czwartek, 6 października 2011

Przymusowy wypoczynek oraz pamiątki z podróży

Przymusowy wypoczynek, czyli na chorobowym

Czy znacie ten stan, kiedy wracacie od lekarza z druczkiem L-4. Oczywiście nie dotyczy to tych osób, które prowadzą własne firmy i żadne świstki nie są potrzebne, aby usprawiedliwić bunt ich organizmów na to, co z nimi wyczyniają ich właściciele.
Jest to pewnego rodzaju błogostan, który wbrew parszywemu na ogół samopoczuciu, obiecuje dużo snu, sporo wypoczynku, nadrobienie zaległości w lekturze oraz moc innych przyjemności dostępnych z poziomu paru dziesięciu centymetrów łóżka.

W naiwności swej obiecuję sobie szybkie zwalczenie przykrych dolegliwości, aby ostatniego dnia rekonwalescencji móc jeszcze odrobić parę „spraw odkładanych od dawna ad acta”.

Zaraz po powrocie od lekarza i przytarganiu do domu olbrzymiej ilości wszelkiego rodzaju dóbr spożywczych, (aby móc potem spokojnie chorować), ugotowaniu obiadu na kilka dni naprzód, (aby móc potem spokojnie chorować) kładę się do łóżka i zmęczona, obolała, z gorączką, lub brakiem temperatury przynależnej zdrowym organizmom zapadam w sen, (aby móc potem spokojnie chorować = czytaj wypoczywać).

Budzę się późnym wieczorem, co dziwne, wcale niewypoczęta. Zabieram się za lekturę, ale oczy zamykają się same po dwóch stronach i zapadam w sen. Budzę się ok. 3 nad ranem i mimo usilnych prób zaśnięcia całą resztkę nocy spędzam wiercąc się na łóżku, zażywając leki i marząc, aby było już jasno. Kolejne dni wydają się powtórzeniem pierwszego.

Rzeczywiście udaje mi się trochę poczytać, ale o wiele mniej, niż sobie wyobrażałam.

Pod koniec jestem tak umęczona spaniem za dnia i bezsennością w nocy, że o dziwo, z radością witam koniec chorobowego i idę do pracy. Wracam, i niemal od progu drzwi gabinetu stwierdzam, że chętnie bym jeszcze pochorowała.
Napisałam w lutym, ale dzisiaj będąc również na chorobowym przeżywam dokładnie te same nadzieje i rozczarowania. Jestem w trakcie czytania Pasji utajonych Stone o Freudzie i dokonuję własnej psychoanalizy, a jej wyniki są zadziwiające.

Pamiątki z podróży
Wielu moich znajomych pyta mnie, kiedy wracam z podróży, czy coś sobie przywiozłam. Przywiozłam całą masę wrażeń, przeżyć, wzruszeń, przywiozłam energię do życia na kolejne pół roku monotonii. Przywiozłam radość ze spełnienia marzeń, przywiozłam widoki pod powiekami, przywiozłam smak kawy pitej w Galerii Lafayette i szum wiatru wiejącego pomiędzy drzewami w Ogrodach Tulieries.
Ale poza tymi niematerialnymi, nieuchwytnymi i niedającymi się pokazać pamiątkami z podróży przywiozłam też parę drobiazgów, które za jakiś czas, kiedy wspomnienia nieco przyblakną będą przypominać mile spędzone chwile.
Chociaż nie jestem szczególną entuzjastką pokrywających się kurzem pamiątek nie jestem w stanie oprzeć się pewnym drobiazgom. Tak też było z gipsowym gargulcem z Notre Dame. Ci, którzy mnie znają, znają też moje uwielbienie dla tej gotyckiej katedry. Ponadto, od chwili, kiedy czytałam Lalę Jacka Dehnela tak jakoś utkwiły mi w pamięci gipsowe gargulce z Notre Dame znajdujące miejsce wśród rodzinnych pamiątek przodków autora. Każdy pobyt w kolejnym Muzeum to zakup reprodukcji ulubionych dzieł w postaci; kartek, zakładek książkowych oraz magnesów lodówkowych. Ilekroć czytając czy otwierając lodówkę, wzrok utkwi na którymś z obrazków cofam się w przeszłość i znajduję w sali, w której ów obraz podziwiałam. W tym roku zaszalałam w Luwrze kupując dużą reprodukcję fragmentu fresku Botticellego Wenus i trzy gracje. Szaleństwo przewyższało ceną koszt biletu wstępu.
Nie ma chyba pobytu, podczas którego nie dokonałabym zakupu książki o mieście które odwiedzam; biblioteczkę wzbogaciły: Cały Paryż z serii Złota księga Bonechi(nie umiem się oprzeć temu pięknemu wydaniu, choć treści w nim niewiele) oraz Katedra w Chartres (malutka książeczka, ale jedyna w języku polskim). Moje muzyczne zakupy to płyta Patricka Fiori Masculin. Co prawda polowałam na którąś z płyt Bruno Pelletiera, ale okazało się, że nie ma...ani w dużych sklepach muzycznych, ani małych kioskach.
Pozostałe zakupy nie nadają się do upubliczniania, gdyż ich związek z Paryżem jest dość luźny (poza miejscem nabycia właściwie żaden).
Zdjęcia; 1. Chory Bachus Caravaggio 2. Pamiątki z Paryża 3. Gipsowy gargulec

7 komentarzy:

  1. Jakby tak można było być na chorobowym- bez chorobowych objawów- ideał:).

    OdpowiedzUsuń
  2. Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia, cobyś mogła tę końcowkę chorobowego miłe spędzić :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. @Iza- ano właśnie. Koleżanka w skarbówce mawia, że ta praca byłaby niezła, gdyby nie te podatki, lekarka, mówi, że praca w porządku, ale ci pacjenci, sędzina - narzeka na przestępców...
    @Karolino - dzięki

    OdpowiedzUsuń
  4. Też najchętniej kupuję pocztówki:)

    OdpowiedzUsuń
  5. A nauczyciel narzeka, że fajna byłaby szkoła, ale ci uczniowie!...
    Też "planuję" chorobowe, bo jawi mi się jako błogostan bez obowiązków, z czytaniem do zatracenia. Póki co, tkwię w kieracie i marzę. Zakładki przywożę z każdej podróży. Myślę, że i w Wiedniu ich nie braknie. Za tydzień będę w Austrii! Jezu, jak się cieszę!:)))

    OdpowiedzUsuń
  6. @Agato Adelajdo - będąc po raz pierwszy w mieście kupuję widokówki (a nuż zdjęcie mi nie wyjdzie), za drugim razem obiecuję sobie, że kupię ich mniej, bo już mi wystarczy, za trzecim razem naprawdę kupuję jedynie kilka. Dopiero n-ty pobyt w mieście kończy widokówkowe szaleństwo. A w muzeach reprodukcje - zawsze o wiele mniej niżbym chciała (bo nie wiedzieć czemu karteczki w muzeach kosztują kilka razy więcej niż inne karteczki :(.
    @książkowiec - każdy zawód ma na kogo narzekać, a niektóre nawet tych powodów mają więcej. Mój błogostan się kończy, niewiele poczytałam (choć może to mnie się tak wydaje), ale wiele pospałam, szkoda, że nie można na zapas się wyspać. Cieszę się z Tobą z twojej do Wiednia wycieczki. Pomyśl, to już tylko tydzień, zleci ani się obejrzysz. Ja liczę dni do grudniowego wypadu. I wydaje mi się, że to już tuż tuż..

    OdpowiedzUsuń
  7. Reprodukcje - właśnie - na wycieczce w podstawówce kupiłam m.in. Szał Podkowińskiego i dzieci się ze mnie śmiały. Ale karteczkę mam do dziś i jestem z niej dumna:)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).