Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 14 listopada 2011

Żyjemy dla dzieci ?

Kilka dni temu podczas spaceru usłyszałam starszą panią, która w rozmowie z mężem stwierdziła, iż nadszedł czas, aby zacząć wreszcie żyć, bo... całe życie człowiek żył dla dzieci, wszystkiego sobie odmawiał, nic nie robił dla siebie Zrobiło mi się strasznie żal tej Pani, może gdyby przeczytała ten wpis kilka lat temu.... Nie, zapewne niczego by to nie zmieniło. Do takich wniosków każdy musi dojść sam.
A wpis powstał rok temu, kiedy usłyszałam od koleżanki, że przecież żyjemy dla dzieci, bo tylko one po nas pozostaną.
Mocno mnie to zastanowiło. Czy żyjemy tylko dla dzieci, czy cały sens naszego istnienia sprowadza się to życia dla nich? I czy naprawdę tylko one po nas zostaną?
Mam nadzieję, że nie jest to prawdą, bo jeśli tak miało by być, jakież nieszczęśliwe byłoby życie rodziców po pójściu dzieci własną drogą. Jakież puste i beznadziejne okazałyby się dalsze dni. Byłyby tylko egzystencją, bytowaniem w oczekiwaniu na drobny gest, na okruch czasu zabieganych, dorosłych już dziatek. A przecież okres „posiadania” dzieci przez rodziców jest w skali całego naszego ziemskiego życia szalenie krótki; piętnaście, góra osiemnaście lat. A co potem? Oczekiwanie wnuków i zawłaszczanie ich uczuć.

Dzień narodzin tych urwisów był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu. Pamiętam swoje wzruszenie, kiedy dowiedziałam się, że już są na tym niedoskonałym świecie.
Jeśli chodzi o mnie uwielbiam dzieci, poświęcam im (choć nie własne) sporo czasu i jeszcze więcej miłości, ale trudno mi tak do końca zgodzić się z tą tezą.
Niemal każdy rodzic chce dać dziecku, to co jego zdaniem najlepsze. I w zależności od jego systemu wartości będą to albo; dobra materialne (mieszkanie, samochód), wykształcenie (studia, języki), umiejętność radowania się życiem i czerpania przyjemności z rozwijania pasji oraz zdolność współodczuwania (empatia).
Największy dar, jaki otrzymałam od rodziców to możliwość rozwijania się (studia) oraz (a może przede wszystkim) umiejętność czerpania radości z życia i zdolność empatii.
Uważam, jednak, że to co pozostało po moim tacie, to nie jego dzieci, a to co z jego mądrości pozostało w nas (jego bliskich i znajomych); jego pasja życia, jego radość cieszenia się drobiazgami, jego oddawanie się „namiętnościom” (czytaniu i pisaniu). Nauczył mnie tego, że w życiu najważniejsze jest samo życie. Tego, abyśmy źródła swoich radości doszukiwali się w sobie, podobnie, jak źródła swoich niepowodzeń oraz tego, żeby nie uzależniać swojego szczęścia/swojej radości od zachowania/obecności innych osób, podobnie, jak i tego, aby nie przerzucać winy za swoje niepowodzenia na innych.
Jeśli potrafimy przekazać dzieciom tę radość życia i pewien system wartości niematerialnych to myślę, że będzie to ich największą spuścizną po rodzicach, dziadkach, ciotkach i wujkach.
Co zaś do dóbr materialnych to myślę, że bardziej szanuje się to, do czego dojdzie się samemu, niż to co dostaje się w darze (czasami nawet zapomina się podziękować za taki dar).
Poza tym, jeśli sensem życia jest posiadanie dzieci to, czy życie osób nieposiadających dzieci z różnych powodów jest pozbawione sensu.
Wg mnie tym co po nas pozostaje są pomniki przeszłości (literatura, sztuka, architektura), a także historia, która stanowi źródło wiedzy i doświadczenia dla przyszłych pokoleń. Gdybyśmy jeszcze umieli korzystać z doświadczeń pokoleń. Niestety, jak mówią historia uczy nas tylko tego, że nigdy, niczego i nikogo nie nauczyła.

Chciałabym tym gagatkom zaszczepić radość życia, jaką miał w sobie ich dziadek, którego nie zdążyli poznać
Oczywiście temat jest za poważny, aby streścić go w paru zdaniach, ale chciałam się podzielić z wami kilkoma przemyśleniami, które nasunęły mi się po usłyszeniu stwierdzenia, iż żyjemy dla dzieci, bo tylko one po nas pozostaną. Ciekawa jestem waszego zdania.
Mam nadzieję, że moja siostra nie urwie mi głowy z powodu zamieszczenia zdjęć dzieci, tym bardziej, że dziś sześcioletnie bliźniaki nieco zmieniły wygląd.

niedziela, 13 listopada 2011

Les miserables - musical w TM Roma


Do teatru szłam z mieszanymi uczuciami; nadziei i obawy. Nadziei na kolejną muzyczną ucztę i obawy, czy spektakl sprosta moim oczekiwaniom. A były one (te moje obawy) spore. Nędznicy są bowiem moim ukochanym musicalem, od czasu, kiedy lata temu obejrzałam przedstawienie na scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Nie potrafię wyrazić, co jest tego powodem. Nie składa się on bowiem z tylu łatwo wpadających w ucho utworów, które nuci się na długo po wyjściu z teatru, jak „Upiór w Operze”, nie ma w nim tak powszechnie rozpoznawalnego utworu, jakim jest „Memory” z musicalu „Cats”, nie słuchałam (teraz to się zmieniło) utworów z tego musicalu tak często, jak często słuchałam utworów z musicalu „Notre Dame”, czy choćby z „Tańca Wampirów”, a jednak to właśnie Les Mis zawładnął moim sercem.

Tak więc radosne oczekiwanie z powodu zbliżającej się wizyty w moim ukochanym Teatrze Roma, którego przedstawienia, jeszcze nigdy mnie nie rozczarowały, a także z powodu możliwości obejrzenia mojego number one wśród musicali splatało się z obawami, że być może te moje oczekiwania są zbyt wygórowane. No, bo skoro musical jest ukochanym musicalem, teatr ukochanym teatrem, a do tego recenzje są tak wspaniałe istnieje spora obawa, czy wrażenia dorównają wyobrażeniom.
Myślę, że podobne obawy towarzyszyły dyrektorowi Teatru Roma, kiedy zdecydował się wystawić Les Mis. Musical, którego premiera miała miejsce w Londynie w 1985 r. jest od 2006 r. najdłużej granym musicalem na świecie (zdetronizował on „Koty”). Jego producentem jest Cameron Mackintosh - producent trzech najbardziej kasowych i najdłużej granych musicali (poza wyżej wspomnianymi dwoma także Upiora w Operze). Zmierzyć się zatem z takim tytułem było nie lada wyzwaniem.

Moim zdaniem teatr Roma po raz kolejny wyszedł z tego zadania zwycięsko.
Musical (oparty na powieści Wiktora Hugo Nędznicy) przedstawia na przykładzie losów jednostek problemy społeczne XIX - wiecznej Francji. I tak na przykładzie losów byłego galernika Valjeana (skazanego na kilkanaście lat ciężkiego więzienia za kradzież bochenka chleba) pokazuje, jak ciężko jest wrócić byłemu skazańcowi na „łono” społeczeństwa oraz jak to społeczeństwo potrafi być okrutne dla ludzi, którzy z różnych przyczyn, nie zawsze zawinionych „zbłądzili z drogi prawa”. Na przykładzie postawy nieugiętego i zasadniczego inspektora Javerta pokazuje, jak tragiczne w skutkach może być ślepe trzymanie się litery prawa.
Les Mis to też próba udzielenia odpowiedzi na ważne pytania; o postawę człowieka wobec wyzwań stawianych przez historię, o sens wcielania w życie ideałów, o to, czy cena życia nie jest ceną zbyt wysoką w walce „o sprawę”.
Ponadto są tu ukazane tragiczne losy dwóch kobiet; Fantine, samotnej matki, która z powodu nędzy zmuszona jest oddać swoje dziecko pod opiekę obcym ludziom oraz Eponine, nieszczęśliwie zakochanej, biednej dziewczyny, która w imię miłości gotowa jest zapłacić każdą cenę, mimo świadomości, iż to co zyska, jest zaledwie namiastką tego, czego pragnie. 
Nie napiszę, że przedstawienie spodobało mi się od pierwszego akordu. Stopniowo przekonywałam się do warszawskiego wykonania. Jednak już w momencie, kiedy Fantine (Edyta Krzemień) zaśpiewała „Wyśniłam sen”, przepiękną piosenkę o nadziei na lepsze jutro, moje obawy gdzieś się ulotniły. A kiedy malutka Cossette zaśpiewała „Zamek pośród chmur” - piosenkę o miejscu, w którym jest ciepło i bezpiecznie byłam już ugotowana. Śpiewające dzieci zawsze wzruszają, a kiedy jeszcze śpiewają tak przejmujące słowa i do tego śpiewają tak ładnie to trzeba mocno zaciskać powieki, aby się oczy nie spociły.
Do tego wszystkiego w roli inspektora Javerta wystąpił Łukasz Dziedzic, jeden z moich ulubionych śpiewaków, którego miałam okazję wcześniej podziwiać m.in. w utworze „Na orbicie serc” z Tańca Wampirów (Wszystko, co najlepsze z Romy). Wg mnie pan Łukasz ma przepiękny, niski i zmysłowy głos. Głos, który mnie potrafiłby uwieść. Podobały mi się wszystkie przez niego śpiewane piosenki, choć trudno którąkolwiek z nich nazwać przebojem. Lubię słuchać jego śpiewu. Dla przykładu w jego interpretacji Gwiazdy Łukasz Dziedzic 
Trafiłam na wspaniałą obsadę. W roli Valjeana wystąpił Janusz Kruciński, w roli Fantine - Edyta Krzemień (Esmeralda z widowiska Notre Dame), w Eponine wcieliła się Ewa Lachowicz, Mariusza grał Marcin Mroziński, dorosłą Cossete - Paulina Janczak (Cristine z Upiora), a w roli Enjolrasa wystąpił Łukasz Zagrobelny.
Podobały mi się wszystkie wykonania, ale najbardziej pieśni wykonywane przez Valjeana, Javerta, Eponine i Fantine. 
Chyba najbardziej znanym utworem z tego musicalu jest rewolucyjna pieśń „Słuchaj, kiedy śpiewa lud”. Śpiewana jest dwukrotnie, po raz pierwszy, jako hymn studentów-rewolucjonistów, po raz drugi, jako pieśń finałowa. Pieśń, która ma za zadanie złagodzenie smutku i przygnębienia wywołanego śmiercią Valjeana. Chciałam napisać głównego bohatera Valjeana, ale właściwie tu niemal wszyscy Graja rolę pierwszoplanowych bohaterów.
Najpiękniejsze wykonanie tej pieśni słyszałam i oglądałam na Youtube. Podczas dziesiątej rocznicy premiery musicalu na finał siedemnastu wokalistów z różnych krajów, grających rolę Valjana zaśpiewało, każdy w swoim języku, po fragmencie pieśni „Do you hear the people sing?” (po polsku śpiewał Krzysztof Stasierowski, a występował także drugi Polak Jerzy Jeszke, jako reprezentant Niemiec), a następnie wszyscy zaśpiewali refren. Coś fantastycznego. Tak, bez wątpienia taka pieśń może powieść lud na barykady.
Specjalne brawa należą się Pani Ewie Lachowicz za wykonanie przejmujących pieśni „Sama tak” oraz w duecie z Marcinem Mrozińskim „To tylko pada deszcz”.
No i jeszcze nostalgiczna pieśń „Pusty stół i puste krzesła” – pieśń Mariusza, jedynego ocalałego. Pieśń, w której wspomina swych przyjaciół – rewolucjonistów i zastanawia się, czemu było mu dane przeżyć, kiedy zginęło tylu innych.
Tak więc okazuje się, że pięknych pieśni w musicalu nie brakuje, podobnie, jak nie brakuje pięknych wykonań tychże pieśni. Nie brakuje też wzruszających scen. Pod koniec łezki płynęły mi strużkami.
No cóż, myślę, że Les Miserables będzie kolejnym musicalem, dzięki któremu częstotliwość moich odwiedzin w stolicy będzie wzrastać.
A na koniec Flash Mob z Les Mis w Galerii Złote Tarasy

sobota, 12 listopada 2011

Dziennik geniusza S.Dali

Dziennik geniusza- tak zatytułował jedną ze swoich książek Salvador Dali. Ten dwudziestowieczny hiszpański malarz był jednym z największych surrealistów.
On sam nazywa się jedynym integralnym surrealistą, geniuszem, twórcą absolutnie niepowtarzalnym. Twierdzi, iż jest bardziej geniuszem niż malarzem. No cóż, poczucie własnej wartości to rzecz nie do przecenienia. Jego obrazy nie należą do moich ukochanych, ale potrafię dostrzec ich wyjątkowość i nowatorstwo. Wysoko cenię kilka z nich, a do moich ulubionych należą zamieszczone we wpisie dwa romantyczne obrazy, mające z surrealizmem niewiele wspólnego. 
Muszę też przyznać, że paradoksalnie wizerunek malarza (przedstawiony w Dzienniku- niezbyt moim zdaniem pochlebny) zmienił film Paryż o północy. Adrien Brody w roli hiszpańskiego surrealisty może przekonać do postaci nawet takiego sceptyka jak ja.
Tym, co zachęciło mnie do przeczytania dziennika, poza ciekawością i podziwem dla wszystkich „twórców” był opis na okładce. Kiedy napotkany Katalończyk pyta Dalego, czy nie zdziwiłby się, gdyby o północy zobaczył na horyzoncie blask jutrzenki ten odpowiada, że nie wywarłoby na nim to absolutnie żadnego wrażenia. Katalończyk stwierdza, że on pomyślałby, że zwariował. Na co Dali; a ja odwrotnie, pomyślałbym, że to słońce zwariowało.
I choć nie czuję się geniuszem, chyba też bym tak pomyślała.
Przeczytawszy dziennik doszłam do wniosku, że głównym impulsem jego powstania miało być zszokowanie odbiorcy swoimi przemyśleniami, poglądami, ideami. Dlatego do końca, nie jestem pewna, czy te jego poglądy i idee są tak naprawdę wynikiem jego przemyśleń, czy są tylko bodźcem do zszokowania (a może zniesmaczenia) odbiorców, którzy są na tyle przeciętni i prymitywni, że nie dorastają do idei geniusza. 
Jest też jeszcze inna możliwość. Być może dziennik miał być żartem-prowokacją, na której ja się nie poznałam. Sposobem negacji napuszonego stylu, poważnych dysput, ośmieszeniem nadmiernej intelektualizacji książek, czy dzienników, żartem z samego siebie? 
Sporą część Dziennika geniusza zajmuje dowodzenie roli wypróżniania w życiu człowieka. Opis ekskrementów stanowi bardzo istotną część „dzieła”. Dali nadaje im mistyczne wręcz znaczenie. Ubolewa, że nie może ich malować w takim natężeniu, jakby sobie tego życzył. Dlatego zarówno odchody, jak i pewne części anatomiczne stara się niezauważenie wplatać w treści swoich obrazów (zwłaszcza upodobał sobie odbyt i poskręcane jelita). Jego poglądy nie tyle mnie szokują, co podczas lektury czuję fetor. Mam wrażenie, że autor chce wylać na mnie wiadro pełne nieczystości. 
W swoim dzienniku używa Dali bardzo rozbudowanego stylu wypowiedzi, zdania są często podrzędnie złożone i najeżone ogromną ilością wyrazów, powiedziałabym „niepowszednich”. Przy niektórych powinnam sięgnąć do słownika wyrazów obcych, a nie mam na to ochoty, gdyż kontekst, w jakim zostały użyte wskazuje na to, iż niczego nie stracę nie znając ich znaczenia. 
Zdania naszpikowane są ekskrementami, fekaliami, abstrakcjonizmem, paranoicznym krytycyzmem, skatologizmem, ultra realizmem, obscenicznością i innymi ultra i ekstra izmami.
Postanowiłam jednak dobrnąć do końca. Byłam ciekawa, czy w końcu doszukam się w Dalim tego, co by pozwoli mi go zrozumieć. 

Trafiałam na kilka scen, w których odnajduję myśli, z którymi mogłabym się utożsamić. 
Np. scena, w której wyraża pogląd o wyjątkowości swojego życia. Obserwując wschód słońca czuje, że jest jedynym Hiszpanem, który ma tę niepowtarzalną okazję doznawania takiego przeżycia. To mi przypomina niepowtarzalną chwilę i doznanie, kiedy leżałam na ciepłym jeszcze piasku egipskiej plaży i obserwowałam gwiazdy. Też miałam wrażenie, że jestem jedyną Polką, która w tej chwili doznaje takiej ekstatycznej przyjemności, odczuwania czegoś niepowtarzalnego i jedynego w swoim rodzaju.
Podoba mi się też wielka pasja Dalego, pasją, z którą tworzy swoje dzieła. I kolejna sprawa, którą mnie "kupił" to miłość do Gali (partnerki i żony), może nieco bałwochwalcza, ale pozwalająca dostrzec ludzkie oblicze twórcy. 
Ze zdziwieniem analizuję tabelę porównawczą, w której dokonuje Dali analizy warsztatu i talentów paru malarzy. Wynika z niej, że nie uważał się, że największego geniusza wśród malarzy. Absolutne pierwszeństwo przyznaje Vermerowi. 
Po przeczytaniu tej „cuchnącej" lektury jawi mi się obraz paranoika przekonanego o swojej wyjątkowości, o swoim geniuszu. Paranoika, który tak naprawdę był wielkim malarzem i jednym z pierwszych specjalistów od happeningów i eventów i potrafił na tym zrobić niezły majątek. 

Jak pisałam wcześniej, może też być tak, iż dałam się nabrać na ten "żart". 
Osobiście wolę Dalego malarza, niż Dalego pisarza. Dali napisał także "Myśli i anegdoty", "Ukryte twarze", "Moje sekretne życie" oraz wraz z L. Pauwels, "Namiętności według Dalego". Zamieszczony obok obraz znalazłam na stronie internetowej Obrazy Dalego (mam nadzieję, że jest to obraz Dalego, bo nie mogę tego potwierdzić w wiarygodnych źródłach). A bardzo mi się on podoba. Nie wiem i wolałabym nie wiedzieć, jaki był zamysł twórcy, bo całkiem możliwe, że przestałby mi się podobać. A tak mogę sobie dowolnie go zinterpretować. Nie mam pojęcia jak się nazywa. Jeśli ktoś wie proszę o info.
Zdjęcia; 1. Dali 1934 r., 2. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Trwałość pamięci, 3.Dali Dziewczyna w oknie, 4. Dali - romantycznie.

czwartek, 10 listopada 2011

Wiedeń w rytmie walca Straussa

Trzydniowa wycieczka do Wiednia miała miejsce jakieś dwadzieścia lat temu. Była krótka i zorganizowana przez biuro podróży. I to było jej największym mankamentem, ale lepiej zobaczyć coś nawet za cenę dyskomfortu, niż nie widzieć wcale.  Po tylu latach w pamięci pozostały zaledwie krótkie migawki.
W programie nie zabrakło dwóch najbardziej znanych kompleksów pałacowych; Hofburga i letniej rezydencji Schoenbrunn.
Pałace piękne, okazałe i bogate, zdobione ornamentami, pałace, jakich wiele przedtem i sporo potem widywałam, a z których tak naprawdę mało pozostało w pamięci, no może poza salą lustrzaną Wersalu, czy pałacem w Casercie (południowe Włochy), gdzie kręcono sceny do mojego ukochanego filmu Anioły i Demony.

Z całego kompleksu pałacowego Schoenbrunn najbardziej zapamiętałam zespół parkowy (jesienne barwy liści, równe alejki drzew), palmiarnię z dużą ilością kolorowych motyli i Glorietę, (którą nie wiem czemu wciąż nazywałam Gracjellą). Nie wiem dlaczego Schoenbrunn zwany jest letnią rezydencją Sisi. Z książki Cesarzowa Elżbieta, o której piszę tutaj, wyłania się obraz kobiety wiecznie nieobecnej w Wiedniu. Elżbieta nieznosząca dworskiej etykiety i konieczności pełnienia funkcji reprezentacyjnych, najczęściej przebywała poza Wiedniem; a to w rodzinnym Posenhofen, a to w Ischl, a to w Budapeszcie, czy Godollo.

Z samego budynku pałacowego pamiętam jedynie surowy wystrój komnat mieszkalnych i gabinetu Franciszka Józefa. Pamiętam też ogromne łoże, na którym Maria Teresa (babka Franciszka Józefa) rodziła swoje dzieci, a miała ich szesnaścioro. Chyba wszyscy wyobrażaliśmy sobie, jak między jednym monarszym poleceniem, a drugim wydaje na świat kolejne habsburskie dziecko.  Wiedeń kojarzę także z przejażdżką Ringiem, czyli okalającym miasto okazałym pierścieniem. Tak jak w Paryżu, wyburzono za czasów George Hausmanna wąskie uliczki, tak w Wiedniu za czasów Franciszka Józefa wyburzono ciasną zabudowę stolicy i powstała przestrzenna, reprezentacyjna aleja wokół historycznego centrum. W pamięci utkwił mi położony przy niej piękny Budynek Opery Wiedeńskiej, w którym odbywają się noworoczne koncerty symfoniczne transmitowane na cały świat. Ponoć bilety na udział w koncertach rezerwowane są nawet z rocznym wyprzedzeniem.

Wiedeń kojarzy mi się także z muzyką i Straussem. Co prawda nie potrafię rozróżnić, które walce są ojca, a które syna i nie dam głowy który z nich skomponował Nad pięknym, modrym Dunajem, ale lubię ich słuchać od czasu do czasu. Marzyło mi się wysłuchanie ich właśnie tutaj w stolicy walca. Niestety nie mieliśmy szczęścia. Zawitaliśmy do parku miejskiego, pod pomnik Straussa, gdzie odbywają się koncerty na powietrzu, ale tego dnia koncert miał odbyć się dopiero parę godzin później. Właściwie Wiedeń powinien kojarzyć mi się bardziej z Mozartem. Ale Mozart jest dla mnie nie przypisany do konkretnego miejsca. Jest muzykiem uniwersalnym, a nie austriackim (choć przecież urodzonym w Salsburgu).
Wiedeń to także wizyta w Katedrze Św. Szczepana (zwanej też Katedrą Św. Stefana). Jest jedną z największych gotyckich świątyń europejskich. Mnie od ponad roku kojarzy się jednak wyłącznie z urządzonym w jej wnętrzu koncertem Sary Brighman, w trakcie którego śpiewała z Chrisem Thompsonem, Fernandem Limą oraz Alessandro Safiną. A pełne pasji, energetyczne wykonanie Phanthom of the Opera (Sara and Chris) jest jednym z obrazów, jakie przechowuję pod powiekami. Tutaj fragment koncertu w Katedrze Swoją drogą koncerty w świątyniach mają szczególny urok, zupełnie inny niż koncerty słuchane w pięknych salach filharmonii, opery, teatru, czy sali widowiskowo-sportowej.
Podczas ekspresowej wycieczki po Wiedniu udało nam się także odwiedzić Prater, najstarszy park rozrywki na świecie. 

Znajduje się tam ogromne wesołe miasteczko; z tunelem strachu, trasami gokartowymi, karuzelami, strzelnicami, kasynami gry, katapultami, kolejkami i innymi atrakcjami. Jest tam też ogromny Diabelski Młyn o wysokości ponad 65 metrów, z którego widać całe miasto. Czasami zastanawiam się, czy to nasze pragnienie bycia bliżej gwiazd pcha nas na wszystkie te wieże, dzwonnice, latarnie kościołów, szczyty gór i inne punkty widokowe, z których możemy spojrzeć w dół i poczuć się "wznioślej".
Moja siostra (dla której ta wycieczka była prezentem urodzinowym) bardzo chciała przejechać się kolejką górską. Poradziłam jej, aby zanim wsiądzie zobaczyła, jak wygląda taka przejażdżka. Kiedy obejrzała pędzące w szalonym tempie wagoniki, pędzące poskręcanymi w powietrzu serpentynami szyn i usłyszała wrzeszczących wewnątrz wagoników, wiszących do góry nogami pasażerów zmieniła zdanie. Odważyłyśmy się jedynie na Diabelski Młyn i to wcale nie ten najwyższy.

Jeszcze jednym bardzo ciekawym miejscem był Hunderwasserhaus. Dom zaprojektowany przez tego niemieckiego rzeźbiarza, malarza, architekta jest bardzo oryginalnym połączeniem kolorów, zieleni i nieostrych kształtów. Drzewa i krzewy rosną nie tylko na dachach i tarasach, ale i wyrastają ze ścian domu (teraz nie wydaje się to czymś zaskakującym, ale te dwadzieścia lat wcześniej robiło niesamowite wrażenie). Dom mieni się wieloma odcieniami barw, a ściany mają nieregularne kontury.
Na koniec jedno z milszych doznań; jedyna chwila wolnego czasu poświęcona na wiedeńską kawę w wiedeńskiej kawiarni. 
Wiedeń - pięknie scharakteryzował mój znajomy, jest miastem, które łączy w sobie niemieckie umiłowanie porządku z południowo-europejską fantazją.

Zdjęcia; z internetu oraz dom Hunderwassera z pocztówki 1. Pomnik Straussa, 2. Glorieta, 3. Opera Wiedeńska, 4. Katedra Stefana, 5.Dom Hunderwassera (jego dzieła przywodzą mi i chyba nie tylko mi na myśl dzieła Gaudiego), 6. Wiedeńska kawiarenka (nie dam głowę, czy właśnie w tej Cafe Minoge piłyśmy kawkę po wiedeńsku, ale miała równie piękny wystrój.

środa, 9 listopada 2011

Cesarzowa Elżbieta Brigitte Hamann

Biografia Cesarzowej Elżbiety, znanej, jako Sisi powstała w wyniku analizy listów samej Elżbiety, członków jej rodziny oraz ludzi z dworskiego otoczenia cesarzowej. Jak pisze autor jest to nowe (zapewne dla wielu zaskakujące) spojrzenie na piękną Sisi.
Zapewne wielu z nas myśląc o Sisi ma przed oczyma widok uroczej Romy Schneider, która kreuje jej postać w filmie kostiumowo – historycznym (z przewagą na kostiumowy. Jak pisze Lirael filmik w stylu lukrowanego kiczu. Prawda, ale kiedyś to on kreował wyobrażenia wielu osób na temat Sisi). Z kart książki wyłania się obraz zupełnie innej osoby. Młode nieśmiałe, pełne kompleksów dziewczę poślubiając cesarza poślubia go z wszelkimi tego konsekwencjami. Z koniecznością sprostania dworskiemu ceremoniałowi i wystawienia się na widok publiczny, podporządkowania się apodyktycznej teściowej (w którą syn jest wpatrzony, jak w obraz) oraz obdarzenia małżonka potomstwem (nad którym pieczę zaraz po urodzeniu przejmie arcyksiężna Zofia).
Młodziutkie 15-16 letnie dziewczę nie jest w stanie sprostać tym oczekiwaniom. Jest początkowo niezbyt urodziwą, nieśmiałą, lękliwą osóbką, która wciąż płacze. A zapatrzony w matkę Franciszek Józef, mimo ogromnego uczucia, jakim obdarzył swą wybrankę, nie dostrzega jej odmienności i potrzeby chociażby niewielkiej swobody.
Elżbieta jest wycofana, aby uniknąć udziału w kolejnych przyjęciach, balach, polowaniach, paradach wojskowych i spotkaniach dyplomatycznych ucieka w chorobę,albo wybiera się w podróż. Rodzi dzieci i bezwolnie pozwala je sobie odebrać przez teściową, a potem kiedy już je odzyskuje nagle przestają ją interesować. 
Kiedy z brzydkiego kaczątka przemienia się w pięknego łabędzia dostrzega potęgę urody i wykorzystuje ją, aby osiągać swoje cele. Z przekonań zwolenniczka republiki mocno popiera dążenia Węgrów do nadania im większej autonomii i utworzenia monarchii dualistycznej (austro - węgierskiej). Nie jest to zadanie łatwe, bo poza przekonaniem cesarzem musi pokonać jeszcze wielu oponentów. Elżbieta jest kobietą inteligentną, wykształconą, kobietą o liberalnych poglądach politycznych (przeciwniczka monarchii).

Ma swoje pasje i je realizuje. Jeździ konno lepiej niż niejeden mężczyzna, bierze lekcje jazdy u najlepszych nauczycieli, uczy się języków (węgierski, grecki, niemiecki, angielski). Czyta poezję, zwłaszcza Heinego, pasjonuje się Szekspirem (jej ulubioną sztuką jest Sen nocy letniej), podróżuje, zwiedza. Sama pisze wierszyki o niewielkiej, jak twierdzą znawcy wartości literackiej.
Przez całe życie ucieka z Wiednia do swoich kolejnych samotni, gdzie czuje się swobodniej, nie cierpi ceremoniału dworskiego i wiedeńskiej arystokracji. Ucieka też przed mężem, który jak sama przyznaje, jest dobrym człowiekiem, ale szalenie ją nudzi. Są tak różni. Franciszek Józef jest człowiekiem mocno stąpającym po ziemi, pracowitym, obowiązkowym, pozbawionym wyobraźni. Człowiekiem, który najlepiej czuje się w sztywnych ramach dworskiego ceremoniału. Nie rozumie żony, ale darzy ją silnym uczuciem i zawsze broni każdego jej „nawet najdziwniejszego zachowanie”.
Elżbieta żyje w swoim świecie; świecie książek, podróży, jazdy konnej, ćwiczeń gimnastycznych, marszów, świecie zwierząt oraz wierszyków-rymowanek, które namiętnie tworzy. Lubi też szokować ludzi i nie zważa na ich sądy i opinie.
Niestety Sisi źle się czuje w roli cesarzowej i nie jest szczęśliwą. 
Książka jest ciekawie napisana, przedstawia wiele nieznanych dotąd informacji, obala dotychczasowy wizerunek cesarzowej. Nie będę pisała więcej na temat samej cesarzowej, której "smutny" i zaskakujący portret wyłania się z kart powieści. Lektura biografii zburzyła i mój wizerunek pięknej Sisi. Biografia obnaża Cesarzową, a ja chyba chciałam, aby pozostała dla mnie mitem. 
Elżbieta miała to nieszczęście, iż znalazła się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Była jak ptak, który pragnie latać, a został zamknięty w klatce.