Miłość jest uczuciem bezinteresownym, jednokierunkową ulicą. To dlatego można kochać miasta, architekturę samą w sobie, muzykę, nieżyjących poetów albo, przy pewnym szczególnym usposobieniu, jakąś istotę boską. Miłość jest bowiem czymś, co się dzieje pomiędzy odbiciem a odbitym przedmiotem*.
O Wenecji napisano już tyle, że wydaje się zbędnym pisać cokolwiek więcej. Sama pisałam o niej niejednokrotnie. Należy do tych miejsc, które mogłabym odwiedzać wciąż na nowo. Jak dotąd odwiedzałam ją głównie latem, w upalne, wilgotne dnie, skąpaną w słońcu i zatłoczoną do granic niemożliwości. Z roku na rok przyjeżdża tu coraz więcej ludzi, z roku na rok odwiedziny stają coraz bardziej uciążliwe. Z roku na rok Wenecja niszczeje coraz bardziej. Może dlatego mając świadomość jej umierania wiele osób chce zdążyć pożegnać się z Najjaśniejszą.
O Wenecji napisano już tyle, że wydaje się zbędnym pisać cokolwiek więcej. Sama pisałam o niej niejednokrotnie. Należy do tych miejsc, które mogłabym odwiedzać wciąż na nowo. Jak dotąd odwiedzałam ją głównie latem, w upalne, wilgotne dnie, skąpaną w słońcu i zatłoczoną do granic niemożliwości. Z roku na rok przyjeżdża tu coraz więcej ludzi, z roku na rok odwiedziny stają coraz bardziej uciążliwe. Z roku na rok Wenecja niszczeje coraz bardziej. Może dlatego mając świadomość jej umierania wiele osób chce zdążyć pożegnać się z Najjaśniejszą.
Odziane w szorty stada, zwłaszcza te rżące w języku niemieckim, działają mi na nerwy; tym, że ich- czyjakolwiek- anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość- i wszystko, co ją napędza- usiłuje narzucić stabilności marmurów*
Szczęściem podróżnika jest to, że są to z reguły turyści weekendowi, którzy przyjechali zaliczyć główne atrakcje miasta. Są to najczęściej ludzie wygodni, którzy uwielbiają się wyspać i ludzie zabawowi, którzy opuszczają swe norki po zmroku, aby uzupełnić niedobór płynów. Podobnie w porze obiadowej, kiedy turysta okupuje self service bary, bądź każdy kamień, na którym może przysiąść z big kanapką, bo tanie i duże.
Nadal wczesnym rankiem i nadal na placach, uliczkach i mostkach troszkę bardziej oddalonych od turystycznych szlaków bywa jeszcze spokojnie i zupełnie przyjemnie.
Szczęściem podróżnika jest to, że są to z reguły turyści weekendowi, którzy przyjechali zaliczyć główne atrakcje miasta. Są to najczęściej ludzie wygodni, którzy uwielbiają się wyspać i ludzie zabawowi, którzy opuszczają swe norki po zmroku, aby uzupełnić niedobór płynów. Podobnie w porze obiadowej, kiedy turysta okupuje self service bary, bądź każdy kamień, na którym może przysiąść z big kanapką, bo tanie i duże.
Nadal wczesnym rankiem i nadal na placach, uliczkach i mostkach troszkę bardziej oddalonych od turystycznych szlaków bywa jeszcze spokojnie i zupełnie przyjemnie.
![]() |
| Rafael i Tobiasz |
Mimo, iż po wyjściu z dworca Santa Lucia buchnął na mnie powiew dusznego i lepkiego powietrza, mimo, że szłam w kierunku hotelu w stłoczonej, ciasnej, ludzkiej masie, mimo, że ledwo ciągnęłam ciężką walizkę, a torebka, której pasek wżynał się w ramię obijała o kolana byłam uszczęśliwiona, że oto jestem tutaj, znowu, po kilku latach nieobecności. Być może po raz ostatni, bo któreś z nas (ja albo Wenecja) może nie doczekać kolejnego razu.
Rezerwując hotelik nie wiedziałam, że będzie on położony tak blisko miejsc, które były tłem powieści Anioł panny Garnet (chciałam podlinkować, ale okazało się, że nie mogę odnaleźć mojego bloga na innej platformie :( ) Dzielnica Dorsoduro, to jedna z najstarszych dzielnic miasta. Nie mogłam odmówić sobie przechadzki do kościoła Świętego Archanioła Rafaela, który tak dużą rolę odegrał w historii panny Julii Garnet. Brodski pisze o chodzeniu śladami wielkich poprzedników. Ja poszłam dalej, chodząc śladami fikcyjnej postaci. Pierwszy kościół w tym miejscu był wybudowany w VII wieku, trzy razy spalony, za każdym razem był odbudowany. Dziesięć wieków po tym, jak położono tu kamień węgielny, po zniszczeniach dokonanych przez czas i zapewne na skutek złych warunków statycznych świątynia została zrekonstruowana, a prace przy jej przebudowie i wyposażeniu trwały do połowy osiemnastego wieku. Jak większość weneckich świątyń wejście do świątyni jest naprzeciwko kanału. Nad wejściem znajduje się rzeźba przedstawiająca Anioła Rafaela z Tobiaszem i psem. To chyba dość nietypowy widok. Bardzo mi się ta odmienność podobała, podobnie, jak historia Rafaela, który pomógł Tobiaszowi uzdrowić niewidomego ojca skradła moje serce podczas lektury powieści, konkurując z historią kobiety, która została uzdrowiona, dopiero wówczas, kiedy zrozumiała, co w życiu jest najważniejsze. Rzeźba jest przypisywana Sebastiano Mariani szwajcarskiemu architektowi i rzeźbiarzowi z Lugano i datowana na początek XVI wieku. Wewnątrz świątyni, w jednym z ołtarzy bocznych znajduje się kolejna rzeźba przedstawiająca Anioła Rafaela, Tobiasza i psa. Świątynia jest nieduża, nie przytłacza nadmiarem, mimo, iż pochodzi w dużej mierze z okresu baroku, któremu umiar był obcy. Okolica świątyni niemal bezludna.
Rezerwując hotelik nie wiedziałam, że będzie on położony tak blisko miejsc, które były tłem powieści Anioł panny Garnet (chciałam podlinkować, ale okazało się, że nie mogę odnaleźć mojego bloga na innej platformie :( ) Dzielnica Dorsoduro, to jedna z najstarszych dzielnic miasta. Nie mogłam odmówić sobie przechadzki do kościoła Świętego Archanioła Rafaela, który tak dużą rolę odegrał w historii panny Julii Garnet. Brodski pisze o chodzeniu śladami wielkich poprzedników. Ja poszłam dalej, chodząc śladami fikcyjnej postaci. Pierwszy kościół w tym miejscu był wybudowany w VII wieku, trzy razy spalony, za każdym razem był odbudowany. Dziesięć wieków po tym, jak położono tu kamień węgielny, po zniszczeniach dokonanych przez czas i zapewne na skutek złych warunków statycznych świątynia została zrekonstruowana, a prace przy jej przebudowie i wyposażeniu trwały do połowy osiemnastego wieku. Jak większość weneckich świątyń wejście do świątyni jest naprzeciwko kanału. Nad wejściem znajduje się rzeźba przedstawiająca Anioła Rafaela z Tobiaszem i psem. To chyba dość nietypowy widok. Bardzo mi się ta odmienność podobała, podobnie, jak historia Rafaela, który pomógł Tobiaszowi uzdrowić niewidomego ojca skradła moje serce podczas lektury powieści, konkurując z historią kobiety, która została uzdrowiona, dopiero wówczas, kiedy zrozumiała, co w życiu jest najważniejsze. Rzeźba jest przypisywana Sebastiano Mariani szwajcarskiemu architektowi i rzeźbiarzowi z Lugano i datowana na początek XVI wieku. Wewnątrz świątyni, w jednym z ołtarzy bocznych znajduje się kolejna rzeźba przedstawiająca Anioła Rafaela, Tobiasza i psa. Świątynia jest nieduża, nie przytłacza nadmiarem, mimo, iż pochodzi w dużej mierze z okresu baroku, któremu umiar był obcy. Okolica świątyni niemal bezludna.
Kiedy płynęłam vaporetto na nabrzeże Zattere udało mi się zrobić zdjęcie płynącego wzdłuż nabrzeża statku. Zdjęcie jest zamglone i pozbawione kolorów. To jedno z moich ulubionych, Wenecja wydaje się nań taka daleka, malutka, a statek ogromny. Jak zapowiedź jakiegoś kresu, jak coś co istnieje, ale już odchodzi w przeszłość. Zattere - gdzieś, nie pamiętam, już gdzie i wcale nie dam głowy, że to prawda, przeczytałam, iż Josef Brodski lubił tam
spacerować. Pamiątkowa tabliczka na murze przy nabrzeżu zdaje się to potwierdzać, choć jej treść Josef Brodski, wielki rosyjski poeta, noblista, kochał i sławił to miejsce może oznaczać że kochał to miasto. A że kochał najlepiej świadczy o tym Znak wodny, kolejna książka o Wenecji, którą powinno się przeczytać przed podróżą. I oczywiście po raz kolejny zamarzyła mi się zima w Wenecji. Zattere było prawie bezludne, a zatem nie było by nic dziwnego w tym, że to miejsce upodobał sobie noblista, który jak wiemy nie tolerował tłumów.
spacerować. Pamiątkowa tabliczka na murze przy nabrzeżu zdaje się to potwierdzać, choć jej treść Josef Brodski, wielki rosyjski poeta, noblista, kochał i sławił to miejsce może oznaczać że kochał to miasto. A że kochał najlepiej świadczy o tym Znak wodny, kolejna książka o Wenecji, którą powinno się przeczytać przed podróżą. I oczywiście po raz kolejny zamarzyła mi się zima w Wenecji. Zattere było prawie bezludne, a zatem nie było by nic dziwnego w tym, że to miejsce upodobał sobie noblista, który jak wiemy nie tolerował tłumów.
Kolejne miejsce, które chciałam zobaczyć, było związane z filmem Miłość i śmierć w Wenecji. Pamiętam scenę, w której eteryczna, śmiertelnie chora dziewczyna wchodzi na kopułę bazyliki Świętego Marka, aby przyjrzeć się piazza z góry, zobaczyć cztery brązowe konie, aby zaczerpnąć jeszcze jeden łyk życia. Oglądając tę scenę marzyłam, iż ja także muszę tam się wdrapać. Miałam ogromną satysfakcję, kiedy udało mi się to marzenie spełnić i mogłam obejrzeć nie tylko kopie koników, które przybyły z Konstantynopola. Z wysokości tarasu wspaniale ogląda się mozaiki
na wnętrzu kopuły. No i oczywiście plac świętego Marka, Palazzo Ducale, Canale Grande. Jeśli chce się lepszej perspektywy można wjechać windą na Dzwonnicę.Polecam, widoki są niezapomniane.A po wyczerpującej wędrówce, po nasyceniu zmysłów wzroku, słuchu i węchu kolorami, zapachami, dźwiękami przychodzi czas na małe co nieco. A co będzie bardzie właściwe w takim miejscu, niż owoce morza.Cytaty pochodzą z książki Znak wodny Josefa Brodskiego.
![]() |
| Ależ to było pyszne |






























