sobota, 30 lipca 2011

Konkurs nr 1 (6) z Paryżem w tle


Na moim drugim bloogu zapowiadałam, że następny konkurs ogłoszę dopiero po wakacjach, ale po pierwsze kobieta zmienną jest, po drugie rozstrzygniecie tego konkursu nastąpi we wrześniu - więc to dla większości po wakacjach, a po trzecie pomysł narodził się z ogromnej chęci wprowadzenia się w klimat miasta nad Sekwaną, które zaczyna mnie ku sobie przyzywać coraz głośniej i wyraźniej.

Zasady konkursu:

Proszę zostawić w komentarzu waszą propozycję lub propozycje (ilość typów nieograniczona) książek z Paryżem (okolicami Paryża) w tle. Gatunek zupełnie dowolny; może być powieść, książka historyczna, obyczajowa, romans, kryminał, sensacja, reportaż, esej a nawet przewodnik. Chodzi o coś co poleciłybyście (polecilibyście) do przeczytania przed podróżą do stolicy Francji.

Przed wyjazdem przygotowuję się zawsze literacko; czytając nie tylko przewodniki, ale i książki dotyczące choćby pośrednio zwiedzanych miejsc.

Proszę też o krótkie uzasadnienie (min. trzy zdania) na temat polecanej (polecanych) pozycji.

Proszę o komentarze do dnia 9.09.2011 r. pod wpisem o konkursie lub (dla tych, którzy nie mogą tu zamieścić komentarza na moim drugim bloogu http://ggpodroze.bloog.pl/index.html?id=330081080&title=konkurs-nr-6-1-z-Paryzem-w-tle (link obok)
Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi po powrocie z wakacji czyli 24.09.2011 r.

Tradycyjnie proszę posiadaczy bloogów, w miarę możliwości, o zamieszczenie informacji o konkursie na swoich stronach.

Nagrody;

Nagrodą (a może nagrodami, w zależności od liczby uczestników i zgłoszonych propozycji) będą niespodzianki w postaci; książki z Paryżem w tle oraz pamiątki z Paryża. Spośród zgłoszeń wybiorę tę/te które najbardziej mi się spodobają, a w razie problemów z wyborem zrobię losowanie.

piątek, 29 lipca 2011

Udręka i ekstaza Irwing Stone

Przenoszenie mojej biblioteki zacznę od mojej ukochanej książki. Udręka i ekstaza jest książką, która wiele zmieniła w moim życiu. To od niej zaczęła się moja fascynacja renesansem, Włochami i przede wszystkim Michałem Aniołem. 

Wiele już razy obiecywałam sobie mniej egzaltacji, mniej uniesień, a więcej rzeczowości, konkretów, rzetelnej, analitycznej oceny. Może kiedyś mi się to uda, ale na pewno nie tu i nie teraz.
Przeczytawszy biografię Michelangelo autorstwa Stone mój apetyt na pogłębienie o nim wiedzy zaczął się rozrastać. Od tej pory przeczytałam kilka innych książek biograficznych. Wyłania się z nich obraz człowieka o mało anielskim charakterze, człowieka porywczego, zapalczywego, kłótliwego, odludka, co zupełnie nie przeszkadza temu, że jest on moim ulubionym rzeźbiarzem, malarzem i architektem. A z wszystkich przeczytanych biografii "namalowana" przez Stone biografia artysty jest mi najbliższa, nawet, jeśli obraz, jaki się z niej wyłania nie jest dosłownym odbiciem rzeczywistości.
Stone skupia się na pokazaniu człowieka, uwikłanego z jednej strony w historię, a z drugiej w pasję twórczą. Człowieka, dla którego sztuka była udręką, gdy mu się coś nie udawało i ekstazą, gdy wszystko szło dobrze, człowieka, którym sztuka zawładnęła. 
Z kart książki wyłania się obraz geniusza, który nie miał ani łatwego życia, ani łatwego charakteru.
Wcześnie osierocony przez matkę mieszkał Michelangelo wraz z braćmi, macochą i wiecznie niezadowolonym z niego ojcem. Bracia; poza jednym próżniacy i nicponie. Macocha żyła jedynie po to, aby karmić swoją rodzin; dla niej celem i sensem egzystencji było szykowanie i podawanie posiłków. Ojciec natomiast przelewał wszystkie swe frustracje związane z nieumiejętnością zapewnienia rodzinie życia na wysokim poziomie, na tego syna, który jako jedyny z całego rodzeństwa pracował (zarabiał) i utrzymywał rodzinę. 
Lodovico Buonarroti całe życie krytykował wybór drogi życiowej syna (rzeźbiarz nie był wówczas uznawany artystą, był zaliczany do grona kamieniarzy i traktowany jak rzemieślnik, a signior Buonarroti miał wyższe aspiracje. Nawet, kiedy Michał Anioł zaczął osiągać uznanie i realizował papieskie zamówienia Buonarroti nie okazał dumy z potomka, co nie przeszkadzało mu domagać się od tegoż pieniędzy. I tak, jak to często była, dziecko (a całe życie jesteśmy dziećmi swoich rodziców), które otrzymuje najmniej miłości rodzicielskiej, najbardziej jej łaknie i robi wszystko, aby na nią „zasłużyć”, łącznie z próbą jej „kupienia”. Ojciec nie omieszkał wykorzystać tego głodu uczuć, żądając coraz to nowych przywilejów, o jakie utalentowany syn mógł się wystarać i coraz to większych pieniędzy; dla siebie, braci Michała Anioła i dla rodziny. Jedyną bliską Michelangelo osobą była pochodząca z rodziny kamieniarzy mamka. Twierdził nawet, że to z jej mlekiem wyssał zamiłowanie do dłuta i kamienia.
Michał Anioł całe swoje życie artystyczne związał najpierw z Medyceuszami, a później z kolejno panującymi papieżami (w tym trzema z rodu Medici). 
Żył, aby tworzyć dzieła genialne i tylko to było celem i sensem jego życia. Żył, aby tworzyć, a tworzył, żeby żyć. Jego ulubionym tworzywem był marmur, a ukochanym zajęciem rzeźbienie. Przymuszony przez papieża Juliusza II do przyozdobienia malowidłami ścian Kaplicy Sykstyńskiej wielokrotnie powtarzał, iż nie jest malarzem i nie potrafi malować. Ale jak już zaczął nie istniało nic innego. On, Michał Anioł musiał udowodnić całemu światu, że jego dzieło, jego Stworzenie Świata, którym przyozdobi sklepienie Kaplicy będzie najwspanialszym i najpiękniejszym obrazem Stworzenia świata, jakie kiedykolwiek powstało. Dlatego podjął się pracy kilkakrotnie większej, niż mu zlecono, pracy, której wykonanie zajęło mu kilka lat życia. Uważał, że jeśli robi coś, to musi robić to najlepiej, jak potrafi. Najlepiej jak jest to możliwe, a nawet niemożliwe. Kiedy rzeźbił, kiedy malował, a potem, kiedy robił cokolwiek innego, co zostało mu zlecone, często wbrew jego woli (jak np. kolejne obrazy; Sąd Ostateczny czy obrazy w kaplicy Paolińskiej, odlew papieskiego posągu w Bolonii, umacnianie murów obronnych we Florencji), nie liczyło się nic innego poza tworzeniem. Nie przerywał pracy ani na posiłek, ani na odpoczynek, ani na sen. Często tworzył po kilkanaście godzin dziennie, niemal nie sypiając. Życie towarzyskie uważał za stratę czasu, mierziły go spotkania, które kradły mu czas, jaki mógł poświęcić na rzeźbienie, malowanie czy pisanie sonetów. 
Wkładał w to co robił całego siebie, pragnął przekazać odbiorcom swoich dzieł uniesienia, towarzyszące aktowi ich tworzenia. Chciał, aby jego dzieła przemówiły. Może wtedy zostałby tak naprawdę zrozumiany. Tworzenie bywa bowiem ekstazą, kiedy jego efekt znajdzie odbiorców, którzy potrafią dzieło zrozumieć, pokochać, zjednoczyć się z nim. Tworzenie bywa też przekleństwem, kiedy wielu patrzy, a nikt nie widzi, wielu czyta, a nikt nie rozumie, wielu słucha a nikt nie słyszy. 
Michał Anioł nie miał wątpliwości, że tworzył dzieła nowatorskie, genialne, wiekopomne. Nie było w nim pokory. Potrafił zgromić każdego, kto tylko negował jego prace, łącznie z papieżami.
Było w nim wiele sprzeczności. Tworzył nie dla osiągnięcia sukcesów finansowych; tworzył z potrzeby serca, tworzył, żeby udowodnić sobie i innym, że robi to najlepiej, jak to możliwe. Często niezbędne mu do pracy materiały (w tym kosztowny marmur karraryjski) kupował ze swoich pieniędzy. Kiedy papież zlecił mu wydobywanie marmuru z miejsca, do którego nie prowadził żaden szlak komunikacyjny zaczął budować drogę z własnych funduszy. A jednocześnie był strasznie wyliczony (można rzec „skąpy”), żywił się chlebem i wodą, od święta pozwalając sobie na butelkę wina. Nie przykładał wagi do odzienia i do stanu posiadania. Do życia wystarczało mu stół, łóżko i narzędzia do rzeźbienia.
Z jednej strony zazdrościł innym twórcom (Leonardo, Rafaelowi, Bramante) ich łatwości nawiązywania kontaktów, umiejętności zdobywania „przyjaciół”, umiejętności cieszenia się życiem, a z drugiej strony potępiał ich i unikał „marnotrawstwa czasu”.
Nie potrafił pracować z nikim innym, ponieważ nikt nie dorastał jego talentowi. Dlatego tak wiele czasu zajmowało mu tworzenie.
Michał Anioł nie potrafił iść na kompromis, ani w tworzeniu, ani w życiu.
Jednak dla uczucia gotów był nawet błagać o jego niewielką cząstkę. Jego dwa wielkie uczucia pozostały odwzajemnione w niewielkim tylko stopniu. Uczucie do Victorii Colonny (przebywającej w klasztorze wykształconej wdowy, arystokratki poświęcającej się bardziej życiu przyszłemu niż doczesnemu) oraz do Tomasino Cavaleriego (młodego i pięknego arystokraty) nie mogły zaspokoić głodu uczuć, choć były namiastką radości w jego pozaartystycznym życiu. Michał Anioł wielbił piękno. A ponieważ sam nie był posągowo piękny, cierpiał z tego powodu katusze. Dlatego zapewne swe uczucia (przyjaźni do Tomasino i uwielbienia do Victorii) kierował do osób uważanych za niezwykle urodziwe.
Irwing Stone pisze w taki sposób, że czytając towarzyszymy Michałowi w jego ziemskiej wędrówce.
Czujemy radość i podniecenie ze spotkania z Medyceuszami, zachłyśnięcie się skarbami biblioteki i ogrodu sztuki Wawrzyńca Wspaniałego. Współczujemy, kiedy nie może doczekać się już pierwszego zlecenia. Towarzyszymy mu, kiedy nocą, w tajemnicy ustawia wraz z kilkoma pomocnikami posąg Piety w Bazylice Św. Piotra i potem, kiedy na szarfie szaty Matki Boskiej wykuwa w kamieniu „Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk to zrobił”. Niepokoimy się razem z nim, kiedy transportują posąg Dawida na Pizza Signoria, podczas którego to transportu staje się on celem kamieni rzucanych przez jego przeciwników.
Przeżywamy dreszczyk emocji (a może nawet obrzydzenia), kiedy przeprowadza w murach klasztoru swoje pierwsze sekcje zwłok, dla poznania szczegółów anatomii człowieka. Razem z nim wysłuchujemy kazań Savonaroli, z jednej strony pełni podziwu dla rewolucyjnych (odkrywczych i śmiałych) poglądów tego szalonego duchownego, a z drugiej strony pełni potępienia dla jego fanatyzmu, głupoty i buty.
I towarzyszymy mu przez całe długie prawie dziewięćdziesięcioletnie życie.
Michał Anioł wydaje się być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, gdyż jego pragnienia są tak wielkie, tak ambitne, a uwarunkowania historyczne tak niesprzyjające mu (jak choćby przekleństwo jego życia – kaplica nagrobna Juliusza II, którą tworzy przez czterdzieści lat), że nie ma szans na zrealizowanie swoich pragnień. A jednocześnie, kiedy tworzy, wydaje się najszczęśliwszym z ludzi, jego talent sprawia, że jego dzieła są „niemal równe” boskim. I pomyśleć, że może gdyby nie głupota i zachłanność żądnych sławy i rozpusty papieży Juliusza, Leona, Klemensa i ich następców to moglibyśmy podziwiać o wiele więcej tych cudownych dzieł sztuki.
Jak wynika z kilku przeczytanych przeze mnie biografii mistrza, mimo pewnych nieścisłości historycznych najważniejsze zdarzenia zostały przedstawione dość wiernie.
I tak jak Michał Anioł tworzył swe dzieła z pasją, tak Irwing Stone z pasją pisał tę biografię.
Tak też ja, za każdym razem, czytam ją z pasją.
Jeśli myślicie, że wiecie o czym jest Udręka i ekstaza to się mylicie- ten wpis to tylko zapowiedź pięknej przygody, a być może głębokiej znajomości na całe życie.

czwartek, 28 lipca 2011

Nudne wakacje- część 3 (Florencja)

Po powrocie z Wenecji do Rzymu doszłam do wniosku, iż muszę, po prostu muszę jeszcze powrócić do Florencji. To miasto mnie zaczarowało.Florencja to przecież wielość tak wielkich (Dante, da Vinci, Galileusz, Botticelli, M. Anioł, Brunelleschi, Machiavelli, Boccaccio, Cellini, Medyceusze, zdaje mi się, że i Rafael tu przebywał i wielu, wielu innych). Ale Florencja to także wielość pomniejszych artystów, rzemieślników, uczonych, którzy tworzyli to miasto, tych bezimiennych ludzi renesansu miłujących potęgę piękna i rozumu.


Ponownie wsiadam do super szybkiego pociągu na trasie Rzym - Neapol z przystankiem we Florencji. Półtorej godziny i już jestem na miejscu. Pierwsze kroki kieruję do Galerii Palatina w Palazzo Pitti. Tej galerii jeszcze nie znam. Dwukrotnie byłam już w Galerii Ufizzi, a teraz jestem bardzo ciekawa zbiorów w tej drugiej co do wielkości Galerii Florenckiej. I znowu okazuje się, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Kiedy następnym razem odwiedzę Florencję wybiorę się raczej ponownie do Ufizzi. Galeria Palatina ma bardzo bogate zbiory, ale jest ich tak dużo, że jest wręcz przeładowana. Obraz wisi niemal na obrazie. Nie wiadomo na czym skupić wzrok. Zawsze to właśnie boli mnie w muzeach, że nie jestem w stanie poświęcić uwagi tak wielu dziełom. Kiedyś już pisałam, iż dla dzieła sztuki o wiele lepiej byłoby, gdyby znajdowało się w miejscu, dla którego zostało stworzone. Tyle, że wtedy, o ileż uboższe było by nasze obcowanie ze sztuką. Gdyby obrazy i rzeźby znajdowały się wyłącznie w posiadaniu spadkobierców dawnych mecenasów sztuki nie moglibyśmy nacieszyć oczu ich widokiem. Zawsze odwiedzając takie miejsca wybieram sobie parę obrazów, które są celem moich wizyt, a reszta jest trochę przy okazji, jest bogatym tłem takich odwiedzin. I oczywiście zawsze mam poczucie winy, że moja percepcja jest tak uboga i nie jestem w stanie zachować większej ilości obrazów, rzeźb i innych eksponatów pod powiekami. No, ale to co nieodmiennie towarzyszy takim wizytom, to swoiste wzruszenie i radość z obcowania z dziełami, które dotychczas studiowałam jedynie w albumach. 
Delektuję się zatem głównie Madonnami Rafaela i Lippiego oraz la Valettą. Więcej wkrótce w cyklu moi ulubieńcy.


Przy okazji wizyty w Pallazzo Pitti odwiedziłam jeszcze Ogrody Boboli. Wg przewodników najpiękniejsze we Florencji. Trudno mi przyznać rację, tak samo jak trudno mi zaprzeczyć, gdyż nie mam skali porównawczej. Odwiedziłam tylko niewielki ich wycinek, ponieważ zbliżała się pora obiadowa, a we Włoszech, jak nie zjesz obiadu do godziny czternastej, to nie zjesz go wcale. Potem dostępne jest już tylko jedzenie typu pizza, pasta i inne odgrzewane dania „turystyczne". Idę do „mojej" Tratorii Robertino (moja, bo byłam w niej już podczas styczniowego pobytu w mieście) i zamawiam porcini con funghi e insalata mista, a do tego kieliszek białego wina. Przy zwyczajowej porcji grillowanych kalmarów, albo innych owoców morza krwisty befsztyk z grzybami i sałatką jest miłą odmianą.
Po bardzo smacznym posiłku udaję się na Piazza Signoria, przebijam przez tłum różnojęzycznych postaci i usiłuję pstryknąć parę fotek. I znowu te same miejsca, te same dzieła są tłem mych fotografii. Co ja na to poradzę, że tak bardzo urzekł mnie klimat Piazza Signoria, z jego budowlami i posągami. Któż, kto choć trochę interesuje się renesansem, czy Toskanią, nie zna choćby z fotografii tak charakterystycznych; Palazzo Vecchio z jego blankowaną wieżą, Dawida Michała Anioła (dla ścisłości kopii, oryginał znajduje się w Galeria della Accademia), Fontanny Neptuna, posągu konnego Kosmy I czy serii rzeźb w Loggi dei Lanzi (z Perseuszem Celliniego oraz Porwaniem Sabinek Giambologni na czele).


Tylko parę kroków dalej znajduje się Plac Katedralny. Kiedy wchodzi się nań można odczuć potęgę i piękno, jakie stworzyli budowniczowie i artyści Kościoła Santa Maria del Fiore, Baptysterium i Kampanili.
Już widok Kopuły Brunelleschiego będącej pierwowzorem dla tylu innych sprawia, że czuję się jakbym szła pod rękę z jej twórcą. Katedra - biało - różowo- zielone kostki marmuru (z Carrary- ulubiony marmur mistrza Michała, z Prato oraz Maremmy) sprawiają wrażenie bajkowego pałacu, a nie świątyni bożej, a jak dodamy do tego Baptysterium i Dzwonnicę, to cały kompleks jest naprawdę malowniczy.
I tylko szkoda, że plac katedralny jest tak ograniczony przestrzenią, że aparat fotograficzny nie jest w stanie objąć całości budowli. Całość udało się objąć ze wzgórza Michellangelo (w styczniu)

Florencja jest piękna. Będę do niej wracać jeszcze nie raz i nie raz zagości na tym bloogu. Jest ona całkiem inna niż Rzym. Rzym jest cudowny, ale taki monumentalny. Florencja jest bardziej klimatyczna. W Rzymie czuję się taka malutka. We Florencji czuję się jakbym była u siebie. Jadąc po raz pierwszy na wycieczkę, nazywałam ją wycieczką do Rzymu w pakiecie z Florencją, tymczasem okazało się, iż nie wiem, co było dodatkiem do czego. Trudno stopniować rodzaje piękna. I to piękne i to nęci.

Florencja, o czym także pisałam, znajduje się bardzo wysoko w rankingu moich miast ukochanych. I tak jak Rzymem chyba się już nasyciłam, czego nie należy mylić z przesytem, tak Florencja nadal budzi głód a nawet pożądanie. 
To wszystko co opisałam w trzech częściach nudnych wakacji anno domini 2010 stanowi bardzo nieudolną próbę oddania emocji i wrażeń, jakie towarzyszyły mojemu poznawaniu fantastycznych miejsc. 
Zapewne dla zwolenników kąpieli słonecznych i morskich byłyby to nudne wakacje, dla mnie to niemal raj na ziemi.
Zdjęcia: 1. Kopia Dawida przed Pallazzo Vecchio, 2. Pallazzo Vecchio, 3. Loggia dei Lanzi, 4. Panorama Florencji z Katedrą Santa Maria del Fiore 5. Ponte Vecchio

wtorek, 26 lipca 2011

W poszukiwaniu zieleni


Kilka dni temu pisałam o potrzebie ciszy i poszukiwaniu wyspy bezludnej. W niedzielę postanowiłam znaleźć małą namiastkę tego mojego pragnienia ucieczki od zgiełku, hałasu, wibrującej wiertarki i decybeli sąsiada. Wybrałam się do parku oliwskiego.

Nie jest to może miejsce imponujące, nie powala rozległością, rozmaitością, bogactwem, pomysłowością, ale jest całkiem sympatycznym zakątkiem, dość dobrze zadbanym, jeśli nie liczyć palmiarni, która aż się prosi o remont i odnowę zasobów.

Wśród ostatnich pochmurno-deszczowych dni trafiłam na ładną, słoneczną pogodę. Odnalazłam małą oazę spokoju niemal w środku miasta. 

Jednym słowem wycieczka przyniosła oczekiwane rezultaty; wyciszenie i nabranie dystansu do hałaśliwej codzienności. Z nowym zapasem sił i energii mogłam zabrać się w poniedziałek do pracy.

I tylko spadające liście nasuwały natarczywe pytanie, czy to możliwe, czyżby zbliżał się koniec lata, czyżby niedługo miała nadejść jesień. Pewnie herezją to zabrzmi dla większości czytelników, ale jesień to dla mnie pora wyczekiwana z utęsknieniem, to bowiem pora moich wakacji. Codziennie odliczam dni do urlopu; zostało ich jeszcze tylko 32.

„Taka cisza w ogrodzie, że się jej nie oprze

Żaden szelest, co chętnie taje w niej i ginie”

(B. Leśmian, „*** Taka cisza w ogrodzie”)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nudne wakacje- część 2 (Wenecja)

Wenecja to ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie miast miasto bardzo wyjątkowe. Kiedyś twierdziłam, że najpiękniejsze, teraz trudno wybrać mi to jedyne, któremu mogłabym przyznać palmę pierwszeństwa. Kiedy chcę porównać Wenecję z jakimkolwiek innym miastem to nie ma takiego drugiego. Bo chociaż w pewien sposób, w klimacie przypomina mi je greckie Oia czy Fara na Santorini, także bajkowe, otoczone wodą, pełne pastelowych budynków, to jednak są one zupełnie różne.
Kiedy chcę pisać o Wenecji to słowa stają się pospolite i wyświechtane. Ile razy można pisać, że coś jest piękne, urocze, bajkowe, cudowne..., że mnie urzeka, zachwyca, powoduje szybsze bicie serca. Jak można tak zwyczajnymi i zużytymi słowami opisać bezmiar radości i całą gamę emocji, jakie wywołuje we mnie Wenecja.
Morze kojarzy mi się z wolnością. Wenecja dawna potęga morska ma w sobie powiew wolności. Jako, że otoczona wodą była zawsze niedostępnym miejscem dla swoich wrogów. Była niezależna i dumna - nie na darmo zwana „Najjaśniejszą". Dzięki bogactwu wyrosłemu z handlu jedwabiem i przyprawami Wenecja jest zasobna w dzieła sztuki (a jej bogactwo przede wszystkim przejawia się w bogactwie i różnorodności budowli). Kiedy przepływam Canale Grande, a należy nim przepłynąć co najmniej kilka razy w obie strony, aby zauważyć (tylko zauważyć) wszystkie piękne Palazzi (pałace) i Case (domy) jestem w rozterce, bo nie wiem na którym budynku zatrzymać wzrok na dłużej, który obdarzyć swą uwagę. Wszystkie budynki są tak odmienne od tych, które widuję na co dzień. Niemal każdy ma charakterystyczne otwory (okienka) w kształcie czterolistnej koniczyny, ale też każdy różni się, a to rzeźbą, a to wieżyczkami, a to kolorem, a to mozaiką, a to malowidłami. 
Dlatego pobyt w Wenecji nie powinien oznaczać jednego popołudnia w drodze pomiędzy jednym miastem a drugim, nie powinien być przystankiem na trasie z piętnastominutową przerwą na zrobienie zdjęcia na Ponte Rialto. Wenecji należy poświęcić więcej czasu i uwagi. Dopiero zagubiwszy się w plątaninie kanałów, w wąziutkich uliczkach możemy dostrzec detale. Dopiero trafiwszy przez zupełny przypadek do małego kościółka możemy odkryć piękne malowidła, freski, mozaiki, sztukaterie.


Kiedy myślę o Wenecji to od razu znajduję się na Moście Rialto i mrużąc oczy od słońca odbijającego się w wodach Canale Grande obserwuję toczące się tu leniwie życie. Uwielbiam obserwować tę nudę, ten brak pośpiechu, to rozleniwienie, to włoskie dolce far niente, czyli słodkie nic nierobienie. Nie dotyczy to oczywiście wycieczek, które charakteryzuje pośpiech, nerwowość i wzrok wpatrzony w parasolkę przewodnika.
Lubię obserwować ludzi, na przepływających pod Mostem vaporetti, ludzi błyskających fleszami lamp aparatów fotograficznych, po to by zrobić to najpiękniejsze zdjęcie z wakacji. Zdjęcie, które przesłane zostanie do wszystkich znajomych, umieszczone w galerii zdjęć na różnych portalach lub stanowić będzie tapetę na ekranie komputera, tak aby iskierka żalu dopadła tych nieszczęśliwców, którzy z różnych względów nie mogą spełnić swych marzeń, albo o zgrozo tych biedaków, którzy marzeń nie posiadają.
Lubię obserwować ludzi w restauracjach, kawiarniach, gelateriach i tratoriach zamawiających w zależności od zasobności portfela od małej porcji lodów bądź naparstka mocnej czarnej kawy aż do porządnego posiłku składającego się z kilku dań; poczynając od antipasti- przystawki, poprzez primi piati - zupę, secondo piati- drugie danie, formaggi - sery a kończąc na dolce - deserze, o alkoholach nie zapominając (aperitif, wino, likier lub grappa).
Lubię obserwować turystów oblegających sklepiki z pamiątkami. Któż oprze się urokowi szklanych wyrobów z Murano czy karnawałowych masek we wszelkiej postaci, obrazków czy choćby widokówek. Wystawy sklepików mienią się wszelkimi kolorami, a szklane koraliki i bransoletki przyciągają wzrok nawet takich osób ja autorka tych słów, która „prawie" nie nosi biżuterii. Nie kupić sobie maski, to tak jak wrócić z Egiptu bez papirusu, a z Paryża bez miniaturki wieży Eiffla. To, że najczęściej są to pamiątki made in China ma tu drugorzędne znaczenie, ważne, że każdy znajdzie tu coś na swoją kieszeń i nawet po latach, ilekroć spojrzy na mały zakurzony drobiazg zrobi mu się cieplej w okolicy serca.
Most Rialto to tylko jeden z obrazków Wenecji, które będę przechowywać w szufladkach pamięci. Spacery wąskimi, krętymi uliczkami, kolejne mosty i mosteczki, rejsy vaporetti - tramwajami wodnymi i oglądanie Pallazzi (co budynek to pałac), a każdy inny, choć wszystkie w tym samym bajkowym stylu.
Widok Placu Świętego Marka z wieży Kampanili (dzwonnicy) to kolejny obraz stanowiący zawartość szufladki wspomnień. Oglądałam Plac w nietypowej scenerii niemal całkiem opustoszały i był to bardzo rzadki widok, powiedziałabym nawet smutny. Plac Świętego Marka bez tłumu turystów, bez gwaru kilkunastu języków, bez przeplatających się kolejek do Bazyliki i do Dzwonnicy oraz bez setek gołębi to nie jest ten sam Plac, który znamy (a nawet kochamy) z widokówek i który mamy utrwalony w kilkunastu wersjach na zdjęciach.


Poza pustym Placem Świętego Marka (pustym jedynie wcześnie rano) podziwiałam z wieży panoramę miasta, pięć kopuł bizantyjskiej Bazyliki tego świętego oraz charakterystyczną dekorację jej galerii - czwórkę wykonanych z brązu koni. Konie te pochodzące z II w. p.n.e. przybyły z Konstantynopola, następnie za czasów Napoleona zostały „wypożyczone" do Paryża. Teraz ten najstarszy tego rodzaju zabytek znajduje się w Muzeum, a galerię zdobi kopia.
Z wieży dzwonnicy widać także doskonale Canale Grande, Bazylikę Santa Maria del Salute i Wyspę San Giorgio Maggiore z Bazyliką Świętego. Stateczki i gondole wyglądają z góry jak łupinki orzechów. A wszędzie w dole wiją się wstęgi kanałów i kanalików.
Stając w kolejce do Bazyliki Św. Marka nie można się nudzić. Nad wejściami znajdują się fantastyczne mozaiki przedstawiające sceny biblijne. Mozaiki są barwno - złote. Ma się wrażenie, że złoto aż kapie ze sklepień zarówno portali przed wejściem, jak i wewnątrz Bazyliki. Często spotykam mozaiki i styl bizantyjski w tym rzymsko-katolickim kraju, nie tylko w Wenecji, ale także w Rzymie, czy nawet we Florencji (tej kolebce renesansu).


I jeszcze jeden bardzo charakterystyczny obrazek Wenecji - Pallazzo Ducale, czyli Pałac Dożów sąsiadujący z Bazyliką Św. Marka. Ten „alabastrowy" cud architektury z abażurem okien w kształcie listków koniczynki. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie Plac bez Bazyliki, Kampanili, Pałacu Dożów, budynków Prokuracji, czy Wieży Zegarowej, no i Weneckich Lwów. Tak jak na Placu Świętego Piotra w Rzymie wszechobecne są symbole władzy papieskiej, tak w Wenecji lwy stanowiące symbol potęgi Najjaśniejszej znajdują się wszędzie; w tympanonie Bazyliki, na postumentach na Placu, na Wieży Zegarowej, na budynkach i sztandarach.
I tylko szkoda, że nie jestem tam w okresie karnawału, już wyobrażam sobie ten tłum pięknie poprzebieranych kobiet i mężczyzn. Panowie w długich czarnych pelerynach, specjalnym nakryciu głowy oraz maskach z długim uchwytem.Panie w kolorowych suknach na krynolinach, złotych maskach z dużą ilością różnobarwnych piór, tudzież pierzastym kapeluszu. W takiej chwili można zapewne poczuć się, jak w czasach Casanovy, czasach pełnych intryg, rozpasania, tajemnic i zabawy. Wtedy zapewne nawet największy ponurak dałby się porwać wirowi zabawy, flirtu i tańca. 
Może nawet spotkałabym tam półdiablę weneckie. 


Oczywiście to jedynie sztandarowe miejsca, punkty obowiązkowe wszystkich wycieczek. Będąc w Wenecji przez cztery dni (tylko cztery) miałam okazję odbyć wycieczkę na wyspę Burano, wyspę Cmentarz, wyspę San Giorgio, a także nieco dalej do Werony.

niedziela, 24 lipca 2011

Pieta Florencka Michała Anioła

Pisałam o niej nie raz, ale cóż z tego, skoro jest jedną z moich ulubionych rzeźb mojego ukochanego M.A. będę sobie o niej pisać ilekroć najdzie mnie taka ochota.

Piszę o tym, co kocham, piszę, o tym, co jest moją pasją, mimo, iż zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam ani wiedzy odpowiedniej ku temu, ani predyspozycji. Nie jestem z wykształcenia ani polonistką, ani historykiem sztuki więc moja pisanina nosi znamiona grafomanii, czemu daję wyraz w nazwie swojego bloga (poprzedniego, dziś zawieszonego bloga).
Pieta nazwana przeze mnie florencką to kompozycja składająca się z czterech postaci; dwóch kobiet i starca podtrzymujących bezwładne ciało Chrystusa zdjętego z krzyża. Pieta była jednym z ostatnich dzieł mistrza. Kiedy znużony już długim życiem i ilością wykonanych prac (Niektórzy twierdzą, że gdyby tyle czasu nie zajęły mu kłótnie z papieżami i unikanie wykonywania pracy, na której wykonanie nie miał ochoty stworzyłby tych dzieł jeszcze więcej. Ja jednak uważam, iż ilość stworzonych przez niego arcydzieł wystarczyłaby na zapełnienie dorobku niejednego twórcy) postanawia wreszcie wyrzeźbić coś dla siebie, dla własnej przyjemności. Kiedy nie przymuszony koniecznością zapewnienia egzystencji ani sobie, ani dawno nieżyjącym ojcu i braciom może rzeźbić dla samej radości tworzenia, bez konieczności zadośćuczynienia gustom zamawiających postanawia wyrzeźbić Pietę, która przyozdobi jego nagrobek. Co prawda M.A. przy swym uporze i wizji geniusza, rzadko kiedy jest zmuszony poddać się sugestiom zleceniodawców. Michał Anioł ma już ponad 70 lat, kiedy zaczyna rzeźbę, zdaje więc sobie sprawę, iż jego ziemski czas dobiega końca. Wierzył jednak, że zdąży skończyć, jego ojciec dożył 90-tki. Jak się okaże on także dożyje sędziwego wieku.
Dlaczego Pieta? Michał Anioł mimo, iż nie zachowywał pozorów człowieka pobożnego, mimo, iż nie uczęszczał do kościoła (raczej sporadycznie) był człowiekiem głęboko wierzącym. Mimo wyznawania platońskich ideałów, uwielbienia dla piękna natury traktował on swoją twórczość jako hołd składany Bogu, uwielbienie piękna ludzkiego ciała jest hołdem dla boskiego dzieła stworzenia.
Pieta ma przyozdobić jego nagrobek. I tu zdania są podzielone; część badaczy twierdzi, iż miał on znajdować się w kaplicy katedry Santa Maria Maggiore w Rzymie, inni natomiast wskazują na Katedrę Santa Croche (Św. Krzyża) we Florencji. Ja przychylam się do Florencji, dokąd ostatnią wolą, zgodnie z twierdzeniem Vasariego, mistrz życzył sobie powrócić. Znając jego tęsknotę za powrotem na łono ojczyzny (Florencji) wydaje się to twierdzenie bardziej prawdopodobnym.
W kompozycję Piety (nazwijmy ją Florenckiej) wplótł własną postać; Nikodem człowiek stary, doświadczony, złamany przez życie, człowiek stojący u kresu życia ma jego rysy twarzy.
Florencka Pieta jest chyba najbardziej ekspresyjną z jego rzeźb, a wrażenie to potęguje słynne „non finto Michała Anioła” (efekt niedokończenia, niedopowiedzenia).
Jakże ta Pieta inna jest od Piety watykańskiej. Tamta daje nadzieję, jest wyrazem zwycięstwa życia nad śmiercią - młodzieńcza matka boska z twarzą pełną boleści, ale jest także wyrazem ufności, a nawet pewności. Twarz Matki Boskiej wyraża przekonanie, iż oto wypełniło się to, co zostało zapowiedziane już wcześniej.
Tym razem twarz Matki Boskiej wyraża ból, załamanie, rozpacz, nie ma tu spokoju, czy ufności, nie ma pogodzenia się z losem.
Między Pietą Watykańską a Pietą Florencką jest taka różnica jak między Kaplicą Sykstyńską, a Sądem Ostatecznym, jak między nadzieją i ufnością młodości a doświadczeniem i bolesnym pogodzeniem z nieuchronnością zdarzeń dojrzałości.
Pieta znajduje się w Museo Dell Opera we Florencji.
Nie stanęła na nagrobku mistrza Michała. Być może z powodu ułamania się ręki Chrystusa i konieczności ukończenia jej/ (zrekonstruowania ręki Chrystusa) i postaci Marii Magdaleny przez jednego z uczniów.
Nagrobek przyozdobiła kompozycja projektu Vasariego; rzeźby, architektury i malarstwa, będąca hołdem dla trzech dziedzin sztuki, jakie uprawiał mistrz z Caprese, małej toskańskiej wioski koło Arezzo.

Nudne wakacje - część 1 (Rzym)


Przeczytałam, że szczęście jest nudnym tematem dla literatury. Jak można ciekawie opisać bieg zdarzeń, jeśli wszystko układa się pomyślnie, a każdy dzień spełnia nasze oczekiwania. Doszłam do wniosku, iż moje wrażenia z wakacji stają się takim nudnym tematem. Jeśli kolejny raz spędziłam wakacje w miejscu, które wciąż i wciąż od nowa mnie zachwyca, jeśli nadal mogłam z pełnym przekonaniem twierdzić, że życie jest piękne, to jakież to staje się banalne. A zatem czas na małą porcję nudy.
Rzym nadal mnie urzeka, a przynajmniej niektóre jego miejsca mnie urzekają. Trudno wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje, że w pewnych miejscach czujemy się bardzo dobrze a w innych niekoniecznie.
Ostatnio zawładnęła mną niemądra myśl. To zapewne wpływ otoczenia. Italia - tam wszystko musi być największe i wszystkiego najwięcej. Budynki i budowle mają być kolosalne, pomniki monumentalne a kanapki wielkości bochenka chleba. Stąd i mnie opanowała myśl, aby poznać jeszcze więcej miejsc, a może właściwiej byłoby napisać zobaczyć jeszcze więcej miejsc. Poznać, tzn. zrozumieć, a nie sposób poznać miejsca w przeciągu kilkunastu minut jego oglądania.
Na szczęście dość szybko zorientowałam się, że więcej nie znaczy pełniej i lepiej. Nie o to przecież chodzi, aby do listy zwiedzonych miejsc dodać kilka kolejnych, ale o to, aby każde miejsce ukochane móc zachować pod powiekami. Aby w chwili smutku, który dopadnie nas po powrocie móc do takiego miejsca wrócić. Można wtedy siedząc np. na nudnym szkoleniu znaleźć się ponownie np. na Placu Św. Piotra.

Przysiąść pod stojącym na środku Placu obeliskiem łączącym starożytność z chrześcijaństwem (obelisk zawiera prochy Juliusza Cezara i fragment krzyża, na którym skonał Chrystus) i chłonąć te cuda, które nas otaczają. Za każdym razem patrzę z niedowierzaniem na Kolumnadę i wciąż zadziwia mnie to, że składa się z czterech rzędów kolumn. Przecież jeśli siedzi się na środku Placu wszystkie cztery rzędy kolumn zlewają się w jeden ciąg. Uparcie mierzę w pamięci ich grubość i odległości między nimi, aby dojść do przekonania, że rzeczywiście szerokość Kolumnady wynosi siedemnaście metrów, co wydaje się niemożliwe, kiedy prowadzi się obserwacje siedząc pod obeliskiem, czy też pod jedną z dwóch stojących na placu fontann. Patrzę na białe linie biegnące od środka Placu po jego krańce, na obiegające obelisk płaskorzeźby oraz na tiarę i klucze, które zdobią zarówno zwieńczenia portyków Kolumnady, tympanon Bazyliki, jak i podstawy czterech żeliwnych latarni stojących na środku Placu, a także postumenty pomników Piotra i Pawła. Patrzę na posągi 140 świętych znajdujące się na zwieńczeniu Kolumnady oraz posąg Chrystusa, posągi jedenastu apostołów na dachu Bazyliki. Zawsze myślałam, że nieobecnym apostołem jest Judasz, tymczasem myliłam się, wielkim nieobecnym na dachu Bazyliki jest Św. Piotr.
Kiedy tak obserwuję, myślę sobie, iż rację miał Papież Pius XI, kiedy podpisując Traktat Laterański, ustanawiający granice państwa Watykańskiego, stwierdził, iż Państwo Watykańskie jest największym państwem świata (mimo tak małej powierzchni), bo jest tu wszystko co najważniejsze i najpiękniejsze dla świata chrześcijańskiego; grób Św. Piotra, Bazylika, Muzea Watykańskie z Kaplicą Sykstyńską oraz Kolumnada Berniniego.
Mogę tak siedzieć pod Obeliskiem na środku Placu, albo na schodkach pod Kolumnadą i patrzeć, patrzeć, patrzeć. I nie mogę się nadziwić, jak to wszystko zostało doskonale pomyślane.
Długość Bazyliki to ponad 200 metrów, jej wysokość liczona od podstawy do latarni Kopuły ma prawie 120 metrów. Ale przecież to nie jej ogrom mnie tu przyciąga. To mnogość dzieł tak wielu, tak wielkich artystów. Chyba wyłącznie mężczyzn. Nie widziałam w Bazylice ani jednego posągu, nagrobka, obrazu autorstwa kobiety.
O obecności kobiet świadczą jedynie pochowane w Grotach Watykańskich królowe, m.in.: Cypryjska i Szwedzka (Krystyna). Ponadto w samej Bazylice znajdują się tablice pamiątkowe i posąg na część Marii Klementyny Sobieskiej oraz wspomnianej Krystyny. Maria Klementyna została również pochowana w Grotach Watykańskich, lecz jej nagrobek znajduje się w miejscu niedostępnym zwiedzającym. Nie należy mylić Marii Klementyny z „Marysieńką" żoną Jana III Sobieskiego, ta była jego wnuczką.
Najważniejsza dla całego Świata Chrześcijańskiego kobieta została uwieczniona przez mojego ukochanego Michała Anioła w rzeźbie znajdującej się w pierwszej kaplicy po prawej stronie od wejścia. Pieta przedstawia odrealnioną i wyidealizowaną postać Matki Boskiej, ale jakże piękną. Jeśli chodzi o Michała Anioła to nie jestem obiektywna, kocham wszystkie jego dzieła bez wyjątku.


Oczywiście ilekroć widzę Pietę, zaraz przypomina mi się opis pracy nad rzeźbą i potajemnego jej przetransportowania do Kaplicy Bazyliki Św. Piotra (jeszcze tej Konstantyńskiej). Jej zleceniodawca nie doczekał ukończenia dzieła. Widzę, jak mistrz ustawia rzeźbę bez rozgłosu, bez wstęgi, bez poświęcenia i z pewną obawą o jej dalszy los. Historia okazała się dla niej łaskawa, jak dla wielu dzieł Michała Anioła. Oszczędziły ją wojny i rewolucje, sacco di Roma. Uszkodził węgierski szaleniec. 
Inne dzieło Michała Anioła - Kopuła nad Bazyliką przypomina Kopułę Brunescellego we Florenckiej katedrze Santa Maria dell Fiore. Kiedy patrzę na latarnię Kopuły, a mogę ją dostrzec dopiero z pewnej odległości, nie mogę uwierzyć, że byłam na jej szczycie. Aby ją „zdobyć" po wjeździe windą na dach Bazyliki musiałam pokonać jeszcze 321 krętych schodków. Wchodzi się bardzo wąskim przejściem, miejscami trzeba się pochylić i iść „pod kątem". Wewnątrz kopuły znajduje się druga kopuła, a pomiędzy nimi szeroki na około 60 centymetrów korytarz ze ślimakiem schodków. Tęższa osoba, lub osoba z klaustrofobią miałaby spory kłopot z pokonaniem tej drogi. Kiedy znalazłam się na latarni Kopuły jeszcze przez kwadrans nogi miałam jak z waty. Ale było warto. Widok jest fantastyczny. To, czego będąc na Placu nie można objąć wzrokiem tutaj jawi się w całej okazałości. Można zobaczyć dach Bazyliki, cały Plac otoczony Kolumnadą, Ulicę Zgody - Porozumienia (Via Concilazione) prowadzącą do Zamku Anioła, Zamek Anioła (Castel Sant' Angelo), Musea Vaticani, no i to co jeszcze przede mną Ogrody Watykańskie. Ale i w tym przypadku, dopiero z lotu ptaka można dojrzeć misterne dzieła stworzone ręką ogrodników. Przy dobrej widoczności z latarni Kopuły widać całe serce Rzymu. Ja nie miałam tego szczęścia, bo widoczność sięgała „zaledwie" do Castel Sant' Angelo.
Idąc z Watykanu do moich miejsc ukochanych mijam Zamek Św. Anioła. I znowu zachwyt nad okrągłym kształtem budowli - miejscem pochówku cesarza Hadriana. Kolejna mania wielkości. Niektórym wystarcza drewniana skrzyneczka i mały kopczyk ziemi, a inni mają swoje mauzolea. W Zamku już byłam, więc tym razem odpuściłam sobie ponowne jego zwiedzanie.


Na prowadzącym na drugą stronę Tybru Moście Św. Anioła (Ponte Sant Angelo) znajduje się pierwszy po lewej stronie mój ukochany Anioł. Z strzałą w rękach zwróconą grotem do góry, wzrokiem skierowanym w niebo i powłóczystych szatach, ze złożonymi skrzydłami strzeże wejścia do Zamku. Jest to mój ulubiony Anioł. Podobnie, jak ten Anioł, zachwytem przejmuje mnie również Archanioł Gabriel stojący na dachu Zamku z rozpostartymi skrzydłami i mieczem skierowanym w dół.
Innym miejscem, z którym muszę się przywitać pierwszego dnia po przylocie do Rzymu jest Piazza Navona. Plac z kościołem Św. Agnieszki od igrzysk (Sant Agnese in agone) - dziełem Borrominiego i fontannami Czterech Rzek, Il Moro oraz Neptuna, z czego dwie pierwsze są dziełem Berniniego. Nie wiem, czy naprawdę ten Plac jest owalny, ale mnie się takim wydaje i będę się przy tym upierać. Może to moje uwielbienie dla tego rodzaju kształtów; barokowo - krągłych. Piazza Navona to przecież perełka baroku. Kościół Agnieszki jest tak cudownie pozbawiany ostrych krawędzi, że muszę przyznać, iż w tym jedynym wypadku przedkładam Borominiego nad Berniniego.


Piazza Navona nieodłącznie kojarzy mi się z okupującymi to miejsce malarzami (pejzażyści i portreciści) i ich rozstawionymi sztalugami, pojemniczkami z farbami, pędzlami i składanymi krzesełkami. Kolorowe obrazy dodatkowo ubarwiają ten i tak pełen barw Plac. Aż się wzdrygam pisząc Plac o Piazza Navona. Pewne nazwy i zwroty wydają się być nieprzetłumaczalne.
Pewnego razu stojąc na środku Piazza i „gapiąc" się na Fontannę Czterech Rzek (można ją oglądać i kilkadziesiąt razy, a zawsze dojrzy się jakiś nowy szczegół przeoczony wcześniej) usłyszałam rodaczki. Jedna drugiej oznajmiała, iż zrobi jej tu zdjęcie, na tym ryneczku z tą wieżyczką i wskazała na obelisk będący osią Fontanny Czterech Rzek. Ryneczek z wieżyczką? Ciekawe, czy Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta też dla tej pani jest ryneczkiem z wieżyczką. Jeśli tak, to może nie trzeba było tak daleko podróżować.
A wracając na Piazza Navona, zwane przez niektórych ryneczkiem warto tam usiąść na którejś z kamiennych ławeczek, jeśli ma się to szczęście i znajdzie się miejsce, aby delektować się lodem nabytym w jednej ze znajdujących się na Placu Gelaterii. W takich miejscach jak Piazza Navona, czy pod Fontanną di Trevi smakują mi one najbardziej. Niektórzy dodaliby tu jeszcze Schody Hiszpańskie. Ja jednak, jakoś nie czuję żadnych pozytywnych wibracji na Piazza di Spagna. Owszem wyglądają bardzo ładnie na zdjęciach z tym tłumem siedzących tam, poubieranych kolorowo turystów, ale nie wywołują żadnego przyspieszonego bicia serca, żadnej wibracji, żadnego wzruszenia.


Kolejne miejsce ukochane to Panteon. Olbrzymia Świątynia Wszystkich Bogów wzniesiona przez Marka Agrypę - zięcia cesarza Augusta w 27 r. n.e. i przekształcona za cesarza Hadriana w chrześcijańską świątynię. Kopuła nad Panteonem to największa w Rzymie Kopuła (większa nawet od Kopuły Bazyliki Św. Piotra). Świątynia jest idealnie symetryczna, ma 43,5 metra wysokości, szerokości i długości. Jedynym źródłem światła jest dziewięciometrowy occulus w dachu Kopuły. Trzeba tu przyjść kilka razy o różnych porach dnia i różnych porach roku. Za każdym razem ma się wrażenie, jakby poznawało się to miejsce na nowo. Ja najbardziej lubię znaleźć się tu już po zmroku, kiedy przez otwór w dachu widać gwiazdy, a kapliczki i obrazy oświetla sztuczne światło lampek. Idealnie byłoby tu znaleźć się w okresie, kiedy nie ma tłumu turystów. Tyle, że to bardzo rzadko się zdarza. Tu znaleźli swoje ostatnie miejsce spoczynku królowie Włoch Umberto i Wiktor Emanuel. Ale mało kogo obchodzą monarsze nagrobki, kiedy tutaj spoczął także Rafael Santi. To do jego grobu z wyrzeźbioną przez jego ucznia przepiękną Madonną ciągną tłumy pielgrzymów i zwykłych turystów.


No i wreszcie fontanna di Trevi. Jest tak cudownie bajkowa, że aż trąci kiczem. Przedstawia Neptuna ciągniętego przez zaprzęg koników morskich. Najpiękniej wygląda w południe, kiedy słońce odbija się w jej białym budulcu, albo późnym wieczorem po zachodzie słońca, podświetlona lampkami. Jest jedno małe „ale". Ponieważ fontanna jest wciśnięta pomiędzy kilka budynków na bardzo niewielkim placyku jest tam zawsze tłoczno. W Rzymie prawie wszędzie jest tłoczno, ale pod tą fontanną chyba jest tych ludzi najwięcej. To właśnie ich nadmiar sprawia, że odwiedziny tej fontanny nie o każdej porze roku sprawiają taką przyjemność, jak późną jesienią czy zimą.
To oczywiście nie wszystkie miejsca odwiedzone przeze mnie w Rzymie, ale miejsca najbardziej ukochane.
Żałuję, że tym razem nie odwiedziłam ponownie Galerii Borghese, która po Muzeach Watykańskich jest kolejnym miejscem, do którego mogłabym zaglądać za każdym pobytem. No, ale jak często powtarzam nie można mieć wszystkiego. A poza tym, gdyby się doświadczało pewnych doznań zbyt często mogłyby przestać one zachwycać, dlatego czasami nawet przyjemności należy sobie dozować.
Czekały mnie przecież jeszcze Wenecja i Werona, a jak się potem okazało też Florencja.

sobota, 23 lipca 2011

Cienie nad rzeką Hudson Isaac Singer



"Cienie nad rzeką Hudson" to moje pierwsze spotkanie z noblistą. W biblionetce przeczytałam piękną recenzję książki. Zawierała ona jednak stwierdzenie, z którym nie mogę się zgodzić. Autor recenzji twierdzi, iż spotkanie z Singerem można by zacząć od jakiejkolwiek z jego książek, ale nie od „Cieni nad rzeką Hudson”, gdyż „nie mogą one stanowić zaproszenia do otwarcia tych pierwszych drzwi, za którymi kryje się cały Singerowski świat”.
Trudno mi co prawda wypowiadać się, ile Singera jest w Singerze w tej powieści, czyli jak bardzo świat przedstawiony na kartach książki jest światem, który zauroczył jego czytelników, ale mogę powiedzieć jedno, ja jestem pod dużym wrażeniem, tego, co za drzwiami zobaczyłam. I na pewno pierwsze spotkanie nie nie będzie też ostatnim spotkaniem z Singerem.
U schyłku lat czterdziestych ubiegłego stulecia do Nowego Yorku przybyło wielu ocalałych z wojennej pożogi Żydów. Kilkunastu z nich czyni Singer bohaterami swojej powieści. Ich losy są wzajemnie ze sobą splecione, można powiedzieć, że każda kolejna opowieść o nowym bohaterze dopełnia opowieść o tych, których zdążyliśmy poznać chwilę wcześniej.
Naszą znajomość z bohaterami rozpoczynamy od historii Anny Lurii i Dawida, Hertza Greina. Anna córka bogatego, pobożnego żyda Baruchy, zwanego w Stanach Borysem Makawerem, dwukrotnie nieszczęśliwie zamężna, postanawia uciec i rozpocząć nowe życie z maklerem giełdowym; niemłodym już Hertzem Greinem. Anna i Hertz od początku swego romansu zostają potępieni; począwszy od ojca Anny, zapalczywego tradycjonalistę, poprzez rodzinę i znajomych obojga. Pierwszym mężem Anny był Jasza Kotic - aktor; oportunista, cynik, cwaniak bez skrupułów. Drugim był Stanisław Luria - bezrobotny prawnik, nieudacznik życiowy, histeryczny i chimeryczny. Trudno się dziwić Annie, iż próbuje znaleźć szczęście i związać się z człowiekiem, do którego żywiła uczucie od lat młodzieńczych. Hertz chce uciec z Anną, ale może właściwiej byłoby powiedzieć, że chce uciec od siebie, od życia jakie prowadzi, uciec od spolegliwej żony i od niezrównoważonej kochanki. Jego wahania, jego obawy, jego niemożność podjęcia decyzji i wreszcie jego zachowanie są niesamowicie irytujące. Spotyka się równocześnie z trzema kobietami i każdą z nich oszukuje, porzuca to jedną, to drugą, wraca i odchodzi, obiecuje i zawodzi. Jego postawa wzbudza skrajne emocje.
Hertz wciąż poszukuje. Szuka odpowiedzi, jak powinien żyć. Nie znajdując rozwiązań na ziemi szuka ich w rozmowie z Bogiem.
Wszyscy bohaterowie Singera to ludzie rozchwiani emocjonalnie. Ludzie poszukujący wytłumaczenia i sensu. Szukający ich w nowych ideologiach i w starych tradycjach, a przede wszystkim w religii. Ludzie pytający dlaczego.
Dawid Hertz Grein w ostatecznym rozrachunku dochodzi do wniosku, że jedynie wiara ojców może dać mu ukojenie i tylko dzięki niej jest w stanie dalej żyć.
"Cienie nad rzeką Hudson" to jedna powieść, ale wiele opowieści. Każdy z bohaterów ma swój głęboki portret psychologiczny. Każdy bohater niesie za sobą ciekawą historię. I właśnie to pogłębione studium postaci, jakże zróżnicowane i bogate jest tym co mnie w tej powieści urzeka. Postawa człowieka wobec tego, czego doświadcza.
Początkowo mogą nas denerwować zachowania i drażnić przekonania bohaterów. Kiedy jednak bliżej ich poznajemy, poznajemy też przyczynę. Zaczynamy ich rozumieć, albo przynajmniej potrafimy ich usprawiedliwić.
"Cienie nad rzeką Hudson" to powieść o pokoleniu ludzi, którzy przeżyli drugą wojnę, przeżyli Holocaust, przeżyli śmierć swych bliskich, bądź to w obozach hitlerowskich, bądź w sowieckiej Rosji, przeżyli piekło na ziemi, albo „tylko” się o nie otarli i różnymi drogami dotarli do Ameryki, aby tutaj uczyć się żyć na nowo. Pozornie są to ludzie, którzy mieli „szczęście”, uniknęli losu swych bliskich, nie podzielili losu sześciu milionów Żydów; żyją. Ale czy na pewno żyją, czy to tylko ich cienie przemierzają ulice miasta. Cienie ich i ich bliskich, których dusze błąkają się gdzieś w starym kraju.
Pozornie to ludzie, którzy się odnaleźli w nowej roli; roli obywateli Stanów Zjednoczonych, biznesmenów, pisarzy, malarzy, aktorów, mężów, ojców rodzin, pozornie tworzą normalne rodziny i żyją, jak ich sąsiedzi.
Kiedy poznajemy bliżej bohaterów powieści, okazuje się, że każdy z nich nosi jakąś ranę, każdy z nich jest cieniem dawnego siebie. Niemal każdy z nich przeżył jakąś traumę.
Nie są oni wolni od wad i przywar, tak jak nikt z nas nie jest od nich wolny.
Singer stawia pytania, nie dając odpowiedzi. Ale kto z nas zna odpowiedź.
Poza warstwą psychologiczną zachwyca mnie świat żydowskich tradycji, z całym bogactwem jego kultury; obrzędów, rytuałów, nakazów i zakazów religijnych.
Czytając książkę można dojść do wniosku, że jedyną niezmienną i stałą wartością w życiu bohaterów jest tradycja, bo jedynie ona przetrwała. Nawet, kiedy przeżywają kryzys wiary, kiedy odwracają się od Boga, kiedy grzeszą przeciwko nakazom religii, to spotykają się, aby wspólnie świętować Rosz ha- Szana, Jom Kippur, Pesach, Chanukkę, Purim czy szabat.
Książki wysłuchałam (audiobooka) już tydzień temu, ale będąc pod wrażeniem jej mądrości, piękna i wrażliwości obawiałam się pisać opinię przekonana, że słowa nie będą w stanie przekazać moich wrażeń.
Moja ocena 5,5/6