Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 11 czerwca 2019

Marc Chagall Biografia Jonathan Wilson

Sufit Opery Garnier wymalowany przez Chagalla
Zalety biografii doceniałam dopiero parę lat temu. Wcześniej ten gatunek literacki nie wzbudzał mojego zainteresowania.  Od biografii oczekuję zarówno wartości poznawczych, jak i pewnego rodzaju psychoanalizy, poza suchymi datami i zdarzeniami także własnego odczytania przyczyn tychże zdarzeń.
Biografia Marca Chagalla na pewno spełniła oczekiwania poznawcze, przy czym było to zadanie dość łatwe, ponieważ na temat malarza wiedziałam bardzo niewiele. Jedynie to, że malował dziwne obrazy lewitujących postaci o dwóch twarzach a także to, że wymalował sufit Opery Paryskiej. Nie wiedziałam, albo też umknęło z mojej pamięci, że Marc Chagall (właściwie Moisiej Szagał) był z pochodzenia rosyjskim Żydem. Ja kojarzyłam go z Francją, co nie było od rzeczy, bowiem Chagall miał także francuskie obywatelsko. Marc urodził się w Witebsku, pod koniec XIX wieku w małym żydowskim miasteczku, takim, jakie utrwalił na swych obrazach. Witebsk przypominał literacką Anatewkę ze Skrzypka na dachu. Można tu było spotkać … zwierzęta, cebulaste kopuły cerkwi, rabinów pochylonych nad Torą, kobiety z koszami, mężczyzn objuczonych bańkami z mlekiem…, a także skrzypka prowadzącego pochód weselników. (ze str. 14), można je spotkać także na jego obrazach. Jego ojciec był sprzedawcą śledzi, matka zajmowała się domem i dziewiątką dzieci. Bycie Żydem w Rosji nie było łatwe, był to czas antysemickich pogromów, a na pobyt w Petersburgu potrzebne było specjalne zezwolenie. A jednak Marc wspominał tamten okres z sentymentem a każde kolejne miejsce zamieszkania porównywał z miejsce urodzenia. Szczególną rolę w jego życiu stanowił Paryż, stolica artystycznej bohemy, miasto światła i wolności, w którym Żydzi cieszyli się równouprawnieniem. Tutaj tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej miał miejsce jego malarski debiut. Wróciwszy tutaj dziewięć lat później doznał olbrzymiego rozczarowania, kiedy okazało się, że wszystkie pozostawione w pracowni La Ruche obrazy (około stu pięćdziesięciu) znikły. Przed drugą wojną Chagall wraz z żoną i córką zamieszkał na południu Francji. Miał nadzieję, że francuskie obywatelstwo uchroni go od aresztowania. Tylko dzięki uporowi i odwadze Variana Freya z Amerykańskiego Emergency Rescue Comittee (który zajmował się ratowaniem europejskich intelektualistów) wydostał się z więzienia,  przekroczył granicę hiszpańską i wylądował w Lizbonie, skąd ekspediowano uchodźców do Ameryki. Do Francji wrócił po ponad dziesięciu latach i mieszkał tam do śmierci.                                                             Autor biografii pisze sporo o miejscach, datach i zdarzeniach. O ile poznałam życiorys malarza, o tyle zabrakło mi jego portretu psychologicznego. Postać malarza jest delikatnie zarysowana, można by rzec, że autor namalował go w sposób niezwykle delikatny, ledwie widoczny. Więcej miejsca poświęca jego obrazom, i to dzięki nim poznajemy, co mu w duszy gra. Duża zaletą książki jest to, iż Chagall nie jest jednowymiarowy. Autor pisze zarówno o jego zaletach, jak i wadach. Może tych drugich jest nawet więcej (dla przykładu; egocentryzm, romans z władzą radziecką, odmówienie pomocy Freyowi we wsparciu zbiórki na uchodźców, brak zainteresowania synem po rozstaniu z jego matką). Być może przyczyn należałoby upatrywać w ciężkiej historii Marca (historii dzielonej z tysiącami jego pobratymców), może w tym, iż padł on kiedyś ofiarą oszustwa. Zadziwia dwoistość jego postępowania; z jednej strony wierny wyznawca judaizmu, robiący wymówki córce z powodu związku z gojem, a drugiej pozostający w takim związku Marc (w dodatku ukrywający go przed światem). Biografia pióra Wilsona rozbudziła moje zainteresowanie malarzem.
I choć teraz  nie mogę powiedzieć, aby obrazy Chagalla wzbudziły mój zachwyt, to dzięki znajomości jego biografii patrzę na nie z większym zrozumieniem. Odpowiada mi się ich lekkość, ulotność, fantazja połączona z realizmem, kolory, delikatna kreska, niedopowiedzenie, romantyzm, natomiast niekiedy drażni nadmiar. Nadmiar szczegółów, detali, symboli, których znaczenia nie umiem, albo nie chcę odnaleźć. Ale jest ten nieistniejący już, a utrwalony przez malarza klimat żydowskiego sztetl i choćby za to cenię Chagalla. Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

środa, 5 czerwca 2019

Jak dobrze dziś być Gdańszczanką

Na przełomie 1988 i 1989 roku pracowałam na terenie Stoczni Gdańskiej. Po ukończeniu studiów nie spieszyłam się, ze znalezieniem stałej pracy. Postanowiłam wówczas przedłużyć młodość uzyskując zgodę na pracę w Studenckiej Spółdzielni Pracy. Praca w niej była przywilejem studentów. Przywilejem, bowiem zarobki w Technoservice były niezłe. Z założenia student pracował dorywczo, więc jego godzinowa stawka odbiegała od stawek większości grup zawodowych. De facto byli tacy delikwenci, którzy pracowali w spółdzielni tygodniami, a nawet miesiącami. Dołączyłam do tej grupy szczęśliwców po uzyskaniu tytułu magistra prawa i przez kilka miesięcy pracowałam codziennie. Teoretycznie nie było to możliwe, bowiem aby pracować kolejnego dnia trzeba było dzień wcześniej zapisać się dzwoniąc do biura. O godzinie ósmej numer był zajęty, a pięć minut później nie było już miejsc. Oczywiście o telefonach komórkowych nawet wówczas nie słyszeliśmy. Jednak my, Polacy, umiemy obchodzić przeszkody i nawet tak niepotrafiąca  rozpychać się łokciami dziewczyna, jak ja, znalazła sposób na dołączenie do grona szczęśliwców i umawiała się bezpośrednio u brygadzistów (mieli oni pulę miejsc „dla swoich”. Wystarczyło rano szepnąć słówko i robota czekała). A była to ciężka praca. Wynieść kilkadziesiąt wiader złomu w ciągu zmiany z samych zęz na znajdujący się poza statkiem pojemnik nie było zajęciem lekkim, zwłaszcza dla dziewczyny. Nasze robocze ciuchy przesiąknięte były potem, lepiły się od brudu, a w ciała wbijały się igiełki szklanej waty, którą wykładano grodzie statku. Należąc do grupy wybranych miałam przywilej pracowania we własnych ciuchach, miałam też własną szafkę.
Praca była ciężka i wydawała się syzyfową, co dzień od nowa sprzątaliśmy tę stajnię Augiasza. Jednak dziś z perspektywy lat i życiowego doświadczenia mogę z pełnym przekonaniem napisać, że miała ona więcej sensu, niż zajęcie które wykonuję obecnie.
Lata 1988 - 1989  obfitowały w ważne wydarzenia. Byliśmy wówczas świadkami kilku stoczniowych strajków. Kiedyś nawet udało nam się „uczestniczyć” przez chwilę w jednym z nich, zanim bowiem się rozpoczął my zdążyliśmy wcześniej wejść na teren stoczni. Siedzieliśmy wtedy z robotnikami na styropianie. Później, w okresie strajków nie było zapisów do pracy dla studenckiej braci.

Czy wtedy wierzyłam w jakiekolwiek zmiany? Chyba już nie.
Po euforii sierpnia osiemdziesiątego roku, kiedy podpisanie porozumień czciłam na Placu (wówczas jeszcze nie Solidarności) z tysiącami mieszkańców, po odsłonięciu pomnika Trzech Krzyży, którego widokówkę otrzymaliśmy od naszej polonistki na znak przebaczenia nieodpowiedzialnego zachowania, jakim było nasze uczestnictwo w Juwenaliach (brzmi to dziś niewinnie, ale jak mówiła wówczas nasza pani profesor - w tych ciężkich czasach nie należało dawać władzy pretekstu. Kilku kolegów zostało spisanych przez milicję a szkoła została powiadomiona o zajściu), po słynnej lekcji historii, na której kolega Wojtek zrobił nam wykład na temat równości pomiędzy stalinizmem i faszyzmem, po ogłoszeniu stanu wojennego, braku studniówki (z powodu godziny milicyjnej), aresztowaniach, kłamstwach, prześladowaniach, cenzurze i telewizyjnych wiadomościach - młodzieńczy entuzjazm znacznie ostygł.
Podczas tamtych wyborów czerwcowych nie wierzyłam w zwycięstwo solidarności. A potem się stało. Nieoczekiwane. Niespodziewane. Niezwykłe.
Nie miałam świadomości konsekwencji tamtych zdarzeń i tego, że na naszych oczach upadł komunizm.  
Tak sobie to wszystko przypomniałam wczoraj, kiedy stojąc na ulicy mego miasta słuchałam wielu pięknych i pokrzepiających słów. I wtedy przypomniała mi się scena z serialu Dom, w której Klara Stroynowska (wychowana w Związku Radzieckim Polka) oglądając transmisję z wyboru Karola Wojtyły na Papieża mówi, jak dobrze dziś poczuć się Polakiem. Wówczas pomyślałam sobie, jak dobrze być i czuć się Gdańszczanką.
Nawet jeśli lata już nie te, zdrowie trochę szwankuje  i takie tam inne (o których sza...)   nie napawają optymizmem. 

niedziela, 2 czerwca 2019

Jekyll and Hyde w Poznaniu, Dzwonnik w Gdyni, Trojanki w Gdańsku, czyli teatralny maj


Dwa z tytułowych spektakli stanowią kolejne spotkania z tytułem. Z poznańskim przedstawieniem miałam przyjemność spotkać się po raz trzeci, z Quasimodo po raz … szesnasty.  
zdjęcie własne
Katedra Notre Dame w Paryżu, albo Dzwonnik z Notre Dame
Ponieważ o Dzwonniku pisałam już tu i tu i tu i tu podsumowanie zostawię sobie na listopad, kiedy to z ogromnym żalem przyjdzie mi rozstać się z tytułem. Na osłodę  bilety na pewien koncert, który, jestem przekonana, będzie dla mnie rekompensatą owego rozstania leżą już w szufladzie.
Króciutko wspomnę tylko, że spotkanie w dniu 26 maja z  wokalistami Teatru Baduszkowej należało do jednego z lepszych (choć w mojej subiektywnej ocenie nie było wykonań słabych, były tylko nieco słabsze od pozostałych). Jeśli w poprzednim spektaklu (w którym uczestniczyłam w lutym) zabrakło mi trochę mocy, zaangażowania i tego przyjemnego dreszczyku, jaki przejmuje widza - to przedstawienie nie pozostawiło żadnych niedomówień, wykonanie było profesjonalnie, nie było problemów z nagłośnieniem, a ja i moi goście wychodząc z teatru znajdowaliśmy się w stanie lewitacji. Staram się za każdym razem zabierać na przedstawienie, a tym samym rozszerzam krąg widzów. Największą radość sprawiają mi ich rozanielone twarze, a jeśli ktoś powraca na przedstawienie to moja radość nie ma granic.
Zdjęcie ze strony
Jekyll i Hyde w Teatrze Muzycznym w Poznaniu
W tym miesiącu szczęścia miałam jeszcze więcej, bowiem, mimo zapowiedzi o pożegnaniu z tytułem (jakiś rok temu) trafiłam na wzmiankę o kilku przedstawieniach Jekylla i Hyde w Poznańskim teatrze Muzycznym. Tylko tak opętani musicalami szaleńcy, jak ja, będą w stanie poczuć stan, w jakim znalazłam się zakupiwszy bilet.  Musical skradł moje serce dzięki odtwórcy głównej; podwójnej roli. Występujący w niej Janusz Kruciński jest moim wokalnym guru, jeśli idzie o ten gatunek muzyczny. W podwójnej roli doktora/zbrodniarza występuje także Damian Aleksander, najwspanialszy Upiór paryskiej opery. Wspominałam o nim przy okazji wpisu na temat koncertu Tribute to musical. Śpiewał tam między innymi utwór z przedstawienia Jekyll and Hyde To jest ten moment. A wykonał go przepięknie.  Rola Jecylla/Hyde to rola w przedstawieniu najważniejsza. Gdyby została ona wykonana zaledwie dobrze, to nawet starania całego zespołu nie pomogłyby w uratowaniu przedstawienia. I odwrotnie pewne niedociągnięcia zespołu nie mogłyby zaszkodzić całości, jeśli tytułowy bohater wykonałby swoje zadanie jak należy. Dlatego też znając obu panów byłam spokojna o swe doznania. Nie chcę tu odmawiać zasług całemu zespołowi poznańskiego teatru, który spisał się bardzo dobrze. Po raz kolejny zachwyciłam się Moniką Bestecką w roli Lucy. Byłam jedynie nieco rozczarowana Ksenią Matsuk w roli Emmy (która jest dobrą wokalistką), ale bardziej pasuje mi wokalnie do tej roli Edyta Krzemień. W roli doktora/zbrodniarza wystąpił ku mojej ogromnej radości Janusz Kruciński. Widziałam młodego człowieka, którego informacja na temat obsady tak ucieszyła, iż zaczął podskakiwać z radości. Byłam gotowa się do niego przyłączyć.
Przedstawienie było jednym pasmem radosnej ekstazy. To są takie chwile, kiedy człowiek czuje, że żyje. Można za bohaterem zaśpiewać chce mi się żyć. To chwila, kiedy wierzy się w nieśmiertelność i zwycięstwo nad nicością. Krótko przed spektaklem zakupiłam książkę Tablica z Macondo Stanisława Barańczaka i poczułam się,  niczym poeta, kiedy tworzy wiersz. Nie usuwając bólu- bierze odwet na tym, co wywołuje ból. I tak, jak każdy dobry wiersz, zdaniem poety samym swym pojawieniem się i istnieniem psuje-zabawę Historii, narusza jej pewność siebie i dobre samopoczucie. Historia każe nam myśleć, że jednostka to zero, że jej indywidualny pogląd na życie nie ma znaczenia dla kierunku, w którym zmierza świat, że liczą się tylko liczby i statystyczne prawidłowości; a jednak poezja upiera się przy swoim pierwszoosobowym monologu- i na przekór obowiązującym w zewnętrznym świecie prawom mimikry- im bardziej idiosynkratyczny jest brzmiący w niej głos poety, tym większe ma szanse na przetrwanie w pamięci czytelników.  (str.16). Tak ja, słuchając śpiewu, pozwalając, aby cudowne dźwięki przenikały do moich trzewi czułam się silna i brałam odwet, na tym co wywołuje ból, ból istnienia. 
I bez znaczenia jest to, że poznańska scena kompletnie nie nadaje się do musicalowych przedstawień.
Trojanki w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku
Zdjęcia ze strony teatru


Maj zakończyłam uczestnictwem w przedstawieniu Trojanki w gdańskim teatrze Wybrzeże. Ostatnimi czasy teatr, w którym rozpoczęłam swą edukację teatralnego widza jakieś kilkadziesiąt lat temu odwiedzam dość rzadko. Nie mam szczęścia do repertuaru, wciąż trafiałam na produkty teatropodobne. Albo są  to komedyjki, które mnie nie śmieszą, albo nastawione na pozyskanie publiki dramaty pełne wulgaryzmów, agresji i nagości. W wygłoszonym w Parlamencie Europejskim przemówieniu Krzysztof Warlikowski powiedział o tym, co i mnie jest szczególnie bliskie, a dotyka zagadnienia upadku dzisiejszego teatru w szczególności (a kultury i sztuki w ogóle). Jego poglądy wyrażają także moje opinie i obawy. Niepostrzeżenie zaczęto podmieniać kulturę na popkulturę i rozrywkę. Obrócono znaki. Powolne procesy kulturotwórcze błyskawicznie straciły sens i znaczenie. Zamiast krytyki i opinii pojawiły się rankingi. Systemy ocen, gwiazdek, like'ów. Twórcy, bo trudno nazwać ich artystami, okazali się nieodporni na korupcję wolnego rynku. Tylko nieliczni zachowali odpowiedzialność za swoich widzów i nie chcieli dawać im papki, na którą tamci czekali lub wmawiano im, że czekają. Myślę, że wytworzyliśmy osobliwy przemysł pogardy, w którym twórcy zamiast brać odpowiedzialność za widzów, zaspokajali ich najgłupsze pragnienia. (fragment z przemówienia, którego całość można znaleźć tutaj). 
Przedstawienie Trojanki (sztukę Eurypidesa) wyreżyserował Jan Klata. Pisałam kiedyś o Królu Learze tego reżysera w krakowskim Teatrze Starym. I to pisałam dość krytycznie. Zabrakło mi wówczas Szekspira w Szekspirze, a wypowiadane przez aktorów kwestie odebrałam (i nie tylko ja), jako niezrozumiałe, zagłuszone hałasami, dźwiękami, brakiem tego, co w teatrze najważniejsze- słowa (którego nie było w przedstawieniu słychać). 
Nie wiem, czy wystawiając Trojanki pan reżyser wziął pod uwagę moją opinię (to oczywiście żart, gdzieżby taki znany i niepoddający się krytykom i krytyce pan reżyser brał pod uwagę opinię takiego amatora, szaraczka, jak ja), ale w Trojankach nie było żadnych problemów z tekstem. Dykcja aktorów nie budziła zastrzeżeń a głośne dźwięki muzyki nie zagłuszały tekstu.
Po zburzeniu Troi Grecy biorą odwet na pozostałych przy życiu kobietach i dzieciach. Upokarzają, niewolą, gwałcą, zabijają, a wszystko to uzasadniają wolą innych: Bogów, poddanych, władców, a nawet ofiar. Można odnieść wrażenie, że oni nie chcą tego czynić, ale im kazano, takie fatum historii. Troja została zniszczona, jak zamki z piasku, które rozdeptują w prologu Bogowie. Pozostał piach i wystające zeń ludzkie torsy. Ascetyczna scenografia i czarno-białe kostiumy, owinięty w folię spuszczony na linie półnagi Polydor i drażniąca zmysły muzyka (momentami przechodząca w jazgot zagłuszający myśli) sprawiają, że widz czuje się niekomfortowo. I tak właśnie ma się poczuć. Jest obserwatorem zagłady. Tytułowe Trojanki to siedem kobiet; Hekabe żona zamordowanego władcy, jej córki i inne bliskie jej kobiety ubrane są w jedną wspólną szatę - czarną suknię – worek, z której wydostają się idąc każda za swoim przeznaczeniem. Ich strój przypomina worek, w jaki pakuje się nieboszczyka. Maski na twarzach oprawców (z wizerunkami antycznych filozofów), koszulki prezentujące nagie muskularne torsy, skórzane kurtki i długie włosy wskazują, że mamy do czynienia z barbarzyńskimi najeźdźcami o twarzach mędrców.
Zarówno scenografia jak i kostiumy doskonale wpisały się w konwencję przedstawienia. W Trojankach odrębnym bohaterem jest muzyka-głośna, drażniąca, ostra, przewiercająca mózg, psychodeliczna, a jednocześnie współgrająca z całością.
Zdjęcia ze strony teatru
Spektakl jest popisem gry aktorskiej pań. To one są bohaterkami dramatu i to one skupiają na sobie całą uwagę. Dorota Kolak, jako Hekabe – tragiczna wdowa po Priamie, matka i babka zabijanych, upokarzanych, dręczonych, niewolonych po kolei córek, synów i wnuka, zagrała (moim zdaniem) swoją najlepszą rolę. Jest uosobieniem rozpaczy, szaleństwa, poddania, zemsty, a jednocześnie pewnego rodzaju dostojeństwa. Katarzyna Figura, jako Helena spętana linami i z maską Hannibala Lectera na twarzy sprawia nieoczekiwane wrażenie. Bardzo dobrze wypadły oszalała wizją swej przyszłości Polyksena (Magdalena Gorzelańczyk) oraz rockowo - szaleńczo - cyniczna Kassandra (Małgorzata Gorol). Niesamowite było współgranie tej ostatniej z muzyką (ostatni trans).
Z panów moją uwagę zwrócił Cezary Rybiński - jego Talthybios to postać negatywna, a jednak okazująca ludzkie odruchy, choć do końca nie wiadomo, czy te odruchy nie są jedynie szyderstwem i drwiną z dramatu kobiet.
Trojanki to niezwykle dramatyczna opowieść o przemocy. Także tej, jakiej dopuszczają się ofiary.
Nie znam tekstu Eurypidesa, więc nie ocenię, na ile sztuka jest jego adaptacją, a na ile wypowiedzią artystyczną reżysera. Jednak Eurypides to nie Szekspir, więc nie budziłyby mojego sprzeciwu pewne przeróbki. Przedstawienie choć trudne w odbiorze, pełne dramatycznych scen i niosące pesymistyczne przesłanie (mnie nie udało się dopatrzeć pozytywnego) warte jest obejrzenia. Poczułam się w teatrze, jak w miejscu, w którym zmusza się widza do myślenia, a nie w miejscu, w którym ktoś pragnie zaspokoić jego  najprymitywniejsze pragnienia. 
Tak było do finału, oklasków, ukłonów i kwiatów.
A potem był epilog, w którym pojawiała się Helena (Figura) w złotym, kiczowatym szlafroczku i złotych szpileczkach, zmanierowana niczym żona Siary rodem z Killera, która w egipskim kurorcie z grającym idiotę mężem Menelaosem (świetnym Grzegorzem Gzylem) oraz Theoklymenosem (Jackiem Labijakiem) prowadzą dialog ośmieszający greckich bohaterów. Takie podsumowanie historii, która prowadzi do karykatury samej siebie?
Przyznam, że nie do końca zrozumiałam zamysł epilogu. Mnie wydawał się on zbędny. Ale może obejrzę raz jeszcze i wtedy znajdę klucz do jego odczytania. W każdym razie było to bardzo ciekawe i dobrze zrobione przedstawienie. Mam nadzieję, że pan Klata na dłużej zagości w teatrze Wybrzeże. 


środa, 8 maja 2019

Majówka w Bydgoszczy z Leonem Wyczółkowskim

Biały Spichrz na Wyspie Młyńskiej

Tegoroczną majówkę spędziłam w Bydgoszczy. Ktoś zapyta, czemu akurat tam. Odpowiem, a dlaczego nie. Bydgoszcz nie oszałamia nadmiarem turystycznych atrakcji, ale też nie można się tam nudzić. Byłam w Bydgoszczy dwa miesiące wcześniej przy okazji koncertu w Filharmonii Pomorskiej:, brak czasu uniemożliwił mi wówczas spacery po mieście, dlatego postanowiłam wrócić. 
Liczyłam na  małomiasteczkowy klimat i brak tłumów. Ludzi  było sporo, co można było zaobserwować na Wyspie Młyńskiej podczas pikniku z okazji 15 lecia przystąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej, czy choćby pod knajpą Manekin, gdzie przed wejściem stała niemała kolejka oczekujących na stolik. Nie były to jednak tłumy, z jakimi spotykam się na co dzień w moim rodzimym mieście. 
Na ile zdążyłam poznać miasto  (co chyba nie jest możliwe podczas czterodniowego pobytu i mając skręconą w kostce nogę) serce miasta bije na Wyspie Młyńskiej. Jest to urokliwy zakątek.Położony pomiędzy rzeką Brdą a jej odnogą Młynówką ponad sześciu
Przechodzący przez rzekę 1.05.2004 r. wejście Polski do UE
hektarowy obszar urzeka nabrzeżami, mostkami, kaskadami, jazami (zawsze myliłam jazy ze śluzami wodnymi) i przepławką dla ryb. Mnóstwo tam zieleni, a na wyspie umiejscowione są liczne obiekty kulturalne (w tym Muzeum Leona Wyczółkowskiego, Europejskie Centrum Pieniądza, dawny dom młynarza mieszczący centrum informacyjne, umiejscowione w Białym Spichrzu zbiory archeologiczne oraz mieszcząca się w Czerwonym Spichrzu galeria sztuki współczesnej).
Większość spichrzy posiada szachulcową konstrukcję, co nadaje im niepowtarzalnego charakteru. Wokół rzeki zlokalizowane są liczne knajpki, kawiarenki, winiarnie. Żałuję, iż nie miałam okazji, aby posiedzieć tam wieczorem, kiedy światełka latarni i neonów odbijają się w wodach rzeki czy kanału. Przystań wodna (zespół obiektów sportowo-turystycznych) umożliwia wypożyczenie sprzętu pływającego i odbycia rejsu po rzece, dla mniej odważnych (niewysportowanych) pozostaje tramwaj wodny. 
Na rekreacyjnej łące na wyspie odbywają się okolicznościowe koncerty, których akustyką mogą zachwycać się, bądź ją przeklinać mieszkańcy okolicznych domostw i hoteli. Na wyspie znajduje się też plac zabaw dla dzieci. Można powiedzieć, że każdy znajdzie coś dla siebie.  
Widok na Bydgoską Farę oraz jazy
Jazy
 Ponieważ tym razem nie podróżowałam sama, a wycieczka była prezentem urodzinowym dla towarzysza podróży musiałam trasę spacerów uzgadniać. Było jednak takie miejsce,  którego odwiedzenie wymogłam na moim towarzyszu podróży. Był to Dom Leona Wyczółkowskiego oddział Muzeum Okręgowego. Dawniej mieścił się tam obiekt mieszkalny dla członków zarządu znajdujących się w pobliżu Młynów Rothera. Budynek powstał na przełomie XIX i XX wieku. Od 1975 r. jest w użytkowaniu Muzeum Okręgowego. Pierwotnie wystawiane były tam inne zbiory, obecnie prezentowana jest stała ekspozycja twórczości Leona Wyczółkowskiego. Do tej pory miałam okazję podziwiać obrazy tego twórcy w muzeach Krakowa i Warszawy. Były to bardziej znane dzieła malarza, jednak w niewielkiej ilości. Dopiero bydgoskie zbiory pozwalają docenić jego wielostronność. Na wystawie znajdują się przykłady zarówno prac malarskich, litografii, rysunku, kamieniorytu,  jak i narzędzia pracy i pamiątki osobiste. 
Dom Wyczółkowskiego Mennicza 7
To niewielkie, składające się z pięciu pomieszczeń wystawowych muzeum zawiera sporą kolekcję dzieł artysty. Wyczółkowski uczył się zarówno u Wojciecha Gersona (realisty), jak i u Jana Matejki. Sporo podróżował i miał okazję oglądać obrazy Moneta na paryskich wystawach. Początkowo pozostawał pod wpływem malarstwa realistycznego, aby potem zwrócić się w kierunki impresjonizmu. Pierwsza sala niebieska - to sala portretowa. Przez długi czas żył z wykonywania portretów na zamówienia. Sporą część życia spędził na Ukrainie, gdzie powstały obrazy o tematyce chłopskiej i pejzażowej. Byłam ciekawa dlaczego to właśnie Bydgoszcz posiada tak duże zbiory tego malarza. Otóż Wyczółkowski często przebywał w Bydgoszczy po otrzymaniu (w podziękowaniu za przekazanie części prac Muzeum Wielkopolskiemu) dworku w Gościeradzu pod Bydgoszczą. Jeszcze za życia podarował pierwsze prace Muzeum Miejskiemu.  Zbiory te powiększyły się znacznie po śmierci artysty, kiedy żona malarza zgodnie z jego ostatnią wolą przekazała miastu liczne prace męża, szkicownik oraz pamiątki osobiste.        
Podsumowując - wycieczka była niezwykle udana. Dobry hotel, pyszne jedzonko, miłe towarzystwo. Gorzej z pogodą, tej miasto nie gwarantuje w pakiecie. Podczas czterech majowych dni mieliśmy pogodę zmienną, z przewagą wietrznej.
Salon niebieski portretowy

Portret Wandy Kossuth
Salon zielony (tu także przewaga portretów, ale i pejzaże i fragmenty architektury
Na pierwszym planie Widok na Floriańską, powyżej Portal wawelski
Kolejna sala- pamiątek po artyście- tutaj znajduje się Wnętrze pracowni artysty w Gościeradzu
Portret żony i prawdopodobnie dworek w Gościeradzu
Sala litografii, kamieniorytu i rysunku
Z ostatniej salki z przewagą pejzaży Cerkiew w Tatarowie