Łączna liczba wyświetleń

środa, 8 maja 2019

Majówka w Bydgoszczy z Leonem Wyczółkowskim

Biały Spichrz na Wyspie Młyńskiej

Tegoroczną majówkę spędziłam w Bydgoszczy. Ktoś zapyta, czemu akurat tam. Odpowiem, a dlaczego nie. Bydgoszcz nie oszałamia nadmiarem turystycznych atrakcji, ale też nie można się tam nudzić. Byłam w Bydgoszczy dwa miesiące wcześniej przy okazji koncertu w Filharmonii Pomorskiej:, brak czasu uniemożliwił mi wówczas spacery po mieście, dlatego postanowiłam wrócić. 
Liczyłam na  małomiasteczkowy klimat i brak tłumów. Ludzi  było sporo, co można było zaobserwować na Wyspie Młyńskiej podczas pikniku z okazji 15 lecia przystąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej, czy choćby pod knajpą Manekin, gdzie przed wejściem stała niemała kolejka oczekujących na stolik. Nie były to jednak tłumy, z jakimi spotykam się na co dzień w moim rodzimym mieście. 
Na ile zdążyłam poznać miasto  (co chyba nie jest możliwe podczas czterodniowego pobytu i mając skręconą w kostce nogę) serce miasta bije na Wyspie Młyńskiej. Jest to urokliwy zakątek.Położony pomiędzy rzeką Brdą a jej odnogą Młynówką ponad sześciu
Przechodzący przez rzekę 1.05.2004 r. wejście Polski do UE
hektarowy obszar urzeka nabrzeżami, mostkami, kaskadami, jazami (zawsze myliłam jazy ze śluzami wodnymi) i przepławką dla ryb. Mnóstwo tam zieleni, a na wyspie umiejscowione są liczne obiekty kulturalne (w tym Muzeum Leona Wyczółkowskiego, Europejskie Centrum Pieniądza, dawny dom młynarza mieszczący centrum informacyjne, umiejscowione w Białym Spichrzu zbiory archeologiczne oraz mieszcząca się w Czerwonym Spichrzu galeria sztuki współczesnej).
Większość spichrzy posiada szachulcową konstrukcję, co nadaje im niepowtarzalnego charakteru. Wokół rzeki zlokalizowane są liczne knajpki, kawiarenki, winiarnie. Żałuję, iż nie miałam okazji, aby posiedzieć tam wieczorem, kiedy światełka latarni i neonów odbijają się w wodach rzeki czy kanału. Przystań wodna (zespół obiektów sportowo-turystycznych) umożliwia wypożyczenie sprzętu pływającego i odbycia rejsu po rzece, dla mniej odważnych (niewysportowanych) pozostaje tramwaj wodny. 
Na rekreacyjnej łące na wyspie odbywają się okolicznościowe koncerty, których akustyką mogą zachwycać się, bądź ją przeklinać mieszkańcy okolicznych domostw i hoteli. Na wyspie znajduje się też plac zabaw dla dzieci. Można powiedzieć, że każdy znajdzie coś dla siebie.  
Widok na Bydgoską Farę oraz jazy
Jazy
 Ponieważ tym razem nie podróżowałam sama, a wycieczka była prezentem urodzinowym dla towarzysza podróży musiałam trasę spacerów uzgadniać. Było jednak takie miejsce,  którego odwiedzenie wymogłam na moim towarzyszu podróży. Był to Dom Leona Wyczółkowskiego oddział Muzeum Okręgowego. Dawniej mieścił się tam obiekt mieszkalny dla członków zarządu znajdujących się w pobliżu Młynów Rothera. Budynek powstał na przełomie XIX i XX wieku. Od 1975 r. jest w użytkowaniu Muzeum Okręgowego. Pierwotnie wystawiane były tam inne zbiory, obecnie prezentowana jest stała ekspozycja twórczości Leona Wyczółkowskiego. Do tej pory miałam okazję podziwiać obrazy tego twórcy w muzeach Krakowa i Warszawy. Były to bardziej znane dzieła malarza, jednak w niewielkiej ilości. Dopiero bydgoskie zbiory pozwalają docenić jego wielostronność. Na wystawie znajdują się przykłady zarówno prac malarskich, litografii, rysunku, kamieniorytu,  jak i narzędzia pracy i pamiątki osobiste. 
Dom Wyczółkowskiego Mennicza 7
To niewielkie, składające się z pięciu pomieszczeń wystawowych muzeum zawiera sporą kolekcję dzieł artysty. Wyczółkowski uczył się zarówno u Wojciecha Gersona (realisty), jak i u Jana Matejki. Sporo podróżował i miał okazję oglądać obrazy Moneta na paryskich wystawach. Początkowo pozostawał pod wpływem malarstwa realistycznego, aby potem zwrócić się w kierunki impresjonizmu. Pierwsza sala niebieska - to sala portretowa. Przez długi czas żył z wykonywania portretów na zamówienia. Sporą część życia spędził na Ukrainie, gdzie powstały obrazy o tematyce chłopskiej i pejzażowej. Byłam ciekawa dlaczego to właśnie Bydgoszcz posiada tak duże zbiory tego malarza. Otóż Wyczółkowski często przebywał w Bydgoszczy po otrzymaniu (w podziękowaniu za przekazanie części prac Muzeum Wielkopolskiemu) dworku w Gościeradzu pod Bydgoszczą. Jeszcze za życia podarował pierwsze prace Muzeum Miejskiemu.  Zbiory te powiększyły się znacznie po śmierci artysty, kiedy żona malarza zgodnie z jego ostatnią wolą przekazała miastu liczne prace męża, szkicownik oraz pamiątki osobiste.        
Podsumowując - wycieczka była niezwykle udana. Dobry hotel, pyszne jedzonko, miłe towarzystwo. Gorzej z pogodą, tej miasto nie gwarantuje w pakiecie. Podczas czterech majowych dni mieliśmy pogodę zmienną, z przewagą wietrznej.
Salon niebieski portretowy

Portret Wandy Kossuth
Salon zielony (tu także przewaga portretów, ale i pejzaże i fragmenty architektury
Na pierwszym planie Widok na Floriańską, powyżej Portal wawelski
Kolejna sala- pamiątek po artyście- tutaj znajduje się Wnętrze pracowni artysty w Gościeradzu
Portret żony i prawdopodobnie dworek w Gościeradzu
Sala litografii, kamieniorytu i rysunku
Z ostatniej salki z przewagą pejzaży Cerkiew w Tatarowie 

wtorek, 7 maja 2019

Nienachalna z urody Maria Czubaszek


Cenię satyryczne teksty pani Czubaszek, lubiłam słuchać jej trafnych puent, a blog niecodzienny był jednym z pierwszych, do których zaglądałam systematycznie, czasami odważywszy się nawet skomentować.
Nie rozumiem co nie zagrało. Podczas lektury Nienachalnej z urody poczułam się nieco rozczarowana. Cenię odwagę i szczerość, a tych pani Marii nie można odmówić, nie byłam więc zszokowana jej wyznaniami dotyczącymi czy to aborcji, czy operacji plastycznych. Poglądy mam zbliżone do prezentowanych przez autorkę, choć nie popieram aborcji na życzenie. Doceniam też skromność osoby,  która wiele razy podkreślała przeciętność swoich tekstów. A jednak lektura książki wywołała we mnie mieszane uczucia. Może powodem był fakt, iż talent satyryczny nie przełożył się na talent literacki. Nie można tego jednak zarzucić autorce, gdyż sama przyznała:
Do pisania głupot, jakie tworzę, nie jest potrzebne natchnienie, tylko motywacja. A tą motywacją u mnie są dwa albo trzy niezapłacone rachunki leżące obok komputera.
Tworzenie dla pieniędzy to żaden wstyd, większą nieufność wzbudziłby we mnie autor, który pisałby dla idei. Nie mniej odniosłam wrażenie, iż autorce zabrakło pomysłu na książkę, jak sama przyznaje, wolałaby, aby zrobił to Artur Andrus, jej ulubieniec, jedyny człowiek, którego byłaby w stanie zaadoptować. Nienachalna z urody to rodzaj wywiadu z samą sobą, w którym autorka opowiada o wszystkim i o niczym. Głównie o tym, co lubi i czego nie lubi, przy czym tego drugiego jest zdecydowanie więcej. Nie lubi kobiet, bo mało inteligentne, rodziny, bo to zobowiązania, dzieci, bo nie nadaje się na matkę, nie lubi życia towarzyskiego, bo ją nudzi, a także gotowania i sprzątania, romantyzmu, instytucji małżeństwa, Krakowa, swojej pracy, świąt i podróżowania. Nie lubi też pewnych osób z życia politycznego i artystycznego naszego kraju. Co zatem lubi; papierosy, parówki i psy, no i kilku panów, Woody Allena, Artura Andrusa i Wojciecha Karolaka.
Ponadto między wierszami udaje mi się czasami znaleźć coś jeszcze, co pani Maria lubi - to był element naszej pracy. Fajny. Przy wódce toczyło się mniej i bardziej poważne rozmowy. Powstawały ciekawe pomysły, a do tego świetnie się bawiliśmy. (Str. 108).  Albo też to, o czym marzyła: Żałuję, że nie urodziłam się bogata, bo najchętniej pławiłabym się w tym bogactwie: paliła papierosy, piła campari i miała wokół siebie zwierzęta, na które przeznaczałabym prawie wszystkie swoje pieniądze. Resztę wydałabym na Karolaka i inne drobne przyjemności. (Str.123).
Zawsze marzyłam, żeby mało pracować, za to dużo zarabiać i szybko umrzeć. A jeśli miałabym żyć dłużej, to żebym na starość mogła grać w pokera (str. 124).
W sumie to marzenie wielu z nas. Niewielu się przyzna publicznie do tego, że nie lubi swojej pracy i najchętniej cały swój czas poświęciłby na to, co sprawia mu przyjemność.
Książkę pisze kobieta dojrzała, która mając świadomość przemijania nie lubi robić planów, ani wspominać, można odnieść wrażenie, iż na niczym jej nie zależy, bo i tak niedługo odejdzie. Zastanawiałam się, nawet, czy to nie przewrotność autorki obliczona na wywołanie reakcji czytelników. A może jest w tym i jedno i drugie; zarówno chęć wywołania pewnego fermentu wśród czytelników, jak i szczerość.
Wiele prezentowanych przez autorkę poglądów jest mi bliska, jestem nawet w stanie przyznać jej rację, iż teksty które zawsze mnie śmieszyły wcale śmieszne nie były, jedynie wykonujący je aktorzy nadawali im humorystyczny smaczek. Przemawiałby za tym fakt, iż kiedy czytam fragmenty jej tekstów publikowanych w książce to mam w uszach głos Ireny Kwiatkowskiej, Wojtka Pokory, Jerzego Dobrowolskiego, Barbary Wrzesińskiej.
Ze mną jest jak z Leninem i radziecką partią z wiersza Majakowskiego- mówimy Lenin- w domyśle – partia. Mówisz Czubaszek- słyszysz głos Ireny Kwiatkowskiej. Bo to przede wszystkim za jej sprawą zaistniałam w świadomości słuchaczy jako autorka słuchowisk radiowych. Nie dlatego, że napisałam mistrzowski tekst, ale wyłącznie dzięki jej mistrzowskiej interpretacji mojego raczej przeciętnego tekstu. (str. 98).
A może moje rozczarowanie wywołał wpis dotyczący prowadzenia bloga, który odebrałam, jako brak szacunku do swoich czytelników.
A kiedy kończyłam wpis na bloga, to go wysyłałam do redakcji i starałam się o nim zapomnieć. Nawet nie próbowałam wejść na stronę i zobaczyć komentarze pod nim. (str. 112).
W książce znajdują się fragmenty tekstów satyrycznych pani Marii i te moim zdaniem są najlepszą jej częścią.
Być może na moją ocenę zaważył fakt niepogodzenia się z traktowaniem życia, jak czegoś bez znaczenia i bez sensu. Nie ważne co było wczoraj i nie ważne, co będzie jutro, ważne jest tylko to co jest dziś mawiała Maria Czubaszek. 
A ja pozwolę sobie się z tym twierdzeniem nie zgodzić. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.