piątek, 3 stycznia 2020

Statystyka największe oszustwo świata

Warszawa bezludna- sobotni poranek
W zeszłym roku zamieściłam 23 wpisy, co w odniesieniu do poprzedniego (obejmującego zaledwie 10 wpisów) jest znaczącym postępem. Oczywiście nijak się to ma do początków działalności bloga, kiedy zdarzało mi się dokonywać dwóch wpisów dziennie (nie na darmo pierwszy mój blog nosił miano z dziennika grafomanki w średnim wieku). 
Nie mniej moje założenie powrotu do pisania nabiera realnych kształtów, choć oczywiście pozostawia wiele do życzenia. Postanowiłam wzorem Piotra (ZWL) sprawdzić, które z wpisów zgodnie z licznikiem wejść odnotowały największe i najniższe zainteresowanie, które był najchętniej komentowane oraz parę innych nikomu i do niczego nieprzydatnych liczb. 
Największym zainteresowaniem czytelników cieszył się wpis
j/w.
Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatola France. Jak podejrzewam część czytelników spodziewała się być może odkrycia jakiegoś nowego autora kryminałów nie podejrzewając nawet, iż Anatol France to pisarz sprzed niemal dwóch stuleci. Drugi w kolejności wpis dotyczył kulturalnego misz-maszu, czy wpisu obejmującego refleksje z trzech przedstawień. Nie podejrzewam, aby zainteresowanie wzbudził spektakl Callas w reż. Jandy w teatrze Och. Głowę dam sobie uciąć, że nie był to także bydgoski Tribute to musical (dziedzina, w której gustuje niewielu czytelników. Pani Ewo jest Pani jak dla mnie chlubnym wyjątkiem). A zatem ciekawość wzbudził Wiedźmin w reż. Wojciecha Kościelnika. Dopiero dalsza informacja, iż ten spektakl to także musical zapewne ostudziła zainteresowanie części odwiedzających. Jak to się można pomylić sugerując się nagłówkiem. Miejsce na podium zamyka wpis zatytułowany List do Van Gogha. Tutaj zapewne łowcy sensacji spodziewali się odkrycia nieznanego listu od brata, albo choćby od któregoś z kolegów po fachu. Najmniejszym zainteresowaniem natomiast cieszył się (a raczej nie cieszył) wpis Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami o niezwykle ważnej dla mnie serii wywiadów przeprowadzonych przez Justynę Dąbrowską z artystami i naukowcami na tematy dotyczące istoty życia. 
Ilość wpisów najwyższa na początku roku (zapał, noworoczne postanowienia) spadała w trakcie jego trwania. 
j/w c.d
Najczęściej komentowanym wpisem był poświęcony biografii Iłłakowiczówny. 
W 2019 roku częściej wracałam do wcześniej czytanych książek, niż odkrywałam nowe. Moje czytelnicze odkrycie pokrywa się z największą ilością odsłon i jest to Anatol France ze swoją Zbrodnią, a raczej zbrodnią Sylwestra Bonnard. Niezdecydowanych zachęcam do sięgnięcia po tę miniaturkę powieści, jest niezwykle esencjonalna i taka baśniowa. Kontynuowałam czytanie moich ukochanych biografii. Więcej miejsca na blogu zajęły refleksje dotyczące wydarzeń kulturalnych niż przeczytanych książek. Mniej jest wrażeń typowo
j/w cd.
podróżniczych z powodu mniejszej ilości wyjazdów (jestem na etapie kupowania nowego mieszkania. Po sprzedaży starego chwilowo jestem bezdomna. Może ktoś chciałby przygarnąć do siebie:)) zajmuję niewiele miejsca i pożeram dużo książek, a często mnie nie ma bo latam na różne koncerty, wystawy, teatry itp.). 
Ze starych wpisów największą popularnością cieszyły się wpisy Narodziny Wenus Botticellego oraz Włochy południowe w pigułce (niezmiennie od kilku lat). Jedynym już wyzwaniem, w którym uczestniczę regularnie (choć nie regularnie zamieszczam wpisy) jest stosikowe losowanie u Anny. Z rzadka zdarza mi się coś skrobnąć na temat klasyki, literatury francuskiej, czy Zoli.
Zdjęcia z krótkiego poświątecznego wypadu do stolicy i sobotniego spaceru. Nawet ja, ranny ptaszek, rzadko mam okazję oglądać tak puste ulice stolicy. 
Wypad uzupełnił moją listę wydarzeń kulturalnych o niesamowity spektakl z Natalią Sikorą w roli Piaf (ciary na skórze od pierwszego utworu) oraz o niekontrolowane wybuchy śmiechu na sztuce Trzeba zabić starszą panią, w której panowie Piela, Żak i Borowski dzielnie towarzyszyli pani Kraftównie. 
Dziękuję wszystkim odwiedzającym stale, czasowo, sporadycznie i życzę dobrego nowego roku.

niedziela, 22 grudnia 2019

Przedświątecznie, czyli pomiędzy zakupami, gotowaniem i sprzątaniem

Na Wyspie Spichrzów
Święta od paru lat spędzam poza domem. W tym roku czekają mnie tradycyjne, rodzinne święta. Tak więc miast oddać się relaksowi, spokojnej zadumie i radości  oddaję się listom zakupów, gorączce przyrządzania  posiłków i   harmonogramowi sprzątania. Są zapewne tacy, którym sprawia to przyjemność, niestety ja do nich nie należę. Aby uprzyjemnić sobie te chwile delektuję się świątecznie udekorowanymi ulicami mojego pięknego miasta. Od jakiegoś czasu jestem szczęśliwą mieszkanką Śródmieścia, najbardziej reprezentatywnej dzielnicy mojego miasta. Korzystam z tego niemal codziennie. A to wracając z pracy, a to idąc na zakupy zahaczam o drogę królewską, aby nacieszyć oczy kolorowymi światełkami. Ponieważ nie lubię tłoku najczęściej spaceruję wcześnie rano w weekendy, albo późnym wieczorem w dni robocze. I choć świąteczne decorum nie jest wysublimowane ani proekologiczne to wywołuje dziecięcą radość.
Jarmark Bożonarodzeniowy (ósma rano sobota)
W okolicy kościoła Mariackiego wieczór
Długi Targ przed świtem
Galeria Forum godzina ósma rano

Choinka pod Neptunem
Wszystkim, którzy lubią tę przedświąteczną bieganinę i tym, którzy już odliczają dni do piątku po świętach życzę czasu dla swoich rodzin, dla przyjaciół i dla siebie, życzę umiejętności jego wspólnego spędzania oraz czerpania z  tego radość. Życzę też wszystkim wiernym czytelnikom, zaglądającym sporadycznie i tym, którzy zajrzeli przez przypadek znalezienia pod choinką dużej dawki spokoju, naładowania akumulatorów, aby wystarczyło choćby do ... Nowego Roku. I życzę, abyśmy wszyscy spotkali się w tym samym gronie za rok. 
Ten Rok był wyjątkowo dla mnie ciężki, gdyż pożegnałam dwoje moich rówieśników oraz trójkę młodszych kolegów.
I życzę wszystkim możliwości delektowania się poranną kawą z widokiem ... choćby na zapłakaną ulicę
A ponieważ to może być ostatni wpis w tym roku króciutkie podsumowanie. W pierwszym tegorocznym wpisie postanowiłam  powrót do pisania. I choć sama w to nie wierzyłam, udało się. Nie osiągnęłam spektakularnych wyników, ale cieszy mnie, że częstotliwość moich wpisów rośnie. 
To był dla mnie dobry rok, jeśli chodzi o oddawanie się moim pasjom. Zarówno ilość muzycznych przedstawień, w jakich udało mi się uczestniczyć, jak i ich ładunek emocjonalny była zadowalająca.  W sumie obejrzałam i wysłuchałam osiemnastu muzycznych spektakli (koncertów, musicali, a w tym nawet jednej opery). O niektórych wrażeniach udało mi się napisać, o innych być może napiszę w przyszłości, jak choćby o koncercie Davida Garretta w Ergo Arenie, czy kameralnych występach w Filharmonii Bałtyckiej artystów, którym jestem wierna od lat - Michała Bajora i Edyty Gepert. Nie jedna szpulowa kaseta została parędziesiąt lat temu wkręcona przez magnetofon. Miałam okazję ponownie uczestniczyć w musicalu Jekyll & Hyde w Teatrze Muzycznym w Poznaniu a także ponownie choć w nowej odsłonie w Cabarecie w Teatrze Dramatycznym w Warszawie (wcześniej spektakl oglądałam w Poznaniu). Krzysztof Szczepaniak w roli konferansjera robi ogromne wrażenie, a pieśń na koniec I aktu wbija w fotel i powoduje przerażającą ciszę na widowni. Przenosi w czasie i nasuwa niebezpieczne skojarzenia.
Przeczytanych książek nie sumowałam. Było ich mniej, niż chciałabym, aby było. Największym literackim odkryciem była Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatola France. I zauważyłam pewną prawidłowość - częściej sięgam po książki już wcześniej czytane, niż po nowe. To zapewne kolejny objaw dojrzewania (żeby nie napisać starzenia się).
Udało mi się obejrzeć kilka ciekawych wystaw. Ostatnią zupełnym przypadkiem w Filharmonii Bałtyckiej przy okazji koncertu Michała Bajora, gdzie artyści pracujący wcześniej przy filmie Twój Vincent w podziękowaniu dla miasta za gościnę stworzyli cykl obrazów, których tematem były impresje gdańskie. Wystawa nosi tytuł Gdańsk przez pryzmat i została przygotowana pod kierunkiem Joanny Śmielowskiej. 

Powyższe obrazy bardzo mi się spodobały. Może uda mi się jeszcze kiedyś wspomnieć więcej o wystawie w Muzeum Kasprowicza w Inowrocławiu, gdzie miałam okazję oglądać młodopolskich twórców.  

sobota, 14 grudnia 2019

Miłość jest warta starania Justyna Dąbrowska, czyli jak radzić sobie z upływem czasu.


Cykl wywiadów przeprowadzonych z artystami i naukowcami, który powstał dzięki pracy psycholog, dziennikarki i felietonistki w jednym - nasuwa skojarzenie z wywiadami, których autorką była Barbara Łopieńska (Męka twórcza, czy Książki i ludzie). Skojarzenie jest jak najbardziej uzasadnione, gdyż autorka w 2011 roku została uhonorowana za najlepszy wywiad prasowy nagrodą wspomnianej wyżej Barbary Łopieńskiej.
Tematem rozmów jest to, co w życiu najważniejsze; uczucia, wiara, sens życia, radzenie sobie z upływem czasu. A tym, co łączy wszystkich rozmówców jest ich mocno dojrzały wiek.
Spojrzenie na życie z punktu widzenia seniora ma tę zaletę, że jest spojrzeniem osoby, której bagaż doświadczeń jest na tyle bogaty, że pozwala patrzeć z większej perspektywy. Co do uczuć rozmówcy są zgodni: miłość jest warta starania i ona jako jedno z niewielu uczuć nadaje życiu sens. Przy czym od razu należałoby zacytować wypowiedź jednego z bohaterów - nie ma co doszukiwać się sensu w czymś co z założenia jest bez sensu, albo inną wypowiedź, zgodnie z którą sensem życia jest życie właśnie, a nie doszukiwanie się jakiegoś logicznego uzasadnienia dla faktu, że rodzimy się, uczymy, pracujemy, chorujemy i odchodzimy. A jednak, jak głębiej poszukać, niemal każdy odnajduje sens istnienia, taki sens, który nazwałabym sensem na własny użytek.
Szukałam wspólnego mianownika, który łączyłby osoby z tak różnych dziedzin życia społecznego Tym mianownikiem okazała się radość ze spowolnienia, radość z bycia z boku, radość, z tego, że nic już nie musi się robić, a można robić co się chce. Pogodzenie się z ograniczeniami wieku pozwala na czerpanie radości z tego, co się ma. Dojrzałość to suma życiowych doświadczeń, które z wiekiem prowadzą do stoicyzmu. Wszystkich rozmówców łączy pasja poznawcza. Mimo zaawansowanego wieku większość jest czynna zawodowo. Dzięki temu czują się potrzebni. Mając świadomość, iż organizmy zaczynają szwankować robią wszystko, aby być samodzielnymi, nie chcąc stać się obciążeniem dla bliskich.
Większość rozmówców przeżyła traumatyczne doświadczenia wojenne, co nie przeszkodziło im w zachowaniu pogody ducha. Autorka prowadzi rozmowy z osobami, które są wybitnymi w swoich dziedzinach, a które nie epatują dydaktyzmem, nie są rozmówcami ex katedra. Mają oni świadomość, iż mądrość nie chroni człowieka przed popełnianiem błędów, a wiek nie upoważnia do pouczania, czy dawania rad. Każdy będzie musiał znaleźć swój sposób na przemijanie. Doświadczenie życiowe nauczyło rozmówców także i tego, że trzeba rewidować swoje poglądy i trzeba umieć wysłuchać każdego człowieka.
Wywiady należałoby sobie dawkować, aby nad każdym móc się zatrzymać i każdą rozmową przemyśleć, wywieść z niej coś dla siebie. Rozmówcy są interesujący, albo to prowadząca wywiady potrafi z nich wydobyć to, co najbardziej interesujące. Dłużej zatrzymałam się przy pani Irenie Hausmanowej - Petrusewicz. 93 - letnia profesor medycyny i filolog twierdzi, że dopiero teraz potrafi czerpać radość z życia, kiedy „nie musi już wygłaszać swoich opinii, nie musi uważać, że jest najmądrzejsza, nie musi mówić, co myśli". O przemijaniu nie chce myśleć, to zresztą pewna prawidłowość, większość rozmówców mając świadomość upływu czasu, odsuwa od siebie myśl o upływie czasu. I dopóty zdrowie w miarę dopisuje to się udaje. Pomaga zanurzenie się w życiu, ratuje literatura. Większość rozmówców wskazuje, jak dużą rolę pełnią w ich życiu książki (dla przykładu dla pani profesor książką, którą może czytać bez końca są Noce i dnie, a będąc na medycynie opuściła tydzień zajęć, aby przeczytać pierwsze wydanie Prousta).
Książka ma podtytuł - rozmowy z mistrzami. Rozmowy dały mi nadzieję, że moje przeczucia, iż starość nie musi być przykra i pełna zgorzknienia znalazły potwierdzenie na kartach książki.
Rozmówcami Dąbrowskiej są między innymi: Kazimierz Kutz, Danuta Szaflarska, Wanda Wiłkomirska, Jerzy Jedlicki, Ryszard Horowitz, Karol Modzelewski, Joanna Gomułka.
Książka przeczytana w ramach listopadowego stosikowego losowania u Anny.

niedziela, 10 listopada 2019

Sarah Brightman warszawski koncert (6.11.2019)


Sarah Brightman to jeden z największych sopranów na świecie. Ja znawcą nie jestem, ale kiedy po raz pierwszy usłyszałam jej głos na koncercie w wiedeńskiej katedrze Św. Szczepana uzmysłowiłam sobie, że w życiu nie słyszałam czegoś równie pięknego. Z zazdrością patrzyłam na słuchaczy koncertu, którym dane było uczestniczenie w tej niezwykłej uczcie wokalno-duchowej. Anielski głos, piękna kobieta i gotycka katedra. Miałam szczęście zobaczyć i posłuchać koncertu, dzięki uprzejmości mojej byłej szefowej. Użyczyła mi ona (wówczas niedostępną) płytę z jego zapisem. Pojawiła się wtedy myśl, którą tłumiłam w zarodku, że nierealna i niedorzeczna, abym kiedyś i ja mogła posłuchać Sarah na żywo. Najpiękniejszym tegorocznym prezentem urodzinowym okazała się informacja o warszawskim koncercie. Bilet zakupiłam 29 stycznia, a koncert miał miejsce 6 listopada na warszawskim Torwarze. Hymn
Zastanawiałam się, czy koncert promocyjny płyty HYMN to dobry pomysł na pierwszy solowy występ w naszym kraju. Płyta zawiera przepiękne utwory, jednak są one niezwykle spokojne, a ich wykonanie więcej ma wspólnego z operą niż koncertem dla kilkutysięcznej widowni.

Powinnam jednak była zaufać intuicji organizatorów. Wokalista to nie tylko utalentowana śpiewaczka, to także najlepiej sprzedający się sopran na świecie. Organizatorzy zadbali o to, aby podczas koncertu zdobyć serca publiczności, dlatego jego program był bardzo urozmaicony. Oprócz kilku utworów z ostatniej płyty HYMN (w tym Sogni, Canto per Noi, Follow me czy Fly to paradise) znalazły się wcześniejsze utwory wokalistki z płyt Symphony, Harem, Eden czy Fly.

O sile głosu wykonawczyni niech świadczy to, że był on lepiej słyszalny niż głos towarzyszącej jej orkiestry. Doceniłam to kiedy kolejnego dnia słuchałam polskiej wokalistki (bardzo dobrej wokalistki), która nie mogła się przebić przez dźwięki towarzyszącego jej trzyosobowego zespołu. 

                                      Narcis Ianau

Sarah towarzyszyło dwóch fantastycznych śpiewaków; Vincet Niclo (z którym zaśpiewała między innymi Sogni) oraz Narcis Ianau śpiewający Caruso niezwykle wysokim głosem (niemal kobiecym). Gdybym nie widziała, że śpiewa mężczyzna nie uwierzyłabym. To było coś przecudnego.
Urzekły mnie zarówno Who wants to live Forever (z repertuaru Queen) jak Pie jesu (Requiem) skomponowane przez byłego męża Andrew L. Webbera czy Hymn. Płyta HYMN powstała jako afirmacja radości życia, nadziei i optymizmu w niebezpiecznym współczesnym świecie. Większość utworów na tej płycie brzmi tak chillout – owo, że mogłaby działać jak najlepszy antydepresant, jak chociażby Follow me. Były też takie utwory, gdzie głos Sarah mógłby rozbić kryształowy żyrandol na tysiąc kawałeczków. A jak żyrandol to oczywiście Phantom of the Opera i pierwsze owacje na stojąco. Pierwsze i nie ostatnie. Artystka sprawdzała się doskonale zarówno w repertuarze operowym, jak i rockowym czy popowym. Jej crossoverowe przekraczanie granic różnych muzycznych gatunków przy niesamowicie brzmiącym sopranie dało fantastyczny efekt.

Sarah Brightman poza pięcioosobowym, własnym zespołem śpiewała w towarzystwie Orkiestry Akademii Beethovenowskiej oraz Chóru Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu Ars Cantandi. Jej stroje (cudnej urody lśniące suknie) dzięki współpracy z firmą Swarovsky mieniły się i błyszczały diamencikami i kryształkami. To był niezapomniany koncert. Już wiem, że jeśli Sarah zdecyduje się powtórnie wystąpić w naszym kraju nie będzie mogło mnie tam zabraknąć. 
                                                           Pie Jesu (Requiem)

I jak podałam na portalu społecznościowym – byłam chyba niezwykle grzeczna, bowiem spełniło się kolejne moje muzyczne marzenie (po kilkunastu spektaklach Dzwonnika, po koncercie Davida Garretta 6 października w gdańskiej Ergo-Arenie, o którym w natłoku pięknych doznań nie zdążyłam napisać) miałam okazję posłuchać, popatrzeć, doświadczyć i przeżyć kolejnej muzycznej uczty, której wspominanie rozświetlać będzie krótkie listopadowe dni.

niedziela, 3 listopada 2019

18 razy NDDP, czyli przeżyjmy to po raz ostatni

Finał
O spektaklu pisałam kilkakrotnie (choćby tu i tu). Dziś przyszedł czas pożegnania. Zastanawiając się, czy więcej jest we mnie radości z powodu przeżyć, jakich dostarczyły mi spotkania z Dzwonnikiem, czy smutku z konieczności rozstania doszłam do wniosku, że emocje, jakimi dzielili się wykonawcy na zawsze pozostaną w nas (odbiorcach) i w jakiś sposób wzbogacą naszą wrażliwość. A to oznacza, że lepiej cieszyć się z tego, co się przeżyło, niż smucić, iż czasu Dzwonnika nadszedł kres. Moje uwielbienie dla spektaklu przekłada się na bezkrytyczny jego odbiór. Oczywiście dostrzegałam podczas kilku przedstawień drobne mankamenty, ale nie miały one większego wpływu na mój odbiór sztuki. Pozwoliłam sobie na ekstatyczny zachwyt i żal mi było tych, którym odbiór psuło wyławianie potknięć.

Osiemnaście wieczorów, w których doświadczałam uczucia ekstazy, osiemnaście nieprzespanych nocy, no bo jakże tu spać, kiedy w uszach gra muzyka, a serce wali radośnie tak głośno, że trudno zapanować nad jego rytmem, osiemnaście powrotów z głową w chmurach i osiemnaście tęsknot za kolejnym spotkaniem, z których siedemnaście miało uzasadnioną nadzieję powtórki. Bilety kupowane w ilościach niemal hurtowych (nie dość, że sama zawitałam do teatru kilkanaście razy, to jeszcze zabrałam ze sobą kilkanaście nowych odbiorców. Można rzec, że zaraziłam je tą muzyką, oczywiście ja i cały zespół teatru muzycznego) gwarantowały kolejną eksplozję radości. Aż do tego ostatniego wieczoru, kiedy trzeba było się z tytułem pożegnać. Pojawiła się mała nutka żalu, a łzy Mai (Esmeraldy) na finale spowodowały, że i nam zaświeciły się oczy, a głos uwiązł w gardle.
2.11.2019 r. (zdjęcie własne)
Każde spośród tych osiemnastu przedstawień było na swój sposób niepowtarzalne. Za każdym razem towarzyszyła mi obawa, czy spełnione zostaną oczekiwania. Czy tak częste uczestnictwo nie sprawi, że poczuję przesyt, że mi się znudzi lub będę zawiedziona. A potem nie było przedstawienia, po którym nie chciałabym zostać na kolejnym spektaklu, nie było takiego, którego nie kończyłoby powtórne wysłuchanie muzyki z NDDP. Spośród tych osiemnastu razy najlepiej zapamiętam trzy.
Pierwsze, na którym łzy popłynęły zaraz na uwerturze, że oto jest, spełniło się marzenie, którego nie śmiałam nawet skonkretyzować. Spektakl został wystawiony w Polsce, w dodatku w Gdyni, co sprawiło, że mogę oglądać go tak często, jak dusza zapragnie. Dziś wydaje mi się, że te osiemnaście razy to było zdecydowanie za mało. Pierwsze przedstawienie, to także to, na którym towarzysząca mi osoba popłakała się ze wzruszenia.  Owa osoba była jeszcze potem na Dzwonniku trzy razy. Lubię zarażać ludzi tą pasją, bo daje ona niezwykle dużo radości, uniesień, pozytywnych wibracji.
Drugie to przedstawienie w obsadzie marzeń (moich marzeń) – z Januszem Krucińskim w roli Quasimodo, Mają Gadzińską w roli Esmeraldy oraz Arturem Guzą w roli Frollo. Byłam na dzień przed zabiegiem i pamiętam, iż pomyślałam sobie  wtedy, że jeśli miałabym tego zabiegu nie przeżyć to spotkanie z Dzwonnikiem byłoby najwspanialszym sposobem spędzenia tego ostatniego wieczoru. 
Trzecie miało miejsce wczoraj. I choć każde z przedstawień spełniało moje oczekiwania, to wczorajsze było wyjątkowe. Nastąpiła kumulacja najpiękniejszych wykonań, przedstawienie aż buzowało od emocji, a każdy z wykonawców zaśpiewał na sto procent swoich możliwości. Zaproszeni przeze mnie goście wyszli rozemocjonowani pytając o płytę. Koniecznie chcieli usłyszeć te utwory ponownie. I bardzo żałowali, że zobaczyli przedstawienie dopiero teraz. A dwa dni później dostałam maila z informacją, że ta muzyka wciąż im gra w uszach, że ich zaczarowała.

2.11.2019 r. (zdjęcie własne)
Pisząc o przedstawieniu pisałam kilkakrotnie o wykonawcach utworów, a nie pamiętam, czy wspomniałam o tancerzach. To ci wyczyniali ze swymi ciałami na scenie ci młodzi ludzie było niesamowite; połączenie tańca, akrobacji i talentu. Już samo ich oglądania sprawiało radość. A jeśli doda się to tego świetną muzykę i fantastyczne wykonania piosenek to efekt jest powalający.
Wczoraj też po raz kolejny doceniłam w roli poety Janka Traczyka. Z przyjemnością obejrzę go w środę  warszawskiej Romie w musicalu Aida.
No i wciąż zadaję sobie pytanie, czy ten poziom emocji i ta radość, jaką dawał mi NDDP stanie się jeszcze kiedyś moim udziałem.
Jest na to duża szansa, bowiem w przyszły tygodniu czeka mnie kolejny koncert marzeń. Jak dobrze mieć marzenia i móc je spełniać. 

Jeśli udało mi się choć w malutkiej cząstce przekazać tę radość, te emocje, jakich doświadczyłam na wszystkich 18 przedstawieniach, no i przede wszystkim na tym ostatnim to byłabym ogromnie szczęśliwa. Ale to trzeba by talentu Prousta, który tak cudnie pisał o muzycznych koncertach, aby wyrazić tak dogłębnie, tak do sedna ten stan, jakiego doświadcza absolutnie szczęśliwy człowiek, kiedy wstrzymuje się oddech, aby nic nie zakłóciło przyjemności z odbioru, aby muzyka mogła oplatać nas szczelnie, aby przenikała przez każdy nerw, każde włókno, każdą cząsteczkę ciała, aby nie uronić ani kropelki