Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 14 kwietnia 2013

Oddam w dobre ręce


Przyszedł czas na dalszą porcję odchudzania biblioteki. Może dzisiaj wszystkie książki znajdą nowy dom. Poza książkami Moniki Szwaja pozostałe są to książki raz czytane. 
I tak w zamian za koszt przesyłki oddam:
1) Edith Wharton Wiek niewinności,
2) Cecelia Ahern PS. Kocham Cię,
3) Maja Wolny Dom tysiąca nocy,
4)Aleksander Dumas D`Artagnan,
5) Albert Camus Dzienniki z podróży,
6) Monika Szwaja Dziewice do boju,
7) Monika Szwaja Klub mało używanych dziewic,
8) Klasyki sztuki Rubens  
Propozycja jest skierowana do blogerów.
W razie braku chętnych książki trafią do zakładki Oddam w dobre ręce i tam będą oczekiwać na nowy dom.
Chętnych proszę o pozostawienie komentarza pod wpisem, a następnie przesłanie swojego adresu na guciamal@wp.pl.
Kto pierwszy ten lepszy. 

Dopisane - 15.04.2013 r.- godz. 18.00 W związku z tym, że edex80 nie odezwała się - zostały jeszcze do oddania książki z poz. 2,6,7 i 8.

sobota, 13 kwietnia 2013

Czarny obelisk Erich Maria Remarque oraz nowe wyzwanie Czytamy Zolę


Po powieści Remarque`a sięgam bez obaw. Podoba mi się ich nieco mroczny klimat, prosty język, jasne przesłanie, bohaterowie rzuceni na wielką toń historycznej zawieruchy, którzy usiłują utrzymać się na jej fali zachowując godność. Bez patosu i wielkich słów, a niemal każda z jego książek to najpiękniejszy manifest przeciwko totalitaryzmowi.

Akcja powieści rozgrywa się w niewielkim miasteczku w Niemczech w roku 1923. Rośnie bezrobocie, spada siła nabywcza pieniądza, pensje wypłaca się dwa razy dziennie, inflacja szaleje, spekulanci zbijają majątki, mniej odporni psychicznie popełniają samobójstwa, umacniają cię nastroje nacjonalistyczne, rodzi się faszyzm. W poczuciu rozgoryczenia Niemcy snują marzenia o odwecie za przegraną wojnę zapominając (nie chcąc pamiętać), że sami ją wywołali. Jednym słowem świat oszalał. Ludwik weteran wojenny, muzyk, poeta i pracownik zakładu pogrzebowego próbuje odnaleźć normalność i sens w świecie, który nie zdążywszy otrząsnąć się z jednej wojny zaczyna przygotowania do kolejnej. Pracuje, spotyka się z przyjaciółmi, gra w kościele, odwiedza chorą przyjaciółkę, chodzi na spotkania stowarzyszenia poetów. Jest to młody, wrażliwy, przedwcześnie dojrzały człowiek, o traumatycznych przeżyciach, który pogrąża się w egzystencjalnych pytaniach: jak żyć, po co żyć, ku czemu zmierzamy. Podstawowe pytania dręczące każdego myślącego człowieka nabierają innego wymiaru w świecie braku poczucia stabilności, w świecie, w którym wszystko ma wymiar tymczasowy i w którym nie powinno się zadawać zbyt wielu pytań. Po co zastanawiać się, co będzie jutro, ważne, że dziś jest co zjeść na obiad, ważne, że jest wino na stole, kobieta u boku i jeszcze raz udało się przechytrzyć życie.

A jednak Ludwik wciąż zadaje pytania. A towarzyszy mu w tym Izabela, chora na schizofrenię, przebywająca w zakładzie zamkniętym dziewczyna. Ich rozmowy, jakże nierzeczywiste i niebanalne, tak oderwane od otaczającego ich świata wydają się jedynym wyrazem normalności w świecie pomiędzy (pomiędzy jednym a drugim kataklizmem).

… kto właściwie potrafi dobrze grać, a jeśli potrafi cóż mu to pomoże? Czy wielka ciemność staje się przez to mniej ciemna, czy pytania bez odpowiedzi są wówczas mniej beznadziejne, czy rozpacz nad wieczną niedoskonałością pali się wówczas mniej boleśnie? Czy dzięki temu można kiedykolwiek wytłumaczyć życie, okiełznać je i jechać na nim, jak na spokojnym koniu, czy też jest ono zawsze, jak potężny żagiel wśród burzy, który nas niesie, i gdy go chcemy schwycić, zmiata nas do wody? Niekiedy zjawia się przede mną przepaść, która zdaje się sięgać do jądra ziemi. Co ją wypełnia? Tęsknota, rozpacz, szczęście? Ale jakie? Zmęczenie? Rezygnacja? Śmierć? Po co żyję? Tak, po co żyję?

Największą krzywdą, jaką świat wyrządził Izabeli okazuje się to, że w pewnym momencie zostaje ona uleczona, ale czy szczęśliwa?

Autor w ironiczny i groteskowy sposób przedstawia społeczeństwo niemieckie oraz realia Republiki Weimarskiej w latach dwudziestych; realia w których biedacy stają się jeszcze biedniejsi, a bogaci i zaradni dzięki finansowym machlojkom pomnażają swoje fortuny. Rząd nie robi nic czekając na dewaluację długów, a polityczni agitatorzy zbijają poparcie coraz bardziej sfrustrowanych obywateli. Marazmowi i obojętności jednych przeciwstawia się kreatywność i pomysłowość drugich. Jest to doskonała analiza przyczyn kolejnej wojny. Hasła nowego nacjonalistycznego ruchu trafiły tu na podatny grunt ruchu, a kolejna wojna jest tylko kwestią czasu.

Gdzie jest granica, która dzieli chaos i ład? Kto może ją przekroczyć i potem wrócić, a gdy mu się to uda, czy coś z tego pamięta? Czy jedno nie zaciera wspomnienia o drugim? Kto jest obłąkany, napiętnowany, wyklęty - czy my z naszymi granicami rzeczy, rozsądkiem i uporządkowanym obrazem świata, czy też ci inni, w których szaleje i migocze chaos?... Ale czym jest chaos? I czym jest ład? Kto nim rządzi? I dlaczego? I komu kiedykolwiek udaje się uciec? 
Czarny obelisk to wspaniałe studium niemieckiego społeczeństwa, a zarazem gorzki zapis losów pokolenia straconego. Pokolenie młodych chłopców, których I wojna okaleczyła fizycznie i psychicznie, którzy walczą o utrzymanie się na powierzchni w okresie międzywojennym i którym przyjdzie wziąć udział w kolejnej wojnie. Jedyną alternatywą jest ucieczka.

Czarny obelisk ma o wiele więcej zalet, wymienię jedynie takie, jak malownicza galeria pełnokrwistych postaci, barwny język i groteskowy humor.

Ciekawa jestem, czy macie swoje przemyślenia – czym jest tytułowy czarny obelisk, a jeśli tak, czy podzielicie się nimi ze mną.

Moja ocena stanu podobania się (dopisuje to od pewnego czasu, dla podkreślenia, iż nie jest to ocena profesjonalna, a jedynie emocjonalna) 5,5/6

Inne moje opisy wrażeń z lektury Remarque można przeczytać tutaj

Obiecywałam sobie, że nie dam się wciągnąć w żadne nowe wyzwanie czytelnicze, a tymczasem, o mały włos, a sama bym je utworzyła (choć po doświadczeniu z Anielskim nie powinnam tego robić). Wyzwanie nazywa się Czytamy Zolę. 
jest wyzwaniem bezterminowym. Zasady zostały opisane tutaj
Do tej pory przeczytałam siedem książek Zoli, ale ponieważ zasadniczym założeniem wyzwania jest czytanie Zoli, a nie zamieszczanie przeczytanych wcześniej recenzji (poza nielicznymi wyjątkami) zamierzam do kilku książek powrócić, a inne dopiero poznawać. A poniżej moje przygotowanie do wyzwania do dziś


Ponadto zamówiłam już biografię autorstwa Haliny Suwała
W imieniu założycielki wyzwania Ani zapraszam

piątek, 12 kwietnia 2013

Znak wodny Josif Brodski (najpiękniejsza książka o Wenecji)


Wenecja - kiedy myślę Wenecja twarz mi się sama uśmiecha i robi mi się błogo, jakbym słuchała przepięknej muzyki, której opowiedzieć nie sposób. Aby pokochać trzeba poczuć.  Kiedy chcę napisać o mojej Wenecji nabieram powietrza i milknę. Jak można opisać komuś miejsce, które jest dla nas tak ważne, tak piękne, tak inne, niż wszystko co się dotąd oglądało. Jak opisać Wenecję nie popadając w ckliwość, czułostkowość, egzaltację, koncentrowanie się na zewnętrzności. Jak oddać duszę miasta tak, aby druga osoba zobaczyła ją zamkniętymi oczami. Jak zarazić drugiego człowieka ciężką chorobą tęsknoty za miejscem nieznanym. Jeśli komuś mogło się to udać - to tylko Brodskiemu.

Każde słowo, każde zdanie to wyznanie miłości. Wyznanie liryczne, szczere i bezwstydne. I nieważne, że być może nieodwzajemnione.

Miłość jest uczuciem bezinteresownym, jednokierunkową ulicą. To dlatego można kochać miasta, architekturę samą w sobie, muzykę, nieżyjących poetów albo, przy pewnym szczególnym usposobieniu, jakąś istotę boską. Miłość jest bowiem czymś, co się dzieje pomiędzy odbiciem a odbitym przedmiotem.


Przy poprzednim wpisie napisałam, iż podczas lektury nie robię notatek, rzadko używam karteczek samoprzylepnych. Dziś zaledwie stu stronicowa książeczka mieni się kolorami niczym upstrzony - kolorowy jeż. Niemal każde zdanie wydawało mi się godnym uwagi, zapamiętania, ocalenia. Niemal każde chciałabym nosić przy sobie codziennie, jak lek na gorsze chwile. Niemal każde zdanie mogłoby być moim zdaniem, gdybym umiała myśli ująć w słowa.

Brodski spędzał w Wenecji przez siedemnaście lat każde Boże Narodzenie i część mglistego stycznia. To symptomatyczne, że osoba, o duszy poety, która w dodatku tak kochała wodę spędzała  tutaj tę właśnie porę roku. Pytany przez znajomych dlaczego zimą odwiedza Wenecję nie potrafił dać im satysfakcjonującej odpowiedzi. Trudno wytłumaczyć komuś, kto chce racjonalnych argumentów, dlaczego taki urok ma dla nas miejsce wyludnione, ciche, spokojne, zamglone, czy nawet deszczowe. Trudno wytłumaczyć tęsknotę rwącą duszę, tęsknotę za ciszą nocy, w której słychać plusk wody prutej dnem gondoli, lekkie uderzenia fal o nadbrzeża kanałów, pojedyncze kroki na kamiennym mostku, uderzenia skrzydeł ptaka przysiadającego na marmurowej dekoracji pallazzo.

Jak to miasto wygląda w zimie? Chciałem im opowiedzieć o acqua alta; o rozmaitych odcieniach szarości za oknem, gdy siedzi się przy śniadaniu w hotelu, mając wokół ciszę i poranną kredową bladość twarzy par w podróży poślubnej; o gołębiach, których ukryte ciągoty architektoniczne każą im nadawać dodatkowy akcent każdemu łukowi i gzymsowi miejscowego baroku, o samotnym pomniku Francesco Queriniego i jego dwóch psów eskimoskich, rzeźbionych w kamieniu z Istrii o bieli podobnej pewniej do tej, którą widział tuż przed skonaniem w czasie swojej feralnej wyprawy do bieguna północnego, a teraz słuchającym szumu zawsze zielonych drzew w Giardini w towarzystwie Wagnera i Carducciego; o wróblu śmiałku, przycupniętym na kołyszącym się falach ostrzu gondoli, ze zmąconą przez sirocco, mokrą nieskończonością w tle. Nie - pomyślałem sobie, patrząc na ich zblazowane, choć w tej chwili zaciekawione twarze- to nic nie da.

Nigdy nie przyjeżdżał tutaj latem, kiepsko tolerował upał, nie cierpiał widoku i zapachu roznegliżowanych tłumów.

Odziane w szorty stada, zwłaszcza te rżące w języku niemieckim, działają mi na nerwy; tym, że ich- czyjakolwiek- anatomia tak dalece ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posągów; oraz tym, co ich ruchliwość- i wszystko, co ją napędza- usiłuje narzucić stabilności marmurów. Należę chyba do ludzi, którzy przedkładają wybór ponad chaotyczny przepływ, a kamień jest zawsze wyborem; w tym mieście nawet najlepiej zbudowane ciało powinna moim zdaniem przesłaniać jakaś tkanina, choćby z tego względu, że ciało się rusza. Odzież to być może jedyna dostępna forma uznania wobec wyboru, jakiego dokonał marmur.  
Autor potrafi doskonale namalować obraz miejsca. A jest to pełen poezji malowany słowem obraz najlepszego impresjonisty. Już pierwsze zdania przenoszą do baru  przy stacji Venezia Santa Lucia. Już rodzi się to radosne, podniecające oczekiwanie na spotkanie z miłością życia. I już wystarczyłoby zamknąć oczy...

Brodski w Znaku Wodnym maluje nam podobiznę miasta, które niczym na obrazach Poussina stanowi jego wyobrażenie Raju.

Tymczasem pragnę zapewnić, że choć jestem przybyszem z północy – moje wyobrażenie raju nie jest bynajmniej zależne od pogody czy temperatury. W gruncie rzeczy najchętniej wyrzuciłbym zeń wszystkich mieszkańców, a i samą wieczność też. Ryzykując oskarżenie o moralne zepsucie, wyznaję, że dla mnie Raj to zjawisko czysto wizualne, ma więcej do czynienia z Claude`em Lorrainem niż z wiarą i istnieje jedynie w sposób przybliżony. W wymienionych konkurencjach akurat to miasto jest najbliższym współzawodnikiem Raju. Ponieważ nie będę miał nigdy podstaw do porównania ich ze sobą- mogę przyznać sobie prawo do arbitralnego doboru kryteriów.

I pomyśleć, że można zakochać się w miejscu nie znając go wcale. Jakaś przypadkowa powieść, zdjęcie bazyliki, kilka sepiowych widokówek, makatka z Palazzo Ducale oraz miniaturowa gondola z podróży do Chin. To wystarczyło, aby w poecie rozbudzić tęsknotę - marzenie, które kilka lat później zaowocowało spełnieniem.
W książce Ponte Rialto, Bazylika San Marco i Santa Maria della Salute czy Canale Grande są ledwie wspomniane, jakby mimochodem, przelotnie, a nikt nie może wątpić, że one tam są namacalne i  realnie. Są jak przykryte oparem mgły. Są za to drobiazgi, szczegóły, detale, które budują klimat i niepowtarzalność miejsca. Jest całe kamienne dekorum w postaci cherubinów, maszkar, lwów, ażurów budowli, jest cała galeria mostków, no co najważniejsze jest wszechobecna i wszechogarniająca wszystko woda. Bez wody nie byłoby tego miasta, choć może to ona będzie przyczyną jego zagłady, ona w połączeniu z niszczycielską i bezmyślną polityką człowieka. Ale dziś woda jest życiodajna, ożywcza i oczyszczająca, choć nikt nie zaryzykowałby ani kąpieli ani tym bardziej jej picia. Woda jest lustrem, w którym odbija się każdy i w którym każdy może się przejrzeć.

Woda rywalizując z firmamentem – ma w dzień odcień błotnistej zieleni, a w nocy jest smoliście czarna. … Wygląda właściwie, jak zapis nutowy muzyki odgrywanej dla nas bezustannie w rytmie przypływów, partytura, gdzie pięciolinie kanałów pociągnięte są niezliczonymi kreskami taktowymi mostów, pocętkowane nutami odbitych okien i legatowymi łukami architektonicznych zwieńczeń, że już nie wspomnę o wiolinowo wygiętych szyjach gondoli. Całe miasto przypomina szczególnie w nocy, gigantyczną orkiestrę, z oświetlonymi przyćmionym światłem pulpitami pallazzi, z wzburzonym chórem fal, z sopranem gwiazdy-primadonny na wysokim niebie.

Znak wodny jest pełen nostalgii. Doskonale rozumiem tę nieuleczalną tęsknotę za miejscem ukochanym, tęsknotę, której nawet chwilowy pobyt nie jest w stanie wyleczyć, on ją jedynie może podleczyć.

Łzę można w tym mieście uronić z kilku różnych okazji. Jeśli założyć, że piękno jest taką dystrybucją światła, która najbardziej odpowiada naszej siatkówce, łza jest formą przyznania się do niemożności zatrzymania przez siatkówkę - a także przez samą łzę - tego piękna na stałe.

Piękna opowieść o kochaniu. Harmonijne połączenie poezji z prozą. Pierwsze akapity przyniosły zaskoczenie; książka napisana jest wymagającym skupienia językiem, momentami prostym, momentami bardziej wyrafinowanym, momentami metaforycznym. Dostrojenie się zajęło mi chwilkę, a wtedy mogłam już w pełni rozkoszować się bogactwem zarówno treści jak i formy. Pozostaję pod wrażeniem osobowości i erudycji poety, ale przede wszystkim wrażliwości na piękno i odwagi w odsłanianiu uczuć. 

Książka została bardzo ładnie wydana przez wydawnictwo Znak. Wydawca uzupełnił ją tekstami wierszy Laguna i Strofy weneckie oraz liryczno-nostalgicznymi zdjęciami Wenecji w zimowej aurze (są pełne tajemniczości, nieco mroczne, jakże inne od tych znanych z tysięcy widokówek). Przekładu tekstu dokonał Stanisław Barańczak.


Moje marzenie o Wenecji udało się zrealizować (o czym pisałam tu), jednak nigdy nie miałam szczęścia odwiedzić jej zimą.  
Pierwsze zdjęcie przedstawia widok nocą z mostu Rialto, drugie widok na Wyspę umarłych - San Michele, na której pochowano Josifa Brodskiego.   

czwartek, 11 kwietnia 2013

Hurtownia książek-cz. 5 (Samozwaniec, Rożek, Korczak, Marai, Manfield)


Wykorzystując przymusowy pobyt w domu (z powodu silnej reakcji alergicznej na winogrona z Biedronki) postanowiłam choć w maleńkim stopniu zmniejszyć ilość blogowych zaległości recenzyjnych. Ilekroć piszę o swojej pisaninie „recenzje” uśmiecham się sama do siebie, grafomaństwo- ot- co, a nie żadne recenzje. Policzyłam i wyszło mi jedenaście zaległych lektur. Jedyne wyjście to kolejna hurtownia książek. Coraz ciężej pisze mi się o książkach przeczytanych kilka miesięcy temu. A zaległości sięgają już grudnia. Ach, gdzie te piękne czasy, kiedy ilość książek opisanych równała się ilości książek przeczytanych. Niestety nie mam zwyczaju robienia notatek, karteczki przyklejam z rzadka, więc pozostaje ledwie ślad w pamięci. A i ten z czasem blednie coraz bardziej.
Zalotnica niebieska Magdalena Samozwaniec. 
Znającym twórczość Magdaleny Samozwaniec (siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, córki Wojciecha Kossaka, wnuczki Juliusza Kossaka, kuzynki Zofii Kossak-Szczuckiej, autorki między innymi parodii Trędowatej Na ustach grzechu) nie potrzebuję do lektury zachęcać. Tych, którzy czytali Marię i Magdalenę muszę ostrzec, iż część historyjek i anegdotek opisana w MiM została w Zalotnicy niebieskiej powtórzona. I trudno się dziwić, wszak osoby w nich występujące są tożsame. To kolejna książka wspomnieniowa, w której siostra siostrze składa wyraz miłości i podziwu w sposób niemal bezkrytyczny. Może to trochę irytować, choć z drugiej strony to może uczucie zazdrości nam doskwiera, bo dobrze mieć taką siostrę - przyjaciela. Zalotnica niebieska to książka o silnych więzach rodzinnych (przyjaźni z siostrą, kumplostwie z ojcem), o czasach dwudziestolecia międzywojennego, o wielkich tej epoki, wśród których toczyło się życie Kossaków. Dla osób wielbiących klimat epoki i poczucie humoru pani Magdaleny, dla kochających poezję Marii ta książka to prawdziwa gratka i myślę, że nie będzie im wcale przeszkadzać powtarzalność. Osobiście, choć dużym sentymentem darzę książkę Maria i Magdalena nigdy nie byłam szczególną admiratorką ani dwudziestolecia międzywojennego, ani córek Kossaka. Co więcej po lekturze MiM nieco znielubiłam Lilkę (za jej egoizm i poczucie wyższości wobec osób mniej uzdolnionych, za próżność, powierzchowność), a w postawach obu sióstr pewien bezkrytycyzm wobec tatki. Paradoksalnie większe zrozumienie dla Lilki znalazłam w Zalotnicy niebieskiej, a to z powodu zamieszczonych tu wierszy. Paradoks polega na tym, iż w odbiorze poezji jestem kaleką i mimo kilkudziesięciu prób zmiany tego stanu rzeczy - jestem na poezję po prostu głucha. Jedyny rodzaj poezji, która do mnie przemawia to poezja śpiewana. Czytając książkę ze zdziwieniem stwierdziłam, że kilka z wierszy Pawlikowskiej słyszałam już wcześniej w postaci śpiewanej i bardzo mi się one podobały. Co więcej poznałam i polubiłam kilka kolejnych, co poczytuję sobie za duży krok na przód w przezwyciężaniu własnych ograniczeń. Myślę, że dzięki poezji, a także dzięki fragmentom korespondencji udało mi się nieco lepiej zrozumieć poetkę, a mój odbiór postaci stał się cieplejszy i życzliwszy. 
Nietypowy przewodnik po Krakowie Michał Rożek
Od pewnego czasu nie wyjadę nigdzie dopóki nie „poznam literacko” miasta, do którego zmierzam. Kiedy inni kupują foldery, bedekery, przewodniki pełne kolorowych zdjęć na kredowym papierze, ja czytam raczej literaturę, słucham muzyki, poznaję architekturę kraju, do którego zmierzam oraz zbieram informacje na temat zbiorów muzealnych. Ciężko mnie zadowolić „zwykłym” przewodnikiem zawierającym typowe turystyczne informacje, choć i takie przeglądam. Nietypowy przewodnik nie zawiera ani jednej kolorowej fotografii, ani jednego zdjęcia sztandarowych zabytków grodu nad Wisłą, a jest jak do tej pory najciekawszą pozycją o Krakowie, jaką czytałam. Nietypowy przewodnik po Krakowie to bogaty zbiór informacji z różnych dziedzin życia; zbiór faktów, i anegdotek. Autor prowadząc nas uliczkami i zaułkami królewskiego grodu z pasją opowiada o swoim ukochanym mieście. Całości dopełniają fragmenty wierszy oraz czarno-białe rysunki krakowskich detali; fragment gzymsu, posąg, kolumna, dorożka. Detal, który od razu przywodzi na myśl opisywany obiekt. Przed każdym spacerem znajduje się odręcznie narysowana mapka fragmentu miasta. Książkę można czytać od początku do końca chronologiczne, można też czytać rozdziałami, w zależności od potrzeb. Towarzyszyła mi podczas wszystkich spacerów po mieście. Jedyny minus to brak bibliografii.Książka przeczytana w ramach wyzwania z półki 2013
Król Maciuś Pierwszy Janusz Korczak 

Po audiobooka sięgnęłam pod wpływem lektury biografii Korczaka pióra Joanny Olczak-Ronikier. Na fali przewijających się refleksji, czy powinno się wracać do lektur dzieciństwa, czy też raczej pozostać przy pierwszym wrażeniu nieskażonym wiedzą i doświadczeniem nie mogę zabrać głosu, bowiem Króla Maciusia, jako dziecko nie czytałam. Jak przez mgłę kojarzę filmowe ekranizacje. Jak na Korczaka przystało bajka dla dzieci nie pozbawiona jest sporej porcji dydaktyzmu. W fikcyjnej krainie po śmierci króla jego następcą zostaje mały chłopiec Maciuś. Początkowo uzależniony od dorosłych pełni on funkcje reprezentacyjne, jednak z czasem ogarnięty dziecięcym marzeniem zdobycia sławy wyrusza wraz z przyjacielem na wojnę. Tam przechodzi trudną szkołę życia, nabiera doświadczenia i pokory. Po powrocie przejmuje ster rządów, wprowadza reformy, przyznaje dzieciom prawa dorosłych, jednak z czasem ulega podszeptom złych doradców i zaprzepaszcza wszystko, co osiągnął wcześniej. Za doprowadzenie kraju do upadku zostaje skazany na pobyt na bezludnej wyspie. Ta początkowo przygodowo-awanturnicza opowieść niesie smutne przesłanie i gorzką pigułkę o życiu dorosłych, którzy sobie i dzieciom zgotowali okrutny los. Jakoś trudno mi czytać Maciusia wyzwoliwszy się od wiedzy na temat drogi życiowej jego autora. Korczak zawsze traktował dzieci bardzo poważnie i po partnersku, dlatego przekazuje im wiedzę trudną na temat odpowiedzialności ludzi sprawujących rządy. Porusza w niej kwestie uczciwości, fachowości, lojalności, samodzielności, tolerancji. Podkreśla, jak ważne jest, aby dorośli nie zapominali o tym, że sami także byli kiedyś dziećmi. Mnie się książeczka podobała, choć nie jestem do końca przekonana, czy dzieci potrafią odczytać jej przesłanie. Polityka zawsze jawiła mi się i nadal tak mi się jawi, jako coś brudnego, wstrętnego, przytłaczającego, coś od czego chcę się trzymać z daleka i od czego chciałabym trzymać z daleka dzieci. Chyba jestem anarchistką. 
Dziedzictwo Estery Sandor Marai
Pierwsze spotkanie z prozą Maraia było udane i dobrze rokujące na przyszłość. Z odniesieniami do jego prozy spotykałam się zarówno w literaturze, jak i na zaprzyjaźnionych blogach, dlatego byłam jej niezmiernie ciekawa. Na pierwszy ogień sięgnęłam po krótką formę. Książeczka liczy nieco ponad sto stron. Jest to książka z gatunku tych, które zostają gdzieś w człowieku jeszcze długo po przeczytaniu, powodują literackiego kaca, bo nie zostają na powierzchni a włażą pod skórę. Książka mnie zaintrygowała. Myślę, że Marai zostanie moim dobrym znajomym, jak wcześniej np. Szabo, takim, którego można nie widywać latami, ale jak się pojawi zawsze znajdzie się z nim nić porozumienia. Po kilkudziesięciu latach milczenia do domu Estery przyjeżdża Lajos, jej jedyna miłość, oszust, fałszerz, nicpoń, kłamca, wampir emocjonalny, diabeł wcielony. Nie ma w rodzinie osoby, której by nie oszukał, a jednak wszyscy ponownie ulegają jego urokowi i każdy na nowo podejmuję jego grę. Krótka książeczka budzi spore emocje, dlaczego, jak to możliwe, czy jest jakiś powód, usprawiedliwienie, przyczyna. Autor nie udziela odpowiedzi, nie wiemy, dlaczego rodzina, dlaczego Estera po raz kolejny grają w grę, w której Lajos rozdaje karty. Lajos irytujący, wkurzający, niereformowalny, Lajos, który krzywdzi i oszukuje wmawiając ofierze, że to dla jej dobra. Estera opowiada całą historię z dystansem, nieco ironicznie, humorystycznie, choć jest to humor gorzki. Ona, podobnie, jak czytelnik próbuje zrozumieć swoje wybory. Tyle, że ich nie sposób zrozumieć. Podobał mi się klimat opowieści, tajemniczość, zaprzeczenie tezie, że wszystko da się wytłumaczyć. 
Garden party Katherine Mansfield 

Garden party to zbiór opowiadań, jakie Kaherine Mansfield wydała w 1922 r. Kilkakrotnie już podkreślałam, iż nie przepadam za krótką formą, jest taka ulotna i rzadko zostaje w pamięci na dłużej. Dziś po czterech miesiącach od lektury w pamięci pozostały jedynie; liryczno-poetycki klimat opowiadań, kilka szczegółowych opisów miejsc, parę postaci, znajdujących się w zwyczajnych sytuacjach i przeświadczenie, że nic tu nie dzieje się przypadkiem i zwyczajnie. Pamiętam tytułowe opowiadanie. W domu Laury trwają przygotowania do przyjęcia. Robotnicy przestawiają meble, dziewczęta szykują kwiaty, kucharki przygotowują jedzenie. W pewnej chwili okazuje się, iż w sąsiedztwie zmarł człowiek. Propozycja Laury, aby odwołać przyjęcie nie spotyka się ze zrozumieniem rodziny. Przyjęcie się odbywa, a po jego zakończeniu Laura zostaje wysłana do domu sąsiadów z poczęstunkiem. To zderzenie dwóch światów, bogactwa i biedy, obłudy i uczciwości, pozorów i szczerości, życia i śmierci, dwóch życiowych filozofii robi wrażenie. I wahania Laury - będące jakąś iskierką nadziei i niedopowiedzenie, czy to zdarzenie coś w jej życiu zmieni, czy też wszystko pozostanie po staremu. 
Uff, ależ odwaliłam kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, zupełnie, jakbym była w pracy, a nie na zwolnieniu.

środa, 10 kwietnia 2013

Kartka miłości Emil Zola


Kartka miłości to mieszczański dramat o walce namiętności z obowiązkiem. Osoby dramatu:
Helena - młoda wdowa, matka Joasi. Jej dotychczasowe życie uczuciowe właściwie nie istniało. Była kochaną, choć sama męża jedynie szanowała. Po jego śmierci znalazła się w Paryżu sama z dzieckiem. Przez długi czas miłość do Joasi wypełniała jej czas, ale uczucie to nie było w stanie wypełnić jej życia. Bycie matką chciała pogodzić z byciem kochanką.
Joasia – jedenastoletnia dziewczynka cierpiąca na nieznaną chorobę psychiczną o podłożu genetycznym ujawniającą się monstrualnymi atakami zazdrości. Aby nie dopuścić do nawiązania przez matkę jakiejkolwiek nici sympatii, która zagrażałaby jej poczuciu bezpieczeństwa gotowa była na wszystko. Kiedy tylko wyczuwała zagrożenie natychmiast popadała w chorobę.
Doktor Deberle - mąż, ojciec, powszechnie szanowany człowiek, filantrop, niezwykle uzdolniony i dobrze sytuowany. Kiedy poznaje Helenę, ratując jej dziecko z kolejnego ataku nieznanej choroby, ulega jej czarowi i od tej pory owładnięty jest jedną myślą zdobycia kobiety.

Czy Helena ulegnie namiętnościom, czy też poczucie obowiązku zwycięży? Od początku wszystko zmierza ku dramatycznemu zakończeniu.

Z występujących w powieści osób głębiej nakreślona została jedynie postać matki; jej rozterki, bicie się z myślami, rodząca się namiętność walcząca z poczuciem obowiązku, chęć wyzwolenia z niewoli, w jakiej trzymała ją choroba córki.

W swej warstwie fabularnej powieść mnie nieco rozczarowała. Oczekiwałam od Zoli nieco innych tematów. Przyzwyczajona do społecznego zaangażowania nie bardzo mogłam przestawić się na jednostkowy dramat. Momentami postępowanie Heleny, aczkolwiek daleka jestem od potępienia, irytowało mnie, momentami śmieszyło, a scena, w której Helena powstrzymuje małżonkę doktora przed popełnieniem zdrady małżeńskiej wydała mi się niczym scena z taniego romansu.  
Trzeba jednak przyznać, że Zola nawet opisując mieszczański dramat opisuje go po mistrzowsku. Jestem cały czas pod urokiem języka; barwnego, opisowego, malowniczego. Język Zoli uwodzi mnie od jakiegoś już czas. Czasami wydaje mi się, iż nie ważne o czym pisze, bo i tak pisze pięknie. Tak jak z maestrią opisywał we Wszystko dla pań rodzaje tkanin, faktury i barwy materiałów, tak jak pięknie potrafił opisać w Brzuchu Paryża prozaiczną zdawałoby się zawartość straganów, tak w Kartce miłości opisuje współgrający ze stanem duszy bohaterki wygląd miasta. Impresjonistyczne opisy Paryża o poranku, skąpanego w słońcu, zamglonego, targanego wichurami, zmoczonego strugami deszczu działały na moją wyobraźnią i budziły okruchy wspomnień oraz tęsknotę za miastem.

Paryż rozpościerał się szeroko, równie wielki, jak niebo ponad nim. Ozłocone porannym słońcem miasto wydawało się łanem dojrzałych kłosów, a ta olbrzymia panorama malowana była zadziwiającą prostotą dwiema tylko barwami; jasnym błękitem nieba i złotym odblaskiem dachów. Ulewa promieni wiosennego słońca nadawała wszystkiemu jakiś czas młodości. Światło było tak czyste, że można było dostrzec wyraźnie najdrobniejsze szczegóły. W zawiłym chaosie murów miasto mieniło się jak kryształ. Olśniewającą nieruchomą jasność mącił chwilami nieznaczny powiew i wtedy obraz odległych dzielnic stawał się mniej ostry, drgający lekko, jakby oglądany przez niewidzialny płomień.

To mały fragmencik opisu miasta, który odpowiada opisowi budzących się nieśmiało i lękliwie uczuć (pierwszej miłości). 
Nie polecałabym jednak na lekturę pierwszego kontaktu. Na tę zdecydowanie wybrałabym Wszystko dla pań (i język, i społeczne zaangażowanie i dla wielbicielek romansu wątek miłosny)

Moja ocena 4-/6 

A tak na marginesie myślę o stworzeniu zakładki Czytamy Zolę, gdzie zamieszczałabym linki do recenzji tych archiwalnych i tych bieżących dotyczących Zoli. Jeśli wyrazilibyście zgodę z chęcią podałabym linki i do waszych recenzji. Właśnie dowiedziałam się, że Ania z bloga Przeczytałam książkę tworzy Wyzwanie - czytamy Zolę, więc jak tylko ono powstanie podam jego adres i nie będę tworzyła kolejnego. 
No to mamy nowe wyzwanie CzytamyZolę W imieniu Ani serdecznie zapraszam