Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monte Bianco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monte Bianco. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 kwietnia 2025

Byłam na szczycie Europy- Mont Blanc czy Monte Bianco


Zamieszczając zdjęcia na portalu społecznościowym napisałam o masywie górskim Monte Bianco nie spodziewając się, iż może to wywołać konsternację, czym owo Monte Bianco jest. Bardziej rozpowszechnioną nazwą jest u nas Mont Blanc - najwyższy szczyt Europy. Niektórzy podają, że najwyższy jest Elbrus położony na granicy pomiędzy Rosją a Gruzją. Z uwagi na spory dotyczące przebiegu granicy Euroazji Elbrus raz bywa zaliczany do szczytów Europejskich, innym zaś razem do szczytów Azjatyckich. A jest wysoki, liczy sobie ponad pięć i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Przepraszam, że nie będę podawała wysokości z dokładnością co do metra, bowiem są to jak dla mnie i tak niebotycznie wysokie szczyty. Tak, jak Europa z Azją spierają się o Elbrus tak Francuzi i Włosi spierają się o to do kogo należy Mont Blanc, czy Monte Bianco. Granica przebiega poprzez masyw górski i wg Włochów leży on na  terenie ich państwa, a wg Francuzów na ich terenie. Ponoć Komisja Europejska zaproponowała, aby uznać, iż masyw znajduje się na terenie Unii Europejskiej. I to byłoby może najlepsze rozwiązanie, które zakończyłoby spory i dyskusje o kawałek góry. Trzeba dodać majestatycznej i pięknej.

Moim marzeniem nigdy była nigdy wspinaczka i zdobywanie szczytów, jednak kiedy trafiła się okazja wjazdu na punkt widokowy na Mont Blanc grzechem byłoby nie skorzystać. Sprawdzić, na własnej skórze, jak to będzie zostać posągiem człowieka na posągu świata (górnolotnie, jak Kordian), czy może jak to będzie kiedy niebo ma się niemal na wyciągnięcie ręki, a całą Europę pod stopami. Spojrzeć na wszystko z góry, oderwać się od przyziemności, od tego, co ciągnie do ziemi.
W czasach Kordiana człowiek mimo rozterek duchowych mógł poczuć się przez chwilę wolny, dzisiaj kiedy na szczycie co chwila rozlega się dźwięk dzwonka telefonu trudniej o dystans. Tak, jest zasięg, wręcz znakomity. Niestety, bo cisza przynależna temu miejscu bywa zakłócana. Ale z drugiej strony trudno wymagać od człowieka, istoty ułomnej, aby nagle zespolił się z naturą i oddał wyłącznie byciu tu i teraz. Niektórym się to udało.
Taka okazja oderwania się od tego co ziemskie, możliwość spojrzenia z góry na ogrom natury oraz własną kruchość i skończoność nie trafia się często. To trochę, jak z tym lasem, co to przetrwa nas (przy czym las niekoniecznie nas przetrwa, ale góry na pewno). Jedynie pewne i niezmienne.
Kiedy myślę o górach na myśl przychodzi mi piosenka śpiewana przez miedzianowłosego Anioła Piwnicy pod baranami Dorotę Ślężak Tylko góry. 
Manifest o niezmienności, trwałości i pięknie zaśpiewany tak, że ja wstrzymuję oddech i przenoszę się do jakiejś arkadyjskiej krainy szczęśliwości, w której nie ma miejsca na nasze codzienne dramaty.
Co mnie uderzyło poza majestatem to była niezwykła biel skrząca się w promieniach słońca. Miałam ogromne szczęście, iż w dniu, w którym znalazłam się na punkcie widokowym było ciepło, słonecznie i doskonała widoczność. Byłam tam na początku kwietnia, zapewne o innej porze roku byłoby zielono i pięknie inaczej. Teraz było przede wszystkim biało. Biel zawsze daje odczucie czystości. Nie zbrukane ludzką stopą masy śnieżne niczym świąteczny obrus przykrywały zbocza. Przepraszam za to nazbyt metaforyczne porównanie.
Owe metr trzydzieści  wyżej, a wg niektórych robi różnicę
Chyba żadne słowa, a przynajmniej słowa amatora nie oddadzą uroku chwili. Mogę jedynie podzielić się zdjęciami - niedoskonałymi, a jednak mam nadzieję, że choć po trosze oddającymi urok tego miejsca. 
Warto było wjechać na punkt widokowy (nie jest to szczyt masywu, bowiem punkt znajduje się na wysokości 3466 metrów plus metr trzydzieści :) piszę tym razem z dokładnością do trzydziestu centymetrów, bowiem na najwyżej położonym miejscu platformy widokowej ustawiono 1,3 metrową mniejszą platformę, która rozbudza wyobraźnię turystów. Niektórzy uważają, że dopiero postawienie stopy na owej platformie sprawia, iż „zdobyli” szczyt, a wspięcie się po kilku schodkach stanowi wg nich nie lada wysiłek. 

Rzeczywiście na takiej wysokości zdarzają się zawroty głowy, a człowiek może się poczuć jak pijany, im wyżej jesteś tym ciężej się oddycha, dlatego nie poleca się wjazdu sercowcom i osobom cierpiącym na problemy z zachowaniem równowagi. Ja zaryzykowałam i … przeżyłam.
Po wjeździe na pierwszy przystanek, czyli mniej więcej w połowie drogi chełpliwie powiedziałam do wujostwa, iż nie rozumiem tych wszystkich gadek o trudnościach związanych z wjazdem na szczyt. Zaczęłam się podnosić od stołu, aby odnieść filiżankę po kawie do baru i szybciej niż się podniosłam usiadłam z powrotem na krzesełku, bowiem nieco mnie zarzuciło. Od tej pory spokorniałam i zaprzestałam wykonywanie gwałtownych ruchów. Zrozumiałam, jacy malutcy jesteśmy wobec ogromu gór, a jednocześnie jacy niezłomni, skoro potrafiliśmy je oswoić. I tylko należy mieć nadzieję, iż wjazdy nie staną się w najbliższym czasie tak powszechne jak na przykład wycieczki na morskie wybrzeże. Bo z bieli Monte Bianco pozostanie jedynie nazwa.