Łączna liczba wyświetleń

środa, 29 lipca 2015

Dzienniki Dąbrowskiej - tom piąty

Skończyłam czytać Dzienniki. Trochę mi się ich lektura rozciągnęła w czasie, ale może to i dobrze, tyle tu ciekawostek, tyle rzeczy, które chciałoby się wynotować, zapamiętać. Tyle refleksji, które są mi szczególnie bliskie, jak ta poniższa w ostatnich dniach:

Obserwuję u siebie ohydną skłonność do siedzenia godzinami na krześle albo tapczanie bez ruchu w jakiejś bezmyślnej czarnej rozpaczy. Przedzieram się przez powracające stany prostracji, wydzieram z ciemności po omacku - to co chcę jeszcze powiedzieć, wyrazić, zostawić. 2.11.1958 r. 
I tyle nazwisk znajomych z różnych dziedzin życia. 
Ciekawa refleksja na temat dostojników świata katolickiego (przywodząca na myśl skojarzenia z Papieżem Franciszkiem) …Ciemne masy katolickie (w każdym razie w Polsce) i świeckie, i duchowne (księża) w ogromnej części nie są w stanie zrozumieć dwu papieży nowatorów, a nawet ich nienawidzą. [Jan XXIII i Paweł VI]. Czy Watykan zdoła wygrać walkę „o nowe” z własną swoją owczarnią? Co gorsza nasz Wyszyński, tak gorąco przyjmowany przez wielkiego Jana, jest podobno „le dur”[twardy] i sprzeciwia się wszelkim próbom Konkordatu, który jest jednak koniecznością w dziele tej ewolucji Kościoła. Podobno watykańskim kandydatem na Prymasa Polski jest nowy arcybiskup Wojtyła, człowiek nowego ducha. Ale prymasostwo jest dożywotnie ...Tylko, jeśli prawdą jest to co mówią o Wojtyle- dzisiejszy Kraków może być nosicielem nowego… 3.02.1964 r.
Po co je notuję, czy będę do nich kiedyś wracać, czy zdążę je przejrzeć po raz kolejny? A jednak fakt, że jeszcze to robię daje być może złudne poczucie sensu lektury. Kiedy pamięć coraz bardziej szwankuje takie wypisywanie pozwala utrwalić to, co w danej chwili jest mi bliskie/ważne. 
Tom piąty obejmuje lata 1958 – 1965. Ostatnie lata życia; pełne goryczy spowodowanej niemocą twórczą, zmęczeniem, chorobami, oczekiwaniem kresu. Pisanie ostatniej (niedokończonej) powieści Przygody człowieka myślącego to dla Dąbrowskiej męka. Czasami odnoszę wrażenie, iż robi wszystko inne, aby nie pisać kolejnych rozdziałów. 
Ale są to też lata niepozbawione radości dnia codziennego; spotkania z ludźmi, pisanie artykułów, lektury, wizyty w teatrze, na koncertach i najnowsze odkrycie - dziesiąta muza. Krytyczne uwagi na temat telewizji z wcześniejszych tomów zastąpił zachwyt nad filmem. Wielbiciele tej dziedziny sztuki mogą tu znaleźć uwagi na temat kultowych (i nie tylko) filmów z końca lat pięćdziesiątych i początków sześćdziesiątych (jak choćby Ostatni dzień lata, Popiół i diament, Dolce vita, Stracone złudzenia Grahama Greene`a, Awantura o Basię). Ponownie sporo miejsca zajmują opinie na temat przeczytanych lektur, czy obejrzanych spektakli, którym należałoby poświęcić odrębny wpis (wpisy).
I wciąż pojawia się refleksja dotycząca pisania Dzienników; strata czasu - czy dokumentowanie zdarzeń? 
…. Z powodu wydania fragmentów Dziennika Virginii Woolf jest parę cierpkich uwag o „dziennikach” pisarzy. Że są rzeczą zbędną i nawet niebezpieczną, stwarzają m.in. surogat twórczości, odciągający od twórczości prawdziwej. To mnie od razu zdetonowało i wprawiło w rozpacz, zniechęciło do kontynuowania „Dziennika”. W samej rzeczy, po cóż ja to robię? Sama się nudzę czytając…. 15.07.1958 r. 
A ja nie. Ja się nie nudziłam, choć przyznaję, że było parę fragmentów mniej zajmujących, zwłaszcza te, które dotyczyły fachowych rozważań nad literaturą czy osób, których nazwiska były mi zupełnie obce. A jednak to właśnie w piątym tomie występuje najwięcej bliskich mi postaci, bo one albo żyją nadal, albo żyją wciąż w mojej pamięci. Schyłek życia Dąbrowskiej zazębia się z początkiem mojego, dlatego z ciekawością czytałam o tym, co poprzedzało dzień mojego przyjścia na świat. W dniu tym Dąbrowska napisała „Tragedią starości nie jest starzenie się, ale to, że czujemy się młodzi”. Dziś nie potrafię się z tym zgodzić. Największą obawą przejmuje mnie to, iż mogłabym stracić radość istnienia i chcę się czuć młodo, choć może inaczej pojmujemy czucie się młodym.
Coraz mniej jest tu polityki, coraz więcej refleksji na temat życia i sztuki. Choć oczywiście nie sposób uniknąć polityki zupełnie, zwłaszcza tej, która zapisuje karty historii.
Od tygodnia konflikt Rosja-USA zaostrzył się tak, że właściwie wojna światowa, a właściwie globowa- bo to idzie o istnienie globu ziemskiego- wisi na włosku [kryzys kubański] Na lament ludzkości zgodzono się na jakieś rozmowy. Ludzie mówią „koniec świata odłożono o trzy tygodnie”- i trochę zelżało w sklepach, z których wykupywano już wszystko. To zdanie „koniec świata odłożony” brzmi jak żart, ale nie jest żartem. Poszło o Kubę… Ze względu na zbliżającą się wojnę atomową, a z nią koniec świata, zrobiłyśmy sobie dziś z Anną (a raczej Mela zrobiła) królewski obiad: barszczyk (domowego kiszenia) z kruchymi słonymi krążkami, wyborną kaczkę z jabłkami i czerwonym winem i na deser migdałowy tort. 28.10.1962 r. 
A mnie się przez długi czas wydawało, że młodość moich rodziców upływała niemal w sielance. I co ja przygotowałabym sobie na taki odłożony koniec świata? Sałatkę z rukoli i sushi z kieliszkiem białego wina.
No i to co staje się już istotą jej życia. 
Starość to najbardziej niespokojny okres życia. To miotanie się, jak na dworcu, z którego pociąg- ważny ostateczny pociąg ma niebawem odjechać. Męczący stan…. 15.07.1958 r. 
Jestem w o wiele większej dekompozycji duchowej, niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić. Męczy mnie uczucie wypuszczania wszystkich spraw życia z ręki. …. Czuję się niewygodnie w istnieniu i nie wiem, czy to kwestia starości, czy po prostu nie umiem już sobie stworzyć warunków dobrych na samopoczucie. 28.04.1958 r. 
I chyba najbardziej optymistyczne zdanie z kresu podróży … Jak to się dzieje, że mimo tylu rozpaczy właściwie czuję się szczęśliwa? To już koniec nadchodzi, a mnie się ciągle zdaje, że znowu żyć zaczynam, że jeszcze tyle przede mną. 2.10.1958 r.
Zastanawiam się, jaką prawdę obiektywną postawiają dzienniki? Są przecież efektem rozmyślań ważnych i ważkich na daną chwilę, prawdziwych dziś, innych jutro, za miesiąc, rok czy dekadę. 
W ostatnim tomie jest dużo słów o doskwierającej samotności, ale są też i takie .. męczą mnie już ci goście-łaknę samotności, jak kania wody. Tylko do czego mi ta samotność potrzebna? Nie do twórczości, już, ale do napisania listu potrzebuję całego dnia spokoju, skupienia, bezludzia… 20.08.1958 r.
I ta ciągłe powracająca myśl aby nie całkiem umrzeć… wszyscy wierzący i niewierzący, módlcie się za mnie, abym żyła sto lat. Mam jeszcze coś do powiedzenia sobie, ludziom i czasom. A raczej, a raczej- coś do utrwalenia jako znak, symbol naszych rzeczy, czy też może mam do rozwiązania i uchwycenia w plastycznej konkretności abstrakcyjne symbole i znaki naszych czasów.. 7.07.1959 r.
Czy ta myśl nie przyświeca i nam piszącym blogi, chęć uchwycenia czegoś istotnego, wypowiedzenia jakiejś ważnej myśli tak do końca.

wtorek, 7 lipca 2015

Odzywam się, czyli bardzo krótki wpis o niczym

Smutek Henri Latin
Najpierw była jak mantra powtarzana data 30 czerwca (mój zawodowy koniec roku), do której to trzeba zdążyć wykonać 100, 200 lub 300 procent normy, bo jeśli nie to zawiedzie się czyjeś oczekiwania i ktoś tam zmarszczy brew. Nie będę się powtarzać, bo o absurdzie zjawiska pisałam już wcześniej, a temat to mało pasjonujący dla osób spoza branży, choć i dla tych z roku na rok coraz bardziej powszednieje. Dość, że informacja na temat „osiągnięcia sukcesu” nie wzbudziła entuzjazmu tych, kosztem zdrowia i jakości życia rodzinnego (poza zawodowego) ten sukces osiągnięto i jak w serialu Dom marzą już tylko o kubku kawy, mając świadomość, że może okazać się, że kawy nie dowieziono.
Teraz nadszedł czas gojenia ran, czyli słaniania się ze zmęczenia. Kiedy trzymająca w napięciu adrenalina opadła zaczęły dopadać choroby, a skumulowane zmęczenie spotęgowane zbyt wysoką temperaturą powoduje, że brakuje sił na radość i czerpanie przyjemności z chwilowego braku bata nad głową w postaci nowych zadań i terminów. 
I jeśli ktoś wie w jakim celu to piszę to wdzięczna byłabym za każdą podpowiedź, bo moje zwoje mózgowe przestały funkcjonować. 
No może po to, aby od czegoś zacząć, bo przecież jeszcze się nie poddaję, jeszcze nie tracę nadziei na powrót sił witalnych i chęci do pisania, choć stan mojego ducha oddaje modelka na obrazie.
A przecież jak pisał Marek Aureliusz Nie należy gniewać się na bieg wypadków, bo ich to nic nie obchodzi.


sobota, 20 czerwca 2015

Co mi zostało z tych lat? Zofia Chądzyńska

Powieść autobiograficzna - więcej kamufluje niż wyjaśnia. Josif Brodski

Motto zamieszczone na wstępie uprzedza, iż dzięki autobiografii dowiemy się o autorce tylko tyle, ile sama zechce nam przekazać, a wydaje się, iż nie ma ochoty na dzielenie się swoim światem wewnętrznym, albo nie widzi takiej potrzeby. Kilka razy podkreśla, iż nie bardzo rozumie, dlaczego jej życie miałoby być na tyle ciekawe, by o nim pisać i dlaczego jest na to pisanie namawiana. A zatem przemawia przez nią skromność i niedocenianie wagi własnej osoby.

Co mi zostało z tych lat? to taka gorzko-smutna refleksja wiekowej damy dotycząca dewaluowania się wagi zdarzeń pod wpływem upływu czasu i niepamięci. Autorka nie ma pewności, czy to, co przepuszczone przez filtr pamięci wydarzyło się naprawdę, czy jedynie figiel pamięci sprawia, iż w jej wspomnieniach zdarzenie nabiera rzeczywistych kształtów i barw. 
Książka została wydana, kiedy jej autorka liczyła już ponad dziewięćdziesiąt wiosen, pisana, kiedy przekroczyła tych wiosen osiemdziesiąt. 
Biografia absolwentki wydziału ekonomii, urzędniczki Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, pracowniczki Orbisu, bywalczyni dyplomatyczno-towarzyskich czy kulturalnych salonów, więźniarki Pawiaka, właścicielki pralni w Argentynie, pisarki i tłumaczki literatury iberoamerykańskiej, osoby, która sporo podróżowała i poznała wiele ciekawych osób nawet opisana z perspektywy czasu i przefiltrowana przez bagaż lat nie może być nieciekawa. Jedynie szkoda, iż pani Zofia była osobą zamkniętą, skrytą, jak sama napisała „splątaną”, nie skorą do „wywnętrzniania się”.
Jak wielokrotnie podkreślała była wyrzucaczką, nie kolekcjonowała zdjęć, książek, listów, bała się obrastania w rzeczy, lubiła wokół siebie minimalizm. To uciekanie od wspomnień, ta niechęć do gromadzenia tego, co mogłoby o nich przypominać sporo mówi o autorce. Wątek ten przewija się także w wywiadzie udzielonym pani Łopieńskiej (Książki i ludzie). 
A jednak pomiędzy migawkami zdarzeń, fragmentami przeszłości, wspomnieniami o ludziach, których spotkała na swej drodze można trochę poznać tłumaczkę Cortazara i Borgesa. Jest tu głęboko skrywane poczucie winy względem rodziców, których (jak się w momencie wyjazdu mogło się wydawać) miała więcej nie zobaczyć (a jak czas pokazał spełniło się to w odniesieniu do ojca), jest też poczucie bycia kimś gorszym; emigrantem-uciekinierem, a może jedynie żal, iż jest się tak postrzeganym. Sporo tu także egzystencjalnych lęków.
Pani Zofia przeszła długą drogę od ukończenia wydziału
ekonomicznego Akademii Nauk Politycznych w Warszawie do podjęcia pierwszych prób literackich w Argentynie. Jak pisze wiele w jej życiu było dziełem przypadku i splotu okoliczności, jak choćby podjęcie decyzji o niewracaniu do kraju z placówki dyplomatycznej w Lyonie, dzięki obejrzeniu pewnej sztuki egzystencjalnej Sartre`a, czy rozpoczęcie pisania pod wpływem rady pewnego lekarza-literata, dla którego (i dla niej także) pisanie miało być terapią na egzystencjalne problemy. Jego radę – pisania codziennie po jednej stronie, niezależnie od wszystkiego co dzieje się wokół, od zmęczenia, zniechęcenia, braku poczucia sensu, traktowania pisania jako terapii- mógłby zastosować każdy. 
Książka wywołała na mnie dwojakie wrażenia; z jednej strony przygnębienie; zapewne kiedy przekroczy się ósmy, a potem dziewiąty krzyżyk radość życia przygasa i wszystko wydaje się spłowiałe i nieważne. A jednak to trochę smutne. Z drugiej – zaciekawienie autorką i jej twórczością, której (z przykrością to stwierdzam) nie znam. Nie czytałam ani jej książek, ani książek, które tłumaczyła.
Odebrałam panią Zofią, jako osobę która całe życie poszukiwała i nie odnalazła tego, czego szukała. Co jest tym bardziej zastanawiające, iż miała życie bogate i wydawałoby się udane. Kiedy patrzę na jej zdjęcia widzę przejmujący smutek w twarzy. Nawet na zdjęciach na których się uśmiecha. 
A jak sama napisała Cztery obywatelstwa. Trzy kontynenty. Trzech mężów. Tak, byłam awanturnicą, ale nie na obecną miarę. Na miarę tamtych lat, dziś oddalonych na jakiś świetlny wiatr. Wiatr wydarzeń, katastrof, postępu, upadku moralnego, zatarcia czy może zacierania się wszelkich kryteriów...
Z lektury pozostają w pamięci migawki przeszłych zdarzeń; jak list, w którym Artur Rubinstein usprawiedliwia się z powodu nie przyjścia na obiad, gotowanie obiadów dla Marszałka, dziwny wojenny ślub, nielegalne przekraczanie granicy, przyjaźń z pewną Gośką, znalezienie Draba, spotkanie z Gombrowiczem, poznanie Cortazara i niepoznanie Borgesa, czy historia pewnej więźniarki, która wolała zginąć, niż żyć w upodleniu, a która zamieniła pobyt we Włoszech w niezwykle nieprzyjemne doświadczenie. 
Generalnie więcej tu o innych, niż o sobie. Wiele niewiadomych i znaków zapytania, pani Zofia przekazała nam tylko to, co uznała za stosowne przekazać. 
Dla mnie, jako dla osoby, której wiedza na temat pani Chądzyńskiej była szczątkowa lektura autobiografii była arcyciekawym jej dopełnieniem.
Twórczość ze strony wikipedii  
Ślepi bez lasek (Czytelnik 1959, 1970); Wznowienia jako: Śpiew muszli (Akapit Press, 1995, 2003), 
Comme l’ombre qui passe: roman Publisher: Paris: Calmann-Lévy (impr. Chantenay), 1960 (pod nazwiskiem Sophie Bohdan),
Chemia (Czytelnik 1962), 
Ryby na piasku (Czytelnik 1965),
Skrzydło sowy (PIW 1967),
Przez Ciebie, Drabie (Nasza Księgarnia 1969, 1972, 1974, 1979, 1984),
Życie za życie (Nasza Księgarnia 1971, 1973; Wydawnictwo Lubelskie 1979 w serii Biblioteka młodych); Wznowienie jako: Rekma, czyli Życie za życie (Akapit Press, 1995), 
Statki, które mijają się nocą (Nasza Księgarnia 1975, 1989, Hamal Books 1994, Akapit Press 2002) 
Wakacje z Zygą (Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1977) 
Wstęga pawilonu (Nasza Księgarnia 1978, 1982, Akapit Press 1996, Siedmioróg 2000; wpisana na Listę Honorową IBBY) 
Dorosnąć (Nasza Księgarnia 1987, Hamal Books 1994, Siedmioróg 2000, Akapit Press 2002) 
Co mi zostało z tych lat (Akapit Press 1996); Wydanie II poprawione pod zmienionym tytułem: Nie wszystko o moim życiu (Akapit Press 2003)
Poza tym tłumaczenia Borgesa i Cortazara (przede wszystkim)

piątek, 5 czerwca 2015

Żar Sandor Marai

Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2011 r. 
Czytając utwory Maraia nie mogę wyjść z podziwu nad umiejętnością opisywania zwyczajnych historii w zajmujący sposób. Choć te historie stanowią jedynie pretekst dla snucia rozważań - w przypadku Żaru  -nad przyjaźnią, miłością, prawdą i niemożnością dotarcia do sedna zdarzeń. 

Gdzieś na uboczu czasu i historii do pałacu starego węgierskiego generała przyjeżdża przyjaciel z lat młodości. Spotykają się, aby zamknąć pewien etap przeszłości. Dokładnie w tym miejscu i w takim samym otoczeniu ponad czterdzieści lat temu widzieli się po raz ostatni. Dręczące latami wątpliwości dotyczące przyczyny zdarzeń sprzed niemal pół wieku poddane zostały drobiazgowej analizie. Dobiegający kresu dni stary generał ma tylko jedno zadanie do spełnienia; uzyskanie odpowiedzi na nurtujące go pytania. Generał od dnia spotkania wiedzie monotonną egzystencję skupioną na oczekiwaniu. 
Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty. Potem czeka. Już od dawna czekał. Już nawet nie wiedział, kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie.(str. 15)
To spotkanie to szansa na poznanie motywów działania żony i przyjaciela; dwóch najbliższych osób, które tak boleśnie go zraniły. Kiedy czeka się na coś tak długo, uzyskanie odpowiedzi staje się już mniej ważne niż zadanie pytania. A może odpowiedź przestaje w ogóle być istotna. 
Związek, jaki łączył niegdyś dwóch przyjaciół był na tyle głęboki, że w przekonaniu starego człowieka żaden inny związek międzyludzki nie mógł być głębszy. Latami rozważał, co jest istotą przyjaźni.
… czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości, jaką sprawia sobie nawzajem dwóch ludzi, ponieważ się spotkali, ponieważ w pewnym okresie swego życia jednakowo myślą o pewnych problemach, ponieważ mają podobny gust, to samo ich bawi. Ale to nie jest przyjaźń. Niekiedy myślę zgoła, że jest to najsilniejszy związek w życiu… może dlatego taki rzadki. (str. 84)
Żar to powieść niezwykle esencjonalna. Od emocji, od żaru uczuć aż kipi. W spotkaniu uczestniczy dwoje siedemdziesięciolatków oraz wspomnienie nieżyjącej od dawna żony generała. I choć mówi niemal wyłącznie generał w milczeniu i rzadkich odezwaniach jego rozmówcy kryje się może więcej treści niż w rozważaniach Henryka. Atmosfera jest gęsta i duszna. Monolog momentami męczący. Piękny język, oszczędny (bez zbędnych słów) jest niezwykle treściwy, co sprawia, iż ciężko się od lektury oderwać. 
W pokoju, w którym odbywa się rozmowa / monolog żarzy się nie tylko światło świec, ale i iskry uczuć; dawno wygasłych – obudzonych po latach, trawione latami, tłamszone, skrywane wybuchają z wielką siłą; uczucia zawodu, żalu, przyjaźni, zemsty, niepewności, rozgoryczenia, miłości. 
Wydaje się nieprawdopodobne, jak ogromną siłę rażenia miało uczucie przyjaźni, wymagające tak wiele (może nazbyt wiele), ale jednocześnie przebaczające niemal wszystko. 
Książka na zaledwie 167 stronach mieści niezwykłe bogactwo treści. Lektura wymaga cierpliwości i skupienia, ale wynagradza te niedogodności z nawiązką. Wiele tu niedopowiedzeń, nie padają odpowiedzi na wszystkie pytania, wnioski, do których doszedł bohater być może obarczone są błędem, a jednak nie to okazuje się finalnie najważniejsze. 
Widziałem pokój i widziałem wojnę, widziałem nędzę i świetność, widziałem twoje tchórzostwo i moją butę, widziałem walkę i zgodę. Ale sensem każdego naszego postępku, u samego rdzenia życia, być może jednak był ten węzeł, który z kimś nas łączył - węzeł, albo namiętność, nazwij to jak chcesz. … A jeśli to przeżyliśmy, być może nie żyliśmy na próżno. (str. 165)
Życie podobnie, jak literatura pełne jest niedomówień.
Pewnego dnia budzisz się, przecierasz oczy; już nie wiesz dlaczego się obudziłeś. To co pokazuje słońce znasz dokładnie: wiosnę albo zimę, dekoracje życia, pogodę, porządek dnia. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego, nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego, budzącego grozę, ponieważ znasz każdą szansę, na wszystko już liczyłeś, nie czekasz już na nic, ani na złe, ani na dobre… to właśnie jest starość. Coś jeszcze żyje w twoim sercu, jakieś wspomnienie, jakiś mglisty cel, chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć, chciałbyś coś powiedzieć, czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze, że pewnego dnia nadejdzie ta chwila, i wtedy raptem poznanie prawdy i reakcja na nią nie będą już tak ważne, jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. (str. 153)
Polski tytuł powieści jest niezwykle adekwatny do jej zawartości. Żar mogę żarliwie polecić każdemu wymagającemu i wrażliwemu czytelnikowi.

sobota, 23 maja 2015

Dzienniki Marii Dąbrowskiej tom czwarty

Czwarty tom Dzienników czytałam z uczuciem wszechogarniającego smutku. Obejmuje on okres od 1951 do 1957 roku. Dąbrowska jest kobietą ponad sześćdziesięcioletnią, pisarką w okresie kryzysu twórczego, osobą żyjącą w siermiężnej rzeczywistości początków budowy państwa socjalistycznego, widzącą wady funkcjonowania systemu. 

Smutno jakoś i trwożnie żyć na tym świecie (20.01.51 r.), Ach, jakbym chciała jeszcze odzyskać czucie młodości! (16.02.51 r.). Ludzie mnie jakoś nudzą i niecierpliwią. Dokądkolwiek nie pójdę, z kimkolwiek się zobaczę, wracam śmiertelnie znudzona. Marzę o ludziach, z którymi spotkanie uskrzydlałoby i uszczęśliwiało, bo sama też zrobiłam się nudna i postna (10.01.52 r.).
Znów trzy tygodnie sine linea, O Samuelu Pepysie, o, Gouncourcie - dodajcie mi sił, charakteru i wytrwałości, bym na co dzień notowała. Ale tak mam mało już chęci do czegokolwiek. Nie jestem w dobrym stanie ciała, ani ducha. …nie czuję się wcale tak jak ci wspaniali starcy, co zdają się nigdy nie mieć na pamięci bliskiego kresu wędrówki. (12.12.52 r.) 
Jestem jakaś śmiertelnie smutna i zniszczona, a choć zarabiam dosyć na kilka osób, jakie mam do utrzymania i podtrzymania, choć powodzi mi się, a nawet umiem pisać lepiej, niż umiałam - życie nie przedstawia już dla mnie żadnego interesu i nie jest już dla mnie żadną pod żadnym względem przyjemnością. (3.04.54 r.)
Pisanie powieści (Przygody człowieka myślącego) idzie opornie, co pisarka tłumaczy sytuacją w kraju, w którym pisarz nie czuje się wolny. 
Gdybym miała swobodę mówienia wszystkiego, potrafiłabym wyprowadzić nawet z najdrastyczniejszych faktów pozytywne wnioski z dzisiejszej rzeczywistości. (28.02.51 r.). Jakiś rodzaj dna rozpaczy. Mój pierwszy brulion opowiadania dobiega końca, ale jak dotąd nie mogę się w nim dopatrzeć wartości. Jestem .... nieszczęśliwa, a za nieszczęście uważam to, że jestem taka nieszczęśliwa. Nie ma się prawa być aż tak nieszczęśliwym i tak do gruntu zniechęconym. Nawet gdy się poniesie najbardziej niepowetowane straty. A mimo wszystko jeszcze tak chciałabym się odrodzić. (22.11.54 r.).
W to uczucie zniechęcenia wkraczają chwile radości spowodowane udziałem w przedstawieniach teatralnych (można odnieść wrażenie, że Dąbrowska bywała w teatrze przynajmniej raz w miesiącu), czy spotkaniem ciekawego rozmówcy. Ilość osób, które wspomina jest ogromna. Same przypisy z krótkimi notkami biograficznymi zajmują niemal połową Dzienników.
Czas spędza głównie na tłumaczeniach (Czechow, Gorki, poprawki do wcześniejszego tłumaczenia Pepysa), przygotowywaniu artykułów rocznicowych, referatów oraz pisaniu opowiadań. 
Sporo miejsca zajmuje opis realiów społeczno-politycznych i udział pisarki w życiu publicznym. 
Na początku 1952 roku umiera wieloletni przyjaciel, towarzysz życia pisarki Stanisław Stempowski. Wyrzucam sobie, że mu za mało w te lata dawałam z siebie, że nie wszystkie siły ducha i życia zużyłam na to, aby powstrzymać ten proces umierania, no, choćby jeszcze na rok, może przez ten rok doczekałby się, najdroższy, czegoś, co by go ucieszyło. Jakie to dla mnie niepojęte- ja prawie więcej cierpię po Jego odejściu niż po śmierci Mariana [mąż pisarki]. Dłużej z nim żyłam, o całe dwanaście lat. A nadto wtedy byłam młoda i tyle jeszcze nadziei przede mną. A teraz nie mam żadnych. Nie umiem tworzyć, ani zajmować się sprawami ogólnymi, gdy nie mam szczęśliwego życia osobistego. (9.07.52 r.)
W 1954 roku pisarka zamieszkuje ze swoją przyjaciółką (towarzyszką życia) i jej córką. Między wierszami daje się zauważyć napięte relacje łączące obie panie, a kością niezgody wydaje się być córka Anny Kowalskiej, Tulcia. 
Męczy mnie tylko, że Anna cały dzień zajmuje się Tulcią i nie ma czasu pracować. I że, jak Anna mówi, dla Tulci przeniesienie się z Wrocławia jest taką tragedią, że gdyby miała świadomość tego, co się dzieje, popełniłaby samobójstwo. (24.09.54 r.)
Tulcia jest z pozoru łatwym dzieckiem i tzw. grzecznym, a przede wszystkim niehałaśliwym. Ale w istocie rzeczy ma dużo kaprysów, przekory, egoizmu i egotyzmu. […] Ale na punkcie Tulci Anna jest „niedotykalna”. ..Nic nie wiesz, nic nie rozumiesz” odpowiada, gdy ośmielę się zrobić jakąś uwagę. (29.09.54 r.) W całym cytacie najważniejsze jest chyba nie to, co napisane, ale to czego nie ma, trzy kropki w nawiasie. 
Być może przyczyną był stosunek pisarki do dzieci w ogóle. 
Co do mnie nie jestem aż taką apologetką sprawy dzieci. Znam bardzo wymyślne i okrutne sposoby znęcania się dzieci nad rodzicami. Dzieci to na ogół istoty koszmarne w swym egoizmie, instynktach niszczycielskich, oschłości serca. Jak i wśród dorosłych są tylko czarowne wyjątki. Dzieci wymagają opieki, ale nie uważam, żeby były o włos bardziej godne litości czy współczucia jak dorośli. Jak nie istniała dla mnie odrębna sprawa kobieca, tak nie istnieje dla mnie odrębna sprawa dziecka. Istnieje sprawa ludzka. (22.02.55 r.) 
W życiu pisarki pojawiają się też chwile radości. Święta zeszły na niczym, choć czułam się z Anną, Tulcią i naszym tajemniczym cudem-panną Hanią- tak szczęśliwie i dobrze, jak tylko jeszcze mogę i potrafię. Boże Narodzenie, którego żywy, wonny i śpiewny czar dawno zetlał (po śmierci Mariana), odzyskuje w obecnych warunkach nieco nowych rumieńców życia. (1.1.56 r.). 
Dopiero dziś przez cały dzień nie wypaliłam ani jednego papierosa. To świadczy, że jestem szczęśliwa i moje życie nabiera sensu. Zdaje się, że mogę być szczęśliwa tylko żyjąc na wsi. Szkodzi mi wielkie miasto. (19.02.56 r.). 
Jestem teraz w zgoła innym usposobieniu od tego, co mnie niedawno trapiło - od tych nastojów łaknących samotności. Odczuwam nasz dom, jako największe, dostępne mi szczęście, a w nim Annę i Tulcię, jako wcielenie idealnego współżycia. (15.11.55 r.)
Pisanie Dzienników jest dla Dąbrowskiej niezwykle ważne, mają one pozostawić świadectwo czasów. 
… mam do stracenia tylko jedną, ale dla mnie piekielnie ważną rzecz-te moje dzienniki. Nie, aby miały jakąkolwiek wartość literacką, ale że przez nie tylko jestem w stanie wystąpić kiedyś, choćby po śmierci, jako świadek czasów. Dla ich zachowania dałabym bodaj wszystko - nawet życie, a w razie ich utraty – nie warto by mi żyć ani godziny więcej. (10.05.56 r.) Nie znaczy to jednak iż nie dopada jej zwątpienie, czy to notowanie, które zabiera tak wiele czasu ma jakikolwiek sens. Przepisując stare zapiski dochodzi do wniosku, że takie pisanie na gorąco zniekształca osąd rzeczywistości. 
Wynotowałam całe mnóstwo fragmentów, podkreśliłam ich jeszcze więcej. Ale na koniec chciałam jeszcze przytoczyć poniższy cytat.
Czytam Seneki Listy do Lucyliusza- egzemplarz wydany w 1781 roku. Od tego czasu leży tu nierozcięty. Jestem jego pierwszą po 170 latach czytelniczką. … W późnej porze życia zabieram się do starożytności, i o dziwo znajduję w niej wiele pokrewnego sobie. (16.12.56r.)