niedziela, 22 lipca 2018

Jego ekscelencja Pan Minister Rougon Emil Zola



Lubię czytać powieści Zoli. Podoba mi się ich naturalistyczny sposób narracji, choć przebrnięcie przez opisy nędzy, plugastwa, ludzkiego okrucieństwa bywa traumatycznym przeżyciem. Jednak jak dotąd nie żałowałam czasu poświęconego książkom Emila. Choć przyznaję, że Opowieści niesamowite, czy Nantas nieco mnie znużyły.
Czytanie Zoli, to trochę tak jak oglądanie wczesnych obrazów Van Gogha, to co widzimy piękne nie jest, ale sposób, w jaki to namalowano, czy opisano może budzić podziw. Mój wzbudził.

Szósty tom cyklu Rougon-Macquartowie to studium homo politicus; obraz mocno odpychający, choć niezwykle prawdziwy. I znowuż geniusz autora przejawia się w tym, iż opisuje on nie tyle konkretnych osobników (choć bohaterowie mają cechy ówczesnych polityków), co pewien zbiór cech, jakie posiada człowiek opanowany żądzą władzy. Polityka dla bohatera i jemu podobnych jest szczeblem do osiągnięcia pozycji społecznej, władzy, pieniędzy, poklasku, kobiet. Bo do polityki wbrew populistycznym hasłom idzie się dla władzy i pieniędzy właśnie.
Eugeniusza Rougon poznajemy w 1857 r., kiedy na skutek intryg politycznych przeciwników zostaje odsunięty z piastowanego stanowiska. Starannie przygotowywana sieć sojuszy garstki „przyjaciół”, których los zależny jest od stanowiska Eugeniusza doprowadza go na szczyty władzy; zostaje ministrem. A wokół niego niczym satelici krążą mający spore potrzeby „przyjaciele”. Ktoś ma sprawę sądową, ktoś inny liczy na pomyślne rozstrzygnięcie sporu o spadek, ktoś czeka na koncesję, a jeszcze inny chciałby otrzymać posadę, są też tacy, którzy nie dla siebie proszą, ale dla innych, a to posag dla panny, którą bezecnie wykorzystał jakiś oficer, a to zapomogę dla znajomego, a to trafikę dla sąsiada….
Odtąd wielkiego Rougon … bawi to, że jest postrachem, że w błogim spokoju grona przyjaciół kuje pioruny, że swymi grubymi pięściami parweniusza okłada naród. „Źli tylko niech drżą, dobrzy niech patrzą śmielej”- napisał w jakimś okólniku; i grał swoją rolę Boga, zazdrosną o swą władzę dłonią jednym niosąc zagładę, innym ocalenie. Czuł przypływ niezmiernej dumy i bałwochwalcze uwielbienie dla własnej siły i inteligencji przeradzało się w formalny kult. Własna osoba była dla niego źródłem nieziemskiej rozkoszy. (str. 218) … Największą przecież rozkosz znajdował Rougon pyszniąc się tryumfem wobec swej kliki. Zapomniał o Francji, o wysokich urzędnikach, których miał u swoich stóp, o rzeszach petentów, którzy oblegali jego drzwi, po to, by żyć wśród niesłabnącego uwielbienia dziesięciu, czy piętnastu bliskich znajomych ze swego otoczenia. Jego gabinet był dla nich otwarty o każdej porze; zgodnie z jego wolą królowali w nim, na fotelach, a nawet przy jego biurku, on zaś twierdził, że lubi, kiedy mu się kręcą pod nogami niby wierne zwierzęta. (str.219).

Wszystko układa się po myśli pana ministra, do czasu, kiedy okazuje się, jak silnym przeciwnikiem jest odrzucona kobieta. Klorynda, kobieta, której pożądał, ale nie na tyle, aby się z nią ożenić, kobieta, której zawdzięczał swój powrót na szczyty władzy dzięki sieci intryg doprowadza do jego dymisji. Co gorsza, Rougon dowiaduje się, iż tej właśnie kobiecie zawdzięczał swą wysoką pozycję.
To jednak nie koniec kariery Eugeniusza. Droga polityka to sinusoida, na której się wznosi, upada i znowu wznosi. Dzięki intrygom, korupcji, nadużyciom, despotyzmowi, okrucieństwu, bezkompromisowi, który zostaje ostatecznie zwyciężony przez pójcie na kompromis wielki niegdyś pan minister powraca w nowej roli. Bo w końcu Eugeniusz wyznaje znaną od renesansu zasadę, iż cel uświęca środki.

..w przeciągu godziny przekreślił politykę całego swego życia i teraz zgodził się na fikcję parlamentaryzmu, by zaspokoić swą wściekłą żądzę władzy (str. 375).
Kiedy czyta się książkę, można odnieść wrażenie, jakby przez te prawie dwieście lat nic się nie zmieniło. Książka dotyczy fikcyjnych bohaterów i zdarzeń, osadzonych w autentycznych czasach II Cesarstwa. Jednakże mechanizmy, jakie opisuje były i są aktualne do dziś. 
Początkowo lektura nie budziła mojego zainteresowania, z uwagi na temat, który jest mi obmierzły i wstrętny nie mogłam wykrzesać z siebie jakichkolwiek emocji. Im jednak dalej zagłębiałam się w nią, tym większą sprawiała mi przyjemność. Doceniam wnikliwość obserwacji, celność sądów, umiejętność ich opisania w sposób, że nawet tak nieciekawy przedmiot obserwacji staje się w końcu zajmujący, no i niezmiernie ulegam urokowi opisów Zoli. Wiem, że niektórych właśnie owe opisy irytują, ja jednak mam do nich słabość. Rozkoszuję się malarskimi opisami osób, rzeczy, zdarzeń. Z przeczytanej właśnie lektury w pamięci zostanie obraz wenty dobroczynnej urządzanej przez panie z towarzystwa.

Na długich pokrytych czerwonym suknem stołach rozłożono towary: było tu więc kilka stoisk z paryskimi wyrobami galanteryjnymi i chińszczyzną, dwa kramy z zabawkami dla dzieci, pełen róż kiosk kwiaciarki, a wreszcie- niczym na podmiejskiej zabawie - „koło szczęścia” pod namiotem. Wydekoltowane, w balowych toaletach sprzedawczynie wdzięczyły się jak handlarki, uśmiechały jak modystki, które namawiają klientelę na stary kapelusz, szczebiotały pieszczotliwie i paplały, a przy tym nie mając pojęcia, wyceniały towary. Zabawiając się tak w panny sklepowe, pozwalały dotykać swych rąk dłoniom pierwszego lepszego nabywcy, a łaskotane ich dotykiem wybuchały wulgarnym chichotem. Tu księżniczka obsługiwała stragan z zabawkami, naprzeciw niej jakaś markiza sprzedawała sakiewki niewarte więcej jak dwadzieścia dziewięć su, nie oddając ich taniej niż po dwadzieścia franków. Obie rywalizowały ze sobą, upatrując triumf swych wdzięków w największym przychodzie, ściągały do siebie klientów, wabiły mężczyzn, stawiały bezwstydne ceny, a potem po zaciekłych targach, godnych rzeźniczek-oszustek, ofiarowywały w naddatku odrobinę siebie samych-koniec paluszków lub widok głęboko rozchylonego stanika- by skłonić nabywcę do poważnych zakupów. Dobroczynność była tu pretekstem. (str. 334). 
Książka przeczytana w ramach losowania U Anny. Zaliczona do paru wyzwań czytelniczych (Czytamy Zolę, Francuska kawiarenka literacka, Klasyka literatury popularnej).
Dopiero dzisiaj zauważyłam kilka nieopublikowanych komentarzy. Przepraszam moich gości, ale nie pokazały mi się wcześniej na poczcie, jak to bywało do tej pory. Już je udostępniłam i obiecuję częściej zaglądać na bloga i korzystać z jego narzędzi. Mam tych gości nie tak znowu wielu, aby pozwolić sobie na takie zaniedbania.  

czwartek, 31 maja 2018

Sposób życia Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara Łopieńska



Po Sposób życia, który jest zapisem rozmów przeprowadzonych przez Barbarę Łopieńską z Pawłem Hertzem sięgnęłam, mając w pamięci wrażenia, jaki wywołały dwa wcześniej przeczytane zestawy wywiadów tej autorki (Książki i ludzi oraz Męka twórcza). Twórczości Pawła Hertza, poza jego tłumaczeniami, nie znam. Nazwisko przewijało się natomiast w czytanych wcześniej dziennikach, wspomnieniach, rozmowach.
Jestem zatem czystą kartą, na której można zapisać wizerunek interlokutora na nowo. Tyle, że rozmówca pani Barbary nie wydaje się zainteresowany tym, aby umożliwić poznanie Pawła Hertza, nie zależy mu też na sympatii czytelników.

Sprawia wrażenie osoby, którą mało obchodzi to, czy ma czytelników, czy nie, czy jego poglądy zyskają akceptację, czy też nie, czy to, co powie spodoba się komuś, czy ktoś się z nie będzie zgadzał. Trzeba wziąć pod uwagę, iż wywiadu udziela człowiek w wieku dojrzałym, o ukształtowanej pozycji, który nie musi szukać popularności. Może sobie pozwolić na szczerość.
Rozmówca, twierdzi, iż nie powinno się do niczego przywiązywać, ale lubi otaczać się pięknymi rzeczami (stary drewniany adapter, maszyna do pisania Continental, stół, komódka i jesionowy tapczan z pierwszej połowy XIX wieku, sekretera, fotel Chesterfield, srebrne dzbanki, czy żydowska lampka oliwna).
Nie lubi kina, w tym filmowych adaptacji, w których reżyserzy chcą grać pierwsze skrzypce i za bardzo wychodzą poza pierwowzór, ale kocha serial Antczaka Noce i dnie za jego dyskrecję, poczucie taktu i pokorę. Nawiasem mówiąc także kocham tę adaptację.
Prawie wcale nie czyta literatury powstałej po wojnie, poza nielicznymi wyjątkami, do których zalicza się jego dobry znajomy Jarosław Iwaszkiewicz. Nie czyta książek kolegów literatów, bo uważa literaturę współczesną za niewartą czytania, ale też uważa, że wszystkie książki warte przeczytania już przeczytał i nie zamierza do nich wracać, oczywiście i tu robi wyjątki, dla książek czytanych w oryginale, a także; Biblii, Boskiej Komedii, Iliady, Odysei, Eneidy i Pana Tadeusza. Za przydatne uważa też dzieła Szekspira. Ale już za chwilę twierdzi, iż nie może się obejść bez klasyki (Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Wyspiańskiego), z prozy wymienia Prousta, którego czyta wyłącznie w oryginale. Nie kupuje książek, bo uważa, że ma ich tyle, że wystarczy mu czytania do końca życia, co wiąże się z prezentowaną przezeń filozofią, iż .. na starość traci się zapał (gromadzenia, już się wszystkiego nie chce), a znani mu staruszkowie, którzy chcą być nowocześni i uczestniczyć życiu na równi z młodymi są nieznośni, bo czasu i tak nie dogonią.
Często powtarza, iż nie ma talentu do tworzenia i nigdy nie miał ambicji pisania, za to ogromną radość sprawiało mu odtwarzanie, dlatego najlepiej odnajdywał się w tłumaczeniach. To dawało mu możliwość zagłębiania się w tworzywo, poznawania tego, co stworzono, rozmyślania nad tym. I nadal (w momencie udzielania wywiadu) najmilszym zajęciem jest oddawanie się studiowaniu tekstów napisanych przez innych. Nie mam wielkiej ochoty do tego, co nazywa się tworzeniem, ale mam ogromną ochotę, żeby poznawać to co stworzono, żeby o tym myśleć. Właściwie cała moja działalność jest krytyczna, nie twórcza. (Str. 34)
Gdybym miała scharakteryzować bohatera jednym słowem byłby to stoicyzm. Ze stoickim spokojem opowiada o swoich dziejach wojennych (aresztowanie, więzienie, próba ucieczki, zsyłka do obozu pracy, powrót do kraju), o powojennej rzeczywistości siermiężnej i początkowo wstydliwej, kiedy decyzja o wyborze drogi życiowej - związaniu z literaturą wymagała pójścia na kompromis (współpraca z Kuźnicą czy przynależność do PPR, czy potem PZPR wynikająca z jego życiowego credo, iż „chcąc coś zachować, trzeba z czegoś ustąpić”), czy o czasach od odwilży do narodzin Solidarności. I dochodzi do konkluzji podsumowując swoje życie, iż był uczestnikiem i widzem gry tego świata, a popełniając wiele złego, być może przy okazji uczynił też coś dobrego.
Z całej lektury jednak najbardziej przemówiły do mnie wspomnienia młodzieńczych podróży oraz sposobu przygotowania do wyjazdu.
Byłem przygotowany, to znaczy wydawało mi się, że byłem. Ale w gruncie rzeczy przyjechałem do Wenecji przygotowany, tak jak przeciętny turysta. Im więcej się czyta, im dłużej się na coś patrzy, tym bardziej wiadomo, że się wie bardzo niewiele. Moje przygotowanie było przygotowaniem średniego ucznia do wykładu profesora, a tym profesorem były Włochy….. Czytałem stare przewodniki, nie te najnowsze z lat trzydziestych. W dawnych bedekerach były wymienione podstawowe książki, które należy przeczytać. Przeczytałem je i dzięki temu, to co oglądałem, oglądałem podwójnie. (str. 42). W rozmowach podobał mi się sposób ich prowadzenia, to na co zwróciłam uwagę już podczas wcześniejszej lektury zapisów rozmów prowadzonych przez panią Łopieńską. Proste, czasami można by nawet powiedzieć dziecinnie proste, czy naiwne pytania, które wydobywają z rozmówcy to, co najistotniejsze. Podobało mi także to, iż Sposób życia to dialog prowadzony przez równorzędnych rozmówców. Zadająca pytania jest taktowna, ale nie nieśmiała, w braku wyczerpującej odpowiedzi drąży temat, prowokuje (nie nachalnie, ale zdecydowanie) do pogłębionej analizy. Dzięki temu czytelnik ma okazję lepiej poznać rozmówcę.
Lektura godna polecenia.
Wydawnictwo Iskry, rok 2016

poniedziałek, 21 maja 2018

Mag John Fowles oraz Wakacje nad Adriatykiem Zofia Posmysz, czyli hurtowo o książkach


Z uwagi na dłuższą przerwę w pisaniu (od stycznia do maja) oraz chwilowe unieruchomienie w domu przeczytane na przełomie roku książki powoli zacierają się w pamięci. Postanowiłam wygrzebać szczątkowe notatki i wspomnieć o książkach, bo warte są tego ze wszech miar, a w szczególności Wakacje nad Adriatykiem, które wywarły na mnie duże wrażenie, zmuszając do refleksji i zadania sobie różnych istotnych życiowo pytań.
Mag John Fowles

Po raz pierwszy z Magiem spotkałam się będąc na studiach. I jak to często w tym okresie młodzieńczym bywa lektura mnie zafascynowała. Z perspektywy czasu zapamiętałam z niej dwie rzeczy; przewijające się w tle wyspy greckie, ach jak ja pragnęłam wtedy tam się znaleźć oraz tajemniczość, jaka towarzyszy bohaterowi.
Dziś, kiedy zaczęłam czytać Grecja zeszła nieco na plan dalszy, a tajemniczość ustąpiła miejsca manipulacji, nie mistycyzmowi, nie metafizyce, a właśnie manipulacji. Uczucia towarzyszące lekturze były pełne sprzeczności, od zdziwienia, co ja w tym widziałam, fascynacji, irytacji, podziwu, znużenia, po stwierdzenie, że w sumie to jest dobra książka. Autor ma sprawne pióro, niezły styl, bogatą wyobraźnię i umiejętność wykreowania interesującej intrygującej rzeczywistości, tylko wydaje mi się, że trochę za bardzo przekombinował, albo ja nie umiałam odczytać wszystkich jego intencji.
Nicholas Urfe, młody, cyniczny człowiek, poszukiwacz przygód przyjmuje posadę nauczyciela języka angielskiego na greckiej wyspie. Pozostawia w kraju dziewczynę, bo nie chce się wiązać, szuka odmiany i ucieczki od odpowiedzialności. Na wyspie poznaje lokalnego milionera Maurice`a Conchisa, który wciąga go w dziwaczną grę, w której fantazja miesza się z rzeczywistością.
Zwroty akcji, ciągłe odkrywanie, iż to, co przed chwilą było rzeczywistością jest jedynie misternie uknutą intrygą najpierw budziły ciekawość i podziw, jednak z czasem zaczynały irytować. Głownie z tego powodu, że sama dałam się zmanipulować.
Nicholas został poddany eksperymentowi psychologicznemu, którego celu nie potrafię zrozumieć, bowiem wykreowanie całego niezwykłego, tajemniczego, pięknego, ale i okrutnego świata dla wejścia w psychikę jednego człowieka jest dla mnie mało przekonujące. Czy Maurice chce przeprowadzić naukowe doświadczenie, czy też chce dać nauczkę młodemu człowiekowi, chce mu coś udowodnić, czy po prostu znudzony luksusową egzystencją uczynił sobie ekscytującą zabawę kosztem jej uczestników, którzy (poza Nicholasem) nie bardzo wiemy, czy są jej uczestnikami, czy także ofiarami. A może my (czytelnicy) jesteśmy po prostu kolejnym elementem gry, jaką prowadzi autor. Gry, która ma nam uświadomić, iż "Każdy człowiek wart jest trochę więcej, niż sądzą o nim inni, a zarazem - trochę mniej, niż myśli o sobie sam."
Książkę polecam, jednak ostrzegam; jeśli lektura was wciągnie - siedemset stron to dość czasochłonne zajęcie.
Wakacje nad Adriatykiem Zofia Posmysz 
Znakomita książka.
Wbrew sugerującemu relaks tytułowi rzecz dotyczy historii dwóch kobiet, których losy splotły się w dramatycznych okolicznościach obozowych. Narratorka, zwana dalej Sekretarką z chwilą trafienia za druty robi wszystko, aby przetrwać, a najlepszym na to sposobem jest wejście w łaski uprzywilejowanych więźniarek. Poznawszy ich sekret otrzymuje większe porcje jedzenia i lżejsze zajęcia, a tym samym nadzieję na przeżycie kolejnego kwadransa, godziny, dnia. Bo takim jednostkami miary liczone jest życie w obozowej rzeczywistości. Sekretarka uważa, iż należy walczyć pazurami o każdy oddech i każdą chwilę. Nie zastanawia się nad ceną. I wtedy spotyka Ptaszkę, dziewczynę z pozoru słabą, niezdolną do walki o życie i do życia. Dziewczynę, której zachowanie wydaje się irracjonalne, zupełnie, jakby sama prosiła się o skierowanie do komory gazowej. Między Sekretarką a Ptaszką zawiązuje się więź, która sprawia, że Sekretarka postanawia uratować Ptaszkę, a Ptaszka upatruje w Sekretarce osobę, której będzie mogła powierzyć swój sekret, swoją niepełnioną winę.
Traumatyczne obozowe przeżycia sprawiają, że nawet kilka lat po wojnie na sam dźwięk języka wroga odżywają lęki i pojawia się dręczące poczucie winy, iż narratorka nie zachowała się etycznie w czasie próby. Opowieść oparta na kontrastach. Z jednej strony leniwe, upalne plażowanie nad morzem, sielski klimat wakacji, z drugiej wykańczające fizycznie bytowanie wśród głodu, brudu, smrodu, zimna, strachu i permanentnego poczucia zagrożenia życia. Z jednej strony kompromis (zamykanie oczu na tragedię współwięźniarek za cenę możliwości przeżycia jeszcze kilku chwil), z drugiej dobrowolne udanie się do obozu za to, iż było się zbyt łatwowiernym i za bardzo wierzyło w człowieczeństwo.
Lektura trudna z uwagi na temat, a także z uwagi na styl pisarki (długie zdania, dialogi wplecione w tok rozważań bohaterki). Te trudności zostają nagrodzone/ zrekompensowane opowiedzianą przez narratorkę historią i refleksjami, jakie niesie. Jak chociażby ta wynikająca z rozmowy Sekretarki z przypadkowo spotkanym po wojnie Niemcem.
Z upływem lat granica między nami i wami staje się coraz mniej wyraźna, jesteście w nas na równi z waszymi ofiarami, jesteście częścią nas, a my jesteśmy w jakimś stopniu waszym dziełem, ależ tak, w jakiś sposób stworzyliście nas, bez waszego w naszym życiu udziału nie bylibyśmy tym, czy jesteśmy, bylibyśmy przeciętnymi, niewyróżniającymi się niczym, w zwykły sposób porządnymi ludźmi albo może szlachetnymi jednostkami, w każdym razie pozbawieni bylibyśmy samowiedzy… Str. 275 wydawnictwo Znak, rok wydania 2017
Obie książki przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.

czwartek, 17 maja 2018

Anna Iwaszkiewicz Dzienniki (1921-1935)



Wydane przez Twój Styl Dzienniki mogą wywołać mieszane uczucia. Z jednej strony nie zachwycają talentem autorki, momentami drażnią autorytarnymi sądami światopoglądowymi, chwilami nużą opisem rozterek uczuciowych autorki, ale z drugiej strony ileż tu ciekawostek dotyczących życia w okresie dwudziestolecia międzywojennego, ileż myśli ciekawych i bliskich, ile znajomych nazwisk, z którymi spotkania zawsze są interesujące.
Autorka Dzienników często pisze o niemożności wypowiedzenia tego, co przeżywa, tego, co najistotniejsze, czym chciałaby się podzielić, ale brakuje jej daru, umiejętności, talentu. Po co wypisywać to wszystko?! Nie umiem nic wyrazić, z tych rzeczy, jakie najbardziej odczuwam, nie trzeba pisać o tym, choć czasami tak bardzo chciałabym (str. 16 wpis z 21.04.1923 r.). Dzienniki to rodzaj dokumentu, obrazujący życie pewnej epoki, tym cenniejszy, im więcej upływa czasu od jego stworzenia. Przez fakt, iż obrazuje sposób życia, którego już nie ma, budzi nostalgię za przeszłością (która wydaje się czymś bardziej pociągającym niż teraźniejszość). A Dzienniki pani Anny, pomijając te fragmenty, w których autorka skupia się na sobie i swoich rozterkach, to niezły obraz małego, aż istotnego wycinka życia inteligencji międzywojennej, ich zainteresowań, zwyczajów, sposobów spędzania wolnego czasu. Dla mnie mają dodatkowo tę zaletę, że są pisane sercem, a nie rozumem.
Zachwyca mnie zachłanność autorki w czerpaniu z życia. Mimo licznych okresów pozostawania w stanie odosobnienia z powodu jej słabego zdrowia, mamy tu mnóstwo opisów wrażeń z podróży, koncertów, przedstawień teatralnych, lektur, spotkań z pisarzami, muzykami, malarzami.
Z ogromną ciekawością czytałam wrażenia z podróży.
Byliśmy dwa dni w Berlinie… Do Berlina ostatecznie najmniej kosztownie i najbliżej, a można posłuchać dobrej muzyki i obejrzeć galerie. Przypomina mi to dawne moje, dziecinne jeszcze marzenia o galeriach, kiedy jako mała dziewczynka wygrzebywałam jakieś stare albumy z reprodukcjami obrazów i rzeźb; pamiętam jak cudowne i tajemnicze wydawały mi się włoskie Madonny i cały świat mitologii ze swymi dziwnymi alegoriami, z promiennymi nagimi postaciami bogiń i bogów, centaurami, faunami.. .. Przez dwie doby można jednak wiele zobaczyć; byliśmy trzy razy w teatrze (w dzień przyjazdu wieczorem na Salome Wilde`a, w rosyjskim teatrze następnego dnia na feerii popołudniowej i wieczorem w operze). Zwiedziliśmy cztery muzea dość dokładnie. Byliśmy na bardzo miłej herbatce artystycznej w pracowni malarskiej Kramsztyka i wreszcie przed samym wyjazdem zdążyliśmy jeszcze na godzinę pojechać do ogrodu zoologicznego…. (str. 15 wpis z 11.04.1923 r.)
Rzym. A więc jesteśmy w wiecznym mieście. Tak, może to jest właśnie jedyny wyraz, który może być określenie tego, czym jest Rzym, jedyne zsyntetyzowanie wrażeń, których się tu doznaje. Od kilku dni żyjemy, jak w bajce, zacząwszy od Wenecji, która wydała nam się jakby ze snu, jakąś wiało biało-różową fantazją cudownie zharmonizowaną z błękitem nieba i morza, aż do tego wieczoru cudownego w Rzymie, do tego złotego zachodu słońca za dalekimi wzgórzami. Pomimo, że Plac Świętego Marka, Piazettę i wszystkie w ogóle sławne budynki zna się od dzieciństwa, jednak zawsze widzi się je jeszcze inaczej, a przede wszystkim nie można absolutnie wyobrazić sobie tego cudownego kolorytu Wenecji ani nawet nadzwyczajnych popielato-różowych tonów wnętrza kościoła św. Piotra. (str.47-48 wpis z 08.05.1923 r.).
Całkiem spora ilość wrażeń z podróży. Tak na marginesie - ilekroć czytam o podróżach artystów w okresie dwudziestolecia międzywojennego nie mogę się nadziwić, skąd na to czerpano środki, zwłaszcza, iż nie zawsze bywali to artyści uznani. Z opisów wojaży utkwiły mi tu zwłaszcza te dotyczące wizyt: w Kaplicy Sykstyńskiej, w Wilii Borghese, czy pobytu we Florencji. 

Aż chciałoby się przytoczyć więcej cytatów, które przywołują przed oczyma obrazy, chwile, uczucia, tęsknotę, no i nadzieję bliskiego powrotu. Podobnie, jak refleksje dotyczące lektury, czy muzyki.
Zachwyca mnie to oczarowanie sztuką, która pozwala odczuć jedność twórcy, dzieła i odbiorcy, sztuką - która wywołuje wręcz metafizyczne doznania porównywalne do religijnej ekstazy.
Czasami w chwilach tej czystej radości, którą daje sztuka, myśli się, czy można by tak trwać, nic już innego nie wiedzieć, niczego innego nie pragnąć. Myślę, że życie wieczne musi być czymś podobnym. (str. 151-wpis z 24.04.1929 r.). 
Pani Anna była mocno wierzącą osobą, żeby nie powiedzieć dewotką. Dlatego też pewne jej autorytatywne sądy związane z przekonaniami/ światopoglądem mogą budzić sprzeciw wśród osób, których wiara nie ma tak mocnych korzeni, a na pewno u osób o innych poglądach.
Można tu znaleźć także refleksje na temat sytuacji polityczno-gospodarczej Młodej Polski (początkowe rozczarowanie Piłsudskim), a także ogromne obawy związane z narodzinami ruchów nacjonalistycznych.
Jeśli ktoś chciałby doszukiwać się w Dziennikach informacji na temat stosunków małżeńskich, opisów zachowań Jarosława to będzie zawiedziony. Anna wypowiada się na temat męża z ogromną przyjaźnią i miłością, jednakże samego pisarza w Dziennikach  niewiele. Najbardziej szczery zapis odnajduję pod datą 11.12.26 r. … niestety własna słabość jego jest przyczyną wszystkich rzeczy, które go dręczą: niemożność zdobycia się na jakąkolwiek decyzję jest u niego stanem wręcz chorobliwym. Ciężko mi jest, kiedy widzę, że to wszystko co go boli, stara się zawsze jakoś odrzucić na zewnątrz, stworzyć temu sztuczną przyczynę i tę przyczynę swoich stanów najczęściej przenosi na mnie, upatrując we mnie jakieś złe intencje i nadając moim słowom znaczenia, których rzeczywiście nie miałam na myśli. … Nie piszę tu nigdy o tych rzeczach, bo zawsze ostatecznie można być za mało bezstronną…(str. 107).
Lektura Dzienników nie była czasem straconym. A kiedy czytając jakiś czas potem rozmowę Barbary Łopieńskiej z Pawłem Hertzem przeczytałam o przyjaźni tłumacza i poety z Iwaszkiewiczami ucieszyłam się, że moje odkrycia zataczają coraz większe kręgi.

Kolejna książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny. 

niedziela, 6 maja 2018

Lampart Giuseppe Tomasi di Lampedusa


Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić.
Od dawna żadna lektura nie sprawiła mi takiej przyjemności. Od dawna też nie czułam takiej paraliżującej niemożności wyartykułowania wrażeń. Być może poczułam duchowe pokrewieństwo z bohaterem, którego historia uczyniła świadkiem i zakładnikiem przemian społeczno-politycznych. Choć gdzie tam równać się mnie z księciem Salina. Być może sprawił to język prosty, a jednocześnie wysublimowany, który spowodował, że lektura wciągnęła mnie bez reszty. A może to ten wewnętrzny spokój, jaki prezentował Fabrizio Salina, to pozorne godzenie się ze zmierzchem pewnej epoki, ta postawa pełna dystynkcji, którą reprezentuje "przegrany". Nie jest to najwłaściwsze określenie, bo przecież ten który zwycięża, nie zawsze jest/pozostaje zwycięzcą.

Co ma począć człowiek, kiedy jego usystematyzowany świat legnie w gruzach, dawne świętości zostają zdeptane, a wszystko to, w co dotąd wierzył obraca się w pył? Może się buntować, próbować walczyć, demonstrować, a może też przyjąć zmiany, którym nie jest w stanie zapobiec, ze spokojną rezygnacją.
Fabrizio Salina, zwany Lampartem, sycylijski arystokrata obserwuje narodziny nowego porządku społecznego ze stoickim spokojem. Widząc prostactwo, brak manier, chciwość nowej klasy rządzących, dostrzega jej "inteligencję", która pozwala „wyzwolonym z pęt uczciwości, przyzwoitości, czy dobrego wychowania" nierozwiązywalne problemy rozstrzygać.
Jednocześnie podziwia „umiejętność natychmiastowego przystosowania się do nowej sytuacji, (...) naturalny dar słowa, który pozwala swobodnie posługiwać się modnymi, demagogicznymi zwrotami”, dzięki której przedstawiciele jego klasy potrafią nieźle się "ustawić" w nowej sytuacji.

Książka o uniwersalnej prawdzie, iż świat podlega cyklicznym zmianom, po których (prawie) wszystko pozostaje po staremu.
Wśród wielu innych zaciekawił mnie poniższy opis sfałszowanego głosowania.
W tym momencie wielki spokój spłynął na księcia - rozwiązał w końcu dręczącą zagadkę, wiedział teraz, kogo zabito w Donnafugacie oraz w innych miastach i miasteczkach tego wieczoru, kiedy wiatr wzbijał na ulicach tumany śmieci: zaufanie. Tak, zabito to dopiero co zrodzone uczucie, które należy otaczać najtroskliwszą opieką, którego utrwalenie usprawiedliwiałoby wiele dokonanych okrucieństw. „Nie” don Ciccia, pięćdziesiąt takich głosów w Donnafugacie, sto tysięcy w całym Królestwie nie zmieniłoby wyniku wyborów, wprost przeciwnie - dodałoby im większego znaczenia i uniknęłoby się niepotrzebnego rozjątrzania ludzi. (str. 145). 
Gorąco polecam lekturę. Ciekawy bohater, mądre refleksje, talent autora - cóż trzeba więcej. Ja na pewno do lektury wrócę.
Przeczytana w ramach losowania u Anny. Muszę sprawdzić, któż to szczęśliwie mi tę pozycję wylosował.
Nie było mnie prawie cztery miesiące. Piszę, aby dać znać, że bywam tu jeszcze, a może wrócę do częstszego pisania, choć po tak długiej przerwie nie jest to łatwe.

niedziela, 14 stycznia 2018

Miłe zakończenie roku, czyli koncert Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana




Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędziłam w stolicy. Nie jest to zapewne najlepsze miejsce do spędzania świąt,  jednak z uwagi na preferencje osoby mi towarzyszącej, która nie może zbyt daleko podróżować zdecydowałam się na Warszawę. I wbrew obawom był to niezwykle miło i efektywnie, a zarazem w spokoju i bez pośpiechu spędzony czas. Można rzec świątecznie, w zadumie, radości i spokoju. Obawy dotyczyły osoby towarzyszącej, która po raz pierwszy spędzała święta poza domem, przyzwyczajona do tego, że aby poczuć świąteczny klimat należy się porządnie zmęczyć przygotowaniami (posprzątać, upiec, ugotować, zakupić, przygotować, usmażyć), a potem usiąść z bólem głowy i kręgosłupa, obłędem w oku z myślą, że zaraz trzeba będzie znieść, pozmywać, pochować, przyszykować na kolejny dzień kolejną porcję wiktuałów. I tak przez trzy dni.

O dziwo okazało się, iż mojemu gościowi spodobało się to, że nie trzeba się umęczyć, aby poczuć nastrój świąt, a hotelowy stół przybrany świeczkami i stroikiem wraz ze skromną wigilijną kolacją ma także swój urok.
Jednak tym, co wprawiło nas w dobry świąteczny nastrój był niesamowity koncert piosenek świątecznych (i nie tylko) w wykonaniu  Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana z towarzyszeniem kwartetu jazzowego.
Połączenie polskich kolęd i najbardziej znanych zagranicznych utworów świątecznych w wersji klasyczno - operowej z nowymi aranżacjami jazzowymi to była niezapomniana uczta nie tylko dla melomanów. Czytelnikom tego bloga znane są moje fascynacje muzyką lżejszego kalibru (głównie musicalową). Muzykę operową podziwiam (podziwiałam?) ... jakby to powiedzieć tak troszkę z daleka. Jedna, dwie arie, bo co za dużo to niezdrowo. Koncert wybrałam z uwagi na mojego gościa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy słuchając przepięknych wykonań mojej imienniczki zostałam zahipnotyzowana jej wykonaniami. Cóż za głos, co za dykcja, co za siła przekazu i emocje. To było piękne, a jednocześnie lekkie w odbiorze. To, co do tej pory utrudniało słuchanie śpiewu operowego (niemożność rozróżnienia słów) tutaj nie miało miejsca. Otóż słyszałam wyraźnie każde słowo, dzięki czemu nie traciłam energii w wsłuchiwanie się w treści a mogłam oddać się rozkoszowaniu piękna muzyki połączonej z cudownym wokalem. Uprzedzona, iż pani Małgorzata wykona jedynie kilka utworów nie oczekiwałam wiele. Tymczasem okazało się, iż nasza mezzosopranistka była w równym stopniu współtwórcą koncertu co pan Guthman. Nie liczyłam ile utworów wykonało każde z nich osobno, a ile wspólnie, ale odnoszę wrażenie, że udział obojga był wyrównany.
Jeśli idzie o Guthmana, od czasu obejrzenia filmu Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, marzył mi się koncert muzyki jazzowej na żywo. I to marzenie spełnił amerykański muzyk,  który w pierwszej części koncertu wykonywał wraz z zespołem nowe aranżacje polskich kolęd i anglojęzycznych utworów świątecznych.
W drugiej części koncertu oboje artyści wystąpili wspólnie i okazało się, iż Guthman jest nie tylko utalentowanym muzykiem, dowcipnym konferansjerem (czarującym publiczność znajomością języka polskiego), ale i niezłym wokalistą. To połączenie klasyki i jazzu to był bardzo dobry pomysł, a sam koncert wprowadził widownię w świąteczny nastrój lepiej niż kilkanaście dni przygotowań świątecznych (czytaj sprzątania, gotowania i dekorowania). Koncert miał miejsce 22 grudnia w Teatrze 6 piętro, a poprzedziła go degustacja wina (odkryłam całkiem niezłe) oraz czekoladek.
Wzorując się na wielu moich koleżankach i kolegach podsumuję ubiegły rok pod kątem ilości przedstawień muzycznych. Był on niezwykle udany. Przede wszystkim uczestniczenie (kilkukrotne) w przedstawieniu Dzwonnika (w tym dwa razy z udziałem mojego ulubieńca pana Krucińskiego). Ponadto obejrzenie musicali; Doktor Żywago w Białymstoku (absolutne oczarowanie), pożegnanie z tytułem Mamma Mia w Warszawskiej Romie (bez fajerwerków, ale lepsze wrażenia niż obejrzane po raz pierwszy przedstawienie, może z uwagi na obsadę) oraz Piloci (także w Romie) - tu chyba miałam zbyt duże oczekiwania, bo ... mojemu współtowarzyszowi się podobała, mnie ... no cóż dobrze zaśpiewane, ale zabrakło mi czegoś co by wyróżniło ten musical spośród innych, zabrakło osobowości (choć Zosia Nowakowska w głównej roli - wyrazy uznania, liczyłam na coś więcej jeśli chodzi o Janka Traczyka). Uczestniczyłam też w cudownych koncertach; Michała Bajora, piosenek Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Piotra Machalicy, piosenek starszych panów w wykonaniu Magdy Umer, Grzegorza Małeckiego i Piotra Machalicy (pan Małecki jeśli chodzi o piosenkę aktorską- moje kolejne odkrycie, panią Magdę i Piotra znałam już wcześniej z jak najlepszej strony), Edyty Geppert (najcudowniejszy ze wszystkich tegorocznych koncertów, bo i mądry i dający do myślenia i zabawny i lekki - takie fantastyczne połączenie różnych gatunków). Natomiast, jeśli chodzi o teatr to w tym roku nie trafiłam na sztuki, o których chciałabym wspominać, no może poza Edukacją Rity (z Piotrem Fronczewskim i Kasią Ucherską) zabawna, acz dająca do myślenia komedyjka. Życzę sobie, aby kolejny rok był choćby tak obfitujący w udział w muzyczno-teatralnych przedsięwzięciach.