Bardzo lubię prozę Józefa Hena, natomiast twórczości Macieja nie miałam okazji poznać. Często śmiejemy się ze znajomymi próbując określać panów seniorem i juniorem, przy czym junior ma lat ponad siedemdziesiąt. Tratwa z pomarańczami to taka wspomnieniowa książka dotycząca najwcześniejszego okresu życia pisarza.
Lata dzieciństwa i wczesnej młodości autora nie do końca pokrywają się z moimi (jednak te osiem lat różnicy to nie tak wiele, aby nasze wspomnienia były skrajnie różne). Zawsze z ciekawością czyta się o zdarzeniach znanych, z jeszcze większą, o tych których nie doświadczyło się samemu. Momentami jednak można dziękować opatrzności, iż nie doświadczyło się tego, co było udziałem autora - ostracyzmu (w tym przypadku wynikającego z żydowskiego pochodzenia). Takie książki mają tę cechę, iż wywołują falę wspomnień na temat własnych zapamiętanych fragmentów zdarzeń, przedmiotów, które miały dla nas znaczenie, potraw, których smaku nie zapomnieliśmy, czy psot, których się dopuściliśmy, a także dawno zapomnianych krewnych majaczących w pamięci.
„Jednak głównym celem naszych wycieczek wzdłuż Dąbrowskiego były Delikatesy na rogu alei Niepodległości, których nazwę tata objaśniał mi wciąż na nowo, za każdym razem przywołując przedwojenne powiedzonko: „mydło, powidło i inne delikatesy”. Kiedy się tam wchodziło, natychmiast uderzał w nozdrza przyjemny aromat kawy mielonej na miejscu w wielkim elektrycznym młynku z przezroczystym kielichem pełnym ziaren osuwających się z wolna w głąb mechanizmu. Stawaliśmy w kolejce po różne frykasy; krojoną w plastry faszerowaną gęś, cukierki kukułki, kilka plasterków salami albo wędzonego łososia, a czasem parę deko chleba świętojańskiego, który nie był żadnym chlebem, tylko garścią suchych strąków śliwkowego koloru, z brunatnymi fasolkami w środku, dającymi się gryźć i mających słodkawy smak. Raz kiedy byłem z tatą w Delikatesach, jemu aż oczy zabłysły na widok wystawionych tego dnia konserw z ukośnym napisem Karp na czerwonym tle. Tata kupił kilka puszek i zaraz po przyjściu do domu bez słowa jedną z nich otworzył, zawartość przeniósł delikatnie na talerzyk, z chytrą miną postawił przed mamą- i czekał na jej reakcję. …. Nawet dobre-orzekła po chwili, na co tata rozpromienił się triumfalnie” (str. 50-51)
Tu jednak, albo odmienność miejsc zamieszkania, albo owe osiem lat różnicy sprawiło, iż ze wspominanych wiktuałów znałam w okresie dzieciństwa jedynie kukułki. Faszerowanej gęsi nie jadłam nigdy, salami poznałam dopiero w latach osiemdziesiątych w czasie wycieczki na Węgry, wędzony czy świeży łosoś zaczął bywać u nas jeszcze później, mimo, iż mieszkaliśmy całe życie na wybrzeżu, a o chlebie świętojańskim w takiej wersji, jak opisuje go autor słyszę po raz pierwszy. Konserwy rybne bywały, ale w postaci szprotek, makreli bądź śledzi w sosie pomidorowym czy oleju.
Na początku autor zastanawia się co było najstarszym z jego wspomnień. „szczerze mówiąc, nie mam co do tego całkowitej pewności, bo kiedy usiłuję sobie coś przypomnieć z tego najwcześniejszego dzieciństwa, majaczą mi przed powiekami tylko jakieś ciemne, niewyraźne kształty. A wtedy wyobraźnia sprytnie podsuwa zapach gotowanego przez mamę krupniku z mięsem z kury, fasolą i suszonymi grzybami albo dobiegające gdzieś z drugiego pokoju trajkotanie mojej starszej siostry Madzi i stukot taty maszyny do pisania.” (str. 9).
Kiedy myślę o swoim najwcześniejszym wspomnieniu pamięć podsuwa mi taki obraz, jest sobota, dzień pastowania podłogi, dywan zwinięty leży na stole, rodzice na klęczkach szorują podłogę, a ja siedzę cichutko pod stołem i oglądam film. Cichutko, aby rodzice się nie zorientowali, bo być może nie pozwolili by mi go obejrzeć. Były dwa rodzaje filmów, których nie wolno mi było oglądać (te z przemocą i te z golizną. I chyba do dziś został mi jakiś awers co do tego rodzaju scen, zwłaszcza w teatrze ich nie lubię). Film opowiadał o dziadku i wnuczku, którzy w wyniku wypadku autobusu trafiają na Sąd Ostateczny, a tam oglądają na ekranie swoje złe uczynki, Trzeba osądzić, kto trafi do piekła, a kto do nieba. Sprawdziłam, iż film nazywał się Piekło i niebo i powstał w roku 1966. Miałam wówczas trzy lata, ale chyba oglądałam go ze dwa, może trzy lata później. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To, że chłopczyk sądzony był za zjedzenie kiełbasy w piątek i za to miał zostać ukarany (czy został nie jestem pewna, bo o wiele ważniejsze było dla mnie to, że tak błahe przewinienie było w ogóle rozpatrywane na sądzie ostatecznym. Było to tak niesprawiedliwe, a ja film utożsamiłam z religią, która każe niewinne dzieci za takie głupstwo. Swoją drogą, czy dziś ktoś jeszcze przestrzega postu w piątki - nie wiem, nie mam w swoim otoczeniu gorliwych katolików. Czy to jest jeszcze naruszeniem kościelnych reguł? Rodzice nieświadomi wpływu telewizji na ich pierworodną nieletnią córeczkę w najlepsze froterowali podłogę filcowymi szmatami pod stopami. Zapach pasty do podłogi tak mi się wówczas podobał, ponieważ kojarzył się z poczuciem bezpieczeństwa, z domem, sobotą – dniem, w którym tata był w domu. A w filmie grała cała plejada wspaniałych aktorów. Swoją drogą chętnie bym go dziś obejrzała.
Maciej nie był narażony na wpływ telewizji na światopogląd, bowiem tata nie wyraził zgody na zakup telewizora. W domu za to było dużo prasy i to obcojęzycznej, mieli zatem szersze pole widzenia i ojciec i syn, jak troszkę dorósł. W domu (jak to w domu pisarza) było sporo książek, a młody Maciek sięgał po literaturę nie zawsze adekwatną do swojego wieku. Zanim jeszcze poszedł do szkoły czytał Szekspira Sen nocy letniej czy Wesołe kumoszki z Windsoru. Ja zaś kiedy nauczyłam się czytać przeżywałam katusze w związku z czytaniem na czas (wprowadzono taki eksperyment, kiedy byłam bodajże w drugiej klasie- liczono ile słów przeczyta dziecko w ciągu trzech minut. Pamiętam traumę wynikającą z tego, że wzorowa uczennica nagle dostała tróję za zbyt wolne czytanie. A moją lekturą były wówczas Na jagody, czy Bajka o sierotce Marysi. Płynnie czytać zaczęłam w okolicy trzeciej klasy podstawówki, a za Szekspira zabrałam się dopiero w ósmej klasie.
Autor pisze o tajnym znaczeniu pierwszej litery drugiego imienia członków rodziny. Dla mnie przez wiele lat takim tajnym znakiem była liczba czterdzieści i cztery. Wówczas wszyscy moi koledzy i koleżanki doskonale wiedzieli, co oznacza owo czterdzieści i cztery, była w tym jakaś magia, poczucie jedności niedostępnej tym, którzy nie znali znaczenia liczby. Coś co nas wyróżniało, wiara w martyrologię, jako naznaczenie wybranych. Dziś niewiarygodne, jak niewiele osób z niższym ode mnie peselem wie, co oznacza liczba 40 i 4
W kulturze kamuflażu, którą przesiąkli moi rodzice, taka jedna literka M czy S wystarczała dla zaspokojenia potrzeby zachowania pamięci. Po swoim pierwszym ślubie postanowiłem urzędowo potwierdzić to, że wszyscy znają mnie, jako Maćka, ale chcąc jednak zachować sobie tego Mariana jako drugie imię, bez zastanowienia pozbyłem się dotychczasowego drugiego – Ryszard- które wydawało mi się zupełnie nieistotnym dodatkiem. I okazało się, że sprawiłem tym przykrość tacie, który dowiedziawszy się o zmianie już po fakcie, zdradził mi, że ten Ryszard miał upamiętnić jego ojca, Rubina. (str. 103). Swoją drogę – czy ktoś dziś używa drugiego imienia, pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu podawało się w urzędowych dokumentach, dziś coraz rzadziej. Mam co prawda drugie imię w dowodzie, ale już w rozliczeniach podatkowych ich brak. A pamiętam jak mocno zastanawiałam się nad trzecim imieniem przyjmowanym podczas bierzmowania. Wtedy było dla mnie istotne, a dziś gdyby nie było imieniem mojej siostry nie pamiętałabym go wcale.
Wiele podobieństw we wspomnieniach i jedna zasadnicza różnica - pochodzenie, które u pana Macieja determinowało wiele, znosić musiał wiele nieprzyjemności, a jako chłopak wiele razy obrywał od chłopców, którzy tak wówczas, jak i dziś uważali (uważają) się za prawdziwych patriotów.
Dobrze się to czytało i miło przy okazji wspominało własne doświadczenia z czasów dzieciństwa. Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

Bardzo poruszający i jednocześnie ciepły wpis. Lubię takie czytanie „w lustrze” – książka jako pretekst do własnych wspomnień, zapachów, obrazów z dzieciństwa. Te detale: pasta do podłogi, sobota, telewizor oglądany spod stołu… od razu uruchamiają też moje własne migawki z pamięci.
OdpowiedzUsuńŚwietnie pokazujesz, jak blisko mogą się spotkać doświadczenia z różnych domów i czasów, a jednocześnie jak bardzo pochodzenie potrafiło (i potrafi) zmieniać wszystko. „Tratwa z pomarańczami” brzmi jak książka, która zostaje z czytelnikiem na dłużej – nie tylko przez treść, ale przez to, co w nim samym porusza. Bardzo lubię takie refleksyjne, osobiste recenzje 📚
Obawiam się, że może jest tu za mało Hena a za dużo guciamal :) ale moja przestrzeń więc korzystam. Tym bardziej, że w przypadku takiej lektury wspomnieniowej własne doświadczenia pojawiają się błyskawicznie. Co przeczytałam kawałek a już mi się otwierała jakaś klapka w główce i już pojawiały się własne wspomnienia. Dlatego ta książka ma dwojaką zaletę, raz pozwala poznać dzieciństwo autora i dom rodzinny pisarzy (bardzo lubię pana Hena seniora- tzn jego pisanie), a dwa uruchamia wspomnienia (czasami zapomniane i odległe). No i trzy (okazuje się, że do trzech nie umiem zliczyć :) jest napisana prostym językiem, bez udziwnień bez popisywania się stylistyką czy słownictwem.
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze wyważona dawka wspomnień Hena i Twoich. Wspomnienia z dzieciństwa, któż ich nie ma, bywa iż ze względu na te same czasy mieliśmy podobne przeżycia. Ja we wczesnym dzieciństwie nie wiedziałam co to delikatesy, bo najbliższe były w Białymstoku, a dojazd do miasta był utrudniony. Pamiętam zapach i niepowtarzalny smak chałwy, którą tata kupował co miesiąc po wypłacie, a mama dzieliła ją na cieniutkie plasterki aby starczyło na dłużej. Ech, wspomnienia, wspomnienia...
UsuńBardziej się ceniło to co było, bo było rzadkim rarytasem. To jak szynka na święta, której na co dzień się nie jadało, więc smakowała odświętnie. Dziś możemy ją jadać codziennie w kilkunastu wariantach i jakoś- ja przynajmniej rzadko ją kupuję, bo straciła dla mnie smak (może się przejadła). Chałwa - tak, nie jadło się jej ja by dziś można na kilogramy tylko po kawałeczku. A pamiętam jakim rarytasem były czekolady, które tata dostawał jako marynarz wypływający w morze, a potem przywoził do domu od razu kilka sztuk, a mnie się oczy świeciły, że czeka nas takie święto.
OdpowiedzUsuńAch ta magia 40 i 4 - kiedy w pracy powiedziałam klientowi że ma szukać tego kogo chciał w pokoju 40 i 4 popatrzył na zdziwiony, musiałam dodać ze to 44 a on był w moim wieku a może nawet starszy. Ciekawe czy dzisiaj młodzi wiedzą co to znaczy. A z dzieciństwa w kwestii podłogowej pamiętam poprawianie frędzelków przy dywanie palcami jak grabkami😂A po Szekspira sięgnęłam dopiero w ogólniaku bo w podstawówce nauczyłam się na pamięć W pustyni i w puszczy a potem utonęłam w starożytności wszelakiej łącznie z Żywotami sławnych mężów Plutarcha - dziś zapytałabym czemu nikt nie pisał o sławnych Rzymiankach, ot człowiek wydoroślał. A za Józefa Hena Mój przyjaciel król dziękuję Ci bardzo, coś z tego trafiło do moich Klejnotów.
OdpowiedzUsuńCzasy mamy takie, jak nieraz wspominasz, iż trzeba będzie schodzić do podziemia z nauczaniem dzieci i młodzieży, bo to tego uczy szkoła woła często o pomstę do nieba. Choć akurat kanon lektur szkolnych zawsze budził spore kontrowersje, bo jeszcze się taki nie urodził co by wszystkim dogodził. Ja akurat mimo niekompatybilności z poezją, jej kompletnym niezrozumieniem bardzo lubiłam zawsze Adasia i jego wiersze, a poematy mają tak wiele wspólnego z poezją. Kiedy byłam ostatnio (nie tak dawno na Dziadach) byłam zaskoczona, jak wiele strof pamiętam, może nie powiedziałabym ich z pamięci, ale mówione były mi bardzo bliskie, a przecież nie oglądam tak często Dziadów (może dwa, może trzy razy w życiu), a jednak to gdzieś się zapisało bo widocznie to do mnie trafiało. Romantyzm- tę fazę zauroczenia chyba każdy z nas kiedyś przechodził.
OdpowiedzUsuńA co do Mój przyjaciel król wydawało mi się, iż wyrażałaś się o nim dość krytycznie, a jednak skorzystałaś z niego :) super (będę miała swój wkład w książkę:)
Mam dość podobne wspomnienia z dzieciństwa, wszak pesel zbliżony. Słowo delikatesy znałem, ale tych wymienionych w książce już nie, jedyny frykas to owe kukułki. Pomarańcze były tylko na święta i wydzielane po kawałeczku, by starczyło na dłużej. Mieliśmy czarno - biały telewizor i jedyny program, który mogłem oglądać oprócz dobranocek i tych dla dzieci był teatr Kobra. Podłogi też się pastowało i ten charakterystyczny zapach pamiętam do dziś. U mnie dzieciństwo bardziej kojarzy mi się z babcią niż rodzicami pracującymi na zmiany. Natomiast czas spędzany w towarzystwie kolegów na podwórku i inwencja w tworzeniu różnych zabaw i psikusów to wspomnienie bezcenne. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńJa pamiętam, że prawdziwe delikatesy, takie co to miały mieć towar luksusowy- bo tak u mnie się to tłumaczyło, mydło i powidło mówiło się raczej o sklepikach wiejskich, gdzie i sznurek i masło i zapałki- wszystkiego po trochę i raczej towar drugiego gatunku. Pomarańcze zdecydowanie tylko na święta się pojawiały i wtedy pachniało w całym mieszkaniu. Teraz nie pachną, albo ja węch straciłam. Telewizor czarno- biały z jednym kanałem. Jakie to było wydarzenie, jak się pojawił program drugi. Kobra- i dreszcz podniecenia i ten wąż w okularach zawijający się - chyba mogłam oglądać, bo chyba te kobry były bardziej intelektualne, niż krwawe, więc nie dotyczył ich zakaz związany z brutalnością. Zabawy z koleżankami i kolegami (Beatą rok starszą i Krzysiem rok młodszym) - największa frajda (w chowanego, w gumę, w sekrety, zgadywani i nieco później gra w noża (jak to się czasy zmieniły, dziś byśmy się bali, że nie dość, że sobie coś zrobi dziecko, to jeszcze może koleżance zrobić krzywdę), gra w palanta i parę innych. Fikołki na trzepaku i jazda na łyżwach na kanale (zamarzniętej Motławie- a dziś robię wymówki mamie, jak mogła mnie puścić na zamarzniętą rzekę, bo ani sama bym nie weszła, ani dziecka nie puściła. Tak, jak robienia fikołków na trzepaku bym nie pochwalała. Zbyt duża wyobraźnia i doświadczenie. Mama też mówi miałam dwadzieścia parę lat, to głupia byłam, więc pozwalałam. :)
UsuńJózef Hen nie jest mi obcy, czytałam chyba trzy jego książki, ale o Macieju Henie jeszcze nie słyszałam. Najbardziej zaciekawiło mnie to, że w ich domu nie było telewizji, i to nie z biedy, lecz z wyboru. Czy ta książka jest pogodna, czy raczej smutna?
OdpowiedzUsuńKsiążka zdecydowanie pogodna. To nie jest jakieś rozpamiętywanie, jaki ja biedny byłem, bo mi kilka razy chłopcy przywalili z liścia tylko dlatego, że byłem innego pochodzenia. Nie po prostu opisuje rzeczowo, było tak, jak było i starali się to przeczekać, bo bardzo nie chcieli opuszczać kraju.
UsuńJa też podziwiam, że pan Hen nie uległ modzie i nie zakupił telewizora. Dziś często świadomie podejmujemy decyzję o nieoglądaniu telewizji, tak jak niektórzy o nie korzystaniu z internetu (choć tak całkiem to się nie da, bo on jest dziś wszędzie. Słuchałam jakiegoś wywiadu z panem Englertem, który mówił, iż nie korzysta, bo nie chce być ogłupiany. Choć dziś nawet trudno uwierzyć czy to co mówi ktoś i co znajduje się w internecie (a nawet telewizji) czy to autentyczna wypowiedź, zmanipulowana, czy AI.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńLubię takie wspominkowe książki, które pobudzają do własnych wspomnień. Podobnie jak Ty pamiętam wiele rzeczy z wczesnego dzieciństwa, chociaż chyba sięgam głębiej, bo do czasów, kiedy miałam około dwóch lat a nawet wcześniej. Nikt mi nie chciał wierzyć do czasu, kiedy zaczęłam mówić o pewnych zdarzeniach, moja mama miała wtedy oczy jak spodki, zaczęła mnie przepytywać i była w szoku, kiedy okazało się, że faktycznie pamiętam różne szczegóły. Jako dziecko posiadałam pamięć fotograficzną, a te wspomnienia to było coś w rodzaju żywych obrazów. Niestety, kiedy miałam niecałe pięć lat poważnie zachorowałam, i przez kilka dni byłam nieprzytomna. Cudem z tego wyszłam, ale po chorobie moja pamięć przestała być nadzwyczajna, chociaż nadal jest wybitnie wzrokowa. Zaczęłam czytać jeszcze przed pójściem do szkoły, jednak moja mama położyła temu kres, żebym się nie nudziła, kiedy zacznę naukę, więc chowała przede mną książki i gazety. W drugiej klasie czytałam wszystko dla samego czytania, poza książkami ze szkolnej biblioteki był Przekrój, powieści Sienkiewicza i podręczniki ojca. Co z tego zrozumiałam to Bóg jeden wie, ale niektóre rzeczy nadal pamiętam. Co do kulinariów - pamiętam zapach sklepów z czasów dzieciństwa, Delikatesów a zwłaszcza sklepu typu "mydło i powidło" niedaleko domu babci. Pachniało tam świeżym chlebem, śledziami z beczki, landrynkami i drewnem, bo domek był drewniakiem.
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że za bardzo się rozpisałam, ale pomału wracam do normalności, co mnie cieszy, bo minione dwa tygodnie są niczym czarna dziura bez dna. Jutro wrócę do Twoich starszych wpisów, z wiadomych powodów zacznę od tego o Florencji. Widzę że Twoja praca przy blogu chyba dobiegła końca, gratuluję, wykonałaś ogrom pracy i masz teraz piękne archiwum (wiem, bo przejrzałam). Serdecznie pozdrawiam!
Elu bardzo się cieszę że wracasz do normalności, właśnie miałam zajrzeć, czy pojawiło się coś u Ciebie, a tu odwiedziny u mnie. Podziwiam twoją pamięć, bo u mnie, ani krótka ani długa pamięć nie są aż tak dobre. Między innymi po to piszę, aby ją sobie odświeżać. Z tego co piszesz czytałaś tak jak ja uczę się języka na duolingo - tak schematycznie, czasem robię ćwiczenia i robię dobrze, choć nie rozumiem co czytam. No chyba już nigdy się nie nauczę żadnego języka porządnie. Próbowałam różnych metod, a prawda jest taka, że jestem antytalent lingwistyczny i do tego leń, ale z duolingo nie rezygnuję, bo wychodzę z założenia, że nawet, jeśli zapamiętam tylko niewielką część słówek to i tak będzie z korzyścią dla mojej pamięci. Śledzie z beczki- jejku uwielbiam śledziki, a landrynki takie różnokolorowe- ale to była radość tutka landrynek (rożek z gazety i kolorowe słodkości. A chleb- mieliśmy niedaleko domu (i istnieje do dziś) fantastyczna piekarnia, gdzie ludzie dzisiaj przychodzą skoro świt i po godzinie nie ma już chleba i bułek, bo państwo właściciele piekarze nie nadążają piec i za mało mają piecy na większą ilość, a ludzie jak się dowiedzieli przyjeżdżają nawet z dalszej okolicy. Pamiętam, jak wspaniale pachniał i smakował ich chleb i bułki - szwedki się nazywały. Dziś to są jakieś takie dmuchane buły.
OdpowiedzUsuńJa też lubię czytać wspomnienia, szczególnie, gdy opisane pięknym literackim stylem. Naturalnie, że przypominamy sobie swoje dzieciństwo i młodość spędzone w siermiężnym biednym kraju. Ale przecież mieliśmy swoje radości i piękne chwile. U mnie w domu nigdy nie jadłam chałwy, ale miałam przyjaciółkę której ojciec mieszkał w USA 👏👍 ona mnie zapraszała do siebie, gdy przychodziły paczki. Co to była za uczta, jak w filmie. W ogóle u niej było tak elegancko w domu. Czasami dawała mi też coś z odzieży. Dlatego Ameryka jawiła się jako raj. Szkoda, że przez parę miesięcy straciła swoje historyczne znaczenie.
OdpowiedzUsuńNa pewno sięgnę do tej książki.
To, że było biednie, jakoś mi nie przeszkadzało, gorzej, że byliśmy tacy stłamszeni, zniewoleni i większość społeczeństwa nie zdawała sobie z tego sprawy, albo nawet nie chciała, bo tak było wygodniej i łatwiej. Ameryka i w ogóle zachód jawił się nam rajem, pamiętam paczki wysyłane przez brat babci z Anglii, kiedy cała rodzina była obdzielana belami materiału, pachnącym mydełkiem i broszkami z jablonexu. Jejku, jak mi się podobała taka intensywnie fioletowa broszka, kolorowy kamyk a nudził przedmiot pożądania :) Wujek z Anglii- cała rodzina marzyła, że kiedyś zaprosi do siebie. Ale tylko mój tata odważył się z nim spotkać, kiedy pływał w PLO (nie wiem, czy nie musiał się z tego tłumaczyć, bo przecież każdy Polak za granicą miał swój ogon (ale to już chyba były czasy odwilży i nieco większej swobody). A Ameryka, której kiedyś zazdrościliśmy, dziś możemy im współczuć, choć sami sobie wybrali, tyle, że w przypadku mocarstwa, to wybrali nie tylko sobie, ale i po trosze całemu światu. Ale to wredna polityka, a wspomnienia są piękne, bo odsyłają do czasów dzieciństwa i młodości, kiedy nieco inaczej się patrzy na świat.
OdpowiedzUsuń