Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 13 stycznia 2019

Wenecja po raz kolejny



Miłość jest uczuciem bezinteresownym, jednokierunkową ulicą. To dlatego można kochać miasta, architekturę samą w sobie, muzykę, nieżyjących poetów albo, przy pewnym szczególnym usposobieniu, jakąś istotę boską. Miłość jest bowiem czymś, co się dzieje pomiędzy odbiciem a odbitym przedmiotem*.
O Wenecji napisano już tyle, że wydaje się zbędnym pisać cokolwiek więcej. Sama pisałam o niej niejednokrotnie. Należy do tych miejsc, które mogłabym odwiedzać wciąż na nowo. Jak dotąd odwiedzałam ją głównie latem, w upalne, wilgotne dnie, skąpaną w słońcu i zatłoczoną do granic niemożliwości. Z roku na rok przyjeżdża tu coraz więcej ludzi, z roku na rok odwiedziny stają coraz bardziej uciążliwe. Z roku na rok Wenecja niszczeje coraz bardziej. Może dlatego mając świadomość jej umierania wiele osób chce zdążyć pożegnać się z Najjaśniejszą.

Odziane w szorty stada, zwłaszcza te rżące w języku niemieckim, działają mi na nerwy; tym, że ich- czyjakolwiek- anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość- i wszystko, co ją napędza- usiłuje narzucić stabilności marmurów*
Szczęściem podróżnika jest to, że są to z reguły turyści weekendowi, którzy przyjechali zaliczyć główne atrakcje miasta. Są to najczęściej ludzie wygodni, którzy uwielbiają się wyspać i ludzie zabawowi, którzy opuszczają swe norki po zmroku, aby uzupełnić niedobór płynów. Podobnie w porze obiadowej, kiedy turysta okupuje self service bary, bądź każdy kamień, na którym może przysiąść z big kanapką, bo tanie i duże.
Nadal wczesnym rankiem i nadal na placach, uliczkach i mostkach troszkę bardziej oddalonych od turystycznych szlaków bywa jeszcze spokojnie i zupełnie przyjemnie.
Rafael i Tobiasz
Mimo, iż po wyjściu z dworca Santa Lucia buchnął na mnie powiew dusznego i lepkiego powietrza, mimo, że szłam w kierunku hotelu w stłoczonej, ciasnej, ludzkiej masie, mimo, że ledwo ciągnęłam ciężką walizkę, a torebka, której pasek wżynał się w ramię obijała o kolana byłam uszczęśliwiona, że oto jestem tutaj, znowu, po kilku latach nieobecności. Być może po raz ostatni, bo któreś z nas (ja albo Wenecja) może nie doczekać kolejnego razu.
Rezerwując hotelik nie wiedziałam, że będzie on położony tak blisko miejsc, które były tłem powieści Anioł panny Garnet (chciałam podlinkować, ale okazało się, że nie mogę odnaleźć mojego bloga na innej platformie :( ) Dzielnica Dorsoduro, to jedna z najstarszych dzielnic miasta. Nie mogłam odmówić sobie przechadzki do kościoła Świętego Archanioła Rafaela, który tak dużą rolę odegrał w historii panny Julii Garnet. Brodski pisze o chodzeniu śladami wielkich poprzedników. Ja poszłam dalej, chodząc śladami fikcyjnej postaci. Pierwszy kościół w tym miejscu był wybudowany w VII wieku, trzy razy spalony, za każdym razem był odbudowany. Dziesięć wieków po tym, jak położono tu kamień węgielny, po zniszczeniach dokonanych przez czas i zapewne na skutek złych warunków statycznych świątynia została zrekonstruowana, a prace przy jej przebudowie i wyposażeniu trwały do połowy osiemnastego wieku. Jak większość weneckich świątyń wejście do świątyni jest naprzeciwko kanału. Nad wejściem znajduje się rzeźba przedstawiająca Anioła Rafaela z Tobiaszem i psem. To chyba dość nietypowy widok. Bardzo mi się ta odmienność podobała,
podobnie, jak historia Rafaela, który pomógł Tobiaszowi uzdrowić niewidomego ojca skradła moje serce podczas lektury powieści, konkurując z historią kobiety, która została uzdrowiona, dopiero wówczas, kiedy zrozumiała, co w życiu jest najważniejsze. Rzeźba jest przypisywana Sebastiano Mariani szwajcarskiemu architektowi i rzeźbiarzowi z Lugano i datowana na początek XVI wieku. Wewnątrz świątyni, w jednym z ołtarzy bocznych znajduje się kolejna rzeźba przedstawiająca Anioła Rafaela, Tobiasza i psa. Świątynia jest nieduża, nie przytłacza nadmiarem, mimo, iż pochodzi w dużej mierze z okresu baroku, któremu umiar był obcy. Okolica świątyni niemal bezludna.
Kiedy płynęłam vaporetto na nabrzeże Zattere udało mi się zrobić zdjęcie płynącego wzdłuż nabrzeża statku. Zdjęcie jest zamglone i pozbawione kolorów. To jedno z moich ulubionych, Wenecja wydaje się nań taka daleka, malutka, a statek ogromny. Jak zapowiedź jakiegoś kresu, jak coś co istnieje, ale już odchodzi w przeszłość. Zattere - gdzieś, nie pamiętam, już gdzie i wcale nie dam głowy, że to prawda, przeczytałam, iż Josef Brodski lubił tam
spacerować.
Pamiątkowa tabliczka na murze przy nabrzeżu zdaje się to potwierdzać, choć jej treść Josef Brodski, wielki rosyjski poeta, noblista, kochał i sławił to miejsce może oznaczać że kochał to miasto. A że kochał najlepiej świadczy o tym Znak wodny, kolejna książka o Wenecji, którą powinno się przeczytać przed podróżą. I oczywiście po raz kolejny zamarzyła mi się zima w Wenecji. Zattere było prawie bezludne, a zatem nie było by nic dziwnego w tym, że to miejsce upodobał sobie noblista, który jak wiemy nie tolerował tłumów.
Kolejne miejsce, które chciałam zobaczyć, było związane z filmem Miłość i śmierć w Wenecji. Pamiętam scenę, w której eteryczna, śmiertelnie chora dziewczyna wchodzi na kopułę bazyliki Świętego Marka, aby przyjrzeć się piazza z góry, zobaczyć cztery brązowe konie, aby zaczerpnąć jeszcze jeden łyk życia. Oglądając tę scenę marzyłam, iż ja także muszę tam się wdrapać. Miałam ogromną satysfakcję, kiedy udało mi się to marzenie spełnić i mogłam obejrzeć nie tylko kopie koników, które przybyły z Konstantynopola. Z wysokości tarasu wspaniale ogląda się mozaiki
na wnętrzu kopuły. No i oczywiście plac świętego Marka, Palazzo Ducale, Canale Grande. Jeśli chce się lepszej perspektywy można wjechać windą na Dzwonnicę.Polecam, widoki są niezapomniane.A po wyczerpującej wędrówce, po nasyceniu zmysłów wzroku, słuchu i węchu kolorami, zapachami, dźwiękami przychodzi czas na małe co nieco. A co będzie bardzie właściwe w takim miejscu, niż owoce morza.Cytaty pochodzą z książki Znak wodny Josefa Brodskiego.
Ależ to było pyszne

sobota, 5 stycznia 2019

Amok Stefan Zweig



Autor Dziewczyny z poczty i Niecierpliwości serca, jak dotąd, mnie nie zwiódł. Uległam czarowi jego psychologicznej prozy. Tym razem trafiłam na wydany jako zbiór czterech opowiadań Amok. Poza tytułowym opowiadaniem trzy pozostałe zostały wydane także w zbiorze 24 godziny z życia kobiety (Krajobraz i kobieta, List od nieznajomej, Ulica w świetle księżyca). Nie przepadam za krótką formą i chyba to sprawiło, iż wrażenia miały nieco chłodniejszą temperaturę, choć nie mogę napisać, aby była ona letnia. Dobrą prozę zawsze czyta się z przyjemnością. Z wiekiem coraz bardziej doceniam w literaturze jej aspekt psychologiczny. Każde z czterech opowiadań dotyczy historii bohatera, który w życiu kieruje się emocjami. Czyli tym, co jest mi szczególnie bliskie.
Bohater Amoku, ulegając czarowi despotycznej kobiety dopuszcza się malwersacji szpitalnej kasy. Dla uniknięcia skandalu i ratowania honoru wyjeżdża do holenderskiej kolonii - odludnej dziury, dwa dni jazdy od najbliższego miasta. Jego towarzystwo poza lasem i plantacjami, gąszczem i bagnami stanowi kilku nudnych, zasuszonych urzędników. Początkowo zajmuje się tysiącem drobiazgów, aby nie ulec apatii, jednakże z czasem, kiedy zapas energii przewiezionej z Europy się kurczy, odcina się od świata zewnętrznego, zamyka w sobie, zaczyna pić, a jedyną nadzieją jest upływ czasu, który przybliża go do zakończenia kontraktu i powrotu do Europy. Wówczas do jego samotni przybywa zamężna, biała kobieta, która pod nieobecność małżonka znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Kobieta żąda pomocy. To żądanie wzbudza w doktorze całą gamę złych uczuć. Zaczyna się walka na słowa. Ona jest dumna i władcza i nie ma zamiaru poprosić, on jest wściekły, że ona go nie chce prosić, że przyszła ze swym żądaniem, jak do sklepu po towar, który można kupić za odpowiednią sumę pieniędzy.
Ich dialog to wspaniała gra dwojga godnych siebie przeciwników, którzy od samego początku doskonale wiedzą o co chodzi, a żadne nie zamierza się poddać.
Naga nienawiść stanęła między nami. Wiedziałem, że ona mnie nienawidzi, bo mnie potrzebuje, a ja nienawidziłem jej, bo … nie chciała prosić. …. Nie wiem, czy byłem kiedy tak zwanym dobrym człowiekiem, ale … zdaje mi się, że byłem zawsze gotowy nieść pomoc… W tym obmierzłym życiu, jakie się tam prowadziło, to było jedynym skarbem, jaki się miało, to, że tą garścią wiedzy, którą sobie człowiek wcisnął do mózgu, mógł utrzymać oddech znikającego życia, mógł mieć wewnętrzne zadowolenie, że coś dzięki niemu powstaje… Rzeczywiście to były moje najpiękniejsze chwile, kiedy przychodził taki żółty chłopak siny ze strachu, ze spuchniętą nogą od ukąszenia żmii i już wrzeszczał, że nie chce, aby mu nogę ucięto, a ja zdążyłem go jeszcze uratować. Nie zważałem na odległości, jeżeli gdzieś, choćby o kilka godzin jazdy, jakaś kobieta leżała w gorączce- nawet i w taki sposób, jak ta kobieta tu chciała, pomagałem już dawnej w Europie, w klinice. Ale wtedy przynajmniej miałem pewność, że ratuję kogoś przed śmiercią albo rozpaczą - i to jest właśnie potrzebne, aby komuś przyjść z pomocą- to uczucie, że tamten ciebie potrzebuje (Str. 26)*
Kiedy stawka wyznaczona przez doktora okazuje się dla kobiety stawką nie do przyjęcia, i ta odjeżdża, dochodzi on do wniosku, iż musi ją odnaleźć i pomóc niezależnie od wszystkiego. Wtedy wpada w szał, amok, rodzaj wścieklizny.

Rodzaj monomanii, która nie da się porównać z żadnym innym, zwłaszcza alkoholowym odurzeniem…[..] Być może pozostaje ona w związku z klimatem, z tą duszną, ściśniętą atmosferą, która ciąży na nerwach, jak burza, aż w końcu się łamią… A więc amok.. amok objawia się tak: Malaj, taki zwyczajny dobroduszny Malaj pije swój trunek spokojny, jak zawsze… siedzi tępy, obojętny, zmęczony… podobnie, jak ja siedziałem w moim pokoju… naraz zrywa się, porywa sztylet i pędzi… pędzi przed siebie… nie wiedząc dokąd… Obala, co mu wejdzie w drogę, obojętne czy człowiek, czy zwierzę…(str. 33).
Całą historię o tragicznym w skutkach zakończeniu poznajemy z relacji doktora, który opowiada ją przypadkowemu współpasażerowi na statku. Opowiada, bo nie radzi sobie z emocjami i potrzebuje słuchacza. Nie chce pomocy, nie usprawiedliwia się, może jedynie liczy trochę  na zrozumienie.

Opowiadanie napisane zostało przystępnym językiem (czytałam opinię o chropowatości języka i ciężkim odbiorze, zupełnie tego nie odczułam), fabuła wciąga, a zachowanie bohatera intryguje. Poza Amokiem zaintrygował mnie List od nieznajomej, w którym pewien człowiek otrzymuje list od osoby, której nigdy nie poznał, choć jak się z jego treści wynika spotkał ją kilkukrotnie. 
*Opowiadania wydało wydawnictwo C&T w 2017 roku. Przełożyła Zofia Rittnerowa

wtorek, 1 stycznia 2019

Plany i podsumowania

Na krakowskim rynku
Początek roku to czas planów i podsumowań. Od kilku lat zarzekam się, iż jedyne co postanawiam, to brak postanowień. W tym roku złamię tę zasadę. Otóż mam zamiar wrócić do blogowania. Drastycznie zmniejszająca się ilość wpisów - w zeszłym roku zaledwie dziesięć - uświadomiła mi, że za rok nie będę miała do czego wracać, a byłoby szkoda. Ta platforma (dziś już mocno przestarzała i passe) to rodzaj zatrzymania w czasie zdarzeń, emocji, chwili. Z wiekiem kłopoty z pamięcią zaczynają doskwierać coraz bardziej. Zastanawia, jak to możliwe,  iż pewne zdarzenia pozostają w nas na długo (może nawet na zawsze, wracamy do nich w opowieściach tak często, że nabierają nowych kształtów i barw), a inne blakną z czasem i zacierają się tak, że w końcu stają się  nieistniejące. Nie bacząc zatem na "niemoc twórczą", nie bacząc na dołującą rzeczywistość, nie bacząc na to częste dziśmisięniechce zamierzam pisać. Trochę o zdarzeniach, więcej o emocjach. W przeciwnym razie umkną kolejne lektury, spektakle, wystawy, czyli to co nadaje życiu kolorytu i smaku.  Uleci to, co sprawia, że w szaro-buro skrzeczącej rzeczywistości, w codzienności politycznych sporów, w trwającym procesie niszczenia tego, co było dobre rozmyje się to, co sprawia, że życie wciąż ma sens. I nie ma, że postaram się, że chciałabym, że czas pokaże. Przeczytałam ostatnio, iż w życiu nie ważne są nasze osiągnięcia, zrealizowane projekty, wykonane zadania, ważne są tylko emocje. Więc o emocjach będzie najwięcej.
Dzwonnik po raz 14 -ty 
W mijającym roku przeczytałam trochę książek, nie liczyłam ile, było ich sporo. Jednak zdecydowanie za mało, w stosunku do tego, ile być powinno, ile, chciałabym, aby było. Najważniejszym odkryciem roku był Lampart Lampedusy.
O wiele łatwiej przychodzi mi przypomnienie sobie obejrzanych spektakli i wystaw. Oczywiście nic nie przebiło mojego ukochanego Dzwonnika. Z pewnym niedowierzaniem próbuję pogodzić się z myślą, iż rok 2019 to ostatni sezon Notre Dame de Paris w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Jakże to będzie żyć bez Quasimodo. Przyjdzie przywyknąć. Ale łatwo nie będzie. Na drugim miejscu znalazł się Doktor Jekyll i Mr Hyde w poznańskim Teatrze Muzycznym. Zdjęty z afisza jakiś czas temu spektakl niespodziewanie zagościł na deskach poznańskiego teatru na kilka wieczorów dając okazję raz jeszcze przeżyć ogromną radość i wzruszenie. Podobało się, to mało powiedziane, wbiło  mnie w fotel, wprowadziło w bezdech i przeszyło do szpiku emocjami nie do wyrażenia, a grający podwójną rolę Janusz Kruciński rzucił na kolana po raz kolejny. Trzecie miejsce na pudle zajął występ Il Divo pod poznańską katedrą na Ostrowiu Tumskim. Było pięknie, było wzruszająco, było ożywczo i była ... dobra pogoda, co przy występach na powietrzu w naszej strefie klimatycznej jest niezwykle istotne, zwłaszcza, jeśli widz do najmłodszych nie należy. 
Il Divo w Poznaniu
Ciekawym odkryciem był musical Kinky Boots w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Chętnie obejrzałabym raz jeszcze, a to zawsze było moją miarą wartości spektaklu. Dobrze też bawiłam się na Rewii Jubileuszowej (60 lat teatru muzycznego w Gdyni). Fantastycznie jest móc wrócić do spektakli, na które biegałam będąc młodą dziewczyną. Szkoda tylko, iż wykonawcami były osoby, które nie w każdym przypadku spełniły pokładane w nich oczekiwania, ale tak to jest z tego typu przedstawieniami, kiedy przygotowuje się kilka - kilkanaście przedstawień z dużą ilością utworów trudno zaangażować do takiego przedsięwzięcia najlepszych wokalistów. Poza występami baletowo- akrobatycznymi najbardziej utkwiło mi wykonanie utworu Psalm  stojących w kolejce przez wszystkich wykonawców spektaklu. Dobrze wspominam też występ Dziesięciu tenorów (artystów z Ukrainy) w gdańskiej Filharmonii Bałtyckiej. No i niemal zapomniałabym o kolędach Gwiazdo świeć, kolędo leć w wykonaniu Alicji Majewskiej, Olgi Bończyk, Łukasza Zagrobelnego i Włodzimierza Korcza w tejże Filharmonii. Było nastrojowo, klimatycznie, dowcipnie, po prostu pięknie. Była to taka chwila, w której przeniosłam się w inną rzeczywistość, w inny świat, zapomniałam o zmartwieniach i obawach, dałam się ponieść muzyce. Nie mogę nie wspomnieć też o koncercie Michała Szpaka. Ależ to sceniczne zwierzę ma talent. Świetnym pomysłem było połączenie części poważnej, nastrojowej musicalowo-operowej (z udziałem siostry artysty) z częścią drugą bardziej żywiołową i rockową. Największe rozczarowanie roku Interes życia Teatru Komedia. Ani śmieszne, ani dobrze zagrane. W zasadzie nudne i nijakie i gdyby nie fakt, iż w drugiej części miano zagrać piosenki z lat 50-60-70 i 80 tych, zapewne opuściłabym teatr po pierwszym akcie.
Szopka w kościele w. Bernardyna w Krakowie
Chciałam jeszcze wspomnieć o wystawach, ale wpis rozrasta się niebotycznie, więc zostawię te wspomnienia - może nawet jakąś większą relację to na kolejny raz. 
Zdjęcia z Krakowa zrobione zostały podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia.

 Szczęśliwego, Nowego Roku
Dużo zdrowia, normalności i radości
spełniania marzenia i posiadania marzeń, 
bo najsmutniejsza rzecz pod słońcem jest 
wówczas, kiedy się nie ma marzeń.

niedziela, 2 grudnia 2018

Siena po raz pierwszy



Ilekroć pada pytanie, co powinno się zobaczyć w nowym miejscu przypomina mi się cytowany już wcześniej fragment Barbarzyńcy w ogrodzie Herberta. Jeśli kogoś bogowie uchronili od wycieczek, jeśli ma za mało pieniędzy lub za dużo charakteru, aby wynająć się przewodnikom, pierwsze godziny w nowym mieście należy poświęcić na łażenie wg zasady prosto, potem trzecia w lewo, znów prosto i trzecia w prawo. Można też jak sierpem rzucił. Systemów jest wiele i wszystkie dobre. Uliczka, którą idę, jest wąska, bystro spada, potem pnie się w górę, kamienny przeskok, chwila równowagi i znów ostry spadek. Łażę przeszło pół godziny i jeszcze nie natrafiłem na żaden zabytek. (str.71 Barbarzyńcy w ogrodzie. Wydawnictwo czytelnik rok 1964).
Bezwiednie skorzystałam z tej rady, kiedy wysiadając z pociągu w Sienie postanowiłam zrobić sobie mały spacer, aby dotrzeć do celu pielgrzymki – Il Duomo. Szłam blisko godzinę, meandrując uliczkami bez poboczy, aby po wspięciu się stromą - jak lizbońskie – uliczką trafić w końcu na architekturę noszącą ślady wieków średnich. Upał, zmęczenie, brak tchu, wszystko to znikło, jak tylko znalazłam się na szczycie. Gdyby ktoś mnie zapytał, co należałoby obejrzeć w Sienie nie umiałabym doradzić. Mnie przyzywała Katedra, której opisy czytałam choćby u Herberta czy Muratowa. (ale nie tylko. Tak wielu bardziej i mniej znanych podróżników wyrażało swój podziw dla tej gotyckiej świątyni, że pobudziło to ciekawość i stało się niespełnionym przez lata pragnieniem).
 Dodatkowym wabikiem było nazwisko Buonarrotiego. Zupełnie umknął mi z pamięci fakt, iż w pierwszych latach XVI wieku, kiedy rzeźbił Dawida raz Madonnę Brugijską ciążyło na nim zamówienie od kardynała Giovanni Piccolominiego (protektora artystów i uczonych). Dwanaście posągów apostołów dla sieneńskiej katedry. To mało intratne zamówienie załatwił mu Jacopo Galli. Irving Stone podaje w Udręce i ekstazie, iż początkowo miało to być piętnaście małych figurek kompletnie ubranych dostosowanych do nisz
Ambona Pisano
ołtarza, który wykonał Andrea Bregno. W 1503 r. wuj kardynała Francesco został papieżem, co oznacza, iż trudno było z kontraktu się nie wywiązać. Ten ołtarz nagrobny stanie się przekleństwem Michała Anioła na długie lata. Jeszcze zanim przyjdzie mu walczyć z Juliuszem II i jego krewnymi z powodu nieukończenia kaplicy nagrobnej papieża – wojownika będzie zmagał się z krewnymi z rodu Piccolominich.
Finalnie wyrzeźbił cztery postacie (świętych Piotra i Pawła oraz Grzegorza i Piusa). Może nie są to arcydzieła, ale moich zdaniem całkiem niezłe rzeźby. Zresztą, czy z rąk takiego geniusza mogło powstać coś niegodnego mistrza.
I choć dla mnie ten ołtarz już sam w sobie byłby wystarczającą zachętą do odwiedzenia katedry, to większość pielgrzymujących tutaj podróżników przybywa tu z zupełnie innego powodu.
Tym, co zwróciło moją uwagę, zaraz po wejściu, były kolumny z biało – czarnego marmuru. Sprawiały wrażenie znajomych, majaczyły w pamięci choćby pasiaste fasady marsylskiej katedry La Major, choć tamte oprócz bieli i czerni miały jeszcze pasy zielone. Te wyróżniały się majestatem i dostojeństwem, dwie podstawowe barwy dawały wrażenie elegancji i prostoty zarazem. I jak wspaniale konweniowały z otoczeniem, w tym przypadku przecudnej urody mozaikową posadzką czy niezwykle barwnymi freskami na ścianie ołtarzowej oraz przy wejściu do biblioteki Piccolominich. 

Mozaikowa posadzka

Mozaikowe arcydzieło na podłodze przedstawiające kilkadziesiąt obrazów scen biblijnych wykonane zostało przez liczne grono sieneńskich artystów. Artyści sieneńscy pracowali tu przez dwa stulecia […] w tego rodzaju pracy nie mogło być ani wspólnego zadania, ani jakiegoś ściśle określonego z góry planu, lecz mimo to osiągnięto tu zdumiewającą jednolitość. Taką jednolitość można było uzyskać tylko w Sienie, stanowiącej nigdzie więcej niespotykany przykład wierności tradycjom artystycznym. […] Chociaż nad tą posadzką pracowali niemal wszyscy wybitniejsi artyści Sieny, w znacznej mierze jest to jednak dzieło mniejszych mistrzów i zwykłych rzemieślników. (str. 62-63 Muratow Obrazy Włoch. Toskania i Umbria Zeszyty Literackie rok wydania 2010).
Spędziłam w tej świątyni mnóstwo czasu, ale nie mogło być inaczej. Każda wyczarowana na posadzce scenka to była odrębna całość, każda domagała się uwagi. I znowu mistrzostwo prostoty, przewaga bieli, czerni i barwy ceglanej daje efekt niezwykle ciekawej grafiki.
O ile posągi Michała Anioła po raz kolejny wzbogaciły moje prywatne zbiory Florentyńczyka, o tyle rzeźby Berniniego w Kaplicy Madonny del Voto skradły moje serce. Wydawało mi się, iż Św. Hieronim (najbardziej rozpowszechniony wizerunek ascety wszech czasów) i barok to dwa odległe od siebie bieguny, tymczasem okazuje się, iż można przedstawić postać tego świętego w bogato zdobionej scenerii nie odzierając jej z dostojeństwa i nie pozbawiając skromności. Jest ten Hieronim bogaty swoim ubóstwem, a skromna szata wydaje się królewskim odzieniem. Maria Magdalena przypomina mi La Veritę z rzymskiej Galerii Borghesse. Czyżby to miało oznaczać, że nawrócona
jawnogrzesznica to synonim prawdy. Nie, to zapewne tylko moje skojarzenie. Większość zwiedzających przyciąga dzieło Nicoli Pisano – Ambona. Bedeckerowy przewodnik po Sienie Bonechi poświęca jej zdecydowanie najwięcej miejsca spośród wystroju wnętrza Katedry. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż ambona prezentuje się niezwykle okazale. Marmurowa, ośmioboczna przestrzeń wsparta na kolumnach częściowo podtrzymywanych przez lwy z główną kolumną okoloną personifikacją sztuk sprawia wrażenie teatralnej dekoracji. A pamiętajmy, powstała w XIII wieku. O baroku nie śniło się jeszcze tamtejszym filozofom. Pisano wykazał się dużym nowatorstwem. Okalające ją postacie ze scen Sądu Ostatecznego, Ukrzyżowania czy Ucieczki do Egiptu wykazują się dużą ekspresją jak na owe czasy. Sama ambona sprawia wrażenie pięknie udekorowanego baldachimu, z tym, że tutaj to jego czasza służy do wygłaszania kazań, a nie jest osłoną znajdujących się poniżej ludzi.
 
 Przyznam się, iż gdyby wstęp do Biblioteki Piccolominich był dodatkowo płatny (wejście do Katedry jest płatne i wymaga dość długiego czekania w kolejce po bilety) myślę, że zrezygnowałabym z tej atrakcji. Ale nie był. Wiedząc, iż wnętrze salki zwanej biblioteką zdobią freski Pinturicchia, będącego nadwornym malarzem rodziny Borgiów, nie mogłam wykrzesać w sobie zainteresowania Biblioteką. Moje historyczne sympatie i antypatie chadzają dziwnymi ścieżkami. Otóż, o ile sama rodzina Borgiów budzi ciekawość, o tyle już praca dla nich degraduje w moich oczach artystę. Do dziś nie rozumiem, jak Leonardo mógł szukać zleceń u Cezara Borgii. Freski zdobiące wnętrze Biblioteki nie są oceniane zbyt wysoko wśród znawców; Muratow pisze, iż jaskrawe barwy sprawiają przykre wrażenie, a zwłaszcza nie wywołują w nas uczucia uroczystej wzniosłości – na którym- jak się zdaje zależało malarzowi. Mimo tych jaskrawych barw, nadmiaru złota i naturalnego, ze względu na temat przepychu Pinturicchio pozostaje tu bladym i przeciętnym prowincjuszem (str.62 Obrazy Włoch. Toskania i Umbria). 


Nie mniej jednak w tym dostojnym otoczeniu te bajecznie kolorowe freski, pełne pasteli, pogody i złota przypominające wczesnorenesansowe prace sprawiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Było to takie przełamanie dostojeństwa i elegancji świątyni pogodnym akcentem. Zapewne nie taki cel przyświecał malarzowi, ale mnie się spodobało. Mam słabość do tych niezwykle kolorowych scen biblijnych będących ilustracją dworskiego życia zlecających pracę patronów. Moją uwagę przykuł wzrok patrzącego na widza, odwróconego lekkim skrętem tułowia ku widowni, młodzieńca na koniu. Czy to autoportret samego Pinturicchia, jeśli tak to ujął sobie sporo lat. Nie da się zaprzeczyć, że jest jakiś magnetyzm w tym spojrzeniu. Powyższy wpis to tylko parę wrażeń z wizyty w Świątyni Najświętszej Marii Panny w Sienie. Nie wspomniałam o wyglądzie zewnętrznym Katedry, o posągach, rzeźbach, zdobieniach, popiersiach papieży, cesarzy, o architektach i budowniczych, absydzie, sklepieniu, kaplicach, o datach i cyfrach. Opisałam to, co zrobiło na mnie największe wrażenie i co chciałabym ocalić w pamięci. Zupełnie, jak pan Adam Szczuciński, których w swych włoskich miniaturach poświęca Sienie niecałe dwie stroniczki, a o katedrze pisze:
W niedokończonej katedrze podziwiałem piękną Eleonorę Portugalską na fresku Pinturicchia. Na posadzce kościoła sceny z Biblii, sybille. Rzeź niewiniątek przywodziła mi na myśl lekcje łaciny. (str. 48 Włoskie miniatury Adam Szczuciński. Zeszyty Literackie, rok wydania 2008).
A nawiązując do tytułu wpisu chcę wierzyć, iż dane mi będzie wrócić do Sieny, aby poznać też inne jej oblicze.

sobota, 3 listopada 2018

Florenckie powroty


Fragment Duomo z Kopułą
Znana mi osoba pisząc o Florencji napisała,  iż jest to miasto-mauzoleum (w rozumieniu cmentarzyska przeszłości), pisała o rozczarowaniu, o całkowitym nie zrozumieniu syndromu Stendhala oraz przytłoczeniu nadmiarem. Był to bardzo ciekawy tekst, taki trochę pod prąd. Przy powszechnym zachwycie, jakie budzi miasto, albo jaki starają się wykrzesać z siebie turyści, bo przecież nie wypada inaczej, ta opinia się wyróżniała na tle innych. Ja oryginalna nie będę. Ja się zachwycam. Od drugiego tam pobytu zachwycam się nieodmiennie. Choć może właściwiej byłoby napisać zachwycam się za każdym razem inaczej, mocniej, silnej, głębiej, z większym zrozumieniem, z jeszcze większym uczuciem, a nagromadzony tu nadmiar sztuki choć wywołuje uczucie szybszego bicia serca i egzaltację niezwykłą dla pań w wieku dojrzałym, nie powoduje konieczności leczenia. Może zbyt mało we mnie wrażliwości, aby uwieńczyć pobyt szpitalem.
Przy kolejnych już odwiedzinach w mieście (o ile dobrze liczę
Detal na fasadzie Duomo
szóstych) mój zachwyt był bardziej stonowany, co sprawiła zarówno powtarzalność wrażeń, jak i wiek podróżniczki i jej stan zdrowia. Choć czasami wydaje mi się, że dwa ostatnie czynniki działają dokładnie odwrotnie, im mniej mamy drogi przed sobą, tym zachłanniej chcemy czerpać z każdej nadarzającej się okazji. Kiedy zamykam oczy i myślę Florencja widzę ogromną bryłę Duomo z kopułą Bruneleshiego - tym fantastycznym odwróconym jajem. Widzę Piazza Signoria ze znajdującymi się tam pomnikami, wśród których wielu dostrzega i zapamiętuje jedynie Dawida, a przecież jest ich tyle, że plac można by nazwać małym muzeum na powietrzu. Zapytana, co we Florencji powinno zobaczyć się w pierwszej kolejności nie potrafiłam dać odpowiedzi. Nie dlatego, że nie mogłam sobie przypomnieć, jakie skarby skrywa kolebka renesansu, ale dlatego, że pominięcie któregokolwiek z nich wydawałoby mi się niepowetowaną stratą. Muzea i świątynie kryją ogromnie bogactwo zbiorów, wybór tylko kilku z nich jest trudny, zwłaszcza dla osoby emocjonalnie związanej z miastem. Bo ja odczuwam je zmysłami; moje oczy mogą godzinami chłonąć trójkolorowy marmur, odbite w wodzie zarysy Ponte Vecchio, pomnik wielbiciela Beatrice na tle Santa Croche, panoramę miasta ze wzgórza Michelangelo, freski Ghirlandaio w Santa Maria Novella, Zwiastowanie Fra Angelico w
Dawid z mniej reprezentacyjnej strony
San Marco, Madonny Lippiego, ledwie trzymającego się na nogach Bachusa w Bargello, czy malutki cmentarzyk przy San Miniato, obrazy Botticellego w Ufizzi, czy wystawy sklepów ze słodyczami, kaplicę nagrobną w Capella di Medici czy Pokłon Trzech króli Benozzo Gozzolego. Mogłabym długo wymieniać. Mając do dyspozycji zaledwie dwie doby (trzecią poświęciłam na wycieczkę do Sieny) zdecydowałam się na wędrowanie uliczkami bez celu (nie mylić z bezcelowym wędrowaniem). Chodzenie, gdzie oczy poniosą jest niezwykle przyjemne. Oczy poniosły po raz kolejny do Galleria Dell`accademia. Pierwsza przed laty wizyta poświęcona została w całości geniuszowi Buonarrotiego (Dawid oglądany ze wszystkich  stron świata i uwięzieni w kamieniu Jeńcy nie pozwalali oderwać od siebie wzroku). Tym razem poza okowami z kamienia Jeńcy byli oblężeni również przez hordy turystów. Nawet Dawid miał więcej spokoju, może dlatego, że górował nad wszystkim i wszystkimi. Mierzący ponad pięć metrów symbol Firenze dopiero tutaj robi wrażenie olbrzyma. Kopia na Placu Signorii ginie w otoczeniu innych rzeźb (jak choćby Herakles i Kakus czy Neptun), a w kontraście z budynkiem Pallazzo wydaje się niemal filigranowa. A
Maria Krasińska z Radziwiłłów z Zygmuntem
  przecież jest dumą Florentyńczyków, uosobieniem jej siły i odwagi. O Dawidzie pisałam niejednokrotnie, podobnie, jak i o Jeńcach uwięzionych w kamieniu. Tym razem po raz pierwszy miałam okazję obejrzeć Pietę Palestrina (podczas poprzedniej wizyty znajdowała się w renowacji). Dodanie kolejnego eksponatu do osobistej kolekcji danego Twórcy to zawsze ogromna radość. Przy drugiej wizycie można poświęcić więcej uwagi także na inne eksponaty, które w zetknięciu z dziełami Michała Anioła nie mają większych szans. Drugim twórcą, którego dzieło przyciąga największe zainteresowanie jest Giambologna i jego Porwanie Sabinek. Dla odmiany jest to kopia grupy rzeźbiarskiej, której oryginał znajduje się w Loggi dei Lanzi. W Sali rzeźby sepulkralnej dostrzegłam rzeźbę nagrobną przedstawiającą Marię Krasińską z Radziwiłłów i jej syna Zygmunta. Stworzona została przez artystę z przełomu XVIII i XIX wieku Luigi Pampaloniego. Wcześniej miałam okazję oglądać posąg Leonardo da Vinci przed wejściem do Galerii Uffizi tegoż twórcy. To miłe uczucie odnaleźć polski akcent w miejscu, w którym zupełnie się tego nie spodziewamy. 

Tobiasz z Aniołem
Wierna swej pierwszej miłości do Sandro Beczułki nie mogłam nie zatrzymać się przy jego Madonnie del Mare, a zauroczona historią Tobiasza, Anioła Rafaela i psa długo przyglądałam się obrazowi ją przedstawiającemu autorstwa nieznanego mi twórcy.
Kolejnego dnia nogi poniosły do Palazzo Medici. Chciałam po raz kolejny przyjrzeć się Pokłonowi Trzech Króli Benozza Gozzolego. Mam sentyment do tego obrazu, o czym pisałam tutaj. Najbardziej efektowną salą w Pałacu jest Sala Luca Giordano z pokrywającymi sklepienie freskami przedstawiającymi apoteozę rodu Medyceuszy. Na wyróżnienie zasługuje też sala z Madonną Lippiego (jedna z jego ostatnich prac nazwana od miejsca powstania Madonną Pałacu Medici-Riccardi W budynku mieści się biblioteka Riccardiana (w której przechowywany jest rękopis Boskiej Komedii Dantego).
Wśród wielu chwil pełnych doznań i wrażeń na zawsze zapadł w pamięć pewien obrazek. Nie wiem, jak to się dzieje, że pewne zdarzenia pozostają w pamięci na bardzo długo, a inne są tak ulotne, że zapominamy o niech jeszcze, zanim zdążą przeminąć. 
Sala Luci Giordano
To był jeden z wielu ulicznych muzyków grających na skrzypcach, jeden jakich mija się codziennie, na dworcach, w tunelach, w metrze, w miejscach, gdzie znajdują się główne turystyczne atrakcje. Często nawet jeśli muzyka jest ładna, a wykonanie dobre i tak nie zatrzymujemy się w pędzie, czasami powodowani wyrzutami sumienia nad nieczułością na sztukę rzucamy monetę do futerału. Tym razem było inaczej. Muzyka otoczono szerokim kręgiem, część słuchaczy stała, część siedziała na schodkach Loggi dei Lanzi, Galerii Ufizzi i wejścia do Palazzo Vecchio. Siedzieli zasłuchani, złączeni z otoczeniem, stanowiąc jego element. Być może skrzypek nie miał talentu, a może miał jedynie talent showmana, który potrafiskupić na sobie uwagę otoczenia, on tylko grał i wił się w tanecznych podrygach. Był bardzo ekspresyjny. Mini koncert trwał parę minut, ale to było najwspanialsze parę minut, jakie dała mi tegoroczna wycieczka do Florencji. Takie carpe diem.  
 
Koncert skrzypcowy pod Dawidem
 A w komentarzu do wrażeń osoby rozczarowanej Florencją posłużę się Muratowa Obrazami Włoch. Najbliższy Florencji będzie ten, kto kocha. Dla pielgrzymów miłości jest to miejsce święte: tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej płonie serce. Szczęście miłości jest tu wznioślejsze, cierpienie-piękniejsze, rozłąka- słodsza. Na tym starożytnym cmentarzu miłości zbyt wiele spłonęło wielkich dusz i zbyt wiele przelano drogocennych łez, aby nie wierzyć tu w odkupienie. Wszystko co tu powstało stworzyła miłość. Świątynia i obraz, fresk i płaskorzeźba, wszystko to są grobowce, w których spoczywa, zmorzona długim snem, nie śmiercią, lecz właśnie snem. Tu nieustannie ożywa to, co stare, zespala się z nowym i żyje w nim znowu. (str. 78 Obrazy Włoch. Paweł Muratow. Zeszyty Literackie rok 2012). Dla mnie brzmi to Dantem.