środa, 28 października 2020

Ubu Król czyli Polacy Alfred Jerry

Odkąd pamięcią sięgam w przeszłość zawsze chciałam przeczytać Ubu Króla. To owiane skandalem dzieło piętnastolatka, utwór który zszedł z afisza dzień po premierze (okrzykniętej największym skandalem w dziejach teatru), której opis jest cytowany niemal we wszystkich wspomnieniach najznakomitszych przedstawicieli XIX wiecznej bohemy musi rozbudzać wyobraźnię. 

Czy pierwotnym zamiarem autora miało być zszokowanie publiki przez nadużywanie języka potocznego (przekleństw i wulgaryzmów), czy też ukazanie w bardzo prosty, wręcz łopatologiczny sposób, czym jest historia, wychwalana, jako nauczycielka życia (ciągiem gwałtów, zdrad, morderstw, tyranii, podłości, prostactwa oblekającego się w szaty wytworności). A może obie te rzeczy łącznie. Trzeba też zauważyć, że te wulgaryzmy straciły dziś na swej wymowie, bowiem brzmią anachronicznie. 

Jak napisał w przedmowie jej tłumacz Boy Żeleński Ubu król to taki Makbet na wspak.  Jego bohater to cham i prostak, zachłanny debil, który nie potrafi nawet ukryć swojej głupoty pod maską pozorów. Postać Ubu funkcjonuje w świadomości, jako wzorzec pewnego typu człowieka, podobnie, jak funkcjonuje Don Kichot, Hamlet czy Tartufe.

Jerry dadaista i surrealista stworzył groteskową historię prostaka, którego żona namówiła do zabicia króla i przejęcia korony. Zbieżność z Makbetem nieprzypadkowa. Tyle, że Ubu jest tak karykaturalnym przedstawicielem władzy, że trudno potraktować go poważnie. Lecz jego rządów - morderstw, oszustw, kradzieży, krzywoprzysięstwa nie można nie traktować niepoważnie. Jerry pokazuje, że polityka ma społeczeństwo tam, gdzie on ma publikę, czyli w d.... Merdre, po naszemu grówno – wulgarne wstawki, czy komentarz rzeczywistości, która jest okrutna i beznadziejna. 

A co mają do tego Polacy? W przedmowie przed premierą sztuki autor wskazał, iż rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Trzeba pamiętać, że Polski, jako państwa wówczas nie było. Rzecz mogłaby dziać się równie dobrze wszędzie, bo trudno byłoby znaleźć kraj, który nie doświadczył przynajmniej kilku władców posiadających cechy Ubu. A to, że występują tu Stanisław Leszczyński czy Jan Sobieski wygląda na przypadek, zwłaszcza, iż nie odgrywają oni większej roli.

Trudno jednak nie doszukiwać się podobieństw do sytuacji w Polsce, bo podobieństwa te występują pod każdą szerokością geograficzną i w każdej epoce. Ubu to typ władcy, który po trupach dąży do celu, robi to co chce, nie tyle dla osiągnięcia określonego celu, ale dlatego, że on tak chce. Nie zważa na konsekwencje, bo jest na tyle ograniczony, że nie potrafi ich przewidzieć. 

I w tym jest może jakaś nadzieja, że każda podłość, każde draństwo kiedyś się skończy. A że po nim przyjdzie kolejne…..

Ubu umiał kupić swe panowanie nie tylko zamordowaniem poprzednika, ale i umiejętnością szafowania hasłami 

Moi przyjaciele, widzicie oto tę skrzynię; zawiera trzy tysiące dukatów w złocie,w pełno wartościowej monecie polskiej. Niech ci, którzy chcą się ścigać, ustawią się na skraju dziedzińca. Ruszycie, skoro ja machnę chustką; który przybiegnie pierwszy, dostanie skrzynię. Ci, co nie wygrają, dostaną na pocieszenie tę drugą skrzynię, podzieli się ją między nich.

które trafiły na podatny grunt

Chodźmy! Chodźmy! Niech żyje ojciec Ubu! Najszlachetniejszy z monarchów!  

Bo aby Ubu został królem nie wystarczą jego chęci, trzeba też ludu, który da się ogłupić

Czy tylko mnie wszystko kojarzy się z aktualną sytuacją polityczną? 

Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

niedziela, 25 października 2020

Podróże do Polski Jarosław Iwaszkiewicz

Po raz kolejny poznaję pisarza poprzez wspomnienia, a nie za sprawą twórczości. Poznaję, ciekawego świata, bystrego obserwatora i wrażliwego człowieka. Podróże do Polski były dla Iwaszkiewicza podróżami egzotycznymi, bowiem Polska wydawała się mu od dzieciństwa krajem dalekim i nieosiągalnym, a opowieści z tych czasów przemieniały ją w krainę wręcz baśniową. Urodzony na ukraińskiej wsi podróżował Iwaszkiewicz do Polski trzykrotnie, po raz pierwszy w 1902 roku jako dziecko, potem w latach 1911-1914, jako młodzieniec i w końcu w 1918 r. jako ukształtowany doświadczeniami rewolucji i I wojny Światowej  człowiek.

Podróże do Polski są zbiorem impresjonistycznych obrazków, wybiórczych, nie zawsze najbardziej reprezentatywnych, ale z jakichś wiadomych jedynie autorowi sentymentów ważnych dla niego.

Najwcześniejsze wspomnienia związane z pobytem kilkuletniego chłopca w Warszawie wiążą się z Filharmonią, której nowy, wspaniały, przykryty niebieskim dachem gmach mijał podczas pierwszej podróży. Z Filharmonią jego życie wiązało się wielokrotnie, przez udział w przedstawieniach, wspomnienia związane z narzeczoną, przemową na otwarciu odbudowanego budynku, czy uroczyste jubileusze. Ważną rolę na mapie podróży stanowiły też teatry; Teatr Letni w Ogrodzie Saskim czy Teatr Polski, w którym po latach wystawiano jego Lato w Nohant i inne sztuki w jego przekładzie. Kolejne uczestnictwo w ważnych wydarzeniach kulturalnych to pogrzeby wielkich pisarzy, w których uczestniczył (Sienkiewicz, Słowacki, Żeromski, Dąbrowska, Tuwim, Gojawiczyńska, Kruczkowski, Reymont). Przez wspomnienia przewija się Warszawa niszczona przez hitlerowskich barbarzyńców i odbudowywana przez nierzadko znanych pisarzowi młodych ludzi.

…. każde przejście ulicami Warszawy jest podróżą - tającą w sobie więcej wrażeń niż przemierzanie obcych, choć pięknych krajów (str.29). Duma i radość z powodu odbudowy stolicy, zaangażowania jej budowniczych, podziw dla harmonii i spójności planów, łączenia starego z nowym, dbania o detale niezachwiana wiara w głoszone po wojnie idee nie powinny dziwić, kiedy zna się biografię pisarza.

Tutaj, gdzie teraz stoi wyniosły Dom PZPR, pamiętam w 1902 roku wzniesiono pierwszy secesyjny dom w Warszawie - i chodziło się specjalnie go oglądać. Dziwiły skrzynki na kwiaty przy oknach, zdobione blaszanymi liśćmi kasztanów, powyginane oparcia balkonów. Dzisiejsza spokojna elewacja i duża przestrzeń przed Domem Partii jakże się wydają odmienne od tamtej podejrzanej nieco wiedeńskiej nowości (str. 29). Pisarz bezkrytycznie zachwyca się tempem odbudowy. W głębi obrazu przy kościele Świętej Anny rośnie czerwono mur kaplicy Loretańskiej, którą w ostatnich dniach dopiero postanowiono odbudować. Ale i ona również będzie gotowa na 22 lipca. Jeżeli dom na Mariensztacie zbudowano w 19 dni, to co znaczy jakaś tam kaplica? Furda. (str. 38)

Jedna z ilustracji, których w książce sporo (i stanowią jej dodatkowy atut) przedstawia plakat Kawiarni Pod Pikadorem, której otwarcie wyznaczono na dzień 29 listopada 1918 r. Zachęca on do odwiedzin robotników, żołnierzy, dzieci, starców, ludzi, kobiety i pisarzy dramatycznych. Obok ludzi pojawiają się jako odrębna kategoria kobiety. Na pocieszenie są jeszcze dzieci i starcy i parę grup społecznych.

W rozdziale o teatralnych podróżach powtarzając się nieco wspomina sztuki, które oglądał, aktorów i reżyserów, których nazwiska zapisały się w historii teatru (Sulimę, Zelwerowicza, Osterwę, Jaracza, Węgrzyna, Leszczyńskiego, Szyfmana), Teatr Polski wspomina z sentymentem. Oczywiście, gdy oglądałam gmach Teatru Polskiego – jeden z najładniejszych i najpraktyczniejszych gmachów teatralnych europejskich owej epoki- do głowy mi nie przychodziło, że do tego stopnia i przez tyle lat los mój będzie związany z tą sceną, że ją tak pokocham, że będę pracował przy jej odbudowie. Kto mógł myśleć o tym w roku 1913! (str. 48).

Pisząc o Chopinie i Żelazowej Woli pisze zarazem o sobie i każdym z artystów. Związek artysty z krajobrazem, który go ukształtował, jest głębszy niżby to się zdawało. Dzieciństwo i młodość zawsze kładą zasadnicze piętno na cały już potem żywot- w dziełach dojrzałego twórcy raz po raz powraca nuta, która zapada w jego serce od najwcześniejszych czasów. (str.56)

Mnie najbardziej w pamięć zapadną dwie krakowskie scenki.

Zupełnie abstrakcyjnie, jak wspomnienie snu, jak wizję teatralną widzę zawsze z tamtej epoki pochód następujący: chyba ulicę Batorego, środkiem jezdni, bo samochodów licznych wtedy nie było, kroczą Boy w letnim ubraniu, pani Zofia Żeleńska w czarnej sukni, ale z gołą głową (kobieta z gołą głową, dama w owych czasach, na ulicy!) i Witkacy wyprostowany, wyprężony jak to on zwykł chodzić, w jasnym, szarym letnim garniturze, w czarnym żałobnym toczku pani Zofii na głowie, którego czarny welon w obfitych fałdach spadał mu na plecy.

Był to dzień premiery Tumora Mózgowicza w Teatrze Słowackiego. (str. 74)

Był taki maj w Krakowie. Kto nie był w maju w Krakowie, ten  nie wie, co to jest maj. Liście i kwiaty kasztanu powpinane wszędzie w tej starej architekturze działają upajająco. Ja nie rozumiem, jak można być krakowskim studentem, jak można się tutaj uczyć, w tym pejzażu, w tej naturze. A właściwie mówiąc, tylko w Krakowie można w pełni zrozumieć, jak mogła się narodzić Lilka Pawlikowska. (str.77).

Polecam Podróże do Polski, można w nich odnaleźć i czas przeszły i miejsca bliskie sercu pisarza i jego wrażliwość. 

czwartek, 22 października 2020

Simenon Podróz z Wenecji i Niewinni

Ostatnio pojawiam się na chwilę i znikam. Poza przygnębieniem spowodowanym epidemią zmagam się z kłopotami zdrowotnymi bliskich. Stąd rzadsza obecność w tym miejscu.  Dodatkowo i mnie dopadła niedyspozycja, tylko i aż angina, która uwięziła w czterech ścianach skuteczniej niż wirus.

Na urlop, który dziś jest już tylko wspomnieniem zamówiłam parę książek, między innymi dwie powiastki Simenona, który miały stać się idealną lekturą wakacyjną. 

Podróż z Wenecji

Po lekturze Kota Simenona po kolejną powiastkę (trudno 135 stronicową książeczkę nazwać inaczej) sięgnęłam bez obaw. I o ile całość przeczytałam jednym tchem, ulegając pisarskiemu talentowi intrygowania czytelnika oraz umiejętnościom skłonienia go do zadawania pytań,  o tyle zakończenie mocno mnie rozczarowało. Justin Calmar wracając samotnie z wakacji spędzonych z rodziną w Wenecji poznaje w pociągu tajemniczego mężczyznę. Ulegając jego czarowi i umiejętności prowadzenia rozmowy opowiada mu o sobie więcej niżby sobie tego życzył. Czy sprawia to urok nieznajomego, czy brak asertywności bohatera, ale podejmuje się on wykonania drobnej przysługi. W dzisiejszych czasach prośba współpasażera zapewne natychmiast wzbudziłaby czujność. Nie mam pojęcia, jak zachowałby się przeciętny paryżanin jakieś siedemdziesiąt lat temu, kiedy to ma miejsce akcja opowiadania. Calmar poproszony o odebranie małej walizeczki ze skrytki na dworcu i zawiezienie jej pod podany adres godzi się spełnić przysługę bez wahania. Nie zaproponowano mu za to żadnego  wynagrodzenia, ot przysługa grzecznościowa. Od początku zadajemy sobie pytanie dlaczego to zrobił, dlaczego okazał się tak naiwnym człowiekiem. Każda kolejna decyzja jest konsekwencją tej pierwszej. Każde rozwiązanie wydaje się złe. Nie oczekiwałam wyjaśnienia zagadki, pytania wydawały się ważniejsze od odpowiedzi, jednak pomysł z zakończeniem, w którym bohater znajdujący się w sytuacji nie do pozazdroszczenia zostaje wmanewrowany w jeszcze bardziej zawikłaną mnie nie przekonał. Lektura przeczytana w ramach Stosikowego wyzwania u Anny

Niewinni

Niezrażona rozczarowaniem, jakie sprawił Pociąg do Wenecji sięgnęłam po Niewinnych. Georges C`elerin prowadzący z powodzeniem zakład jubilerski po dwudziestu latach wydawałoby się szczęśliwego małżeństwa traci w wypadku samochodowym żonę Annette. Nie byłoby w tym wypadku niczego niezwykłego, gdyby nie okolica, w której Annette wtargnęła pod samochód. Nie był to rewir, w którym pracowała. Georges nie potrafi poradzić sobie ze stratą, obwinia się, iż nie był dobrym mężem, nie potrafił uszczęśliwić żony, bo choć kochał ją nad życie, ich związek wydawał się chłodny, jego uszczęśliwiała jej obecność, ona wydawała się ledwie tolerować wspólne życie. Czy nie potrafił uszczęśliwić kobiety? Uznał za pewnik, że się kochają, i to mu wystarczało. Nie zastanawiał się, czy ona wolałaby żyć inaczej, czy nie powinien poświęcać jej więcej uwagi.  Pochłaniała go praca, Annette także angażowała się w rolę asystentki społecznej, a kiedy spotykali się wieczorem, nie mieli sobie nic do powiedzenia. Byli po trosze jak dwoje lokatorów pensjonatu rodzinnego, widujących się przy posiłkach i jedzących w milczeniu, a potem uciekających przed telewizor (str. 88). Od samego początku pojawia się w tle pewna postać, która jak się wydaje będzie kluczem do rozwiązania zagadki i tak też się stanie. Czytało się lekko, z zainteresowaniem, nie mniej również Niewinni, w przeciwieństwie do nieprawdopodobnie spuentowanego Pociągu do Wenecji jako lektura nazbyt przewidywalna nie spełniła oczekiwań. Obu książeczkom daleko do wspaniałego Kota Georges`a Simenona. Jednak co by nie mówić, nie są to takie zwykłe opowiastki. Postawieni w sytuacjach nadzwyczajnych bohaterowie dowiadują się o sobie rzeczy, jakich nawet by nie podejrzewali, a taka wiedza to rzecz bezcenna.

poniedziałek, 21 września 2020

Urlop zawsze za krótki (Gdańsk i tylko Gdańsk)

widok od strony Bramy Św. Ducha
Tak jak się obawiałam, mimo pozostania w domu, nie udało się zrealizować nawet połowy zamierzeń. Przez dwa urlopowe tygodnie przeczytałam siedem książek (nie mało, ale nie wyczerpało to mego apetytu na lekturę), obejrzałam trzy koncerty. Na koncercie Gregorian miałam być w kwietniu w Ergo Arenie w Gdańsku, obejrzałam go na płycie. Wprawiło to mnie w tak dobry humor, że udało mi się przy okazji „odpracować całotygodniowe prasowanie” śpiewając i pląsając równocześnie. Obejrzałam też musical, który miałam oglądać w Teatrze Muzycznym w Gdyni w maju. Miałam oglądać Skrzypka na dachu w teatrze ze znajomymi, obejrzałam sama, co miało ten plus, iż nie musiałam powstrzymywać chlipania i mogłam bez przeszkód przepłukać sobie oczy. Oczywiście oglądanie koncertów czy spektakli na monitorze własnego telewizora nie dorówna emocjom, jakie tworzą się na widowni, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Wybierając w bibliotece książki wydawało mi się, że robię to bez żadnego klucza. Cóż może łączyć Nad Niemnem, Podróże do Polski Iwaszkiewicza i Notatki komiwojażera Szolema Alejhema. Okazało się, że jednak są one połączone osobą Iwaszkiewicza, które we wstępie do Notatek odnosi się do Orzeszkowej. 
Przedproża

Przyjemność, jaką czerpię zanurzając się w świat literatury oraz radość jaką daje przeniesienie się w świat muzycznych doznań wystarczyłyby, abym uznała urlop za dobrze spędzony. Nie zamknęłam się jednak w czterech ścianach własnego mieszkanka. Korzystając z ładnej pogody niemal każdy dzień rozpoczynałam odwiedzeniem jednej z knajpek na Pobrzeżu. Takie śniadania z widokiem na kamieniczki, stateczki i Żuraw sprawiały, że dzień rozpoczynałam w dobrym humorze i pełna energii. Potem były spacery wyludnionymi o tej porze uliczkami. 
Udało mi się spotkać z dawno nie widzianymi znajomymi i spędziłam z nimi trzy miłe przed i popołudnia. Niestety moje plany porządkowania zdjęć nie przyniosły większych rezultatów, poza skatalogowaniem jednego folderu (spośród kilkunastu) praca nie posunęła się naprzód. Tym sposobem urlop został spędzony przyjemnie i nie mogę powiedzieć, abym się nań nudziła. Nie byłabym szczerą, gdybym twierdziła, iż wolę to od moich ukochanych podróży, wszak navigare necesse est, vivere non est necesse (dla niewtajemniczonych podróżowanie jest koniecznością [czymś niezbędnym], życie nie jest koniecznością [czymś niezbędnym]). Niemniej jest mi tak dobrze, że chętnie przedłużyłabym urlop do końca roku. 
Śniadanie z widokiem

Podczas każdej podróży staram się dokonywać nowych odkryć, często jest to nieznany wcześniej malarz, którego obraz mnie zainteresuje, niebanalne miejsce, ciekawa świątynia czy oaza zieleni. Poszukując mniej zatłoczonych uliczek trafiłam na klimatyczną ulicę Świętego Ducha. Wspominałam o niej podczas opisu Gdańskich wspomnień młodości Johanny Schopenhauer, której życie związane było właśnie z tą ulicą. Tyle razy wcześniej tamtędy przechodziłam, a miałam wrażenie, jakbym zobaczyła ją po raz pierwszy. Niewątpliwie powodem  była modernizacja, podczas której odbudowano parę kamieniczek, położono nową nawierzchnię brukową, posadzono drzewka. Ulica zyskała nowe życie. Dzięki sporej liczbie ogródków kawiarnianych, zamknięciu ulicy dla ruchu samochodowego, sporej ilości ławek, odnowionym fasadom kamieniczek i sporej ilości zieleni po prostu chce się tu być. A jeszcze nie jest tutaj tak tłoczno, jak na Mariackiej czy Długim Targu. 
Moja ulubiona płaskorzeźba chłopiec z psem
Pierwsze wzmianki o ulicy świętego Ducha pojawiły się w XIV wieku. Nazwa jej pochodzi prawdopodobnie od Szpitala Świętego Ducha, dziś już nieistniejącego, najstarszego szpitala w Gdańsku prowadzonego początkowo przez Zakon Krzyżacki. Ulica Świętego Ducha zaczynała się Bramą Ludwisarską (od strony Targu Drzewnego) i kończyła Bramą Świętego Ducha (od strony kanału Motławy). Dziś nie ma żadnej z nich, tak jak nie ma już Szpitala czy kamienic, o których wspominają przewodniki (tych, w których urodziła się Johanna Schopenhauer, Artur Schopenhauer, tej, w której mieszkał Paweł Beneke, czy tej, gdzie mieścił się Dom Żeglarzy). Istniejące dziś kamieniczki powstały na miejscu swych poprzedniczek, albo są ich odwzorowaniem. Śródmieście w 1945 roku zostało w 90 procentach zniszczone. W miejscu Bramy Świętego Ducha jest niewielkie przejście pod kamieniczkami na Pobrzeże wychodzące wprost na zwodzoną kładkę prowadzącą na Wyspę Spichrzów. Spacer ulicą Świętego Ducha rozpoczyna się od zaplecza Teatru Wybrzeża. Pierwszą najbardziej okazałą kamienicą, która zwraca na siebie uwagę dziś swą białą fasadą i bogatymi zdobieniami nadokiennymi jest kamienica pod numerem 19. Kiedyś znajdował się tutaj dom zamieszkiwany przez znanego kapra i żeglarza Pawła Beneke (zwanego Gdańskim Jackiem Sparrow). Miastu przysłużył się „pozyskaniem” obrazu Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga. Najprościej rzecz ujmując dokonał zaboru mienia znajdującego się na galeonie Święty Mateusz (o jego burzliwych losach pisałam tutaj). Pierwotnie zdobiący Bazylikę Mariacką obraz przebywa dziś w Muzeum Narodowym w Gdańsku, będąc jego największą atrakcją. Z doświadczenia (pracy w tymże muzeum) wiem, że tak jak niektórzy turyści będąc w Muzeach Watykańskich oglądają jedynie Kaplicę Sykstyńską, tak przybywający do Gdańska turyści często za cel obierają sobie właśnie obraz Hansa Memlinga. 
Kaplica Królewska z Bazyliką Mariacką w tle

Najbardziej znane kamieniczki na ulicy świętego Ducha znajdują dziś pod numerami 45/47 oraz 111/113. W miejscu pierwszej mieściła się kiedyś kamienica w której urodził się Artur Schopenhauer, a wcześniej zamieszkiwał ją Karol Fryderyk Gralath, który poślubił prawnuczkę Heweliusza - Beatę Szarlotę z Davissonów. Dziś kamienica nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie ma tu nawet charakterystycznych dla ulicy przedproży. Na domu znajduje się tablica pamiątkowa informująca, iż urodził się tu Artur Schopenhauer. Natomiast pod numerem 111/113 znajduje się Dom pod Żółwiem, o którym pisałam tutaj. Wśród pozostałych kamieniczek wyróżnia się zarówno wysokością, jak i zdobieniami znajdujący się tuż obok Dom Żeglarzy. Zdobi go piękny portal za statkiem i morskimi stworami, posągi najprawdopodobniej żeglarzy, a zwieńczeniem fasady jest Święty Jakub patron żeglarzy. Pierwotnie mieściła się w tym miejscu siedziba gildii szyprów (XIV wiek). Przed wojną ulica Świętego Ducha posiadała zabudowę po obu stronach ulicy. Dzisiaj część ulicy ciągnąca się od strony Bramy Świętego Ducha została odbudowana jednostronnie, zaś naprzeciwko znajdują się jedynie pozostałości przedproży. Przedproża są najciekawszą ozdobą gdańskich kamieniczek. Niewiele ulic może się dziś nimi chlubić. Przytoczę raz jeszcze cytowany już wcześniej fragment wspomnień Johanny Schopenhauer:
Fragment portalu Domu Żaglarza
Nie można nazywać tych przedproży balkonami. Są to raczej przestronne, dosyć szerokie tarasy, wyłożone wielkimi płytami kamiennymi, ciągnące się wzdłuż fasad domów. Prowadzą do nich szerokie wygodne schody, a kamienne ogrodzenia zabezpieczają od ulicy. Pomiędzy przylegającymi do siebie przedprożami sąsiadujących domów wznoszą się przymurki cztery do pięciu stóp wysokie, stanowiące ich rozgraniczenie. Na tych przymurkach spoczywają w kamiennych korytach rury blaszane, zbierające z dachów wodę deszczową, wypływającą na zewnątrz przez paszcze ogromnych, nieraz prawdziwie artystycznie wykutych z kamienia głów delfinów lub wielorybów.
 
Przedproża zdobią płaskorzeźby znajdujące się na balustradzie odgradzającej taras od ulicy, przedstawiono na nich scenki biblijne, alegorie, motywy roślinne, czy postacie mitologiczne. Nie znalazłam informacji, czy płaskorzeźby nawiązują do tych przedwojennych, ale trzeba przyznać, że są niezwykle dekoracyjne. Moja ulubiona płaskorzeźba to chłopiec z psem, jakoś przypomina mi historię Tobiasza, Archanioła Rafaela i psa, choć archanioł się nie załapał. Przedproża pozwalały dawnym mieszkańcom kamieniczek na wypoczynek na świeżym powietrzu, w mieście o ciasnej zabudowie nie było za wiele miejsca, gdzie można by spędzać czas na powietrzu. 
Idąc ulicą Świętego Ducha nie można nie zauważyć Bazyliki Mariackiej, która do ulicy co prawda nie przylega, ale którą najlepiej objąć obiektywem właśnie stąd stając na przedprożach jednej z kamieniczek. Nie da się również przeoczyć idąc ulicą Kamienicy Królewskiej. Charakterystyczna pomarańczowa fasada z seledynowymi drzwiami i oknami i niezwykle bogatymi zdobieniami powstała jako miejsce modlitwy dla katolików, podczas gdy Bazylika Mariacka stanowiła miejsce kultu luteran. Powstała przy wsparciu Jana III Sobieskiego. Nad wejściem głównym znajduje się kartusz z herbem Rzeczpospolitej z czasów Jana III Sobieskiego. Barokowa kaplica została zwieńczona trzema kopułami; jedną dużą i dwoma mniejszymi w kolorze seledynowym. Jako ciekawostka nieopodal Kaplicy parę metrów dalej w kierunku Pobrzeża znajduje się miejsce wyznaczone, jako historyczny środek miasta Gdańska. Miejsce to oznaczono kamienną tablicą.
Kamienny środek Gdańśka

Z ulicą Świętego Ducha wiąże się też nazwisko gdańskiego malarza Daniela Chodowieckiego. Początkowo podawano, iż urodził się na tej ulicy, później jednak twierdzono, iż mieszkał tutaj jako dziecko. 
Tutaj swój dom miał twórca zegara astronomicznego, Hans Duringer  a także tworzył  pierwsze dzieła wielki rzeźbiarz europejskiego baroku Andrzej Schluter. Obecnie rok rocznie podczas odbywającego się Jarmarku Św. Dominika na ulicy świętego Ducha znajdują się kramy artystów ręcznych, rzeźbiarzy, ludzi sztuki i grafiki.
Poza urokliwymi ogródkami kawiarnianymi na ulicy Świętego Ducha odnalazłam tutaj słodki urok Paryża- odkryłam  sklepik - cukiernię z prawdziwymi francuskimi makaronikami. Zazdroszczę Marcelowi umiejętności opisu magdalenki, gdybym miała jego dar stworzyłabym dalszy ciąg poszukiwań straconego czasu. Mogłaby to być powieść o poszukiwaniu prawdziwych francuskich makaroników, długim, mozolnym, błądzeniu i szczęśliwym zakończeniu. Są to dwa kruche a jednocześnie puszyste, delikatne ciasteczka wielkości małych biszkopcików przypominające w smaku marcepanowe bezy połączone rozpływającym się w ustach kremem. Ledwie zaczęłam o nich pisać, a już wsiadłabym w autobus i pojechała do Monsier Armanda po pastelowe ciasteczko. 
Słodka pokusa
Urlop zbliża się do końca, snopki nadal niepowiązane, zdjęcia niepoukładane, książki nie przeczytane, koncerty nieobejrzane, miasta nie odwiedzone. Ale może to dobrze, że mamy wciąż jakieś plany, że tyle przed nami. A teraz trzeba będzie wrócić do codzienności. Kolejny urlop już za jakiś czas.

czwartek, 17 września 2020

Nad Niemnem Eliza Orzeszkowa

Wydawnictwo Eventus 1997

Ostatni raz czytałam Nad Niemnem osiem lat temu. Nie sądziłam wówczas, że kiedykolwiek jeszcze do książki  powrócę. Naszła mnie nieprzeparta ochota sięgnięcia po raz kolejny po tę zmorę licealistów. Zaglądając do krótkiej recenzji sprzed lat zauważyłam, że i mnie nieco zmogły sławetne opisy przyrody. A teraz, może sprawił to upływ czasu, może zmieniły się moje upodobania, ale od pierwszej strony zanurzałam się w zieloność, kwiecistość, bujność roślinności, w świat natury, który rozciągał się przed mymi oczami, jakbym oglądała przepiękne obrazy. Obfitość roślinności o obcobrzmiących nazwach spowodowała, iż lekturze towarzyszyło zwiększone eksplorowanie  Internetu. Chciałam zobaczyć, jak wyglądają kamiona, smółka, marchewnik, rohula. Opisy są tak malarskie, że nie rozumiem dlaczego wcześniej wydawały się nużącymi.  Może po prostu jest ich nieco przydużo, a czytelnikowi wiecznie się śpieszy.

Drobiazgowość opisu nie dotyczyła wyłącznie natury, ale także postaci czy scenografii. Dzięki temu można zobaczyć, jak żyją bohaterowie, w jakim otoczeniu, jak ubrani, co podano do obiadu, jak wygląda dzień codzienny, a jak wesele w chłopskiej zagrodzie.

Kiedy czytałam naszła mnie refleksja - jak to jest dobrze napisane, jak dobrze się czyta. Pewnie, że język dziś wydaje się archaiczny, pełen słownictwa rodem z XIX wieku,  a dialogi Bohatyrowiczów tak poprzetykane przysłowiami, że odnosi się wrażenie, że bez tych cytatów niewiele mieliby do powiedzenia. 

To, co według założenia autorki miało być wydźwiękiem ideowym powieści brzmi dziś mało przekonywająco. Te niemal półtora wieku robi swoje. Owszem jest Nad Niemnem panoramą polskiego społeczeństwa dwadzieścia lat po powstaniu styczniowym, ale czy jest to panorama rzetelnie odmalowana, czy jedynie dostosowana do założonych celów. Tym, co mi tutaj zgrzyta najmocniej jest przedstawienie warstwy chłopskiej. Wieś Bohatyrowicze wygląda niczym sielankowa Arkadia, bo choć większość chłopów narzeka na biedę czy głód ziemi to zagrody są zadbane, chłopi czystko i schludnie ubrani, gości ze dworu przyjmuje się wystawnie. Rodziny sobie pomagają,  nikt nie czeka niczyjej śmierci. Jadwisia Domontówna troskliwie opiekuje się dziaduniem, Janek i Antolka szanują stryja Anzelma i chodzą na paluszkach, kiedy dopadnie go choroba i smętek, pani Starzyńska-matka Janka pomaga mu w żniwach. Jedna tylko rodzina klepie biedę większą niż inne, a uwidacznia się ona brakiem przyodziania odświętnej szaty do żniw. Wygląda to troszkę, jak cepelia, wyelegantowani chłopi ze śpiewem na ustach ruszają w pola. Gdzie znój, pot, zmęczenie? Akcja powieści toczy się w latach osiemdziesiątych XIX stulecia, mniej więcej wtedy kiedy toczy się akcja Chłopów Reymonta, a jaka różnica, zarówno w wyglądzie, jak i charakterach bohaterów. U Reymonta chłop chłopu wilkiem, ojciec trzyma się ziemi zębami, aby do dzieci nie iść na poniewierkę, dzieci rodzicom wydarłyby poduszkę spod głowy, bo bieda u nich aż piszczy, a u Orzeszkowej choć nie są chłopi wzorem sąsiedzkiej pomocy i zdarza się, że najbardziej krewki przedstawiciel rodziny (Fabian Bohatyrowicz) wykorzysta okazję, aby słabszego sąsiada oszukać, życie wioski wygląda niemal idyllicznie. I nie wydaje mi się, aby to Reymont przejaskrawił swoją opowieść.

Niektóre postaci wydają się nieco papierowe, żeby nie powiedzieć nudnawe. Ale czyż tacy nie bywamy.

Kiedy czyta się książkę po raz kolejny poza tym, co oczywiste i samo w oczy się pcha, zwraca się uwagę na coś nowego. Tym razem zwróciłam uwagę na relacje małżeńskie. Poza Janem i Cecylią - legendarnymi protoplastami rodu Bohatyrowiczów, których następcami mają być Janek Bohatyrowicz i Justyna Orzelska pozostałe związki są kompletnie niedobrane. Przypadek to, czy może osobiste doświadczenia nieudanego małżeństwa pisarki miały wpływ na takie a nie inne potraktowanie tematu. Partnerski związek sprzed wieków, w którym panna z wyższych sfer porzuca otoczenie i wiąże się z mężczyzną niższego stanu, aby razem z nim żyć i pracować bierze sobie za przykład Justyna, która sens życia widzi we wspólnej pracy ze swoim przyszłym mężem.

A pozostali?   

Benedykt zakochany w swej wiecznie chorującej Emilii, mając świadomość wzajemnego niedopasowania … nie rozumiemy się i zapewne nie zrozumiemy się już nigdy... będzie tkwił do końca przy żonie, bo tak nakazuje mu honor i przyzwoitość oraz tlące się resztki uczucia. Emilia będzie z nim tkwiła dla wygody, bo mimo wszystko ma zapewnioną opiekę, utrzymanie i żadnych obowiązków, może sobie dalej czytać, marzyć i dostawać globusa, choć, jak sama twierdzi… żyję w tym kącie, jak zakonnica, więdnę jak kwiat zasadzony na piaskach. Cóż stąd, ze nie doświadczam niedostatku? Moje potrzeby są większe, wyższe… O smaczny obiad nie dbam, ale pragnę dookoła widzieć choć trochę poezji, piękna, artyzmu… A gdzież je znaleźć mogę? Ja pragnę wrażeń …. moja natura nie może być stojącą wodą, ale potrzebuję błyskawic, które by nią wstrząsnęły.. (str.48)  Benedykt zaś trzymał się będzie ziemi rękoma, nie pozwoli jej sobie wyrwać, tyle, że już sam nie bardzo wie dlaczego, jedynie jeszcze w pamięci pozostało, jak jedyny jasny promyk nadziei.. to..tamto.. tego.

Pani Kirłowa gospodarna, dzielna kobieta, która całe gospodarstwo sama prowadzi, wychowuje dzieci, użera się ze sprawami urzędowymi, ale nie da złego słowa na męża powiedzieć, choć uczciwie przyznaje Różycowi, iż ten nie nadaje się do zarządzania majątkiem, bo nie ma do tego głowy. Kocha męża mocno, w domu z roku na rok przybywa dzieci, a  żona nie skarży się słowem na będącego gościem w domu małżonka. Dlaczego? Bo …. każdy człowiek ma swoje wady … nie są to nawet wady, tylko przyzwyczajenia… Pracować nie lubi, bez towarzystwa i rozrywek żyć nie może … tak go wychowano… Ojciec jego mając ten tylko folwarczek trzymał się wiecznie pańskich klamek, od komina do komina jeździł i syna z sobą woził. W szkołach trzy klasy tylko skończył i zaraz za skończonego obywatela uchodzić zaczął. Potem, kiedy ożenił się ze mną i moim posażkiem długi opłacił, ja sama starałam się wyręczać go we wszystkim i kłopoty od niego usuwać. … Tak już przywykł… ale z tymi przyzwyczajeniami jakżeby on tak wielkiej pracy podołać? (str.143)

Zygmunt Korczyński znudzony artysta bez talentu, powziąwszy decyzję o zakończeniu romansu z Justyną, która miała być jego muzą i natchnieniem, ulega namowom krewnych i poślubia piękną, młodą, utalentowaną i wykształconą pannę z posagiem. Panna ma jedną wadę, jest zbyt uległa i beznadziejnie w mężu zakochana, przez co szybko nudzi małżonka. Ale będą trwać w tym niedobranym związku, bo Zygmuntowi brak nie tylko talentu, brak też zdecydowania, aby wziąć odpowiedzialność za życie swoje i powierzonej mu dziewczyny.  

Można mieć za złe bohaterom, iż brak im odwagi aby swe życie odmienić, ale trzeba też wziąć pod uwagę środowisko, w jakim żyją. To nie jest czas wyemancypowanych kobiet (tu wielkie uznanie dla Justyny), to nie był też czas rozwodów.

Na tle tych niedopasowanych związków uczucie Justyny i Janka są jak powiew świeżości i zapowiedź zmian, dobry prognostyk na przyszłość.