czwartek, 10 listopada 2011

Wiedeń w rytmie walca Straussa

Trzydniowa wycieczka do Wiednia miała miejsce jakieś dwadzieścia lat temu. Była krótka i zorganizowana przez biuro podróży. I to było jej największym mankamentem, ale lepiej zobaczyć coś nawet za cenę dyskomfortu, niż nie widzieć wcale.
Po tylu latach w pamięci pozostały zaledwie krótkie migawki.
W programie nie zabrakło dwóch najbardziej znanych kompleksów pałacowych; Hofburga i letniej rezydencji Schoenbrunn.
Pałace piękne, okazałe i bogate, zdobione ornamentami, pałace, jakich wiele przedtem i sporo potem widywałam, a z których tak naprawdę mało pozostało w pamięci, no może poza salą lustrzaną Wersalu, czy pałacem w Casercie (południowe Włochy), gdzie kręcono sceny do mojego ukochanego filmu Anioły i Demony.
Z całego kompleksu pałacowego Schoenbrunn najbardziej zapamiętałam zespół parkowy (jesienne barwy liści, równe alejki drzew), palmiarnię z dużą ilością kolorowych motyli i Glorietę, (którą nie wiem czemu wciąż nazywałam Gracjellą). Nie wiem dlaczego Schoenbrunn zwany jest letnią rezydencją Sisi. Z książki Cesarzowa Elżbieta, o której piszę tutaj, wyłania się obraz kobiety wiecznie nieobecnej w Wiedniu. Elżbieta nieznosząca dworskiej etykiety i konieczności pełnienia funkcji reprezentacyjnych, najczęściej przebywała poza Wiedniem; a to w rodzinnym Posenhofen, a to w Ischl, a to w Budapeszcie, czy Godollo.
Z samego budynku pałacowego pamiętam jedynie surowy wystrój komnat mieszkalnych i gabinetu Franciszka Józefa. Pamiętam też ogromne łoże, na którym Maria Teresa (babka Franciszka Józefa) rodziła swoje dzieci, a miała ich szesnaścioro. Chyba wszyscy wyobrażaliśmy sobie, jak między jednym monarszym poleceniem, a drugim wydaje na świat kolejne habsburskie dziecko.
Wiedeń kojarzę także z przejażdżką Ringiem, czyli okalającym miasto okazałym pierścieniem. Tak jak w Paryżu, wyburzono za czasów George Hausmanna wąskie uliczki, tak w Wiedniu za czasów Franciszka Józefa wyburzono ciasną zabudowę stolicy i powstała przestrzenna, reprezentacyjna aleja wokół historycznego centrum. W pamięci utkwił mi położony przy niej piękny Budynek Opery Wiedeńskiej, w którym odbywają się noworoczne koncerty symfoniczne transmitowane na cały świat. Ponoć bilety na udział w koncertach rezerwowane są nawet z rocznym wyprzedzeniem.
Wiedeń kojarzy mi się także z muzyką i Straussem. Co prawda nie potrafię rozróżnić, które walce są ojca, a które syna i nie dam głowy który z nich skomponował Nad pięknym, modrym Dunajem, ale lubię ich słuchać od czasu do czasu. Marzyło mi się wysłuchanie ich właśnie tutaj w stolicy walca. Niestety nie mieliśmy szczęścia. Zawitaliśmy do parku miejskiego, pod pomnik Straussa, gdzie odbywają się koncerty na powietrzu, ale tego dnia koncert miał odbyć się dopiero parę godzin później. Właściwie Wiedeń powinien kojarzyć mi się bardziej z Mozartem. Ale Mozart jest dla mnie nie przypisany do konkretnego miejsca. Jest muzykiem uniwersalnym, a nie austriackim (choć przecież urodzonym w Salsburgu).
Wiedeń to także wizyta w Katedrze Św. Szczepana (zwanej też Katedrą Św. Stefana). Jest jedną z największych gotyckich świątyń europejskich. Mnie od ponad roku kojarzy się jednak wyłącznie z urządzonym w jej wnętrzu koncertem Sary Brighman, w trakcie którego śpiewała z Chrisem Thompsonem, Fernandem Limą oraz Alessandro Safiną. A pełne pasji, energetyczne wykonanie Phanthom of the Opera (Sara and Chris) jest jednym z obrazów, jakie przechowuję pod powiekami. Tutaj fragment koncertu w Katedrze Swoją drogą koncerty w świątyniach mają szczególny urok, zupełnie inny niż koncerty słuchane w pięknych salach filharmonii, opery, teatru, czy sali widowiskowo-sportowej.
Podczas ekspresowej wycieczki po Wiedniu udało nam się także odwiedzić Prater, najstarszy park rozrywki na świecie.
Znajduje się tam ogromne wesołe miasteczko; z tunelem strachu, trasami gokartowymi, karuzelami, strzelnicami, kasynami gry, katapultami, kolejkami i innymi atrakcjami. Jest tam też ogromny Diabelski Młyn o wysokości ponad 65 metrów, z którego widać całe miasto. Czasami zastanawiam się, czy to nasze pragnienie bycia bliżej gwiazd pcha nas na wszystkie te wieże, dzwonnice, latarnie kościołów, szczyty gór i inne punkty widokowe, z których możemy spojrzeć w dół i poczuć się "wznioślej".
Moja siostra (dla której ta wycieczka była prezentem urodzinowym) bardzo chciała przejechać się kolejką górską. Poradziłam jej, aby zanim wsiądzie zobaczyła, jak wygląda taka przejażdżka. Kiedy obejrzała pędzące w szalonym tempie wagoniki, pędzące poskręcanymi w powietrzu serpentynami szyn i usłyszała wrzeszczących wewnątrz wagoników, wiszących do góry nogami pasażerów zmieniła zdanie. Odważyłyśmy się jedynie na Diabelski Młyn i to wcale nie ten najwyższy.
Jeszcze jednym bardzo ciekawym miejscem był Hunderwasserhaus. Dom zaprojektowany przez tego niemieckiego rzeźbiarza, malarza, architekta jest bardzo oryginalnym połączeniem kolorów, zieleni i nieostrych kształtów. Drzewa i krzewy rosną nie tylko na dachach i tarasach, ale i wyrastają ze ścian domu (teraz nie wydaje się to czymś zaskakującym, ale te dwadzieścia lat wcześniej robiło niesamowite wrażenie). Dom mieni się wieloma odcieniami barw, a ściany mają nieregularne kontury.
Na koniec jedno z milszych doznań; jedyna chwila wolnego czasu poświęcona na wiedeńską kawę w wiedeńskiej kawiarni.
Wiedeń - pięknie scharakteryzował mój znajomy, jest miastem, które łączy w sobie niemieckie umiłowanie porządku z południowo-europejską fantazją.
Zdjęcia; z internetu oraz dom Hunderwassera z pocztówki 1. Pomnik Straussa, 2. Glorieta, 3. Opera Wiedeńska, 4. Katedra Stefana, 5.Dom Hunderwassera (jego dzieła przywodzą mi i chyba nie tylko mi na myśl dzieła Gaudiego), 6. Wiedeńska kawiarenka (nie dam głowę, czy właśnie w tej Cafe Minoge piłyśmy kawkę po wiedeńsku, ale miała równie piękny wystrój.

15 komentarzy:

  1. Gosiu, wróciłam sponiewierana po 14 godzinach z pracy, ale muzyką Straussa postawiłaś mnie na nogi!:)
    Widzę, że przebiegłyśmy po tych samych ścieżkach. Ale to standard. Widziałyśmy cuda jak Pan Bóg przykazał, a teraz możemy zwiedzać po swojemu. Sisi mnie intryguje, jednak cena książki zabójcza. Na wszystko przyjdzie czas. Dzięki za cudne wiedeńskie wspominki:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. @książkowiec - zawsze do usług :) Odpoczywaj dzisiaj, resetuj siły, czytaj książki - nie pracuj:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam w Wiedniu wiele lat temu, także mnie spodobał się Walc wiedeński, Uwielbiam muzykę Straussa. A w szczególności Walc nad pięknym modrym Dunajem, mogłabym tego słuchać bez końca.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, że poruszyłaś wiedeński temat. Tak mało pisze się na blogach o tym pięknym mieście. Pierwszy raz też byłam na czterodniowej wycieczce z B.P. To miasto należy zwiedzać samemu, wtedy można rozkoszować się jego urodą i tak właśnie zrobiłam.
    Sara-Maria

    OdpowiedzUsuń
  5. @Wiedeń to dobry pomysł na krótki wypad (zresztą zapewne i na dłuższym byłoby co zwiedzać), tylko szkoda, że z Gdańska nie latają tam samoloty,chyba, że przez Kraków:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do samolotów, to nie wiem czy z Krakowa latają do Wiednia. Ja byłam samochodem, mam bliżej niż do Gdańska.
    Sara-Maria

    OdpowiedzUsuń
  7. @Saro-Mario - myślałam o samolocie do Krakowa z Gdańska, a potem pociąg :). Ja mam bliżej samolotem do Paryża z Gdańska niż z lotniska do domu (kilka km przez miasto)- w sensie czasowym- lot trwał 1,40, dojazd do domu 1,50 :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Gosiu, gorąco współczuję. Już wyobrażam sobie co byś zrobiła, ile napisała wpisów...w sumie, za te trzy godziny, dojazdu do i z pracy

    OdpowiedzUsuń
  9. Co zrobić - pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Też szkoda mi tego czasu, który mogłabym spożytkować inaczej, efektywniej, przyjemniej, może nie koniecznie pisząc, bo i tak mam wrażenie, że powinnam przystopować z dokonywaniem wpisów. W przedmowie do książki Kraszewskiego przeczytałam, iż takie tempo pracy nie sprzyjało wysokiemu poziomowi pisania i choć do JIK-a mi daleko, to jest w tym dużo racji, jeśli pisze się w takim tempie to siłą rzeczy wartość tej pisaniny bywa różna :(

    OdpowiedzUsuń
  10. W Wiedniu byłam w tym roku. Miasto zrobilo na mnie spore wrażenie. Szczególnie zapamiętam olbrzymią Katedrę św Szczepana.Wieczorem te miasto ma jakis taki szczególnie wyniosły i sztywny klimat (ale to może tylko moje odczucie).A jakie piekne są witryny sklepowe!

    OdpowiedzUsuń
  11. @AgaB - ja byłam na tyle dawno, że nie pamiętam witryn sklepowych. Nie miałam też szczęścia być wieczorem. Zmierzchało się, kiedy wychodziliśmy z Prateru, ale zaraz był autobus i powrót na nocleg na Słowację. Trudno zatem mi się zgodzić lub nie, co do wyniosłego, sztywnego klimatu nocnego :) Chyba zatem muszę pojechać raz jeszcze, aby to sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiedeń był jednym z punktów moich tegorocznych, wrześniowych wakacji. Miasto rzeczywiście piękne - wszystkie zabytki, o których piszesz są cudowne. To, co mi jednak mniej pasowało, to Wiedeń poza Ringiem - rozczarowałam się nim trochę. Wyobrażałam sobie inne dzielnice tak, jak w Paryżu, a niestety mają inny charakter, mniej zachęcający...

    OdpowiedzUsuń
  13. @Karolino - jak pisałam moja wycieczka była bardzo "szybka", więc siłą rzeczy nie byliśmy poza Ringiem, a jak piszesz może i dobrze. Właśnie dzisiaj czytając o Florencji myślałam sobie o tym, że dzisiejsze miasta poza historycznym centrum (tzw. starówką i paroma obiektami) w swej nowoczesnej warstwie raczej nie zachwycają. Ciekawe, czy będą wzbudzać zainteresowanie za 200-300 a może 500 lat? i co- galeria handlowa?, pudełka wieżowców, nowoczesne świątynie, które czasami trudno odróżnić od blokowisk, szklane biurowce?

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo ciekawie i zachęcająco opisane i pokazane atuty Wiednia. Niestety jeszcze nie byłem, ale po takiej lekturze zrodziła się chęć odwiedzenia tego pięknego miasta. Dziękuje i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dzięki twojemu komentarzowi przypomniałam sobie swój wpis :) Wiedeń gorąco polecam, samej sobie również.

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).