niedziela, 10 listopada 2019

Sarah Brightman warszawski koncert (6.11.2019)


Sarah Brightman to jeden z największych sopranów na świecie. Ja znawcą nie jestem, ale kiedy po raz pierwszy usłyszałam jej głos na koncercie w wiedeńskiej katedrze Św. Szczepana uzmysłowiłam sobie, że w życiu nie słyszałam czegoś równie pięknego. Z zazdrością patrzyłam na słuchaczy koncertu, którym dane było uczestniczenie w tej niezwykłej uczcie wokalno-duchowej. Anielski głos, piękna kobieta i gotycka katedra. Miałam szczęście zobaczyć i posłuchać koncertu, dzięki uprzejmości mojej byłej szefowej. Użyczyła mi ona (wówczas niedostępną) płytę z jego zapisem. Pojawiła się wtedy myśl, którą tłumiłam w zarodku, że nierealna i niedorzeczna, abym kiedyś i ja mogła posłuchać Sarah na żywo. Najpiękniejszym tegorocznym prezentem urodzinowym okazała się informacja o warszawskim koncercie. Bilet zakupiłam 29 stycznia, a koncert miał miejsce 6 listopada na warszawskim Torwarze. Hymn
Zastanawiałam się, czy koncert promocyjny płyty HYMN to dobry pomysł na pierwszy solowy występ w naszym kraju. Płyta zawiera przepiękne utwory, jednak są one niezwykle spokojne, a ich wykonanie więcej ma wspólnego z operą niż koncertem dla kilkutysięcznej widowni.

Powinnam jednak była zaufać intuicji organizatorów. Wokalista to nie tylko utalentowana śpiewaczka, to także najlepiej sprzedający się sopran na świecie. Organizatorzy zadbali o to, aby podczas koncertu zdobyć serca publiczności, dlatego jego program był bardzo urozmaicony. Oprócz kilku utworów z ostatniej płyty HYMN (w tym Sogni, Canto per Noi, Follow me czy Fly to paradise) znalazły się wcześniejsze utwory wokalistki z płyt Symphony, Harem, Eden czy Fly.

O sile głosu wykonawczyni niech świadczy to, że był on lepiej słyszalny niż głos towarzyszącej jej orkiestry. Doceniłam to kiedy kolejnego dnia słuchałam polskiej wokalistki (bardzo dobrej wokalistki), która nie mogła się przebić przez dźwięki towarzyszącego jej trzyosobowego zespołu. 

                                      Narcis Ianau

Sarah towarzyszyło dwóch fantastycznych śpiewaków; Vincet Niclo (z którym zaśpiewała między innymi Sogni) oraz Narcis Ianau śpiewający Caruso niezwykle wysokim głosem (niemal kobiecym). Gdybym nie widziała, że śpiewa mężczyzna nie uwierzyłabym. To było coś przecudnego.
Urzekły mnie zarówno Who wants to live Forever (z repertuaru Queen) jak Pie jesu (Requiem) skomponowane przez byłego męża Andrew L. Webbera czy Hymn. Płyta HYMN powstała jako afirmacja radości życia, nadziei i optymizmu w niebezpiecznym współczesnym świecie. Większość utworów na tej płycie brzmi tak chillout – owo, że mogłaby działać jak najlepszy antydepresant, jak chociażby Follow me. Były też takie utwory, gdzie głos Sarah mógłby rozbić kryształowy żyrandol na tysiąc kawałeczków. A jak żyrandol to oczywiście Phantom of the Opera i pierwsze owacje na stojąco. Pierwsze i nie ostatnie. Artystka sprawdzała się doskonale zarówno w repertuarze operowym, jak i rockowym czy popowym. Jej crossoverowe przekraczanie granic różnych muzycznych gatunków przy niesamowicie brzmiącym sopranie dało fantastyczny efekt.

Sarah Brightman poza pięcioosobowym, własnym zespołem śpiewała w towarzystwie Orkiestry Akademii Beethovenowskiej oraz Chóru Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu Ars Cantandi. Jej stroje (cudnej urody lśniące suknie) dzięki współpracy z firmą Swarovsky mieniły się i błyszczały diamencikami i kryształkami. To był niezapomniany koncert. Już wiem, że jeśli Sarah zdecyduje się powtórnie wystąpić w naszym kraju nie będzie mogło mnie tam zabraknąć. 
                                                           Pie Jesu (Requiem)

I jak podałam na portalu społecznościowym – byłam chyba niezwykle grzeczna, bowiem spełniło się kolejne moje muzyczne marzenie (po kilkunastu spektaklach Dzwonnika, po koncercie Davida Garretta 6 października w gdańskiej Ergo-Arenie, o którym w natłoku pięknych doznań nie zdążyłam napisać) miałam okazję posłuchać, popatrzeć, doświadczyć i przeżyć kolejnej muzycznej uczty, której muzyka rozświetlać będzie krótkie listopadowe dni.

niedziela, 3 listopada 2019

18 razy NDDP, czyli przeżyjmy to po raz ostatni

Finał
O spektaklu pisałam kilkakrotnie (choćby tu i tu). Dziś przyszedł czas pożegnania. Zastanawiając się, czy więcej jest we mnie radości z powodu przeżyć, jakich dostarczyły mi spotkania z Dzwonnikiem, czy smutku z konieczności rozstania doszłam do wniosku, że emocje, jakimi dzielili się wykonawcy na zawsze pozostaną w nas (odbiorcach) i w jakiś sposób wzbogacą naszą wrażliwość. A to oznacza, że lepiej cieszyć się z tego, co się przeżyło, niż smucić, iż czasu Dzwonnika nadszedł kres. Moje uwielbienie dla spektaklu przekłada się na bezkrytyczny jego odbiór. Oczywiście dostrzegałam podczas kilku przedstawień drobne mankamenty, ale nie miały one większego wpływu na mój odbiór sztuki. Pozwoliłam sobie na ekstatyczny zachwyt i żal mi było tych, którym odbiór psuło wyławianie potknięć.

Osiemnaście wieczorów, w których doświadczałam uczucia ekstazy, osiemnaście nieprzespanych nocy, no bo jakże tu spać, kiedy w uszach gra muzyka, a serce wali radośnie tak głośno, że trudno zapanować nad jego rytmem, osiemnaście powrotów z głową w chmurach i osiemnaście tęsknot za kolejnym spotkaniem, z których siedemnaście miało uzasadnioną nadzieję powtórki. Bilety kupowane w ilościach niemal hurtowych (nie dość, że sama zawitałam do teatru kilkanaście razy, to jeszcze zabrałam ze sobą kilkanaście nowych odbiorców. Można rzec, że zaraziłam je tą muzyką, oczywiście ja i cały zespół teatru muzycznego) gwarantowały kolejną eksplozję radości. Aż do tego ostatniego wieczoru, kiedy trzeba było się z tytułem pożegnać. Pojawiła się mała nutka żalu, a łzy Mai (Esmeraldy) na finale spowodowały, że i nam zaświeciły się oczy, a głos uwiązł w gardle.
2.11.2019 r. (zdjęcie własne)
Każde spośród tych osiemnastu przedstawień było na swój sposób niepowtarzalne. Za każdym razem towarzyszyła mi obawa, czy spełnione zostaną oczekiwania. Czy tak częste uczestnictwo nie sprawi, że poczuję przesyt, że mi się znudzi lub będę zawiedziona. A potem nie było przedstawienia, po którym nie chciałabym zostać na kolejnym spektaklu, nie było takiego, którego nie kończyłoby powtórne wysłuchanie muzyki z NDDP. Spośród tych osiemnastu razy najlepiej zapamiętam trzy.
Pierwsze, na którym łzy popłynęły zaraz na uwerturze, że oto jest, spełniło się marzenie, którego nie śmiałam nawet skonkretyzować. Spektakl został wystawiony w Polsce, w dodatku w Gdyni, co sprawiło, że mogę oglądać go tak często, jak dusza zapragnie. Dziś wydaje mi się, że te osiemnaście razy to było zdecydowanie za mało. Pierwsze przedstawienie, to także to, na którym towarzysząca mi osoba popłakała się ze wzruszenia.  Owa osoba była jeszcze potem na Dzwonniku trzy razy. Lubię zarażać ludzi tą pasją, bo daje ona niezwykle dużo radości, uniesień, pozytywnych wibracji.
Drugie to przedstawienie w obsadzie marzeń (moich marzeń) – z Januszem Krucińskim w roli Quasimodo, Mają Gadzińską w roli Esmeraldy oraz Arturem Guzą w roli Frollo. Byłam na dzień przed zabiegiem i pamiętam, iż pomyślałam sobie  wtedy, że jeśli miałabym tego zabiegu nie przeżyć to spotkanie z Dzwonnikiem byłoby najwspanialszym sposobem spędzenia tego ostatniego wieczoru. 
Trzecie miało miejsce wczoraj. I choć każde z przedstawień spełniało moje oczekiwania, to wczorajsze było wyjątkowe. Nastąpiła kumulacja najpiękniejszych wykonań, przedstawienie aż buzowało od emocji, a każdy z wykonawców zaśpiewał na sto procent swoich możliwości. Zaproszeni przeze mnie goście wyszli rozemocjonowani pytając o płytę. Koniecznie chcieli usłyszeć te utwory ponownie. I bardzo żałowali, że zobaczyli przedstawienie dopiero teraz. A dwa dni później dostałam maila z informacją, że ta muzyka wciąż im gra w uszach, że ich zaczarowała.

2.11.2019 r. (zdjęcie własne)
Pisząc o przedstawieniu pisałam kilkakrotnie o wykonawcach utworów, a nie pamiętam, czy wspomniałam o tancerzach. To ci wyczyniali ze swymi ciałami na scenie ci młodzi ludzie było niesamowite; połączenie tańca, akrobacji i talentu. Już samo ich oglądania sprawiało radość. A jeśli doda się to tego świetną muzykę i fantastyczne wykonania piosenek to efekt jest powalający.
Wczoraj też po raz kolejny doceniłam w roli poety Janka Traczyka. Z przyjemnością obejrzę go w środę  warszawskiej Romie w musicalu Aida.
No i wciąż zadaję sobie pytanie, czy ten poziom emocji i ta radość, jaką dawał mi NDDP stanie się jeszcze kiedyś moim udziałem.
Jest na to duża szansa, bowiem w przyszły tygodniu czeka mnie kolejny koncert marzeń. Jak dobrze mieć marzenia i móc je spełniać. 

Jeśli udało mi się choć w malutkiej cząstce przekazać tę radość, te emocje, jakich doświadczyłam na wszystkich 18 przedstawieniach, no i przede wszystkim na tym ostatnim to byłabym ogromnie szczęśliwa. Ale to trzeba by talentu Prousta, który tak cudnie pisał o muzycznych koncertach, aby wyrazić tak dogłębnie, tak do sedna ten stan, jakiego doświadcza absolutnie szczęśliwy człowiek, kiedy wstrzymuje się oddech, aby nic nie zakłóciło przyjemności z odbioru, aby muzyka mogła oplatać nas szczelnie, aby przenikała przez każdy nerw, każde włókno, każdą cząsteczkę ciała, aby nie uronić ani kropelki

niedziela, 18 sierpnia 2019

Dajcie mi miotłę, szczotkę lub wieprza, a powiem niech to diabli wezmą …czyli Mistrz i Małgorzata

Po ośmiu latach od ostatniego czytania (tu wrażenia) powróciłam do lektury książki należącej do mojej dwudziestki ukochanych powieści.
Wydana w 2018 roku przez Wydawnictwo Muza wersja powieści tym różni się od wcześniejszych, iż w treści zaznaczono innym kolorem czcionki fragmenty usunięte przez cenzurę. Śledzenie tychże to ciekawe doświadczenie, czasami trudno zrozumieć intencję przyświecającą cenzorowi, w innym miejscu nie mamy wątpliwości, co spowodowało korektę.
Powieść składa się z trzech przeplatających się opowieści; historii spotkania piątego prokuratora Judei Piłata z głoszącym nową religię Jeszuą Ha- Nocri (wzorowanej na historii Jezusa), pobytu Szatana - Wolanda w Moskwie oraz związku Mistrza z Małgorzatą. Dwie pierwsze mają zdemaskować absurdy życia w Rosji Radzieckiej na początku XX wieku. Zewnętrzne przejawy mizerii egzystencji (problemy lokalowe, aprowizacyjne i wszechwładna szarzyzna) mieszają się z mizerią ducha (donosicielstwo, korupcja, przekupstwo, pazerność). A wszystko usankcjonowane przez komunistyczny system, sprzyjający takim zachowaniom a wręcz je premiujący.
Dziś wtrącone w powieść fragmenty dotyczące na przykład rozwiniętej siatki donosicieli oraz nagłego znikania ludzi w niewyjaśnionych okolicznościach wydają się może niewinnie brzmiące, ale były na tyle niepokojące, aby paść ofiarą cenzora.
Stuknie furtka, załomoce serce, i wyobraźcie sobie, za oknem na wysokości moich oczu czyjeś, koniecznie zabłocone, buciory. Szlifierz. Ale komu w naszym domu potrzebny jest szlifierz? Co ostrzyć? Jakie noże? (str. 190)
Chce mnie pan aresztować? Nic podobnego – zakrzyknął rudy.- Co to takiego- jeśli ktoś zaczyna rozmowę, musi się to bezwzględnie zakończyć aresztowaniem? (str. 306 początek rozmowy Małgorzaty z Azazello).
Drugiego człowieka, który zdumiewająco przypominał pierwszego, spotkali przed szóstą klatką. I znowu powtórzyła się ta sama historia. Kroki… Człowiek ów odwrócił głowę z niepokojem, spochmurniał. Kiedy zaś drzwi zamknęły się za niewidzialnymi przybyszami, zajrzał na klatkę, ale nic oczywiście tam nie zobaczył. Trzeci, wierna kopia drugiego, a co za tym idzie i pierwszego, dyżurował na podeście drugiego piętra. Palił mocne papierosy i Małgorzata mijając go, zakaszlała. Palacz niby ukłuty szpilką poderwał się z ławeczki, na której siedział, i jął się niespokojnie rozglądać, podszedł do poręczy i spojrzał w dół. (str. 338).
Czy też inny fragment o bierności i podporządkowaniu.
Hm…- powiedział z zadumą artysta- nie rozumiem, że też wam się to nie znudzi! Wszyscy ludzie, jak ludzie, spacerują sobie teraz po ulicach, rozkoszują się wiosennym słońcem i ciepłem, a wy się męczycie na podłodze w dusznej Sali! Czyżby program był aż tak interesujący? (str. 221 konferansjer w teatrze Variete do publiczności).
Obok realizmu sowieckiej rzeczywistości (momentami smutnej, a momentami przerażającej) pojawia się magia i symbolizm. Kot podróżuje tramwajem, konferansjer teatru Varietes traci głowę, aby za chwilę ją odzyskać, szanowani obywatele zmieniają nagle miejsca pobytu w niewyjaśniony sposób, Małgorzata leci nad miastem na szczotce, a towarzyszy jej Natasza na wieprzu, zwykłe mieszkanie zamienia się w salę balową na którą przybywają tajemniczy goście - to kilka przykładów, a jest ich znacznie więcej.
Co cenzora zaniepokoiło w poniższym opisie nie odgadłam.
Teraz z dołu walił tłum, szturmując niemal podest, na którym stała Małgorzata. Nagie kobiety wchodziły po schodach w towarzystwie wyfraczonych mężczyzn. Płynęły na Małgorzatę ich ciała smagłe i białe, i barwy kawowego ziarna, i całkiem czarne. W rudych, czarnych, kasztanowatych i jasnych jak len włosach w ulewie światła skrzyły się i tańczyły, sypiąc iskry, szlachetne kamienie. I – jakby ktoś pokropił tę nacierającą kolumnę mężczyzn kropelkami blasku- z ich piersi bryzgały światłem brylantowe spinki. Teraz Małgorzata co sekunda czuła na kolanie muśnięcie warg, co sekunda podawała dłoń do ucałowania, twarz jej ściągnęła się w nieruchomą powitalną maskę. (str.365 fragment opisu balu u Szatana).
Zaraz po jednym z moich ukochanych fragmentów, w którym Woland udziela rady Małgorzacie, aby nigdy nikogo i o nic nie prosiła, zwłaszcza tych, którzy są od nie potężniejsi (sami zaproponują, sami wszystko dadzą) ofiarą cenzora padła część pytania Wolanda do Małgorzaty.
Czego żąda pani za swoją nagość na balu? Na ile ocenia pani swoje kolano? Jakich strat przyczynili pani moi goście, których przed chwilą nazwała pani szubienicznikami? (str. 383)
Na koniec kolejny fragment, który padł ofiarą nożyczek cenzora dotyczący odzyskania spokoju przez Mistrza (oczywiście dzięki Małgorzacie, która nazywa się wiedźmą)
Ja się przecież niczego nie boję, Margot- odpowiedział jej nagle mistrz i podniósł głowę, i wydał jej się takim, jakim był, kiedy pisał o tym, czego nigdy nie widział, ale o czym wiedział na pewno że było - nie boję się, bo doświadczyłem już wszystkiego. Zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie. (str. 499)
Powieść jest tak bogata znaczeniowo, że nie mam najmniejszych wątpliwości, iż mogłabym przeczytać ją jeszcze kilkanaście razy i za każdym odnajdę nowy sposób jej odczytania, znajdę nowe fragmenty, zwrócę uwagę na nowe treści.
A dziś – cóż? Chętnie wskoczę na miotłę, szczotkę, czy wieprza, polecę na bal do Szatana, jeśli dzięki temu stanę się wolna i przestanę się bać. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

wtorek, 25 czerwca 2019

Na ziemi obiecanej Eric Maria Remarque

Bellona rok wyd. 2015
Na ziemi obiecanej jest ostatnią, niedokończoną powieścią Remarqe`a. Przeciwnicy autora będą podnosić, iż jako taka nie powinna zostać w ogóle wydana, sporo w niej nieścisłości, powtórzeń, styl też wymagałby dopracowania, brakuje też  zakończenia. Dla zwolenników powieść będzie stanowić ciekawe dopełnienie wcześniej powstałych. To taka kontynuacja losów bohaterów, nie koniecznie tych wcześniej poznanych, choć czytelników Łuku Tryumfalnego ucieszy możliwość powtórnego spotkania Ravica (nawet, jeśli jego postać przedstawiona została epizodycznie). Książka jest opowieścią o losach tych, którym udało się przeżyć gehennę wojny w Europie i uciec do Ameryki. Tam najpierw na wyspie Ellis Island w obozie przejściowym czekają na dostąpienie Raju.
Załamań nerwowych było tyle co zawsze. Co dziwne na Ellis Island dochodziło do nich znacznie częściej niż we francuskich obozach dla internowanych, gdy niemieckie wojska i gestapo były w odległości zaledwie kilku kilometrów. Wiązało się to prawdopodobnie z koniecznością adaptacji w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia we Francji. Było ono tak wielkie, że zapobiegało załamaniom nerwowym, natomiast tutaj, gdy ratunek zda się tak bliski- stawał znowu pod znakiem zapytania, wyczerpania jeszcze je raczej pogłębiało. (str.15).
Ludwik Sommer niemiecki uciekinier, który nazwisko wraz z profesją odziedziczył po zmarłym w obozie żydowskim przyjacielu po krótkim pobycie w obozie przejściowym trafia do Nowego Yorku. Na początek dostaje wizę na dwa miesiące i zakaz pracy. Pieniędzy ma tyle, aby wynająć na miesiąc pokój hotelowy. Wraz z nim próbują się tutaj zaczepić, zdobyć prawo pobytu, a w dalszej przyszłości obywatelstwo wygnańcy z Europy; uciekający przed Holokaustem Żydzi, rosyjscy uciekinierzy czasów rewolucji, niemieccy pacyfiści i wszelkie inne nacje. Aby nie zostać deportowanym do kolejnego obozu, albo co gorsza do ogarniętej wojną Europy są w stanie zrobić wszystko (jak Robert Hirsch, który mając za sobą moralne prawo nie cofnie się przed paskudnym szantażem). Gehenna wojennych przeżyć, wspomnienia ciągłego ukrywania się, zmiany tożsamości, więzień, tortur, obozów i pieców krematoriów nie pozwalają normalnie żyć.
Nie poznamy pełnej historii żadnego z bohaterów, są jedynie urywki, tak jakby życie pozbawione przeszłości nie miało szans także na przyszłość. Niemniej jednak bohaterowie Remarque`a są wyraziści; od obserwatora - narratora Ludwika Sommera po postacie drugiego planu; rosyjskiego emigranta Meukoffa, który uciekając przez Rewolucją zajął się prowadzeniem hotelu, zubożałą arystokratkę Contessę, żyjącą wspomnieniami młodości spędzonej na carskim dworze, Raoula bogatego homoseksualistę poszukującego miłości, Marię Fiolę modelkę żyjącą na kredyt w wypożyczonych ubraniach, biżuterii, mieszkaniu, samochodzie.
Wszyscy marzą o życiu tu i teraz, o stabilizacji, o poczuciu bezpieczeństwa, ale nie potrafią zadomowić się w nowej przestrzeni; wspomnienia są zbyt okrutne. Żyją powierzchownie, nie zapuszczają korzeni, nie wchodzą w związki, żyją od spotkania do spotkania, od jednej wódki w hotelowym bufecie do kolejnej,   od jednego interesu do następnego, który pozwoli na przeżycie następnego miesiąca.
Ludwig często w rozmowach z przyjacielem (Robertem Hirschem) mówi o pragnieniu zbudowania życia opartego na mieszczańskiej iluzji bycia szczęśliwym. Autor zadaje sobie pytanie, czy po doświadczeniach Holokaustu takie życie pod względem moralnym jest w ogóle możliwe.
Skoro życie na tej ziemi obiecanej nie przypomina w najmniejszym stopniu Raju, pozostają marzenia powrotu do swych ojczyzn. Ale, czy taki powrót jest w ogóle możliwy.
…powrót. Marzą o nim. Jako o swego rodzaju zadośćuczynieniu. Nawet jeśli się do tego nie przyznają. To ich podtrzymuje. Ale to złudzenie. W rzeczywistości sami w to nie wierzą. Mają jedynie nadzieję. A kiedy wrócą, nikt nie będzie chciał o nich słyszeć. Nawet, ci tzw. Dobrzy Niemcy. Jedni będą ich nadal jawnie nienawidzić, drudzy będą robić to skrycie, bo sami mają nieczyste sumienie. W swej dawnej ojczyźnie poczują się jeszcze bardziej wygnańcami niż tutaj, gdzie wierzą, że pewnego dnia będą mogli wrócić jako budzące szacunek ofiary. (str.211 Hirsch do Ludwika Sommera).
To, co dla niektórych jest wadą powieści; poszarpana narracja, powtórzenie, pewien chaos dla mnie jest niezamierzonym (zapewne), ale jednak atutem tej powieści. To wszystko sprawia, że losy pokolenia wygnańców stają się bardziej prawdziwe. I z jednej strony szkoda, że brak zakończenia, a z drugiej może to i lepiej, bowiem żadna z zachowanych w notatkach wersji nie jest dla mnie przekonywująca, a tym samym mogę stworzyć sobie własną.
Sporo miejsca w powieści zajmuje sztuka (malarstwo impresjonistów, brązy, porcelana, meble, dywany) dla jednych stanowią przedmiot kultu (Sommer, Black, Durant), dla innych źródło utrzymania (bracia Silver) a dla innych lokatę pieniędzy i atrybut statusu społecznego (Cooper). 
Trzeba coś kochać, w przeciwnym razie jest się martwym. Sztuka jest najbezpieczniejsza. Ona się nie zmienia, nie rozczarowuje,nie ucieknie. (str. 461 Reginald Black do Ludwika). 
I może to ona, jako jedyna pozostaje nadzieją dla tych pozbawionych przeszłości i przyszłości ludzi. W końcu, jak ma się coś, co można kochać życie nabiera sensu. 

wtorek, 11 czerwca 2019

Marc Chagall Biografia Jonathan Wilson

Sufit Opery Garnier wymalowany przez Chagalla
Zalety biografii doceniałam dopiero parę lat temu. Wcześniej ten gatunek literacki nie wzbudzał mojego zainteresowania.  Od biografii oczekuję zarówno wartości poznawczych, jak i pewnego rodzaju psychoanalizy, poza suchymi datami i zdarzeniami także własnego odczytania przyczyn tychże zdarzeń.
Biografia Marca Chagalla na pewno spełniła oczekiwania poznawcze, przy czym było to zadanie dość łatwe, ponieważ na temat malarza wiedziałam bardzo niewiele. Jedynie to, że malował dziwne obrazy lewitujących postaci o dwóch twarzach a także to, że wymalował sufit Opery Paryskiej. Nie wiedziałam, albo też umknęło z mojej pamięci, że Marc Chagall (właściwie Moisiej Szagał) był z pochodzenia rosyjskim Żydem. Ja kojarzyłam go z Francją, co nie było od rzeczy, bowiem Chagall miał także francuskie obywatelsko. Marc urodził się w Witebsku, pod koniec XIX wieku w małym żydowskim miasteczku, takim, jakie utrwalił na swych obrazach. Witebsk przypominał literacką Anatewkę ze Skrzypka na dachu. Można tu było spotkać … zwierzęta, cebulaste kopuły cerkwi, rabinów pochylonych nad Torą, kobiety z koszami, mężczyzn objuczonych bańkami z mlekiem…, a także skrzypka prowadzącego pochód weselników. (ze str. 14), można je spotkać także na jego obrazach. Jego ojciec był sprzedawcą śledzi, matka zajmowała się domem i dziewiątką dzieci. Bycie Żydem w Rosji nie było łatwe, był to czas antysemickich pogromów, a na pobyt w Petersburgu potrzebne było specjalne zezwolenie. A jednak Marc wspominał tamten okres z sentymentem a każde kolejne miejsce zamieszkania porównywał z miejsce urodzenia. Szczególną rolę w jego życiu stanowił Paryż, stolica artystycznej bohemy, miasto światła i wolności, w którym Żydzi cieszyli się równouprawnieniem. Tutaj tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej miał miejsce jego malarski debiut. Wróciwszy tutaj dziewięć lat później doznał olbrzymiego rozczarowania, kiedy okazało się, że wszystkie pozostawione w pracowni La Ruche obrazy (około stu pięćdziesięciu) znikły. Przed drugą wojną Chagall wraz z żoną i córką zamieszkał na południu Francji. Miał nadzieję, że francuskie obywatelstwo uchroni go od aresztowania. Tylko dzięki uporowi i odwadze Variana Freya z Amerykańskiego Emergency Rescue Comittee (który zajmował się ratowaniem europejskich intelektualistów) wydostał się z więzienia,  przekroczył granicę hiszpańską i wylądował w Lizbonie, skąd ekspediowano uchodźców do Ameryki. Do Francji wrócił po ponad dziesięciu latach i mieszkał tam do śmierci.                                                             Autor biografii pisze sporo o miejscach, datach i zdarzeniach. O ile poznałam życiorys malarza, o tyle zabrakło mi jego portretu psychologicznego. Postać malarza jest delikatnie zarysowana, można by rzec, że autor namalował go w sposób niezwykle delikatny, ledwie widoczny. Więcej miejsca poświęca jego obrazom, i to dzięki nim poznajemy, co mu w duszy gra. Duża zaletą książki jest to, iż Chagall nie jest jednowymiarowy. Autor pisze zarówno o jego zaletach, jak i wadach. Może tych drugich jest nawet więcej (dla przykładu; egocentryzm, romans z władzą radziecką, odmówienie pomocy Freyowi we wsparciu zbiórki na uchodźców, brak zainteresowania synem po rozstaniu z jego matką). Być może przyczyn należałoby upatrywać w ciężkiej historii Marca (historii dzielonej z tysiącami jego pobratymców), może w tym, iż padł on kiedyś ofiarą oszustwa. Zadziwia dwoistość jego postępowania; z jednej strony wierny wyznawca judaizmu, robiący wymówki córce z powodu związku z gojem, a drugiej pozostający w takim związku Marc (w dodatku ukrywający go przed światem). Biografia pióra Wilsona rozbudziła moje zainteresowanie malarzem.
I choć teraz  nie mogę powiedzieć, aby obrazy Chagalla wzbudziły mój zachwyt, to dzięki znajomości jego biografii patrzę na nie z większym zrozumieniem. Odpowiada mi się ich lekkość, ulotność, fantazja połączona z realizmem, kolory, delikatna kreska, niedopowiedzenie, romantyzm, natomiast niekiedy drażni nadmiar. Nadmiar szczegółów, detali, symboli, których znaczenia nie umiem, albo nie chcę odnaleźć. Ale jest ten nieistniejący już, a utrwalony przez malarza klimat żydowskiego sztetl i choćby za to cenię Chagalla. Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.