Łączna liczba wyświetleń

sobota, 10 listopada 2012

Anioły i demony Dan Brown


Sonia Draga 2009, 560 stron

Ci, którzy czasami zaglądają na ten blog znają moją słabość do autora. Z powodów, o których pisałam między innymi tutaj czytanie jego książek jest dla mnie doskonałą formą rozrywki. Nie przepadam za powieściami tego typu; kryminał, thriller, sensacja, ale książki Browna to dla mnie coś więcej niż tylko sensacja (i to nie sensacja w sensie chęci wywołania skandalu). Dzięki lekturze Kodu i Aniołów odwiedziny w Rzymie i Paryżu zyskały dodatkowe wrażenia. Książki tego autora odbieram także przez pryzmat odniesień do dzieł sztuki i artystów, którzy w jego powieściach grają niepoślednią rolę. Nie zamierzam nikogo przekonywać, że książki Dana Browna są wybitne czy genialne, bo nie są. Ale, jakie to ma znaczenie. Z założenia tego typu książki mają dostarczać zabawy. Na darmo szukać by w nich ciekawych postaci czy pogłębionych studiów psychologicznych.  

Mnie poza odniesieniami w kierunku historii i sztuki zachwyca intrygująca fabuła, szybkie tempo, niespodziewane zwroty akcji. Jest w niej to, co w książce sensacyjnej niezbędne; budowanie napięcia, przerywanie w najciekawszym miejscu akcji, aby za chwilę zacząć kolejny wątek, który z takim samym żalem trzeba będzie zaraz pożegnać, odkrywanie nowych kart i już zaraz zacieranie śladów. Lektura wciągnęła mnie bez reszty. A ukończenie jej czytania na Placu Świętego Piotra było jednym z przyjemniejszych doznań w trakcie wycieczki do Rzymu trzy lata temu. Zapewne na odbiór książki wpłynął też fakt, iż po raz pierwszy usłyszałam o niej od przewodniczki podczas wycieczki po Włoszech w zamku w Casercie (zdjęcie fragmentu schodów z posągiem lwa z Caserty powyżej), w którym kręcono część watykańskich scen filmu. Tak więc wszelkie okoliczności towarzyszące sprzyjały lekturze. 


Obok Ołtarz Berniniego w Bazylice Św. Piotra - widok z kopuły. I nie przeszkadza mi wcale, że po kilku książkach Browna lektura staje się coraz bardziej przewidywalna, że nieprawdopodobieństwa gonią nieprawdopodobieństwa (szczytem nagromadzenia absurdów jest Zaginiony symbol), a najmniej podejrzany okazuje się najbardziej winnym. I nie szukam w książkach Browna prawd objawionych, nie doszukuję się drugiego dna, nie zachwycam głębią przemyśleń. A już na pewno nie traktuję książki, jako ataku na kościół, wiarę, uczucia religijne. Jak już pisałam w poście na temat Kodu da Vinci; słabą byłaby wiara, gdyby wyznawcy Chrystusa wzięli fikcję za coś więcej niż tylko fikcja, np. za próbę ataku na kościół, tylko dlatego, że negatywnym bohaterem uczynił Brown jednego z duchownych, czy to że w jego książce kościół zataja prawdę. Czasami (zależy w odniesieniu do jakich faktów) jest to moim zdaniem słuszna decyzja, nie wszyscy gotowi są na poznanie prawdy. To, że włoska policja oraz światowe media nie poczytały książki Browna za atak na butę i nieudolność pierwszych oraz brak moralności i zasad drugich tylko dobrze o nich świadczy.     
Obok occullus w Panteonie 
Ale, o czym są Anioły i demony?
Kiedy w Rzymie odbywa się konklawe po śmierci postępowego i cieszącego się sympatią Papieża i w tajemniczy sposób zostają uprowadzeni czterej preferiti (cieszący się największym poparciem do Piotrowego tronu kardynałowie) w CERN-ie (ośrodku naukowo-badawczym w Genewie) zostaje zamordowany katolicki ksiądz i naukowiec ojciec Vetra prowadzący badania nad możliwością naukowego wyjaśnienia przyczyn powstania wszechświata, przyczyn, które byłyby zgodne z biblijną wersją genezis. Jednocześnie z instytutu ginie pojemnik z antymaterią (cząsteczki o ładunku przeciwnym do cząsteczek materii, których zetknięcie z materią powoduje promieniowanie elektromagnetyczne). Jego niewłaściwe przechowywanie może spowodować wybuch o potężnej sile rażenia. Dziwne symbole na ciele zmarłego sprowadzają do CERN-u znanego profesora symbolistę Roberta Langdona, który odkrywa powiązania pomiędzy sprawcą zbrodni a dawno nieistniejącym bractwem iluminatów. 

Obok Santa Maria del Popolo późnym wieczorem Okazuje się, iż morderca Vetry ukrył niebezpieczny pojemnik gdzieś na terenie Watykanu, aby w ten sposób wypełnić starodawną przepowiednię iluminatów i zemścić się na kościele za liczne prześladowania, jakich ofiarami padło wielu światłych ludzi. Według profesora Langdona odkrycie, dzięki ukrytych w dziełach sztuki znakach, ścieżki oświecenia mogłoby doprowadzić do złapania mordercy, uratowania preferiti i zapobieżenia tragedii. I jak to często w tego typu powieściach bywa Langdon i pomagająca mu adoptowana córka Vetry mają na to zadanie jedynie parę godzin, w trakcie których przemierzają Rzym wzdłuż i wszerz docierając do jego najpiękniejszych i najbardziej sekretnych zakątków; od pomieszczeń gwardii szwajcarskiej, gabinetu papieża, biblioteki watykańskiej, Panteonu, kościoła Santa Maria del Popolo, Piazza san Pietro, kościoła Santa Maria Della Victoria, Piazza Navona poprzez most aniołów do Castel Saint Angelo, Passeto aż do pomieszczeń pałacu watykańskiego.

Kim są anioły? Gdyby patrzeć na to dosłownie anioły to dzieła sztuki Gian Lorenzo Berniniego, które stanowią wyznaczniki na ścieżce oświecenia i doprowadzają profesora do odkrycia zagadki. Anioł z kaplicy Chiggich (Habakup i anioł), anioł z kaplicy powstałej na zamówienie kardynała Cornaro (Ekstaza Św. Teresy) Anioł Pokoju z fontanny Czterech Rzek (zdjęcie fontanny obok), archanioł z Zamku Anioła.

Gdyby spojrzeć szerzej anioły to pierwiastek dobra, demony to pierwiastek zła, które tkwią w bohaterach powieści niezależnie od ich światopoglądów. Ale nie doszukiwałabym się tu głębszych treści. Wszak to tylko zabawa.

No i inspiracja do poszukiwań. Podróżniczych i edukacyjnych.
Lubię tropić małe i większe niezgodności. Przede wszystkim zadziwiło mnie usytuowanie Kościoła Santa Maria Della Victoria przy Piazza Bernini, kiedy naprawdę znajduje się on w zupełnie innej części Rzymu, usytuowanie czterech filarów na ścieżce oświecenia w kwadracie, czy na planie krzyża, de facto nie tworzą one kwadratu i nie znajdują się się na planie krzyża, przypisanie autorstwa strojów szwajcarskich gwardzistów Michałowi Aniołowi (jakkolwiek dwie pierwsze niezgodności były wymogiem fabuły, dla tej trzeciej trudno mi znaleźć uzasadnienie). Dziwną wydaje się reakcja profesora, który odkrywa swój błąd i spod Panteonu kieruje poszukiwania do Kościoła Santa Maria del Popolo, wówczas na potwierdzenie prawidłowości wyboru wskazuje znajdujący się przed świątynią obelisk. Tymczasem przed Panteonem również znajduje się obelisk, natomiast brak obelisku przed kościołem Santa Maria della Victoria - miejscu zamordowania trzeciej ofiary. Zgodnie z XVI wiecznym wierszem znacznikami na ścieżce oświecenia miały być anioły, które krzyżem cię prowadzą. Drugim znacznikiem na ścieżce jest płaskorzeźba znajdująca się na Placu Św. Piotra, na którym wiatr zachodni wskazuje kierunek kolejnego znaku, czyli nie anioł. Preferiti mieli zostać złożeni na ołtarzach nauki, czyli w czterech kościołach, tymczasem ostatni znacznik i miejsce zbrodni to fontanna Czterech rzek na Piazza Navona. W końcu historyczne nieścisłości – Galileusz, którego Brown postawił na czele iluminatów żył na przełomie XVI i XVII wieku, datowana jako początek wojny pomiędzy iluminatami a kościołem La purga miała mieć miejsce w  1668 roku, natomiast bractwa iluminatów powstały dopiero w XVIII wieku. To tylko kilka nieścisłości, które udało mi się  wyłapać. Trudno jest mi odnieść się do kwestii naukowych związanych z postępem prac nad antymaterią.

Natomiast niekwestionowanym odkryciem związanym z lekturą jest Bernini i jego twórczość (obok kolumnada Berniniego na placu Św. Piotra- czyż nie jest wspaniała?). Od chwili lektury udało mi się obejrzeć wiele z jego dzieł, a sama postać genialnego rzeźbiarza wzbudziła spore zainteresowanie.No i wzbogaciła się troszkę moja wiedza na temat watykańskich obrzędów i ceremoniału.

Na podstawie książki powstał film, który dość znacznie różni się od książki, wyjątkowo -moim zdaniem- na korzyść filmu. Książka bowiem zawiera takie nagromadzenie nieprawdopodobieństw (choć Zaginiony Symbol ma ich jeszcze więcej), że może i śmieszyć i denerwować niektórych czytelników. Film pomija zupełnie wątek sprzedajności mediów oraz wyjaśnienia, kim był ojciec kamerlinga.

Wpis w ramach wyzwania anielskiego oraz książki z półki.

środa, 7 listopada 2012

Podróż Bena Doris Lessing


Wydawnictwo państwowy Instytut Wydawniczy, rok 2007, ilość stron 176 
Przypomniały mi się komentarze, jakie pojawiły się pod recenzją Piątego dziecka Doris Lessing. Komentarze bardzo zróżnicowane; od zachwytów, po zarzut w stosunku do autorki o manipulację oraz zasugerowanie, iż czytanie tej książki to strata czasu. Natura ludzka jest jednak przewrotna i jak ktoś w sposób tak zdecydowany odradza to działa to wprost odwrotnie. To chyba jeden z pierwszych grzechów władz kościelnych – umieszczenie książki albo filmu na indeksie jest najlepszą reklamą dla tychże książek, czy filmów. I często rzecz zupełnie miernej wartości dzięki takiej reklamie zyskuje tak ogromne audytorium, o jakim nawet by nie śmiał marzyć twórca. Mnie jednak tym razem do przeczytania kontynuacji powieści przekonały maniaczytania i Książki z mojej półki. I nie żałuję, że przeczytałam.

Przyznam, że bez tej kontynuacji mój odbiór Piątego dziecka był zupełnie inny. To trochę, jak dochodzenie, w którym na jaw wychodzą nowe fakty. Piąte dziecko opisywało zdarzenia poprzedzające pojawienie się na świecie Bena, kolejnego dziecka, w idealnej, szczęśliwej rodzinie. Niestety po czwórce zdrowych i wspaniałych dzieci na świat przyszedł odmieniec, ni to człowiek, ni to zwierzę. Ben niezwykle silny i dziki zachowywał się, jak człowiek pierwotny, a w domu narastała atmosfera grozy i koszmaru, ginęły zwierzaki a młodsze rodzeństwo było narażone na niebezpieczeństwo ze strony brata.

Podróż Bena opowiada dzieje chłopca po ucieczce (wygnaniu?) z domu rodzinnego. Pozostawiony bez opieki rodziny Ben tuła się w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Osiemnastolatek o wyglądzie trzydziestolatka, ciele yeti i umyśle dziecka na każdym kroku zostaje wykorzystywany przez tzw. „normalnych - cywilizowanych” ludzi, jako szef gangu młodocianych przestępców, robotnik budowlany, pracownik sezonowy, przemytnik narkotyków, niedoszły aktor oraz ofiara medycznych eksperymentów. Ben, który w pierwszej części został przedstawiony, jako odrażający potworek, w części drugiej wzbudza litość i empatię. Zaczynamy coraz bardziej oburzać się na tzw. normalność, która pozwala na nieludzkie traktowanie drugiego człowieka, bo przecież Ben, mimo całej swej pierwotności i zwierzęcości jest człowiekiem. Coraz bardziej nieludzkie wydaje się postępowanie rodziców, którzy porzucili trudne dziecko. Jeśli czytając cześć pierwszą można było odnieść wrażenie, że rodzice byli w sytuacji bez wyjścia, pozostawieni sami sobie, znikąd pomocy, lekarze rozkładali ręce, jedynym wyjściem okazywał się ośrodek zamknięty przypominający bardziej poczekalnię, niż zakład opiekuńczy, to w drugiej części widzimy, że do Bena można dotrzeć, trzeba wykazać tylko trochę chęci i cierpliwości (a docierają doń osoby, które jak się wydaje nie mają do tego specjalnego przygotowania; starsza pani Binggs, prostytutka Rita, Teresa).
Lessing w tej niewielkiej książeczce pokazuje, jak bardzo boimy się odmienności, jak powierzchownie oceniamy ludzi, jak bywamy okrutni, czyli  ujawnia prawdę o współczesnym świecie.
Książka podobnie, jak Piąte dziecko jest napisana na chłodno, z dystansem. Nie ocenia, nie krytykuje, nie daje odpowiedzi, ale stawia pytania. Nie ma tu już (jak w części pierwszej) obalania mitu rodziny idealnej, jest natomiast nasz stosunek do inności, odmienności, do tego, kto nie spełnia pewnych ustalonych norm. Książka powoduje refleksje, jak ja bym się zachowała, gdyby na mojej drodze stanął taki Ben.
Czytając o Benie, jego odmienności przychodził mi na myśl Quasimodo Wiktora Hugo. Też porzucili go rodzice, jego inność także była wykorzystywana przez wszystkich łącznie z jego opiekunem i jego prześladowało fatum.
Moim zdaniem w tej krótkiej formie autorka przekazała wiele treści bez moralizatorstwa, bez oskarżania kogokolwiek, a wyłącznie stawiając trudne pytania.
Ja nie poczułam się zmanipulowana, a jeśli nawet taki był zamysł autorki to nie ze mną te numery pani Lessing.

Moja ocena książki 4/6

niedziela, 4 listopada 2012

Dowód Teatru Polonia w Gdańsku


Kilka już razy dałam na tym blogu wyraz swojemu rozczarowaniu spowodowanemu kondycją gdańskiego (a może nie tylko gdańskiego?) teatru. Jako osoba już nie młoda, mam szczęście (choć może to raczej nieszczęście - patrząc na moje oczekiwania) pamiętać złote lata Teatru Wybrzeże. Były to lata, w których grano spektakle, a nie eksperymentowano, w których dbano o słowo, treść i o widza. Dzisiejszy teatr niebezpiecznie przesuwa się w kierunku popkultury, masowości, komercyjności.

I oto dowiaduję się, że w Gdańsku powstaje pierwszy prywatny teatr impresaryjny. Prywatny teatr impresaryjny – to dopiero kojarzy się z komercją. Skoro prywatny – to musi na siebie zarobić, a skoro musi zarobić to musi przyciągnąć masowo (masowego?) widza, a skoro musi przyciągnąć to najlepiej czymś dostosowanym do poziomu intelektualnego widza zamożnego, bo w prywatnym teatrze bilety przecież nie są tanie. Czyli np. komedyjka w stylu May Day, albo Goło i wesoło.  
Tymczasem właściciel na pierwsze przedstawienie wybiera dramat amerykańskiego pisarza Dawida Auburn w znakomitej obsadzie aktorów Teatru Polonia Krystyny Jandy.

Idę, jak w dym i przyznaję, że idę na aktorów, a nie na sztukę, której ani autor, ani tytuł kompletnie nic mi nie mówią.

Idę też z obawami, pamiętam bowiem występy wielkich aktorów na prowincji (dla stołecznych aktorów Gdańsk był prowincją), którzy przyjeżdżali tu sobie pochałturzyć (pominę nazwiska milczeniem) i idę też z nadzieję, bo może wreszcie coś się ruszy, bo może Gdańsk dostanie swoją drugą szansę, a może i Teatr Wybrzeże czując na plecach oddech konkurencji zmieni swoją politykę.

Nowy Teatr mieści się w świetnym punkcie, bo z jednej strony blisko największych punktów komunikacyjnych, niemal w samym centrum miasta, w budynku NOT-u, w którym znajduje się także restauracja (częsta bolączka teatrów to brak zaplecza gastronomicznego), choć z drugiej strony mieści się w pobliżu tzw. „wielkiej dziury wstydu”. Przed budynkiem od paru już lat znajdują się wielkie wykopy, otoczone oklejonym plakatami drewnianym płotem, w okolicy znajduje się sypialnia dla bezdomnych, a w bezpośrednim sąsiedztwie sklep Biedronka.

Po widowni nie spodziewałam się wiele dobrego, pamiętam ją z czasów występów z lat osiemdziesiątych (głównie kabaretowych, ale nie tylko). Tymczasem nie jest źle, krzesła ustawiono kaskadowo, więc nie ma problemu z widocznością, sala sprawia dość kameralne wrażenie, akustyka jest niezła. Siedziałam w szóstym rzędzie, który jest o jakiś metr wyżej nad rzędami wcześniejszymi i miałam wrażenie, że scenę mam na wyciągnięcie ręki.  Dodatkowo przed spektaklem oraz w antrakcie widzowie zostali poczęstowani napojami (w tym wyskokowymi) oraz muzyką na żywo z fortepianu.

Dowód opowiada historię rodziny matematycznych geniuszy, w której pragmatyzm miesza się z naukowym szaleństwem. Na scenie widzimy taras wiejskiego amerykańskiego domku oraz fragment salonu. Tutaj rozgrywa się akcja sztuki. Catherine (Maria Seweryn) decyduje się zrezygnować ze studiów, aby zamieszkać z chorym ojcem Robertem (Andrzej Seweryn). Genialny profesor matematyki cierpi na poważną chorobę psychiczną i wymaga stałej opieki. Clare druga z córek profesora (Joanna Trzepiecińska) pojawia się dopiero po śmierci profesora i roztacza przed siostrą wizję szczęśliwego i spokojnego życia u boku jej i jej przyszłego męża. Chce zabrać ze sobą siostrę i zapewnić jej opiekę, gdyż podejrzewa u niej początki choroby psychicznej. W domku profesora pojawia się także od czasu do czasu jego były student Hal Dobbs (Paweł Ciołkosz), początkowo przychodzi do profesora, a po jego śmierci, porządkuje jego papiery w poszukiwaniu dowodu, nad którego odkryciem pracował profesor przez ostanie lata. Hal zdobywa zaufanie Catherine i otrzymuje od niej ów poszukiwany dowód. I nagle pojawia się wątpliwość, kto jest autorem dowodu; ojciec, czy córka, która odziedziczyła matematyczny geniusz.

Sztuka pokazuje trudne relacje między apodyktycznym ojcem a poświęcającą swoje ambicje dla opieki na nim córką. Pokazuje też, jak genialny umysł, który potrafi osiągać tak wiele nie jest w stanie dać szczęścia ani jego właścicielowi ani jego bliskim. Pokazuje opłakane skutki obłędu, który niszczy życie najbliższych; córki, która podjęła się bezpośredniej opieki nad ojcem i córki która podjęła się trudu sfinansowania tej opieki.

Nie da się ukryć, że większość osób przyszła na spektakl ze względu na pana Andrzeja Seweryna. Dowód jest pierwszą sztuką, w jakiej wystąpił w Polsce po 28 latach nieobecności w kraju, po latach grania w paryskiej Comedie Francaise. Aktor, który do tej pory grał wyłącznie w repertuarze klasycznym, grając pierwszoplanowe role, wystąpił tu w roli współczesnej i to roli niewielkiej. W pierwszym akcie pan Seweryn występuje zaledwie w jednej scenie, a potem już tylko przemyka się przez scenę. Częściej pojawia się w drugim akcie, ale i tam nie przyćmiewa pozostałych wykonawców, oddając im pole do popisu. Dyskretnie usuwa się w cień. Moim zdaniem jego rolą było przyciągnięcie widowni i to zadanie spełnił wyśmienicie, sala była zapełniona do ostatniego krzesełka. Andrzej Seweryn był tutaj partnerem dla swej córki (i dwójki pozostałych aktorów), jego gra, niezła, ale trochę statyczna i trochę na uboczu pozwalała wykazać się córce. Maria Seweryn pokazała w tej sztuce całe bogactwo swoich możliwości. Podobnie, jak jej mama (Krystyna Janda) gra żywiołowo, w sposób, który ja nazywam rozemocjonowanym, rozedrganym. Przynajmniej tak grała w Dowodzie. Nie miałam okazji oglądać jej w innych przedstawieniach. Ten sposób gry bardzo dobrze pasował do postaci Catherine; genialnej matematyczki, która poświęciła kilka lat życia na to, aby nie oddać ojca do zakładu, która sama zaczyna popadać w obłęd, kiedy jej zaufanie zostało zawiedzione. Bardzo podobała mi się także postać zagrana przez panią Joannę Trzepiecińską. Tę aktorkę oglądałam już w Warszawskiej Romie w roli Agnieszki Osieckiej w przedstawieniu Zabawki pana Boga i byłam jej grą zafascynowana. I tym razem pani Joanna udowodniła, że jest dobrą aktorką. Grała tę z pozoru nieczułą córkę, bardziej pragmatyczną, rzeczową, a jednak grała w sposób, który bronił postać Clare przed takim właśnie zaszufladkowaniem. No i jeszcze trzeba wspomnieć o bardzo dobrze zagranej postaci Hala przez (przyznaję) zupełnie mi nieznanego aktora. Jego gra nie przypominała gry, był bardzo naturalny, trochę naiwny, trochę podstępny, trochę szczery, trochę obłudny, taki co to raz wzbudzał naszą sympatię, aby za chwilę budzić zdziwienie. Spektakl mi się podobał głównie z powodu gry aktorów, nie mam zastrzeżeń do scenografii; prostota sprawdza się najlepiej. Sama sztuka nie jest może zła, ale mam zastrzeżenie do potraktowania jej w sposób nieco tragikomiczny (przez dodanie pewnych zachowań wymuszających wybuchy śmiechu na widowni). Myślę, że przez to mogło umknąć jej główne przesłanie (granice poświęcenia, dziedziczenie szaleństwa, samotność geniusza, zaufania i braku zaufania w miłości). Ale to oczywiście moja opinia.

Mnie sprawiło dużą przyjemność obejrzenie tak dobrze grającej czwórki aktorów. Natomiast bardzo chętnie obejrzałabym coś bardziej teatralnego w nowym teatrze w Gdańsku, z którym nie ukrywam wiążę duże nadzieje.
Moja nieprofesjonalna ocena gry aktorskiej 5,5/6, całości 4,5/6
Zdjęcia pochodzą z internetu- zakaz fotografowania podczas przedstawienia, a sam moment ukłonów był tak szybki, że nie zdążyłam wyciągnąć aparatu, chcąc wcześniej dać brawa aktorom. 
Znowu jakieś problemy techniczne :(

sobota, 3 listopada 2012

Trucizna królewska Maurice Druon


Trucizna królewska to trzecia pozycja w historycznej serii Królowie przeklęci Maurice Druon. Po Królu z żelaza opisującym rządy Filipa IV Pięknego i sfingowany proces templariuszy i Zamordowanej Królowej, historii tragicznego końca Małgorzaty Burgundzkiej, niewiernej małżonki Ludwika X, zwanego Kłótnikiem poznajemy okoliczności zawarcia małżeństwa Ludwika z Klemencją Węgierską, jego wpływu na władcę oraz kulisy jego śmierci.

Mamy rok 1315, Klemencja opuszcza rodzinny Neapol i udaje się w długą i niebezpieczną podróż morską, aby poślubić króla Francji. Klemencja ma już dwadzieścia dwa lata, jest w wieku, w którym niezamężne panny kieruje się do klasztoru, tak więc propozycja małżeństwa jest dla niej niczym gwiazdka z nieba. Nie tylko wyjdzie za mąż, będzie miała dzieci, ale i zostanie królową Francji. Jest panną pobożną i cnotliwą, jednak myśl o planowanym małżeństwie niezmiernie ją raduje. Może za bardzo uległa radości- to pytanie zadaje sobie Klemencja, kiedy los zaczyna się od niej odwracać. Najpierw orszak morski przyszłej królowej nawiedza burza i sztorm, w którym ginie cała ślubna wyprawa, a uczestnicy cudem uchodzą z życiem.
Potem Ludwik X, człowiek chwiejnego charakteru, nie mający żadnej z cech dobrego władcy; ani ambicji, ani siły, ani odpowiedzialności, który swą słabość tuszował napadami gniewu, zapragnął wsławić się walecznymi czynami, aby w glorii chwały poprowadzić swą przyszłą żonę do ołtarza. Rusza na wyprawę przeciwko zbuntowanym Flamandom. Brak przygotowania i ulewne deszcze sprawiają, że kampania z wojennej przekształca się w błotną. Jedynym wyjściem z sytuacji okazuje się odwrót. Zubożały skarbiec królewski nie pozwala na wystawną oprawę zaślubin i wszystko odbywa się dość skromnie.

Małżeństwo jednak okazuje się być szczęśliwym; uległość i cnotliwość Klemencji łagodzi napady gniewu Kłótnika i staje się on w jej rękach miękki, niczym wosk. Pod wpływem perswazji żony udaje się na pielgrzymkę w intencji poczęcia dziedzica, rozdaje królewskie dobra, darowuje wyroki. Może, gdyby Klemencja wykazała większe aspiracje polityczne historia potoczyłaby się inaczej. Jednak jej dążenia obejmują wyłącznie troskę o danie Francji potomka oraz zbawienie duszy męża (dowiedziawszy się o jego udziale w pozbyciu się pierwszej żony). Niestety brak cech przywódczych i chwiejność charakteru króla sprawiają, że ulega on coraz to nowym podszeptom pochlebców. Jednym z nich jest Robert Artois, którego mieliśmy okazję poznać już w pierwszym tomie opowieści. Robert Artois od lat walczy ze swą krewną Mahaut Artois o odzyskanie majątku. Kiedy hrabia Artois uzyskuje korzystny dla siebie wyrok monarchy nakazujący opuszczenie przez ciotkę majątku los króla zostaje tym samym przesądzony.


W trzecim tomie Królów przeklętych poznajemy też dalsze losy Guccia Tolomei i jego narzeczonej Marii Cressay.

O zaletach powieści Druona pisałam już opisując tomy pierwszy i drugi serii. Powtórzę więc jeszcze raz, autor udowadnia, że o historii można pisać ciekawie i bez zanudzania czytelnika nadmiarem dat, postaci i zdarzeń, przekazując to co najważniejsze. Książkę można czytać w oderwaniu od dwóch poprzednich tomów, jednak ze względu na zazębianie się historii doradzałabym chronologię. Książka opisuje przeszłość, ale opisy ludzkich namiętności, od wieków niezmienne przypominają doskonale nam znane mechanizmy rządzenia. Wszystko to, co nieodmiennie łączy się z polityką; żąda władzy, żądza pieniądza, wygórowane ambicje, zakłamanie, niedotrzymywanie słowa, układy, koterie, nadużycia, spiski. Nihil novi. Książki Druona polecam nie tylko tym, którzy lubią historię. Ponieważ rzecz dzieje się w średniowieczu nie brakuje w książkach Druona scen troszkę bardziej drastycznych, jednak te najbardziej „krwawe” (bazując na doświadczeniu trzech tomów) zawarte były w tomie pierwszym. Książka jest rzetelnie przygotowana z notą historyczną, drzewem genealogicznym, przypisami. Zainteresował mnie zwłaszcza przypis dotyczący hospicjów, które początkowo pełniły nieco inną rolę, niż dzisiaj. Były ośrodkami opieki i lecznictwa nad chorymi a także nad niedołężnymi. Często ich fundatorami były prywatne osoby; jedno z takich hospicjów ufundowała Mahaut Artois.

No i podobnie, jak przy lekturze poprzednich tomów już nie mogę się doczekać lektury kolejnego tomu, co oznacza, iż zaraz złożę zamówienie na tom IV serii.
Tradycyjnie też napiszę, że okładka woła o pomstę do nieba.

Moja ocena – 4/6

Książkę zaliczam do wyzwania Trójka E-Pik u Sardegny oraz Francuska kawiarenka literacka.


 Zdjęcia: 1. Okładka książki, 2. Klemencja, 3. Ludwik X Kłótnik (zdjęcia ściągnięte z internetu)

piątek, 2 listopada 2012

Skrzypek na dachu -musical


Wspaniała muzyka Jerrego Bocka, libretto Josefa Steina oraz piękne teksty piosenek Sheldona Harnicka to wynik muzycznej adaptacji opowiadań „Dziejów Tewje Mleczarza” Szolema Alejchema na broadwayowskiej scenie. Premiera musicalu miała miejsce w 1964 roku. Na podstawie musicalu w 1971 r. nakręcono fantastyczny film w reż. Normana Jewisona.
Skrzypek na dachu był jednym z pierwszych musicali, jakie oglądałam. Być może to właśnie od niego zaczęła się moja miłość do tego gatunku muzycznej sztuki. Tamto pierwsze przedstawienie oglądane w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku na deskach Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni,  obejrzane potem jeszcze kilkakrotnie wywarło na mnie duże wrażenie. Niemal tak duże, jak filmowa ekranizacja książki ukraińskiego pisarza o żydowskich korzeniach.

Jest rok 1905, w małej wiosce Anatewka na terenie carskiej Rosji obok rdzennej rosyjskiej społeczności usiłuje egzystować społeczność żydowska. Obie nacje starają się nie wchodzić sobie w drogę, do czasu… 
Tewje mleczarz zmaga się z życiem, z ledwością wiąże koniec z końcem, ma na utrzymaniu żonę i pięć córek, które trzeba wydać za mąż, do tego okulał mu koń. A ze świata nadchodzą coraz bardziej niepokojące wieści; gdzieś wybuchają bunty, gdzieś wysiedlają Żydów, pada złowieszcze słowo pogrom.
Życie Tewje wypełniają dysputy z Panem Bogiem, kłótnie z żoną Golde i kłopoty z córkami. Tewje i mieszkańcy Anatewki starają się nie przejmować wielkim światem, oni chcą żyć spokojnie i w zgodzie z tradycją.
Tradycja stanowi podstawę ich egzystencji, to dzięki niej ich mały świat jest uporządkowany; każdy wie, jakie jest jego miejsce i jakie są jego zadania; tata – głowa rodziny i jej żywiciel, mama - westalka domowego ogniska, synowie – uczniowie w szkole życia i córki – przyszłe żony, matki, gospodynie, swatka, bez której usług nie zostanie zawarte żadne małżeństwo (błogosławieństwo dla rodziców biednych dziewcząt i często przekleństwo samych dziewcząt), rabin – człowiek o najwyższej pozycji w społeczności, do którego z racji posiadanego bogactwa wszyscy zwracają się o radę. 
Tradycja nadaje ich życiu pion i pozwala nie skręcić karku, dlatego tak bardzo boli, kiedy najbliżsi zaczynają się wyłamywać spod jej nakazów; córki nie godzą się na pośrednictwo swatki i pragną same wybrać sobie życiowych partnerów. A ich wybory to cios podwójny, bo nie dość, że pozbawiają ojca jego decydującej roli, to jeszcze przyszli zięciowie nie stanowią wymarzonych partii; biedny krawiec zamiast bogatego rzeźnika, anarchista o lewicowych poglądach oraz co najgorsze - goj. Tewje staje przed dylematem; z jednej strony jest wierność tradycji, z drugiej miłość do córek i radykalnie zmieniający się świat wokoło. A przecież bez tradycji życie byłoby chwiejne, jak skrzypek na dachu. Na ile można ją zmienić, aby nadal pozostać wiernym samemu sobie – to pytanie zadaje sobie Tewje trzykrotnie.
Poza tradycją jest jeszcze wiara, która pozwala im znosić z godnością niedostatek, biedę i poniżenie. Wiara, która sprawia, że choć uginają się pod brzemieniem nieszczęść nie poddają się, wstają, podnoszą się i zaczynają od nowa (po rozróbie na weselu zabierają się za sprzątanie, po carskim ukazie pakują dobytek). A ci którzy nie chcą biernie patrzeć na to, co przynosi los muszą spakować dobytek nieco wcześniej.  Wyrazem tej wiary, która pozwala im żyć w taki sposób jest chociażby modlitwa szabasowa (filmik powyżej). Piękne obrzędy; Szabas, zaślubiny, wesele, tańce nadają musicalowi kolorytu. Nie brak w nim zabawnych scenek (tłumaczenie dzieciom opowieści biblijnej, jako przestrogi przed nieuczciwym pracodawcą, oświadczyny rzeźnika, podczas których on myśli o dziewczynie, a ojciec o jałówce, wizja snu, jaka ma przekonać Golde do zerwania umowy przedślubnej, oświadczyny rewolucjonisty brzmiące jak przemowa agitatora). Jest to jednak śmiech zabarwiony smutkiem, bo widz ma świadomość narastającego dramatu. Bo w końcu wielki świat przyjdzie do Anatewki pod postacią carskiego ukazu.

Wielka polityka przeplata się ze zwyczajnym życiem pełnym marzeń i refleksji. Tewje, który z pokorą przyjmuje boskie wyroki zapytuje Pana, czy bardzo popsuł by mu jego Boski plan, gdyby on był wielki pan.

Musical obfituje w przepiękne pieśni; przeważają nostalgiczne i refleksyjne: Anatewka, Czy Ty mnie kochasz?, To świt, to zmrok, modlitwa szabasowa. Jest to piękny obraz minionego świata, obraz, który zmusza do refleksji.
Dzisiaj po ponad dwudziestu pięciu latach od obejrzenia  wyreżyserowanego przez Jerzego Gruzę w Teatrze Muzycznym w Gdyni musicalu nie potrafię wiele powiedzieć na temat tamtej adaptacji, poza tym, że wywarła ona na mnie bardzo dobre wrażenie, a płyty  z piosenkami z musicalu słuchałam przez długie lata. Ile razy byłam na przedstawieniu? - pięć, a może siedem. Nie pamiętam. Pan Jerzy Gruza cztery lata temu ponownie wyreżyserował Skrzypka na dachu w gdyńskim teatrze. Byłam na tym przedstawieniu. I moje wrażenie aczkolwiek pozytywne pozostawiło pewien niedosyt. Zabrakło mi towarzyszącej pierwszej adaptacji ekspresji, partie wokalne wydawały mi się poprawne, aczkolwiek nie oszałamiające (poza partią Tewjego, czy Perczyka), a dodane przez reżysera zakończenie zbyt dosłowne (musical kończy scena wywózki Żydów do obozów zagłady). Tak więc mimo, iż miło spędziłam wieczór, to nie mam ochoty na powtórkę, co w moim wypadku mówi samo za siebie.
Wszystkim natomiast polecam filmową ekranizację musicalu. Ze względu na  uniwersalizm filmu polecam go nie tylko wielbicielom sztuki muzycznej. Ekranizacja w doskonały sposób połączyła muzykę, tekst i fabułę. Jest ona świetnym popisem umiejętności wokalno – aktorskich. Na szczególną uwagę zasługuje występujący w roli Tewjego - Chaim Topol, aktor o dużym talencie i fantastycznym głosie. Atutem musicalu jest dobrze opowiedziana historia od szczęśliwej, choć biednej egzystencji pewnej społeczności po zburzenie starego porządku. Zapowiedz holokaustu jest tu delikatnie zarysowana, nie ma  dosłowności, jaką razi zakończenie gdyńskiego przedstawienia.