Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Mętne szkło Donna Leon


Wydawnictwo Noir sur blanc rok 2010
Po dość kiepskim kryminale Śmieci S. Dixona z przyjemnością wróciłam do lektury kryminałów Donny Leon. Tęsknota za Wenecją, a może za komisarzem Brunettim; męskim ucieleśnieniem wyśnionego stróża prawa, co to i rozwiąże tajemnicę śmierci stróża nocnego i w międzyczasie zajdzie do kościoła obejrzeć piękny obraz, poczyta coś z klasyki i jeszcze żonie kupi pierwsze wiosenne kwiaty. Czy taki facet w ogóle istnieje? W każdym razie w powieści Donny Leon owszem i ma się dobrze. Pomyślałam, że komisarz mógłby być ideałem, gdyby jeszcze pomagał żonie w pracach domowych, ale to chyba byłoby zbyt wiele. Nawet Paola nie wymaga tego od swego mężczyzny. 
Komisarz jest smakoszem i brak dobrego posiłku może wystawić jego cierpliwość na próbę. O czym doskonale wie żona. Kiedy wróciwszy po ciężkim dniu w pracy zamiast żony i obiadu na stole komisarz zauważa karteczkę z informacją o lazani w piekarniku i sałacie w lodówce, do której trzeba dodać oliwy i octu zaczyna narzekać pod nosem „przeszedł pół miasta żeby samotnie zjeść podgrzewaną potrawę z piekarnika, przypuszczalnie jakiś półprodukt nie wiadomo z czego, z dodatkiem tego obrzydliwego pomarańczowego amerykańskiego sera- kiedy przeczytał ostatnie zdanie Paoli: Przestań marudzić. Zrobiłam według przepisu Twojej matki i bardzo lubisz takie lazanie”. Wobec perspektywy jedzenia w samotności Brunetti najpierw zatroszczył się o właściwą lekturę. Dobry byłby jakiś tygodnik, ale skończył już czytać ostatni numer „Espresso”. Gazeta codzienna zajmuje za dużo miejsca na stole. Książkę w miękkiej oprawie trudno utrzymać otwartą bez złamania grzbietu, co potem powoduje wypadanie kartek. Albumy są dość duże, ale grożą im plamy z tłuszczu. Brunetti poszedł na kompromis i przyniósł sobie ze stolika przy łóżku Gibbona, którego ze względu na styl musiał czytać we włoskim przekładzie. Wyjął lazanie, pokroił i położył na talerzu. Nalał kieliszek pinot grigio i otworzył Gibbona w odpowiednim miejscu, opierając go o dwie książki, które Paola zostawiła na stole. Dla utrzymania książki otwartej z obu stron użył deski do krojenia i dużej łyżki. Zadowolony z siebie usiadł i zaczął czytać. Przeniósł się na dwór cesarza Heliogabala, jednego ze swych ulubionych potworów. Ach, ten brak umiaru, przemoc, totalna korupcja wszystkich i we wszystkim…. Dzielił stół ze zdekapitowanymi senatorami, wrednymi doradcami, barbarzyńcami, którzy chcieli zniszczyć cesarstwo...Pojawił się cesarz przebrany za słońce. Wszyscy musieli bić pokłony i głosić jego chwałę i łaskawość. Dwór był wspaniały do przesady, był miejscem, gdzie, jak zauważył Gibbon: kapryśna rozrzutność zastępowała potrzebę smaku i elegancji. (str. 141). I tak to Brunetti przeplatał rozkosze smaku z rozkoszami lektury. Czytanie w rodzinie komisarza jest tak powszechne, że kiedy raz widzi on żonę bez książki, gazety, ani żadnego pisma przygląda się jej długo, świadom, że coś jest z nią nie w porządku, ale w pierwszej chwili nie potrafi powiedzieć co, zanim dojdzie zrozumie, że to właśnie, iż nie czyta tak go zaskoczyło. Oczywiście Mętne szkło nie jest książką li tylko dla bibliofili, choć dwoje jej bohaterów właśnie czytaniem chciałoby wypełniać cały wolny czas. 
Tym razem komisarz Brunetti chcąc pomóc przyjacielowi inspektora Vianello – zapalonemu ekologowi trafia na przestępczą działalność fabrykantów szkła na wyspie Murano.
Mętne szkło nie zostanie moim ulubionym kryminałem Donny Leon, jednak czytało się to lekko, a lektura była odprężająca. Osobiście wolałabym jednak więcej Wenecji niż fabryk na Murano. 

Na koniec dla przepracowanych i niezadowolonych ze swych przełożonych mały fragment książki. Może też macie ochotę zrobić z nimi (przełożonymi), to co komisarz Brunetti chciałby zrobić swemu przełożonemu Pattcie. Brunetti postanowił zejść na dół i porozmawiać z Pattą, choćby z perwersyjnej chęci udowodnienia sobie, że miał rację w ocenie przełożonego. [jakby po tak długiej współpracy z szefem nie mógł być tego pewien] Celestyn V odrzucił papiestwo, aby uniknąć władania urzędem. Odwrotnie niż Patta, który odrzucił każdy aspekt swojej pracy oprócz władzy i korzyści wynikających z jej sprawowania. Przegnanie nagiego Patty przez pole robaków i czerwi, płaczącego i krwawiącego [skojarzenia z lekturą Boskiej komedii, którą Brunetti przeglądał w toku śledztwa], byłoby może nadmierną karą za zaniedbania w pracy, jednakże takie wyobrażenie zajęło umysł Brunettiego w drodze do biura przełożonego. (str. 208).
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.

Szkło z Murano (wcale nie takie mętne jak mi się wydaje)


środa, 21 sierpnia 2024

Mela Muter Gorączka życia Karoliny Prewędzkiej oraz moje spotkania z obrazami Muter

Wydawnictwo Fabuła/Fraza w-wa 2021 r.
Nie jest to typowa biografia, choć elementów biograficznych w niej sporo. Są to krótkie kilkustronicowe rozdziały poświęcone malarce na tle znajomych, rodziny, ukochanych, no i przede wszystkim obrazów.
Autorka poszukuje prawdy o Melanii poprzez stosunek otoczenia do malarki a także analizę jej dzieł. To bogate źródła informacji o człowieku, zarówno tym, który spoza ram portretu spoziera, jak i tym, który stoi przed sztalugą.
Jest tu bardzo ciekawe tło artystyczne, czasami mam wrażenie, że autorka troszkę odchodzi od tematu, bo tło wysuwa się na pierwszy plan, a sama Melania ukryta jest gdzieś z tyłu. Nie jest to jednak zarzut w stosunku do książki, bo czyta się ją z dużym zainteresowaniem. Początkowo raził mnie nieco styl autorki, jednak z czasem się doń przyzwyczaiłam. Oszczędny, reportażowy, czasami równoważniki zdań.
Opowieść zaczyna rozdział poświęcony Ignacemu Łopieńskiemu, który jako jeden z pierwszych malował Muter. Czytałam z przyjemnością, na co wpływ miała zapewne moja wizyta w 2019 r. na wystawie poświęconej temu malarzowi, grafikowi i rysownikowi, a zatytułowanej Wystawa, której nie było. Miała się odbyć we wrześniu 1939 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie, jako wystawa poświęcona pięćdziesięcioleciu pracy twórczej Ignacego Łopieńskiego. Z wiadomych względów nie doszła do skutku. Odbyła się osiemdziesiąt lat później. Wśród eksponatów przeznaczonych na wystawę znalazły się dwie grafiki - portrety Meli Muter. Zaginione w czasie wojny powróciły do Polski po latach. Na pierwszym Mela jest bardziej wyrazista, realna, drugi to raczej jej zarys- szkic wskazujący ulotność artystki.

Dwa portrety Meli autorstwa Ignacego Łopieńskiego (z wystawy, której nie było w Muzeum Narodowym Warszawa 2019 r.)

Mela (ur. w 1876 r.) pochodziła z bogatej żydowskiej rodziny Klingslandów, jej ojciec był właścicielem domu handlowo-spedycyjnego przy ulicy Marszałkowskiej 129. Lubił i cenił sztukę, wspierał młodych literatów. W jego domu przy ulicy Leszno 28/12 bywali Staff, Reymont i Kasprowicz. Melania była już mężatką od czterech lat, kiedy namalowała portret Staffa. Połączyło ich głębokie uczucie. Twarz poety wyłania się z ciemnego tła, a poza nią jedynym jasnym punktem jest maska pośmiertna paryskiej samobójczyni (ma ona rysy Meli w nawiązaniu do źle ulokowanego uczucia). Znajomość trwała kilka lat, finalnie malarka postanowiła ratować małżeństwo.
Portret poety zdjęcie z książki
Mela miała sporo szczęścia, ani jej ojciec, ani potem mąż (Michał Mutermilch) nie sprzeciwiali się karierze malarskiej. Uczęszczała na kursy do Szkoły Rysunku i Malarstwa Miłosza Kotarbińskiego w Warszawie, jedne z pierwszych, na których mogły kształcić się także kobiety.
Pierwszy swój autoportret namalowała w stylu podziwianego Jamesa Whistlera. Autoportret w świetle księżyca jest taką romantyczną wizją dziewczyny w białej długiej, prostej sukni nad jeziorem oświetlonej księżycowym blaskiem.
Pani Karolina Prewędzka bardzo pięknie oddaje klimat warszawskiej
W świetle księżyca (zdjęcie z książki)

dzielnicy żydowskiej podzielonej na dwa światy; ten lepszy zamieszkany przez najpobożniejszych i konserwatywnych żydów, rabinów i bogobojnych wyznawców judaizmu i tamten drugi, gwarny, hałaśliwy, otwarty na świat. W tamtym świecie był nieustanny rejwach. Mieszały się języki, przenikały kultury, bieda z bogactwem, religijność z nowymi prądami politycznymi. I w tym drugim świecie dorastała Mela.
Podobnie było w Paryżu. Małżonkowie żyją w otoczeniu paryskiej bohemy, spotykają się w kawiarniach, na wystawach, na uczelniach i na kursach, wszyscy żyją obok siebie i czerpią od siebie na wzajem. Mela początkowo uczęszcza na zajęcia do Akademii Colarossiego (gdzie studiowała też Camille Claudel), później do Akademii Grande Chaumiere, gdzie uczyła Boznańska. Wynajęła pracownię na Montparnasse. W tym czasie jej portret namaluje Bolesław Nawrocki, człowiek z którym będzie przyjaźniła się całe życie, człowiek którego syn i synowa zaopiekują się malarką w ostatnim okresie jej życia i zadbają o spuściznę po malarce.

Dużą rolę w artystycznym rozwoju Meli odgrywało środowisko, w jakim dorastała i w jakim potem żyła i tworzyła. Był to konglomerat, w którym przenikały się prądy społeczno-polityczne, nurty artystyczne, różnorodność religijna. To wszystko w połączeniu z indywidualizmem malarki poszukującej własnej drogi, czasami pod prąd powszechnym oczekiwaniom przyniosło jej rozgłos i uznanie środowiska. Miała szczęście spotykając na swojej drodze osoby, które doceniły jej twórczość i organizowały wystawy. Po wystawach w warszawskiej Zachęcie, Krakowie i Lwowie, doszły te w Paryżu, Barcelonie, Gironie, Lyonie, Marsylii, Kolonii, Oslo, San Francisco i Nowym Yorku. 
Nie widać jej na fotografiach z najbardziej znanych wówczas artystycznych kawiarni Le Dome i La Rotonde, wolała poświęcać czas na malowanie, czy bycie z rodziną, spotkania na wystawach. Była bardzo rodzinna, starała się często odwiedzać rodzinę która pozostała w Warszawie, czy też tą która podobnie jak ona podróżowała po Europie.
Kiedy kariera malarska kwitnie jej małżeństwo jest w impasie, każdy z małżonków żyje swymi pasjami, osobno. Mela nie zaniedbuje syna Andrzeja. Nie poświęca mu może zbyt dużo czasu zajęta malowaniem i przygotowaniami do kolejnych wystaw, często pisują do siebie listy.
Uczyła się od najwybitniejszych, jednak zawsze twierdziła, że „częściej niż do szkół chodzi do pracowni innych malarzy, rzeźbiarzy, grafików. Zawsze już będzie mówić, że jest artystycznym samoukiem i najwięcej zyskała dzięki bezpośrednim kontaktom z wielkimi twórcami oraz wyjazdom i zapatrzeniu w krajobraz oraz w zwyczajnych ludzi i ich codzienny świat” (str. 83)
Mela malowała portrety osób, których wygląd ją zaciekawił, którzy nie byli posągowo piękni, ale w których dostrzegała jakieś ukryte piękno, ciekawiły ją osoby, które malowała (jak dziewczynki z sąsiedztwa, z których jedna była ociemniała, niewidomy żołnierz czy olbrzym karzeł). Często maluje portrety, ale kiedy męczy ją nadmiar ludzi i zamówień sięga po inne tematy (drzewa, które uczłowiecza), kwiaty (które uwielbiała, od nich zaczęła się jej znajomość z Rainerem Marią Rilke i na nich zakończyła, kiedy to zasuszone wsadziła do koperty z jego adresem w dniu jego śmierci), woda, skały i schody. Miała bogate życie; osiągnęła sławę i sukcesy, jednak końcówkę życia spędziła w osamotnieniu i niemal nędzy. Tylko staraniom Bolesława Nawrockiego juniora (syna malarza, który namalował je portret w 1903 r.) i jego żony zawdzięczać możemy zgromadzenie sporej kolekcji dzieł malarki. Kolekcji przekazanej na przechowanie różnym przypadkowym osobom zagrażało bezpowrotne zaginięcie. Dziś możemy cieszyć oczy jej pięknymi pejzażami i portretami. Ci, którzy znają jej malarstwo z chęcią uzupełnią wiedzę o Melanii czytając Gorączkę życia, a ci którzy go nie znają być może po lekturze książki zainteresują się obrazami. Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny
Po raz pierwszy zwróciłam uwagę na obraz Mutter w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Poniżej kilka obrazów Meli z mojej osobistej kolekcji pamięci:
W prowansalskim miasteczku MN Poznań


Kobieta paląca papierosa MN Poznań


Nie jest to piękność, ale twarz, czy też postawa musiały zainteresować Melę na tyle, że chciała ją namalować. 

Snopki siana MN Lublin


Burza w porcie Muzeum Morskie Gdańsk 


Portret starej kobiety Villa La Fleur
Kolejny obraz przedstawiający macierzyństwo (jeden z ulubionych tematów Meli) Villa La Fleur
Schody, które też lubiła malować Villa La Fleur
Kolejna ciekawa postać Dziewczyna z kotem Villa La Fleur
Platany w Awinionie Villa La Fleur
Platany nad rzeką Sorgue Villa La Fleur

Kolejny motyw schodów Villa La Fleur
jeden z wielu obrazów przedstawiający kwiaty Martwa natura ze słonecznikami Villa La Fleur

Matka z dziećmi Villa La Fleur

Jak widać z załączonych zdjęć jeśli chcemy poznać malarstwo Meli Muter najlepiej wybrać się do Villi La Fleur w Konstancinie (o której pisałam już tu i tu). 
To oczywiście zaledwie ułamek zdjęć jakie zrobiłam, a zrobiłam zaledwie kilkanaście w (o ile mnie pamięć nie myli) dwóch salkach poświęconych malarce. 

 I jeszcze ostatni rzut oka na salkę 



czwartek, 25 lipca 2024

Muzeum egipskie w Turynie

Sfinks w Galerii Królów

Podczas lutowej wyprawy do Włoch miałam przyjemność po raz drugi odwiedzić Muzeum egipskie w Turynie. Pamiętam ogromne wrażenie, jakie sprawiły na mnie osiemnaście lat temu mumie a także galeria królów. Piękna lustrzana sala z posągami faraonów i bóstw zachwyciła do tego stopnia, że nabyłam przewodnik po muzeum w języku włoskim. No cóż z moją znajomością języka mogę sobie w nim jedynie pooglądać zdjęcia. Lata temu, kiedy oszczędzało się każdą kliszę miało to znaczenie, dziś mam więcej zdjęć niż mieści ów przewodnik, choć nie są tak dobrej jakości.
Muzeum egipskie w Turynie to druga największa po kairskiej galeria poświęcona wyłącznie Egiptowi. Zbiory swe zawdzięcza kolekcji zgromadzonej przez dynastię Sabaudów. W 1824 r. członek domu sabaudzkiego zakupił od konsula generalnego w Egipcie (z czasów Napoleońskich) ponad 5 i pół tysiąca artefaktów. Muzeum wzbogaciło swe zasoby na początku XX wieku eksponatami z wykopalisk odkrytych przez włoskich archeologów w Tebach, Gizie, Dolinie Królów. Natomiast w II połowie XX wieku Republika Egiptu za pomoc w budowie Wielkiej Tamy Asuańskiej podarowała państwu włoskiemu skalną świątynię Totmesa. Galeria mieści się w pałacu projektu Guarina Guariniego pochodzącym z XVII wieku wybudowanym początkowo dla kolegium jezuickiego. W budynku znajdowała się później Akademia Nauk. W tym samym budynku mieści się także Galeria Sabauda.
Sarkofag

Początki cywilizacji egipskiej sięgają ok 3.500 roku p. n. e. Aby zrozumieć Egipcjan trzeba wiedzieć, jak ogromną rolę w ich życiu odgrywała religia. Powiedzieć, że Egipcjanie wierzyli w życie po śmierci to niewiele powiedzieć, oni całe swoje życie doczesne przygotowywali się na to życie, które nastąpi po śmierci. I nie ma w tym żadnej obsesji śmierci, Egipcjanie kochali życie dlatego chcieli żyć wiecznie, a ich kult życia pośmiertnego i balsamowanie zwłok miały być sposobem na zachowanie życia.  Bo wierzyli, że ono nie kończy się wraz ze śmiercią, która jest jedynie przejściem w inny wymiar. 
Ich religia należy do politeistycznych, gdyż wyznawali wielu bogów. Symbolizował ich człowiek z głową zwierzęcia. Przyjmuje się, iż w starożytnym Egipcie czczono około ośmiuset bogów. Faraonowie byli nie tylko ziemskimi władcami ale i wcieleniem boga Horusa (uosabiającego Egipt), a po śmierci sami stawali się bogami. Nie dziwi zatem bogactwo posążków i posągów dedykowanych bogom a także faraonom. Egipcjanie przywiązywali ogromne znaczenie do ceremoniału pogrzebowego. W zasadzie każdy władca zaczynał rządy od zaplanowania swojego pochówku (mówiono, że musiał o to zadbać, bo na następców nie zawsze mógł liczyć). Każdy władca dbał też o odpowiednią propagandę władzy nakazując stawianie swoich posągów, im bardziej okazały i monumentalny tym lepiej. Wystarczy wspomnieć Dolinę Królów czy Świątynię w Luksorze (Karnaku), aby wyobrazić sobie, jak daleko sięgała wyobraźnia twórców ograniczona jedynie możliwościami budowniczych. Mam zdjęcie zrobione pod posągiem Ramzesa II (w Karnaku). Nie sięgam na nim do kolan Nefertari, a jak wiadomo żony faraonów przedstawiano jako malutką kopię w nogach męża.
Ramzes II i Nefertari u jego stóp (Galeria Królów)
Ale nie tylko władcy, czy bogaci Egipcjanie (jak dostojnicy dworscy, kapłani czy skrybowie) dbali o swą przyszłość w zaświatach. Ci ubożsi także w miarę możliwości wyposażali zmarłych na wędrówkę w zaświaty. W jednej z pierwszych sal muzealnych znajduje się grób człowieka pochowanego w pozycji embrionalnej. W owalnym otworze w ziemi (symbolizującym piasek pustyni) obok szkieletu zmarłego znajdują się naczynia, ubrania i narzędzia, a obręcz pod stopami być może jest rodzajem biżuterii. Są tam również kamienne groby mające wygląd wielkich kadzi.
Szczątki biedaka w pustynnym grobie 

Zgodnie z ich wierzeniami życie doczesne było jedynie preludium do życia wiecznego w radości i szczęściu, podróży odbywanej za dnia wraz ze słońcem, aby w nocy powrócić do grobowca. Wierzono, że śmierć to oddzielenie się ciała od duszy, która potrzebuje do egzystencji tego samego, co ciało (pożywienia czy modlitwy). Siła życiowa człowieka nie umierała wraz z ciałem i potrzebowała pożywienia, stąd w grobowcach umieszczano też strawę. Ta siła żywotna nie zjadała owej strawy, a wchłaniała jej wartości odżywcze. W jednej z sal można obejrzeć w siatkowym worku bulwy pochodzące z jednego z grobowców (przypominają … kasztany jadalne).
Pożywienie dla zmarłych w grobowej komorze
Najwięcej o cywilizacji egipskiej mówią nam przedmioty znalezione w grobowcach wielkich dostojników i władców. Chowano ich z przepychem; poza tym co niezbędne każdemu człowiekowi; pożywieniem czy ubraniami i narzędziami umieszczano w grobowcach także meble, biżuterię, posągi, rzeźby (nierzadko przedstawiające całe scenki rodzajowe - np. ludzi przy pracy, czy na łodzi). Ze zmarłym chowano także jego służbę, bo jakżeby taki wielki pani, czy pani mogli obyć się bez pomocy.
Posążki chowane ze zmarłymi
Zmarłych balsamowano, ponieważ wierzono, iż ciało człowieka będzie niezbędne do dalszej egzystencji w zaświatach. A tę umożliwi połączenie siły witalnej z duszą. Ponieważ serce uważano za najważniejszą część ciała człowieka pozostawiano je razem z ciałem mumii, w przeciwieństwie do innych organów, które umieszczano w urnach kanopskich, a te chowano wraz z ciałem i całym dobrodziejstwem inwentarza. Urny były przepięknie zdobione głowami ludzkimi, bądź zwierzęcymi. Chyba najbardziej znane są te alabastrowe z grobowca Tutenchamona zdobne jego wizerunkiem. Ja najlepiej pamiętam urny z głową Anubisa (bóg o głowie szakala łączony z mumifikacją i życiem pozagrobowym.
Urny kanopskie do przechowywania organów ludzkich poza ciałem

Zwłoki wypełniano wonnymi i leczniczymi ziołami, czasem trocinami, które miały chronić ciało przed rozkładem, ręce i nogi wypełniano piaskiem i gliną, owijano je bandażami i przyozdabiano amuletami. Następnie wkładano do kilku trumien (skrzyń). Na każdej z nich umieszczano wizerunek zmarłej osoby, a na koniec umieszczano je w sarkofagu. Na nim również umieszczano wizerunek zmarłego. Dążono do jak najdłuższego zachowania jego ciała. Na wszelki wypadek umieszczano dodatkowo kamienne posągi stworzone na podobieństwo zmarłych, dzięki którym ich dusze miały mieć zapewnione miejsce w Krainie Umarłych.
Jeden z sarkofagów
W muzeum można obejrzeć film, w którym odtworzono ceremoniał balsamowania zwłok. Można powiedzieć, że został doprowadzony do perfekcji. A przepięknie zdobione kolorowo malowane drewniane skrzynie to dzieła sztuki. 
Wizerunek zmarłego
Egipcjanie dużą wagę przykładali do imienia zmarłego. Było ono nieodłącznie z nim związane i robiono wszystko aby przetrwało, jak najdłużej, podobnie, jak jego wizerunek. Utrata imienia oznaczała zapomnienie i niebyt. Dlatego jedną z najsroższych kar było wymazanie kogoś z pamięci, jak to miało miejsce z Amenhotepem IV (Echnatonem) - faraonem, który ośmielił się zmienić religię z politeistycznej na monoteistyczną – wyznającą jednego boga Atona (bóg tarczy słonecznej). Jego imię zostało wymazane ze świątyń, posągów, płaskorzeźb na długie lata. A jednak było to niezwykła rewolucja, o której pamięć przetrwała pokolenia. Imię zapisywano przy tabliczkach mumiowych, a także na ścianach grobowców. Imię wpisywano też do ksiąg umarłych (zwojów papirusów chowanych wraz ze zmarłym).
Ponad 18 metrowy papirus z opisem obrzędów, przepisów i zaklęć
W muzeum można sprawdzić, jak wyglądałoby nasze imię przedstawione w postaci hieroglifów. Moje imię przedstawione w postaci pionowej z trzema literami A (postać siedzącego sępa) i jedną M (postać siedzącej sowy z głową skierowaną w kierunku czytelnika) przedstawia jakby gałąź obwieszoną ptactwem, wężem i leżącym zwierzęciem- może lwem, a może baranem (to oczywiście uproszczone tłumaczenie kiedy hieroglify reprezentują jedną literę, bo są też dwu, trzy literowe, a nawet symbolizujące całe wyrażenie). 
Moje imię zapisane hieroglifami
Okrycie znaczenia hieroglifów zawdzięczamy francuskiemu badaczowi panu Champollion. I od razu uprzedzam kamienia z Rosetty, który posłużył mu do tego odkrycia nie znajdziecie w Turynie (miałam przyjemność oglądać go w British Museum w Londynie). Jest tu jednak tak wiele ciekawych artefaktów, że chcąc obejrzeć zaledwie część zbiorów trzeba przeznaczyć minimum dwie godziny. Znajdują się na przykład wspaniałe papirusy z ksiąg umarłych. Księgę zawierającą zaklęcia, przepisy i modlitwy chowano wraz ze zmarłym, aby ułatwiły mu one drogę w zaświaty.
Papirus z księgi umarłych z grobowca architekta Kha
Niezwykle malowniczy jest papirus z Księgi umarłych z komnaty grobowej architekta Kha przedstawiający go wraz z żoną, jak czczą Ozyrysa (boga zaświatów) pochodzący z czasów XVIII dynastii. XVIII i XIX dynastia spośród pozostałych trzydziestu jeden dynastii wydała na świat najbardziej znanych faraonów (z XVIII dynastii pochodził między innymi wspomniany wyżej Amenhotep IV, czy jego syn Tutenchamon, z XIX dynastii Ramzes I, Seti czy Ramzes II. Ale wróćmy do papirusów- znajduje się tu jeden z najdłuższych (ponad 18 metrowy) papirus Iuefankha. Zawiera magiczne teksty i opisy mające ułatwić zmarłym przejście do Krainy Umarłych. Jest to kopia z II wieku p.n.e. Jest też kanon turyński – kompletny spis władców egipskich sporządzony za czasów Ramzesa II. Ramzes II to jeden z moich ulubionych władców egipskich, rządził ponad sześćdziesiąt lat (66 lub 67) w czasach kiedy ludzie rzadko dożywali trzydziestki. Liczba jego posągów i ich wielkość jest oszałamiająca. Jest jedynym faraonem, który podróżował samolotem. Otóż jego zabalsamowane zwłoki przewieziono do Paryża w celu odkrycia przyczyny ich postępującego rozkładu i „wyleczono” po śmierci. Ale to nie wpis o Ramzesie II więc wróćmy do Muzeum i jego zbiorów. Kanon turyński niestety nie przetrwał w dobrym stanie dlatego można oglądać zaledwie jego szczątki.
Ramzes II w Galerii Królów
Szczególną czcią cieszyły się w Egipcie zwierzęta. Przypisywano im boską moc. Koty miały status bogów, co wiązało się z kultem bogini Bastet (bogini miłości, tańca, płodności, domowego ogniska). Zabicie kota karano śmiercią. Za święte zwierzę uważano szakale i kojarzono je z Anubisem, bowiem był przedstawiany jako człowiek z głową szakala. Sokół oznaczał Horusa, boga którego przedstawiano albo pod postacią sokoła, albo człowieka z głową sokoła. Horus należał do najważniejszych bogów, był panem nieba oraz opiekunem monarchii egipskiej, a faraonowie byli jego przedstawicielami na ziemi. Uosabiał on cały Egipt.
I można by długo wymieniać zwierzęta, którym oddawano cześć, które były uosobieniem bóstw. Stąd nie dziwi ogromna liczba posągów przedstawiających zwierzęta, czy ptaki, jak i nie dziwi fakt, że zwierzęta też mumifikowano.
W kilku salkach znajdują się wyłącznie figurki, posążki ptaków i zwierząt
W związku z tym, iż pierwszą literę naszego alfabetu A symbolizuje sęp sprawdziłam, co symbolizował dla Egipcjan ten drapieżnik. Otóż łącznie z innym drapieżnikiem kobrą przedstawiał Ureusza – symbol władzy boskiej i królewskiej (ureusz postać sępa z głową atakującej kobry umieszczany był na sarkofagach faraonów dla odstraszenia intruzów zakłócających odpoczynek wieczny faraona).
W muzeum turyńskim znajdują się setki, jak nie tysiące posągów zwierząt i ptaków, które wydobyto z komór grobowych i piramid.

Baran w Galerii Królów

Ale cream de la cream całej kolekcji stanowi Sala Królów. W pierwszej znajdują się głównie posągi faraonów. Jest wyłożona czarnym marmurem i ozdobiona lustrami. Nad całością góruje pięciotonowy posąg Setiego II. Jest tak wysoki, że trudno mu zrobić dobre zdjęcie. Ale i tak budzącymi największe zainteresowanie są posągi Ramzesa II z lilipucimi posągami Nefertari oraz jednego z synów (widoczne jedynie z boków posągu) oraz Ramzes pomiędzy Amonem (bogiem płodności) i Mut (jego żoną). 
Ramzes II pomiędzy Amonem i Mut

Jako ciekawostka Ramzes II miał kilkanaście żon i kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset kochanek, miał też kilkadziesiąt synów i córek (ponoć łącznie spłodził 150 dzieci). Samą salę zaprojektował słynny włoski scenograf - laureat Oskara Dante Ferretti. Ta sala robi duże wrażenie monumentalnością posągów, ich pięknem, a zarazem prostotą. Może trudno mówić o prostocie kiedy w grę wchodzą posągi ważące parę ton i mierzące kilka metrów, a jednak czarno-lustrzane otoczenie daje wrażenie niezwykłej elegancji. Obok galerii faraonów znajduje się Galeria królowych, w której możemy oglądać kilkanaście posągów Sechmet 
-bogini wojny przedstawianej, jako kobieta z głową lwicy.
Bogini Sechmet

I tradycyjnie jeszcze kilka zdjęć z Muzeum Egipskiego w Turynie.
Zdjęcie z strony Muzea Świata w Galerii Królów



Malunki ścienne 


Komora grobowa MAIA  (XVIII dynastia)


Mąż i żona 


Ozdoby grobowe

Kiedy się wie, jakie bogactwo przedmiotów zostało złożone w grobowcu Tutenchamona - jedynym nieograbionym grobowcu (oglądałam w muzeum kairskim eksponowane tam przedmioty z grobowca tego władcy zajmujące cztery ogromne sale - a była to jedynie część wystawionych zbiorów - rydwan, tron, skrzynie grobowe wielkości małego pokoju, sarkofag, posągi, meble, biżuterię, no i oczywiście maskę) można pomyśleć, że to wielkie marnotrawstwo zakopywać takie bogactwo w grobowcu, a jednak jeśli się pomyśli, że to inwestycja w przyszłość mającą trwać wiecznie to jednak nie jest to dużo :) 
Niezwykle ciekawe są wierzenia Egipcjan i niezwykła jest ich sztuka. Warto odwiedzić to wspaniałe muzeum w Turynie. Warto też zakupić bilety wcześniej przez internet. Może jedynie odradzałabym odwiedziny podczas ferii, duża ilość dzieci i młodzieży nieco przeszkadza w spokojnym oglądaniu. 

poniedziałek, 15 lipca 2024

Uciekinierka Alice Munro

Wydawnictwo Dwie siostry 2009
Pierwsze spotkanie z prozą noblistki i pierwszy od dawna powrót do opowiadań, gatunku literackiego, który przez długi czas omijałam szerokim łukiem. Miałam za złe opowiadaniom to, że ledwie zdążę się zaprzyjaźnić z bohaterami już muszę się z nimi żegnać. Jeszcze jestem w środku historii, a już muszę o niej zapomnieć i wejść w nową. Z powodu krótkiej formy wydawały mi się one niesłychanie ulotne. Zapominam treść niemal natychmiast po przeczytaniu. Jak dotąd jedynie opowiadania Maupassanta i jedno z opowiadań Iwaszkiewicza (Upadek Ikara) poruszyły mnie na tyle, że zapadły głębiej w pamięć. A może po prostu musiałam do nich dojrzeć.

Uciekinierka to zbiór ośmiu opowiadań o życiu pięciu kobiet. Jest to w ogóle proza niezwykle kobieca, emocjonalna, przy czym stworzona językiem prostym i pozbawionym zbędnych ozdobników. Pięć kobiet spotykamy na rożnym etapie ich życia, za to w bardzo ważnych dlań momentach podejmowania decyzji. Decyzji, które wpłyną na dalsze losy, ich, czasem ich bliskich. Choć bywa i tak, że nie tylko podejmowane decyzje, ale też przypadek pokieruje ich życiem. Każda z bohaterek poszukuje swojego miejsca w życiu, wolności od krępujących zobowiązań, konwenansów, każda szuka szczęścia na swój sposób, nie zawsze je znajdując. Każda też dochodzi do wniosku, iż nie można uciec od samej siebie. Uciekając czy to od męża, czy od rodziny, czy od wymogów otoczenia nie da się uciec od siebie.

Bohaterka pierwszego opowiadania Carla uciekła najpierw od rodziny, aby zamieszkać z mężem, potem od męża, aby znaleźć wolność i możliwość samorealizacji (czy na pewno, a może uciekła przed odpowiedzialnością za swą nieprzemyślaną, wymyśloną historyjkę, którą opowiedziała mężowi), aby w końcu podjąć właściwą (czy na pewno?) decyzję.

(Carla) Nie potrafiła sobie tego wyobrazić [nowego życia]. Jazdy metrem czy tramwajem, zajmowania się nowymi końmi, rozmów z nowymi ludźmi, codziennego życia pośród tłumów ludzi, którzy nie są Clarkiem [mężem].
......

Najdziwniejsze było to, że robiła to wszystko [uciekała], jechała tym autobusem w nadziei, że odnajdzie siebie samą. Że...weźmie odpowiedzialność za własne życie. I nikt nie będzie się na nią wściekał i zatruwał jej dni swoimi humorami. (str.42).

Najbardziej podobało mi się opowiadanie Sztuczki. Jest takie w stylu Wiktora Hugo. Tutaj sporą rolę odgrywa fatum (małe spóźnienie, choroba pracownicy pralni, inna sukienka i wszystko potoczyło się nie tak). Dwudziestosześcioletnia ucząca się pielęgniarstwa i opiekująca chorą siostrą Robin co roku jeździła do teatru na jedną ze sztuk Szekspira. Od chwili, kiedy pierwszy raz przypadkowo znalazła się w teatrze nie wyobrażała sobie dalszej egzystencji bez tej odrobiny, namiastki czegoś, co uważała za prawdziwe, ważne, istotne. Kiedy wychodziła z teatru nadal przebywała w świecie sztuki, nie potrafiła rozmawiać z ludźmi o zwykłych prozaicznych sprawach. Najchętniej wyszłaby stamtąd sama i do nikogo nie odzywała się przez dwadzieścia cztery godziny. Jedna z pielęgniarek …. powiedziała kiedyś: W życiu bym się nie odważyła pójść tam sama” i wtedy Robin zdała sobie sprawę, jak bardzo różni się od większości ludzi. Najlepiej czuła się w teatrze, otoczona obcymi. Po przedstawieniu szła wzdłuż rzeki do centrum miasta i znajdowała jakieś niedrogie miejsce, gdzie można coś zjeść - zwykle kanapkę - siedząc na stołku przy barze. Wracała do domu pociągiem za dwadzieścia ósma. I to wszystko. Jednak te kilka godzin dawało jej pewność, że życie do którego wraca, takie jakieś prowizoryczne i niezadowalające, jest tylko tymczasowe i łatwo można się z nim pogodzić. I za nim, za tym życiem, za wszystkim jest jasność, którą wyraża światło słońca widziane z okien pociągu. Światło słońca i długie cienie na letnich polach, jak resztki sztuki w jej głowie. (str. 279). Przypadek sprawia, że Robin podczas jednego z takich powrotów spotyka interesującego mężczyznę, który pomaga jej w kłopotliwej sytuacji (utrata torebki z pieniędzmi i biletem powrotnym do domu). Uwięziona w domu ze schorowaną siostrą cały rok planuje kolejne spotkanie z nieznajomym. Kiedy Robin dociera do drzwi jego domu mężczyzna zamyka jej drzwi przed nosem. Kobieta całe życie żyje w przeświadczeniu, że została oszukana. Dopiero po wielu latach odkrywa zaskakującą prawdę. Czy będzie jej lżej z tą prawdą, czy też dojdzie do wniosku, że popełniła błąd.

Historie opowiedziane przez narratorkę składają się pozornie z mało znaczących wydarzeń (ucieczka kozy, rzucenie się pod pociąg poznanego przed chwilą nieznajomego, zbyt późno zaniesiona do pralni sukienka ...)

A jednak te historie wpływają na losy bohaterek.

Trzy opowiadania, których bohaterką jest Juliet posłużyły za scenariusz filmu Almodovara Julieta. Jest to historia matki, od której odeszła córka. Dramat kobiety, która nie rozumie co było przyczyną decyzji jej córki; czy wina leżała po stronie Juliety, czy to Penelopa była okrutna zostawiając matkę bez słowa wyjaśnienia, czy choćby pożegnania. Kobieta cale życie będzie się zadręczać, co zrobiła nie tak, gdzie popełniła błąd.

Najpierw myśli, że to z powodów światopoglądowych, bo sama nigdy nie była osobą wierzącą. Gdybym ją nauczyła modlitwy, nic takiego by się pewnie nie stało. Powinnam była, powinnam. To by było jak szczepienie. Nie zadbałam o jej uduchowienie. (str. 160).

Potem zastanawia się, czy to brak dialogu spowodował oddalenie córki. Czy powinnam był z nią rozmawiać o szlachetnym życiu? Spytała. O poświęceniu? Otwieraniu na potrzeby innych? Nigdy o tym nie myślałam. Zachowywałam się tak, jakbym chciała, żeby wyrosła na osobę taką jak ja. Czy to ją zraziło? (str.179)

Munro nie daje nam odpowiedzi, niczego nie wyjaśnia, a to sprawia, że sami zastanawiamy się nad poruszonymi tu kwestiami. Dlaczego Carla wróciła, dlaczego los okazał się  okrutny dla Robin, dlaczego Penelopa nie odezwała się nigdy do matki. Może i ona próbowała uciec sama od siebie.

Bardzo interesująca proza i pobudzająca do refleksji. Autorka pisze prostym językiem o zwykłych sprawach, które stają się w jej wydaniu niezwykle interesujące. Jest tu spory wachlarz emocji. Na pewno sięgnę po kolejną książkę Munro i tym razem nie zrazi mnie forma opowiadań.
Dopisane po publikacji. Koleżanka podesłała mi linka do artykułu dotyczącego haniebnego postępku pisarki w kwestii molestowania jej córki. Nie chcę zabierać głosu w tej sprawie. Staram się oddzielać pisarza od człowieka oceniając książkę, choć przyznaję, że nie zawsze jest to łatwe, a czasem wręcz niemożliwe. Zapewne inaczej jest, jak o zdarzeniu dowiadujemy się post factum, jak już zdążymy polubić, a nawet pokochać czyjąś twórczość, a inaczej, kiedy dopiero zapoznajemy się z nią, czy jesteśmy jeszcze przed. Myślę, że będzie mi teraz trudniej sięgnąć po prozę Munro mając do wyboru tak wiele innej...


środa, 10 lipca 2024

W świecie sztuki (poziom minus jeden w Vilii La Fleur Konstancin Jeziorna)


Las Maurycy Mędrzycki
Oglądanie obrazów sprawia mi autentyczną przyjemność. Kiedy patrzę na ładny obraz, czuję się, jakbym dostała bonus od losu. Czuję się wzbogacona wewnętrznie. Piękno zatrzymane w czasie. Choć równie dobrze może to być projekcja wyobraźni. Ktoś mądry (czy to nie nasza noblistka Wisława) powiedział, że dziennie nie powinno się oglądać więcej niż jeden obraz (w domyśle dzieło sztuki). Tyle tylko jest w stanie przyswoić nasz umysł. Nasza pamięć. Tyle możemy kontemplować bez szkody dla innych doznań. I to jest smutne, bo kiedy odwiedzam nową galerię nie stać mnie na to, żeby poświęcić uwagę tylko jednemu dziełu. Dopiero podczas kolejnej i kolejnej wizyty mam komfort wyboru. Czy kiedyś trafi mi się luksus skupienia na jednym dziele - wątpię. Może stąd pomysł na wystawy jednego obrazu (jak np. Portret damy Klimta we włoskim forcie di Bard, o czym pisałam tu).

Nigdy nie potrafiłam wybrać wśród dziesiątek obejrzanych dzieł tego, które zrobiło na mnie największe wrażenie, zapadło w pamięć na tyle wyraziście, że mam je wciąż przed oczami. Tylko to jedno jedyne, które dystansuje inne.

Villa La Fleur
O mojej pierwszej wizycie w konstancińskiej galerii sztuki pisałam tutaj. Doznałam wówczas syndromu Stendhala. Miałam nadzieję, iż tym razem obędzie się bez nóg z waty, czy mroczków przed oczami. Nadzieja to potęga. Ale potęgi też czasem przegrywają. Odkryłam zbiory zamieszczone w salach na poziomie minus jeden. Kilkanaście dni wcześniej otwarto na nowo podziemną część galerii, a w niej zbiory dzieł Tamary Łempickiej, Bolesława Biegalskiego (Biegasa), Szymona Mondzaina i Maurycego Mędrzyckiego. Każdy z tych artystów zasługuje na osobny wpis. Obrazy Tamary Łempickiej miałam okazję oglądać na wystawach w Sopocie, Lublinie, Krakowie (o lubelskiej wystawie Kobieta w podróży pisałam tu). Nie będę się zatem powtarzać. Z nazwiskiem (pseudonimem artystycznym) Biegas zatchnęłam się po raz pierwszy rok temu w Konstancinie zwracając uwagę na jego dość charakterystyczne rzeźby (płynne, falujące). Wówczas moją uwagę zwrócił pomnik /popiersie? Juliusza Słowackiego.
Słowacki Bolesław Biegas
Ogromna burza włosów niczym płomień olimpijskiego znicza, mała, drobna twarz z drugą profilem umieszczoną głową i korpus niczym pień drzewa. Poetycka, intrygująca, mająca powiew świeżości. Jakże inna od monumentalnych realistycznie przedstawionych postaci. Tym razem zachwyciła mnie Boleść (ledwie dostrzegalna smutna postać przybrana w falującą szatę) a także (tu mała wycieczka do Muzeum Narodowego w Warszawie) Chopin (przerażone twarze wyłaniające się z dźwięków obejmujące się postacie zaklęte w płomieniu (ekstazie tworzenia).

Boleść Bolesław Biegas

Chopin Bolesław Biegas (MNW)
A jeszcze bardziej zaintrygowały mnie obrazy tego artysty. Symboliczne postacie uosabiające często stany duszy ale nie tylko (Melancholia, Natchnienie, Taniec pogardy, Czarodziejka) stworzone z przecinających się linii geometrycznych figur najczęściej wpisanych w kule. W tych sferycznych obrazach jest jakiś nieziemski urok zawierający w sobie połączenie romantyzmu z futuryzmem.

Czarodziejka Bolesław Biegas
Bolesław Biegalski wywodził się z ubogiej chłopskiej rodziny, wcześnie został osierocony, dzięki splotowi okoliczności i wsparciu miejscowego księdza, lekarza mecenasa sztuki i społecznika Aleksandra Świętochowskiego, którzy poznali się na talencie chłopca mógł się kształcić między innymi w Krakowie czy w Paryżu. Szczyt działalności twórczej urodzonego w II połowie XIX wieku artysty przypada na początek wieku XX. 
Melancholia Bolesław Biegas
Zaskoczyło mnie to, gdyż dzieła wydają się współczesne. Zarówno w formie, jak i w treści. Bolesław Biegas był jednym z nielicznych polskich rzeźbiarzy którzy należeli do elitarnego stowarzyszenia pod przewodnictwem Gustawa Klimta. Wystawiał swe prace w Saint Petersburgu, Kijowie, Waszyngtonie, Rzymie, Krakowie, Lwowie, no i oczywiście w Paryżu, gdzie mieszkał i tworzył od początku XX wieku aż do śmierci w 1954 r. Przyjaźnił się między innymi z Olgą Boznańską. Jej portret (rzeźba) przyniósł mu rozgłos i sławę. 
Portret Boznańskiej Biegas (MNW)
Można go obejrzeć w Muzeum Narodowym w Warszawie. Był indywidualistą, który wyprzedzał swą epokę. Doceniany na zachodzie (pisali o nim wielcy przedstawiciele sztuki stawiając jego prace na równi, jeśli nie wyżej niż prace Rodina) u nas zapomniany. Dlatego tym bardziej cieszę się, iż mogłam „odkryć” tego artystę dzięki wizytom w Vilii La Fleur. 

Pejzaż Szymon Mondzain 1921
U Szymona Mondzaina spodobały mi się pejzaże. Są one tak wyraziste, barwne, a jednocześnie romantyczne, to połączenie realizmu z impresją, wyrazistości barw i konturów z ich rozmyciem. Najbardziej urzekł mnie Port w Algierze - widok z tarasu. No proszę pana mając taki widok to ja nie wychodziłabym z domu; przepiękne rozłożyste drzewo poprzez konary którego widać nadmorskie zabudowania, port i morze. Nie umiem ocenić, jaki wpływ na mój odbiór obrazu ma jego tematyka (akweny wodne zawsze miały dla mnie nieprzeparty urok), a jaki sposób potraktowania tematu. Bardzo lubię widoki wyłaniające się zza jakiejś "przeszkody". Moja koleżanka określiła to – lubię zdjęcia, na których jest trochę zieleni. A tu mam i zieleń i błękit i czerwoność dachów. Morze zapraszające do podróży, dające obietnicę odkryć. 
Port w Algierze widok z tarasu Szymon Mondzain
Oczywiście, gdyby nie talent malarza to ów widok mógłby być jedynie zwykłym widoczkiem, jakich wiele. Obraz powstał w 1937 r. Mondzain (przed zmianą nazwiska Mondszajn) zamieszkał w Algierze w 1925 r. i mieszkał przez okres 40 lat. Ciekawa jestem, czy dziś można odnaleźć taki widok, bo jeśli tak to z chęcią wybrałabym się do Algieru, który jak dotąd jakoś mnie nie przyzywał. Mondzain pozostawał pod dużym wpływem Cezanne`a. Choć malarstwo Paula wydaje mi się mniej wyraziste, a bardziej jakby to określić  rozmyte?  

Kiki z Montparnasse Maurycy Mędrzycki
Cezanne`a bardziej przypomina mi twórczość Maurycego Mędrzyckiego (franc. Maurice Mendjizky). Jest to kolejny (po Mondzainie) artysta pochodzenia żydowskiego, którego losy związane były z Ecole de Paris. O ile nazwiska obu panów M. były mi znane wcześniej, o tyle ich sztuka już nie. Nazwisko Mędrzyckiego łączy się nieodłącznie z Kiki z Montparnasse. Tę francuską aktorkę, modelkę, piosenkarkę kabaretową i muzę malarzy znała cała bohema. Alice Ernestine Prin przyjaźniła się i kochała z wieloma z nich. Malowało ją wielu wybitnych malarzy (między innymi Chaim Soutine czy Mojżesz Kisling). 
Akt -Kiki z Montparnasse Maurycy Mędrzycki
Ale najbardziej znanym jej wizerunkiem jest fotografia zrobiona przez Raya Mana przedstawiająca nagą kobietę siedzącą tyłem do fotografa z dwoma malunkami przypominającymi wiolonczele nad pośladkami. 
Ray Man fotografia Kiki
W willi la Fleur znajduje się także kilka obrazów Kiki, w tym te autorstwa Mędrzyckiego. Mnie jednak zachwycił inny obraz zatytułowany Las. 
Las Maurycy Mędrzycki
Pośród całej ściany obrazów ciekawych, interesujących, ładnych, wszystkich w moim guście ten jeden wybił się na plan pierwszy. I wracając do wcześniejszego stwierdzenia, iż nie umiałam dotąd wyodrębnić z całej galerii pięknych dzieł sztuki tego jednego, jedynego- tutaj to mi się udało. A jakby na potwierdzenie tego godzinę później dostałam zdjęcie tego obrazu od mojej współtowarzyszki podróży Madzi, która właśnie dotarła na poziom minus jeden i wpadła jak ja w niemy zachwyt i napisała, że utknęła przy tym lesie. Doskonale ją rozumiem, bo i ja tam utknęłam. Niby taki zwykły sobie widoczek, mały fragment lasu leśna ścieżka pomiędzy drzewami prowadząca do jakiegoś domostwa. Na pierwszym planie są rozmyte liście drzew rozświetlone słońcem. Jest w tym obrazie taka cisza i spokój i kontemplacja piękna, że chciałoby się zanurzyć weń i pozostać już na zawsze. Pokazać tym, których kochamy, lubimy i chronić przed wrogami. Mędrzycki był nazywany poetą prowansalskiego pejzażu (trafił do Prowansji na zaproszenie Renoira i mieszkał tam trzy lata). 
To oczywiście jedynie kilka dzieł, które miałam okazję obejrzeć w konstancińskiej wilii La Fleur. Jest ich tam ogrom. I jest to galeria, którą można odwiedzać latami. Podczas zeszłorocznego pobytu zachwyciły mnie obrazy Meli Muter i Mojżesza Kislinga, Natana Grunsweigha, Henriego Haydena oraz Łodzie w porcie Pankiewicza. Tym razem Kobieta z rudymi włosami Ślewińskiego i szklana figurka Meluzyny autorstwa Jan & Joel Martel.
Kobieta z rudymi włosami Władysław Ślewiński

Meluzyna braci J&J Martel (rzeźba z żywicy)
I tradycyjnie jeszcze parę zdjęć związanych z pobytem w Villi La Fleur w Konstancinie Jeziornej. Nawiasem mówiąc tłumów na wystawie nie było, co bardzo mi się podobało. Trafiłyśmy na jedną wycieczkę szkolną i kilka pojedynczych osób. Żałuję, iż nie zakupiłam w sklepiku żadnej z książek. Z reguły nie chce mi się dźwigać i zostawiam to na późniejszy zakup internetowy. Niestety sklepik nie prowadzi sprzedaży online. 
Fryderyk Chopin Harfa natchnienia Bolesław Biegas 
Jak widać Chopin był często inspiracją dla artysty, podobnie, jak inni muzycy czy pisarze 

fragment Harfy natchnienia (1908)



Akt - bracia J&J Martel


Pablo Gargalo Kiki z Montparnasse brąz złocony


Łempicka obrazy które znamy doskonale, a które zdobiły popularne ówcześnie czasopisma


Na jednej z werand Villi zbiory prezentują się wyjątkowo pięknie

Kolejne długie milczenie powoli staje się regułą. Powód prozaiczny - złamana noga, wyjazd do sanatorium i brak chęci do pisania (ogarnęło mnie ogromne lenistwo).  Może to się zmieni, a może nie. Czas pokaże. 
Wycieczka miała miejsce 9 maja 2024 r.