiego). W trzech zwieńczeniach dachu umieszczono naturalnej postaci figury Jana Chrzciciela, Chrystusa, Matki Boskiej i Św. Bartłomieja. Pod attykami znajduje się rząd nisz wykończonych pięknymi elementami dekoracyjnymi w kształcie muszli. 
Kamienica Celejowska
Kazimierz to nie tylko wspaniała przyciągająca wzrok architektura (poza tą renesansową, także wzorowana na niej dwudziestowieczna nie mniej ciekawa), to przede wszystkim niezwykły klimat, który nadają mu niezliczonej ilości galerie sztuki. 
Co kawałek przyzywają wzrok witryny z różnokolorowymi figurkami rzeźb tudzież wystawione przed frontami budynków obrazy dzisiejszych mistrzów. Kiedy dodać do tego pstrokate straganiki z pamiątkami; wśród których przeważa w różnych postaciach kogut z Kazimierza (od ceramicznego, glinianego, szklanego po ten jadalny z ciasta drożdżowego) oraz kuszące bogato ilustrowanym menu witryny knajpek to mamy obraz
jedna z licznych galerii
miasteczka, któremu nie sposób się oprzeć. Mogę sobie jedynie wyobrazić najazd Hunów, który mógłby skutecznie ostudzić zapał podróżnika do odwiedzenia tego miejsca. Na szczęście pod koniec kwietnia było tu cicho i spokojnie. Dzięki temu miałam niepowtarzalną okazję przejścia wąwozami: korzeniowym i Plebanka zupełnie sama, co niosło ze sobą pewien dreszczyk emocji. Niewielu też turystów towarzyszyło mi podczas spaceru bulwarem nad Wisłą. Padający nieprzerwanie podczas dwóch kolejnych dni deszcz nieco pomieszał plany (nie udało mi się na przykład dojść do Domu Kuncewiczów, czy na cmentarz żydowski). Spacery zapłakanymi uliczkami miasteczka przerywane małym co nieco w kazimierskich knajpkach miały jednak swój urok. A romantyczno-rusycystyczny pokoik hotelowy stanowił doskonałą oprawę niespiesznej lektury przy kieliszku wina.
Korzeniowy wąwóz oraz bulwar nad Wisłą

Poniżej - romantyczny pokoik hotelowy



Studzienka na Rynku Kazimierskim

środa, 3 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 1 Na wystawie japońskich drzeworytów w MNW

Ponieważ nie cierpię tłumów na majówkę wybrałam się w ostatnim tygodniu kwietnia. I był to bardzo dobry pomysł. Pogoda co prawda nie dopisała, ale jak czas pokazał i dziś nie jest cieplej. Na osiem dni poza domem trafiły mi się zaledwie dwa dni deszczowe, co jest całkiem dobrym wynikiem. Kiedy się do tego doda słońce i pozytywne nastawienie to czegóż trzeba więcej.
W Warszawie, która miała być stacją wypadową do Kazimierza, udało mi się zajrzeć do kilku teatrów i na wystawę, której poświęcę ten wpis.
Podróż do Edo Japońskie drzeworyty ukiyo-e z kolekcji Jerzego Leskowicza to wystawa w Muzeum Narodowym trwająca od 25 lutego do 7 maja br. Ze sztuką japońską miałam dotychczas niewielki kontakt. Parę obrazów inspirowanych japońszczyzną u Van Gogha oglądanych w amsterdamskim muzeum, trochę zbiorów z kolekcji Jasieńskiego na wystawie w Kamienicy Szołajskich w Krakowie i trochę japońszczyzny w wystrojach wnętrz zafascynowanych
krajem kwitnącej wiśni artystów (jako pierwszy na myśl przychodzi mi Dom Wiktora Hugo przy Placu Vosges w Paryżu). I zapewne gdyby nie fascynacja Bee sztuką Japonii kolekcję omiotłabym jedynie spojrzeniem, a w pamięci pozostałyby jedynie kolorowe plamy i wrażenie baśniowości. Te niewielkich rozmiarów drzeworyty to małe dziełka sztuki. Na ponad trzystu ekspozycjach ich autorzy (rzuciły mi się w oczy często powtarzające się nazwiska Katsushika Hokusai czy Utagawa Hiroshige) w sposób niezwykle precyzyjny malują otaczający ich świat. Są one zachwycające w swej prostocie, a jednocześnie niezwykle kunsztownie przedstawiają człowieka przy codziennych życiowych zajęciach. Znajdują się tam całe cykle tematyczne (szczególną uwagę zwraca cykl dotyczący podróżowania - kilkadziesiąt drzeworytów zatytułowanych nazwami odwiedzanych Stacji, a zamiast europejskich kawiarni nocą pojawiają się Herbaciarnie). Odbitki pokazują człowieka przy pracy, zabawie, w trakcie podróży, w chwili wypoczynku, podczas odprawiania kultu religijnego. Są tam także wizerunki znanych aktorów, sławnych gejsz, bohaterów
narodowych. Drzeworyty są źródłem wiedzy o życiu Japończyków pod koniec XVIII stulecia i pierwszej połowy XIX wieku. Na wystawie pokazano także sposób powstawania tego gatunku sztuki; było to niezwykle pracochłonne i wymagające współpracy kilku osób zajęcie. Więcej informacji znajduje się pod linkiem Japońskie drzeworyty ukiyo-e Przewodnik po wystawie w MNW
Wielka szkoda, iż moje zdjęcia są tak kiepskiej jakości i nie oddają uroku tych małych klejnocików. 
Wystawa jest ładnie wyeksponowana w pomieszczeniach, które przedzielają ścianki (parawany) a ich oglądaniu towarzyszy stonowana muzyka.
Masowy napływ drzeworytów japońskich spowodował wzrost zainteresowania sztuką wschodu, co odbiło się w twórczości takich malarzy, jak Manet, Whistler, Monet, Van Gogh, Gauguin, Picasso, czy wielu polskich malarzy.

Wystawę odwiedziłam w niedzielę wraz z całym mnóstwem innych zwiedzających, co świadczy, iż cieszy się ona dużym zainteresowaniem. Potrwa ona jeszcze do 7 maja.

Znowu miałam dłuższą przerwę, nie będę nawet zaklinać rzeczywistości, że to się zmieni. Czas pokaże. Do końca miesiąca żyjemy w zawieszeniu w pracy (czy ją nadal mamy, a jeśli tak, to na jakich warunkach) - więc na razie jest trochę nerwowo. 

niedziela, 26 marca 2017

Klasztor i kobieta Stanisław Wasylewski

Pozycja kobiety oddanej pod opiekę klasztoru na przestrzeni wieków (od XI do XVI) jest przedmiotem opracowania Klasztor i kobieta. W przeciągu kilku stuleci przechodzi ona różne koleje losu; od oddanej pod władztwo braci zakonnych niewolnicy spełniającej rolę służebnej w koedukacyjnych klasztorach, poprzez zachłyśnięcie się wolnością mniszek, które poddano pod opiekę jednej z nich (ksieni, przeoryszy, magistry), aż po wykształconą pomocnicę skryby, która pięknie zdobi religijne księgi. I mimo, iż pozycja mniszki w ówczesnym społeczeństwie była nie do pozazdroszczenia, to jednak być mniszką było o wiele lżej niż być kobietą świecką.
Kobieta bowiem w XI wieku była rzeczą, która dała życie i służyła ku pociesze strudzonych wojów. [..]  W kolebce już kupował ją lub z kolebki porywał i wienił, czyli brał we wiano, by to potem hodować ze zwierzem po społu na niewiastę dla siebie czy syna, do którego ona dosięgnie, czyli któremu posag wniesie, gdy podrośnie.  (Str. 6). 
W początkach dziejów klasztorów w Polsce kobieta, która szła za jego furtę zmieniała jedynie pana. Na świecie władał nią mężczyzna – wojownik, człek swój, w eremie mężczyzna –opat, przybyły z daleka, głosu ludzkiego nieświadom. (str.8) W eremie skleconym z drzewa i wikliny, oświeconym w nocy łuczywem z suszonego węgorza, kształci się wiślańska białogłowa XI stulecia. Chodzi na ciężkie roboty z braciszkiem cudzoziemskim, warząc mu strawę wśród karczowanego lasu, dogląda szczepów owocowych, których sekrety przywiózł z sobą, plewi rośliny pastewne i nie widziane dotąd pod polskim niebem warzywa, dziwuje się, gdy benedyktyn szałwią i rutą leczy schorzałe ludzie, a jednego tylko nie rozumie, po co on też na pergaminie kreski kolorowe stawia? (Str.11)
Bo też niemal wszystkie (poza nielicznymi wyjątkami białogłów z wysokich rodów) były niepiśmienne. Nie dziw przeto, iż wykonywały rolę służebną wobec mnichów; pracy, cerowały, sprzątały, gotowały, doglądały obrządku i brały baty za nieposłuszeństwo. A kiedy braciszkom naszła ochota poswawolić nie musieli daleko szukać okazji. 
Los niewiast żyjących w klasztorze uległ zmianie, z chwilą oddzielenia sióstr od braci. Niedługo to jednak trwało. Wkrótce papież Celestyn III ogłosił, iż  odtąd bierze je [siostry z klasztoru w Strzelnie] pod swoją i św. Piotra opiekę, obiecuje chronić przed złymi ludźmi, od powinnych dziesięcin uwalnia, pozwala powiększać zgromadzenie przez nowicjat, a przede wszystkim samorządność panien uznaje. (Str. 24). Aby do beczki dziegciu dołożyć i łyżkę goryczy dodał Ojciec Święty zapis o tym, aby i zakon braci norbertanów założyć tamże. A zatem siostrzyczki na nowo będą musiały toczyć walkę o samodzielne rządy. Przez wiele lat musiały żywić braciszków, których dodano im w bonusie do owej przez papieża nadanej wolności i przywilejów. Pozycja kobiety ulega zmianie dopiero, kiedy ta nauczy się pisać. Odtąd staje się ona niemal równorzędnym partnerem skryby, osobą godną szacunku, potrafi czynić to, co dla wielu jest niezrozumiałe i tajemnicze. 
Dzieje zakonów klasztornych kończy autor w epoce reformacji, która na nowo odwraca rolę kobiety w życiu zakonu. 

Największą zaletą opracowania jest język stylizowany na średniowieczny. To dzięki niemu lektura nabiera lekkości. Choć pewnie dla niektórych czytelników to właśnie ten stylizowany język będzie stanowił sporą trudność. Opracowanie zostało poparte zostało solidną bibliografią. Klasztor i kobieta jest połączeniem naukowego opracowania i literatury pięknej. Doskonałym uzupełnieniem treści są ilustracje drzeworytów z czasów, które stanowią tło opowieści.
Pozycja godna polecenia, zwłaszcza dla osób interesujących się historią.
Kolejna pozycja w stosikowym losowaniu u Anny.

wtorek, 14 marca 2017

Dzienniki z lat wojny 1939-1945 Astrid Lindgren

Prawie każde dziecko zna Astrid Lindgren. Co prawda nigdy nie przepadałam za Pippi Pończoszanką, ale już Dzieci z Bulerbyn były ukochaną lekturą mojego dzieciństwa. To jedna z tych książek, które czytałam wypożyczone ze szkolnej biblioteki ubolewając, iż nie mam jej na własność. Niewiele osób wie, iż Astrid zaczęła pisać książki dla dzieci dość późno. Miała wtedy blisko trzydzieści sześć lat, a pisanie było rodzajem terapii – ucieczką od trudniej do zniesienia rzeczywistości drugiej wojny światowej. Jeszcze zanim wpadła na pomysł pisania dla dzieci zaczęła pisać Dziennik wojenny. Pierwszy wpis nosi datę 1 września 1939 r. „O. Dziś wybuchła wojna. Nikt nie chce w to wierzyć. Wczoraj po południu siedziałam z Elsą Gullander w Vasaparken, dzieci biegały i bawiły się koło nas, a my, nie zostawiwszy suchej nitki na Hitlerze, doszłyśmy wspólnie do wniosku, że wojny nie będzie- a dzisiaj Niemcy z samego rana zbombardowali wiele polskich miast i ze wszystkich stron najechali na Polskę.” Astrid nie pisze Dziennika z potrzeby dzielenia się informacjami, czy przemyśleniami z innymi; pisze dla siebie, ponieważ chce zrozumieć mechanizm wielkiej polityki, która w ciągu jednej chwili potrafi unicestwić istniejący porządek rzeczy. Pisze zarówno o zdarzeniach, które mają wymiar historyczny (wypowiedzenie wojny kolejnym krajom, okupacje coraz to nowych terenów, ruchy wojsk, spotkania na szczycie, bitwy, zawieranie i zrywanie kolejnych sojuszy), ale także o tym co przyziemne; trudnościach dnia codziennego, obawach, zmartwieniach, dramatach pojedynczego człowieka. Do Dziennika wkleja wycinki prasowe i fotografie. Informacje czerpie nie tylko z prasy i radia, ale także wykorzystuje te, które uzyskała podczas pracy w cenzurze korespondencji. Astrid, jak sama pisze jest szczęściarą, bowiem urodziła się w Szwecji, jednym z niewielu krajów, który zachował neutralność (nie opowiedział się po żadnej ze stron w toczących się działaniach wojennych), a co za tym idzie, mieszka w kraju, który podczas wojny nie ucierpiał. Tyle, że poczucie radości z tego powodu miesza się z poczuciem winy i wstydu. Doceniając to co ma, nie potrafi się z tego cieszyć. Autorka jest osobą niezwykle wrażliwą. Potrafi też dostrzec paradoks działania polityki, który sprawia, iż wczorajszy wróg jest dzisiejszym sprzymierzeńcem i odwrotnie, bądź to, że zawiązuje się sojusze z agresorem przeciwko sprzymierzeńcom. Największe trudności ma z oceną działań własnego kraju, być może brakuje jej perspektywy spojrzenia. Poza opisem tragedii narodów i społeczeństw pisze też o prozie życia podczas wojny ze szczególnym upodobaniem do notowania ilości i rodzaju pożywienia oraz informacji na temat prezentów otrzymywanych przez członków jej rodziny podczas świąt, czy urodzin. Niektóre z tych uczt są szczególnie obfite, a otrzymywane przez dzieci prezenty tak różnorodne i bogate, że pojawia się igiełka żalu, kiedy porówna się to z sytuacją na terenach krajów okupowanych. 
Tu w Szwecji Boże Narodzenie świętowane było jak zwykle, o ile wiem. Objedliśmy się niesamowicie, tak samo jak zwykle. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym narodem w Europie, który ma taką możliwość, przynajmniej pod tym względem. (Str. 85) Myślę, że prawie wszyscy tu w Szwecji czują tak samo jak ja w to Boże Narodzenie 1940, że jest to czysta, niezasłużona i niesłychana łaska, że możemy obchodzić Boże Narodzenie w całkowitym spokoju w naszych domach. (Str. 86)
Przedwczoraj Karin skończyła 9 lat. Przyszły Elsa-Lena i Matte. Karin dostała zegarek, tornister szkolny, pudełko czekoladek, 1 książkę, 1 parę spodni drelichowych od nas i wiele książek od innych. Na obiad mieliśmy krewetki, rzodkiewki, sardynki, szynkę, jaja i resztę tortu. (str. 165). Był rok 1943.
Dużą zaletą Dzienników jest szczerość ich autorki. Nadchodzi czwarta wojenna zima i jeśli my tu jesteśmy zmęczeni myślą o niej, jak jest w innych krajach? Kiedy spojrzy się na wojnę wstecz, można w reakcjach ludzi dostrzec różne fazy; po straszliwej rozpaczy, którą odczuwano na początku, nadszedł długi okres relatywnego zobojętnienia, przerywanego jedynie od czasu do czasu gwałtownym szokiem, jak okupacja Norwegii, klęska Francji, itd. A teraz rzeczywiście zaczyna dominować wojenne zmęczenie; człowiek ma tak dość tej wojny, że nie wie, co począć, wszystko jest takie posępne. (str. 143)
Ostatni wpis dotyczy końca roku 1945. Tak oto Nowy Rok nastanie znów! Szybko idzie jeden po drugim. Dwie godne uwagi rzeczy przyniósł 1945 rok. Pokój po drugiej wojnie światowej i bombę atomową. Zastanawiam się, co przyszłość powie o bombie atomowej, czy to wyznaczy nową epokę w życiu ludzi, czy nie. Pokój nie jest niczym pewnym, bomba atomowa rzuca na niego swój cień. (str. 251)
Brak doświadczenia pisarskiego autorki nie umniejsza waloru poznawczego Dzienników. 
Dzienniki nie zachwycają literacko, czy językowo, ale są ciekawym zapisem wydarzeń z punktu widzenia obserwatora, kogoś z zewnątrz. 

sobota, 11 marca 2017

Bezmiar sławy Irwing Stone (biografia Camille`a Pissarro)

Czerwone dachy  (zdobiące okładkę książki Bezmiar sławy)
Czytanie Bezmiaru sławy przypomina trochę odwiedziny w Muzeum Orsay w Paryżu. Każda wizyta w tym najbardziej znanym królestwie impresjonizmu to nie tylko uczta dla ducha i odkrywanie znanych obrazów na nowo, to także spotkanie z ich twórcami.
Stone ma nieprzeciętny dar tworzenia biografii, które nie dość, że dają czytelnikowi ogromną dawkę wiedzy na temat ich bohaterów, to jeszcze pisane są przystępnym językiem, a ich lektura wciąga tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bezmiar sławy to nie tylko biografia ojca impresjonizmu Camille`a Pissarro, ale to także wierny obraz epoki i francuskiej bohemy II połowy dziewiętnastego wieku. Nazwiska, jakie pojawiają się na kartach powieści znamy doskonale z podręczników historii sztuki; począwszy od Fritza Melbye`a, z którym bohater zdobywał pierwsze artystyczne doświadczenia na wyspie St. Thomas, poprzez jego brata Antona, papę Corota, Delacroix`a, Courberta, Guillemeta, Moneta, Whistlera, Morrissot, Degasa, Sisleya, Signaca, Seurata, Maneta, Gaughena, Van Gogha, Rodina, a kończąc na marchandach; Durand - Ruelu, Durecie, Cailebotte, czy Theo Van Goghu. Oczywiście to tylko kilkanaście nazwisk spośród ogromnej ilości tych, które padają na łamach książki. 
Camille`a poznajemy w 1855 r., kiedy przybywszy do Paryża odkrywa zupełnie inne miasto, niż to, które opuścił kilka lat wcześniej. A to, co odkrywa wprawia go w zachwyt. Trwa przebudowa miasta; wąskie uliczki zamieniają się w szerokie aleje, stare rudery są wyburzane, a w ich miejsce powstają nowe, przestronne, widne kamienice, miasto staje się czystsze i bezpieczniejsze dzięki systemowi kanalizacji, pojawiają się nowe środki komunikacji. 
Bulwar Montmartre
„Kiedy był w internacie, przejście przez miasto od Montrmartre`u na lewy brzeg zajmowało mu niemal trzy godziny, głównie z powodu nielicznych mostów na Sekwanie i labiryntu uliczek, ślepych zaułków, zablokowanych ulic, całej niemożliwej do przebycia dżungli dziwacznie skonstruowanych domów, z której nie było wyjścia. Pamiętał długie rzędy małych, ciemnych sklepików, gdzie towary były tak popakowane, jakby chciano je ukryć, nie było też na nich ceny….. Francuscy sklepikarze nie chcieli przyjmować pieniędzy, woleli udzielać kredytu na lichwiarski procent. Teraz wszystko uległo zmianie. Paryżanie nie muszą już robić zakupów w pobliżu swego domu, mogą iść nowymi bulwarami…. Sklepy są teraz większe, widniejsze, na wszystkich towarach umieszcza się dobrze widoczne ceny, a obraca się wyłącznie gotówką. Otwarto dwa wielkie atrakcyjne domy towarowe, pierwsze w Paryżu; Bon Marche przed trzema laty, trochę prowincjonalny, a rok wcześniej Louvre, droższy, ale sprzedający towary z całego świata barwnie i efektownie wyeksponowane. Camille zachwycił się odkryciem, że może za sześć su podróżować omnibusem, w dodatku z przesiadkami. Rue Bergere, pierwsza wyasfaltowana ulica w Paryżu, była cudownie równa. Wszędzie widział robotników wymieniających stare wielkie kamienie bruku na małe kawałki piaskowca, na których pojazdy robiły mniejszy hałas. W zamożnych okolicach Faubourg St.Honore ulice wybrukowano płytami z drewna, po których jeździło się jeszcze równiej i ciszej. Najchętniej jeżdżono po wielkich bulwarach; …des Capucines i … des Italiens, mieściły się tu drogie magazyny z biżuterią, perfumami, torebkami i butami, podczas, gdy reszta miasta składała się ze starych wąskich uliczek zatłoczonych tragarzami, wózkami, obnośnymi sprzedawcami, nosicielami wody; uliczki były tak wąskie, że mógł po nich jechać tylko jeden pojazd, a na chodniki nie mogły się minąć dwie osoby….” Str. 31…. To co zapamiętał ……jako plątaninę uliczek średniowiecznego miasta, któro wyrosło organicznie bez planu czy powodu, odradzało się teraz, jako nowoczesna, świadomie zaplanowana metropolia.” Str. 32.
March Sun, Pontoise
Jednakże oszołomienie, w jakie wprawiła Camille`a przebudowa miasta były niczym w porównaniu z wrażeniem, jakie wywołała ekspozycja Wystawy Światowej. Ponad pięć tysięcy obrazów; jeden obok drugiego, wiszące rzędami niemal od podłogi po sufit, zajmujące każdą cząstkę powierzchni sal, korytarzy i przedsionków, obok wejścia i w pobliżu toalet nie mogło pozostawić obojętnym człowieka, dla którego malowanie miało stać się warunkiem egzystencji. Z jednej strony onieśmielało (skoro jest już tylu malarzy - to po co kolejny), a z drugiej utwierdzało w przekonaniu, że malowanie jest jego przeznaczeniem. „Pogrążony w głębokich rozważaniach na widok tych bogactw światowej sztuki, zadawał sobie pytanie; Skąd bierze się ten głód, który każe niektórym z nas rysować z zajadłością równą jedynie potrzebie oddychania, odżywiania się, przeżycia? Niewątpliwie rodzimy się z tym, rośnie to i rozwija się jak kończyny czy mózg; naturalna potrzeba wbudowana w organiczną strukturę człowieka.” Str. 52
Niestety dla Camille`a jego potrzeba malowania nie zdobyła akceptacji rodziny. O ile ojciec gotów był pogodzić się z wyborem syna, pod warunkiem, że ten osiągnie sukces (zacznie wystawiać obrazy na Salonie, co było przepustką do zdobycia klientów), o tyle matka nie przyjmowała do wiadomości, czym zajmuje się syn. Być może pogodziłaby się z jego wyborem, gdyby znalazł sobie narzeczoną z porządnego, żydowskiego domu i z dużym posagiem, tymczasem Camille związał się z boną zatrudnioną przez jego matkę do pomocy w gospodarstwie domowym, Julie Vellay. Camille wyprowadził się z domu, kiedy na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko i pozostał z Julie do końca życia. 
Las
Bardzo skromne wsparcie rodziny było na tyle duże, że nie pozwalało im umrzeć z głodu, a na tyle małe, że nie dawało możliwości choćby skromnego życia. Dziś, kiedy nie znalazłaby się galeria, która nie chciałaby mieć w swoich zbiorach choćby rysunku, szkicu, czy litografii Pissarra ze zdumieniem czyta się o szyderstwach, obelgach i kpinach, jakimi obrzucano jego (i jego kolegów) dzieła. Podziw budzi samozaparcie i wiara w sens wybranej drogi, niepoddawanie się i kolejne próby organizacji wystaw nowego nurtu pomimo niepowodzeń tychże wystaw, głosów krytyki, braku nabywców obrazów, zalegania z czynszem, braku środków do życia i co najtragiczniejsze dla artysty - brakiem środków na farby, pędzle i płótna. Nawet, kiedy już wydawało się, iż Camille osiągnął powodzenie, jego obrazy miały dobre recenzje, znajdowali się nabywcy zaraz zdarzało się coś, co sprawiało, że karta losu się odwracała (kryzys na rynku, niepewna sytuacja polityczna, wojna z Prusami). A jednak mimo chwilowych zwątpień, mimo chorób, czy straty dzieci, mimo ciosu, jakim było wydziedziczenie najpierw przez ojca, potem pozbawienie wsparcia przez matkę, odwrócenie się brata, Camille nie stracił nadziei, że on i jego przyjaciele malarze zostaną docenieni, oraz że piękno świata, jakim chciał dzielić się z innymi zostanie przez nich dostrzeżone i przyjęte. 
Camille najbardziej lubił uwieczniać naturę, stąd większość jego obrazów to pejzaże. Nie brak wśród nich także widoków Paryża, Londynu czy Rouen, a także scenek rodzajowych oraz portretów. Są takie zwyczajne, pogodne, pełne życia, pastelowo barwne, pełne światła i powietrza; po prostu piękne. Są obrazem tego co widział i tego co czuł oraz tego co chciał w nich dostrzec. Pomimo krótkiego okresu eksperymentowania z puentylizmem był wierny impresjonizmowi, który umożliwiał mu wyrażanie uczuć.

Kobieta i dziecko
Uwielbiam czytać biografie pisane przez Stone: potrafią w doskonały sposób oddać klimat epoki, a także sprawić, aby człowiek, który jest ich bohaterem stał się czytelnikowi bliski i bardziej zrozumiały. Widać, że autor dokładnie się przygotował do pisania książki i przebrnął przez wiele dokumentów źródłowych, a jednocześnie ma odwagę budowania własnej wizji bohatera. A bohater to niezwykły, momentami denerwujący swą niefrasobliwością w niedostrzeganiu spraw przyziemnych, ale częściej budzący podziw w niezłomności w dążeniu do celu i wierności ideałom.  
Biografie Stone`a  gorąco polecam. Bezmiar sławy (liczący blisko osiemset stron) czytałam po raz trzeci i wciąż z ogromną przyjemnością.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie).
Ostatnie dni ciszy blogowej i braku aktywności spowodowane były brakiem dostępu do internetu i kłopotami zdrowotnymi. Te mam nadzieję, już za mną. Nie mogę jednak zaręczyć, że brak aktywności ulegnie zmianie w okresie najbliższych kilku lat, jakie dzielą mnie od najdłuższych wakacji życia. Choć oczywiście bardzo bym chciała. Liczę na wyrozumiałość wiernych czytelników.