środa, 8 maja 2019

Majówka w Bydgoszczy z Leonem Wyczółkowskim

Biały Spichrz na Wyspie Młyńskiej

Tegoroczną majówkę spędziłam w Bydgoszczy. Ktoś zapyta, czemu akurat tam. Odpowiem, a dlaczego nie. Bydgoszcz nie oszałamia nadmiarem turystycznych atrakcji, ale też nie można się tam nudzić. Byłam w Bydgoszczy dwa miesiące wcześniej przy okazji koncertu w Filharmonii Pomorskiej:, brak czasu uniemożliwił mi wówczas spacery po mieście, dlatego postanowiłam wrócić. 
Liczyłam na  małomiasteczkowy klimat i brak tłumów. Ludzi  było sporo, co można było zaobserwować na Wyspie Młyńskiej podczas pikniku z okazji 15 lecia przystąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej, czy choćby pod knajpą Manekin, gdzie przed wejściem stała niemała kolejka oczekujących na stolik. Nie były to jednak tłumy, z jakimi spotykam się na co dzień w moim rodzimym mieście. 
Na ile zdążyłam poznać miasto  (co chyba nie jest możliwe podczas czterodniowego pobytu i mając skręconą w kostce nogę) serce miasta bije na Wyspie Młyńskiej. Jest to urokliwy zakątek.Położony pomiędzy rzeką Brdą a jej odnogą Młynówką ponad sześciu
Przechodzący przez rzekę 1.05.2004 r. wejście Polski do UE
hektarowy obszar urzeka nabrzeżami, mostkami, kaskadami, jazami (zawsze myliłam jazy ze śluzami wodnymi) i przepławką dla ryb. Mnóstwo tam zieleni, a na wyspie umiejscowione są liczne obiekty kulturalne (w tym Muzeum Leona Wyczółkowskiego, Europejskie Centrum Pieniądza, dawny dom młynarza mieszczący centrum informacyjne, umiejscowione w Białym Spichrzu zbiory archeologiczne oraz mieszcząca się w Czerwonym Spichrzu galeria sztuki współczesnej).
Większość spichrzy posiada szachulcową konstrukcję, co nadaje im niepowtarzalnego charakteru. Wokół rzeki zlokalizowane są liczne knajpki, kawiarenki, winiarnie. Żałuję, iż nie miałam okazji, aby posiedzieć tam wieczorem, kiedy światełka latarni i neonów odbijają się w wodach rzeki czy kanału. Przystań wodna (zespół obiektów sportowo-turystycznych) umożliwia wypożyczenie sprzętu pływającego i odbycia rejsu po rzece, dla mniej odważnych (niewysportowanych) pozostaje tramwaj wodny. 
Na rekreacyjnej łące na wyspie odbywają się okolicznościowe koncerty, których akustyką mogą zachwycać się, bądź ją przeklinać mieszkańcy okolicznych domostw i hoteli. Na wyspie znajduje się też plac zabaw dla dzieci. Można powiedzieć, że każdy znajdzie coś dla siebie.  
Widok na Bydgoską Farę oraz jazy
Jazy
 Ponieważ tym razem nie podróżowałam sama, a wycieczka była prezentem urodzinowym dla towarzysza podróży musiałam trasę spacerów uzgadniać. Było jednak takie miejsce,  którego odwiedzenie wymogłam na moim towarzyszu podróży. Był to Dom Leona Wyczółkowskiego oddział Muzeum Okręgowego. Dawniej mieścił się tam obiekt mieszkalny dla członków zarządu znajdujących się w pobliżu Młynów Rothera. Budynek powstał na przełomie XIX i XX wieku. Od 1975 r. jest w użytkowaniu Muzeum Okręgowego. Pierwotnie wystawiane były tam inne zbiory, obecnie prezentowana jest stała ekspozycja twórczości Leona Wyczółkowskiego. Do tej pory miałam okazję podziwiać obrazy tego twórcy w muzeach Krakowa i Warszawy. Były to bardziej znane dzieła malarza, jednak w niewielkiej ilości. Dopiero bydgoskie zbiory pozwalają docenić jego wielostronność. Na wystawie znajdują się przykłady zarówno prac malarskich, litografii, rysunku, kamieniorytu,  jak i narzędzia pracy i pamiątki osobiste. 
Dom Wyczółkowskiego Mennicza 7
To niewielkie, składające się z pięciu pomieszczeń wystawowych muzeum zawiera sporą kolekcję dzieł artysty. Wyczółkowski uczył się zarówno u Wojciecha Gersona (realisty), jak i u Jana Matejki. Sporo podróżował i miał okazję oglądać obrazy Moneta na paryskich wystawach. Początkowo pozostawał pod wpływem malarstwa realistycznego, aby potem zwrócić się w kierunki impresjonizmu. Pierwsza sala niebieska - to sala portretowa. Przez długi czas żył z wykonywania portretów na zamówienia. Sporą część życia spędził na Ukrainie, gdzie powstały obrazy o tematyce chłopskiej i pejzażowej. Byłam ciekawa dlaczego to właśnie Bydgoszcz posiada tak duże zbiory tego malarza. Otóż Wyczółkowski często przebywał w Bydgoszczy po otrzymaniu (w podziękowaniu za przekazanie części prac Muzeum Wielkopolskiemu) dworku w Gościeradzu pod Bydgoszczą. Jeszcze za życia podarował pierwsze prace Muzeum Miejskiemu.  Zbiory te powiększyły się znacznie po śmierci artysty, kiedy żona malarza zgodnie z jego ostatnią wolą przekazała miastu liczne prace męża, szkicownik oraz pamiątki osobiste.        
Podsumowując - wycieczka była niezwykle udana. Dobry hotel, pyszne jedzonko, miłe towarzystwo. Gorzej z pogodą, tej miasto nie gwarantuje w pakiecie. Podczas czterech majowych dni mieliśmy pogodę zmienną, z przewagą wietrznej.
Salon niebieski portretowy

Portret Wandy Kossuth
Salon zielony (tu także przewaga portretów, ale i pejzaże i fragmenty architektury
Na pierwszym planie Widok na Floriańską, powyżej Portal wawelski
Kolejna sala- pamiątek po artyście- tutaj znajduje się Wnętrze pracowni artysty w Gościeradzu
Portret żony i prawdopodobnie dworek w Gościeradzu
Sala litografii, kamieniorytu i rysunku
Z ostatniej salki z przewagą pejzaży Cerkiew w Tatarowie 

wtorek, 7 maja 2019

Nienachalna z urody Maria Czubaszek


Cenię satyryczne teksty pani Czubaszek, lubiłam słuchać jej trafnych puent, a blog niecodzienny był jednym z pierwszych, do których zaglądałam systematycznie, czasami odważywszy się nawet skomentować.
Nie rozumiem co nie zagrało. Podczas lektury Nienachalnej z urody poczułam się nieco rozczarowana. Cenię odwagę i szczerość, a tych pani Marii nie można odmówić, nie byłam więc zszokowana jej wyznaniami dotyczącymi czy to aborcji, czy operacji plastycznych. Poglądy mam zbliżone do prezentowanych przez autorkę, choć nie popieram aborcji na życzenie. Doceniam też skromność osoby,  która wiele razy podkreślała przeciętność swoich tekstów. A jednak lektura książki wywołała we mnie mieszane uczucia. Może powodem był fakt, iż talent satyryczny nie przełożył się na talent literacki. Nie można tego jednak zarzucić autorce, gdyż sama przyznała:
Do pisania głupot, jakie tworzę, nie jest potrzebne natchnienie, tylko motywacja. A tą motywacją u mnie są dwa albo trzy niezapłacone rachunki leżące obok komputera.
Tworzenie dla pieniędzy to żaden wstyd, większą nieufność wzbudziłby we mnie autor, który pisałby dla idei. Nie mniej odniosłam wrażenie, iż autorce zabrakło pomysłu na książkę, jak sama przyznaje, wolałaby, aby zrobił to Artur Andrus, jej ulubieniec, jedyny człowiek, którego byłaby w stanie zaadoptować. Nienachalna z urody to rodzaj wywiadu z samą sobą, w którym autorka opowiada o wszystkim i o niczym. Głównie o tym, co lubi i czego nie lubi, przy czym tego drugiego jest zdecydowanie więcej. Nie lubi kobiet, bo mało inteligentne, rodziny, bo to zobowiązania, dzieci, bo nie nadaje się na matkę, nie lubi życia towarzyskiego, bo ją nudzi, a także gotowania i sprzątania, romantyzmu, instytucji małżeństwa, Krakowa, swojej pracy, świąt i podróżowania. Nie lubi też pewnych osób z życia politycznego i artystycznego naszego kraju. Co zatem lubi; papierosy, parówki i psy, no i kilku panów, Woody Allena, Artura Andrusa i Wojciecha Karolaka.
Ponadto między wierszami udaje mi się czasami znaleźć coś jeszcze, co pani Maria lubi - to był element naszej pracy. Fajny. Przy wódce toczyło się mniej i bardziej poważne rozmowy. Powstawały ciekawe pomysły, a do tego świetnie się bawiliśmy. (Str. 108).  Albo też to, o czym marzyła: Żałuję, że nie urodziłam się bogata, bo najchętniej pławiłabym się w tym bogactwie: paliła papierosy, piła campari i miała wokół siebie zwierzęta, na które przeznaczałabym prawie wszystkie swoje pieniądze. Resztę wydałabym na Karolaka i inne drobne przyjemności. (Str.123).
Zawsze marzyłam, żeby mało pracować, za to dużo zarabiać i szybko umrzeć. A jeśli miałabym żyć dłużej, to żebym na starość mogła grać w pokera (str. 124).
W sumie to marzenie wielu z nas. Niewielu się przyzna publicznie do tego, że nie lubi swojej pracy i najchętniej cały swój czas poświęciłby na to, co sprawia mu przyjemność.
Książkę pisze kobieta dojrzała, która mając świadomość przemijania nie lubi robić planów, ani wspominać, można odnieść wrażenie, iż na niczym jej nie zależy, bo i tak niedługo odejdzie. Zastanawiałam się, nawet, czy to nie przewrotność autorki obliczona na wywołanie reakcji czytelników. A może jest w tym i jedno i drugie; zarówno chęć wywołania pewnego fermentu wśród czytelników, jak i szczerość.
Wiele prezentowanych przez autorkę poglądów jest mi bliska, jestem nawet w stanie przyznać jej rację, iż teksty które zawsze mnie śmieszyły wcale śmieszne nie były, jedynie wykonujący je aktorzy nadawali im humorystyczny smaczek. Przemawiałby za tym fakt, iż kiedy czytam fragmenty jej tekstów publikowanych w książce to mam w uszach głos Ireny Kwiatkowskiej, Wojtka Pokory, Jerzego Dobrowolskiego, Barbary Wrzesińskiej.
Ze mną jest jak z Leninem i radziecką partią z wiersza Majakowskiego- mówimy Lenin- w domyśle – partia. Mówisz Czubaszek- słyszysz głos Ireny Kwiatkowskiej. Bo to przede wszystkim za jej sprawą zaistniałam w świadomości słuchaczy jako autorka słuchowisk radiowych. Nie dlatego, że napisałam mistrzowski tekst, ale wyłącznie dzięki jej mistrzowskiej interpretacji mojego raczej przeciętnego tekstu. (str. 98).
A może moje rozczarowanie wywołał wpis dotyczący prowadzenia bloga, który odebrałam, jako brak szacunku do swoich czytelników.
A kiedy kończyłam wpis na bloga, to go wysyłałam do redakcji i starałam się o nim zapomnieć. Nawet nie próbowałam wejść na stronę i zobaczyć komentarze pod nim. (str. 112).
W książce znajdują się fragmenty tekstów satyrycznych pani Marii i te moim zdaniem są najlepszą jej częścią.
Być może na moją ocenę zaważył fakt niepogodzenia się z traktowaniem życia, jak czegoś bez znaczenia i bez sensu. Nie ważne co było wczoraj i nie ważne, co będzie jutro, ważne jest tylko to co jest dziś mawiała Maria Czubaszek. 
A ja pozwolę sobie się z tym twierdzeniem nie zgodzić. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Callas w Warszawie, Tribute to musical w Bydgoszczy, Wiedźmin w Gdyni (kulturalne przedwiośnie)



ze strony teatru Och w Warszawie (fotografia Joanna Maria Kuś)
Maria Callas. Master Class w reżyserii Andrzeja Domalika z Krystyną Jandą w roli Callas.
O operowej divie, poza jej związkiem z Arystotelesem Onasisem oraz zachwytem jaki wzbudzał jej talent w Bogusławie Kaczyńskim, nie wiedziałam nic ponadto. Nigdy nie byłam wielbicielką opery. Doceniając jej piękno i wysublimowany smak nie potrafiłam jednocześnie czerpać przyjemności z odbioru, za bardzo skupiając się na chęci zrozumienia tekstu śpiewanego. Arie operowe są w przedstawieniu opowiadającym o życiu śpiewaczki niezwykle ważnym składnikiem. Poza genialną Krystyną Jandą (która, jak zapowiada na początku nie będzie śpiewać i słowa dotrzymuje) występują autentyczni operowi śpiewacy dając próbkę swych umiejętności. Monologi oraz grane jednym głosem (pani Krystyny) dialogi z jej życiowymi partnerami przeplatane są archiwalnymi nagraniami samej Callas. Po raz pierwszy słuchałam tego gatunku muzycznego bez zniechęcenia, a nawet z pewnego rodzaju przyjemnością. Był to adekwatny dla obrazu całości element przedstawienia, bo opowieść o największej sopranistce wszech czasów bez wokalu byłaby niepełna. Pomijając jednak warstwę muzyczną przedstawienia pani Janda w roli Callas jest niezwykle sugestywna. Jej Callas to kobieta apodyktyczna, doświadczona dramatyczną przeszłością i mająca przed sobą niepewną, samotną przyszłość, jeszcze podziwiana przez miliony, ale wciąż nieznajdująca zrozumienia u innych (w tym u swoich życiowych partnerów). Artystka, potrzebująca poklasku, ale też dramatyzmu, który dodawał jej rolom większej wyrazistości, głębi, doświadczenia. Kobieta wczuwająca się w postacie, które odtwarzała, i stająca się tymi postaciami, podobnie, jak Janda staje się Marią Callas na scenie Teatru Och. Jej Callas zapłaciła niezwykle wysoką cenę za sukces, jaki osiągnęła, ale bez tego sukcesu nie umiałaby żyć. Odniosłam wrażenie, że partnerzy traktujący Callas przedmiotowo, sami byli przez nią podobnie traktowani, bo potrzebowała takich właśnie ludzi na swojej drodze. Poza całym dramatyzmem postaci Janda wydobywa z niej też to co ludzkie, jej zagubienie, tęsknoty, samotność. Jej Callas jest postacią złożoną, pełną sprzeczności, zarówno tragiczną, jak i bohaterską. Jeśli miałabym wynieść z przedstawienia tylko jedną myśl, to brzmiałaby ona następująco, to dzięki sztuce świat staje się piękniejszy i lepszy. Nie jest straconym życie człowieka, który potrafi  dostrzegać sztukę, albo co więcej sam ją tworzy, bo to ona czyni życie bogatszym i pełniejszym. I kiedy mówi to Callas-Janda to ja w to wierzę, bo wiem, że i one w to wierzą.

Tribute to musical w Filharmonii Pomorskiej
Gmach Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy
Dla odmiany musical to coś, o czym mogłabym pisać dużo, bo to najbliższy mi gatunek muzyczny. Do spektaklu Damian Aleksander  zaprosił swoją koleżankę Edytę Krzemień (Christine Dae z Upiora i Fantynę z Les Miserables) wokalistkę warszawskiej Romy, którą podziwiałam też w Białymstoku, Poznaniu (Emma Carew w Jekyll i Hyde), czy Gdyni (tu w roli Esmeraldy w widowisku o Paryskiej Katedrze), a także Kayah i artystkę kabaretową Joannę Kołaczkowską. Choć Damian Aleksander występował w wielu rolach musicalowych to dla mnie, jest przede wszystkim niezapomnianym Upiorem Paryskiej Opery i najlepszym polskim wykonawcą upiora. Koncert prowadziła dziennikarka mojej ulubionej stacji radiowej RMF Clasic Magdalena Miśka Jackowska, jak się okazało także pasjonatka tego gatunku muzycznego. Orkiestrą Filharmonii Pomorskiej (koncert odbywał się w Bydgoszczy) dyrygował aranżer i pianista Krzysztof Herdzin. Koncert W hołdzie dla musicalu zawierał same największe i najbardziej znane utwory musicalowe, dzięki temu, a także dzięki perfekcyjnemu wykonaniu był jednym pasmem radości dla widowni. Muzyczna uczta przeplatana była krótkimi anegdotkami i wywiadami z występującymi oraz skeczem w wykonaniu pani Joanny (w duecie z Damianem). Byłam oczarowana wokalnymi umiejętnościami Edyty Krzemień, zarówno w znanych mi wcześniej utworach, jak i w Don`t cry for mi Argentina (Evita). Jednak kiedy Damian zaśpiewał partię Jekylla/Hyda To jest ten moment (przyznaję, iż dotąd nie wyobrażałam sobie innego odtwórcy niż Janusz Kruciński) byłam pod ogromnym  wrażeniem. To było bardzo dobre wykonanie i z chęcią obejrzałabym także jego w tej niezwykle trudnej, podwójnej muzycznej roli. Występ Kayah początkowo wydawał mi się nieco blady na tle moich  ulubieńców, jednak dziś kiedy słucham Aquarius (z musicalu Hair) śpiewanego w duecie z Damianem Aleksandrem,  przyznaję, iż brzmi on oryginalnie i intrygująco.                                                                                           To był niezwykle udany wieczór, który sprawił mi mnóstwo przyjemności, a także wzruszeń (z powrotu do utworów, których jak sądziłam nie usłyszę więcej w tych wykonaniach) i odkryć (tych utworów, które słyszałam w nowych wykonaniach). Szkoda tylko, że płyta zawiera jedynie fragment tego, co zostało zaprezentowane podczas koncertu.

Wiedźmin w teatrze muzycznym w Gdyni w reż. Wojciecha Kościelniaka
Scena z Wiedźmina ze strony trojmiasto.pl

Mało kto zapewne pamięta, (pisałam o tym przy okazji wpisu o Lalce, który najkrócej rzec ujmując nie przypadł mi do gustu), że nie jestem admiratorką przedstawień wystawianych w reżyserii pana Wojciecha Kościelniaka. Wyjątkiem są tutaj Chłopi, którzy zostali wystawieni w sposób tradycyjny, bez udziwnień i nowatorstwa. W zeszłym roku uczestniczyłam w koncercie z okazji 60 - lecia teatru muzycznego w Gdyni, gdzie miałam okazję ponownie wysłuchać jeden z utworów z Lalki oraz poznać utwór z Wiedźmina. Ku mojemu zaskoczeniu oba zainteresowały mnie na tyle, że nabrałam ochoty na obejrzenie Wiedźmina. Impulsem do obejrzenia nie była fabuła, której nie znam, bowiem ten gatunek literacki jest mi zupełnie obcy. Nie obawiałam się rozczarowania z powodu konfrontacji literatury z musicalem. Wybrałam się dla muzyki i dla wokalu. Pierwsze spostrzeżenie było takie, iż odmłodniała widownia gdyńskiego teatru. Jako wierna bywalczyni teatrów muzycznych w Polsce miałam okazję zauważyć, iż średnia wieku bywa dość wysoka, a przewaga pań w stosunku do panów na widowni jest jak 27:1. Panowie rzadko goszczą na widowni, a ci którzy się tam pojawiają często bywają kłopotliwymi widzami, bo albo narzekają, że są tam, zamiast gdzie indziej, albo zbyt głośno kontemplują sztukę (pogrążeni w drzemce). Tym razem na widowni to ja czułam się jak Matuzalemowa dama, a młodzieży płci męskiej było niemal tyle samo co żeńskiej. Już to nastroiło mnie optymistycznie, bo skoro pan Kościeniak potrafi do teatru muzycznego zwabić młodego widza, to ja chylę przed nim czoła. Jeśli w dodatku nie robi tego prostymi, ogranymi sztuczkami (rozbieraniem aktorów z odzieży i dosadnym językiem, tego niestety w przedstawieniu nie zabrakło, aczkolwiek nie przeważało nad innymi pomysłami) to chylę czoła jeszcze niżej. W zasadzie jedyny zarzut, jaki mam do Wiedźmina to był niedostatek muzyki i wokalu. Są tacy, którym przeszkadza w tym gatunku nadmiar muzyki, są też tacy i ja do nich należę, których razi w musicalu gadanie. Dlatego podobały mi się partie śpiewane, sceniczne wizje podparte muzyką, energiczny rytm przedstawienia, natomiast nużyło (momentami nudziło) gadanie. Gdyby więc usunąć z przedstawienia to, co moim zdaniem zbędne zostałaby połowa, którą oglądałabym z większym zainteresowaniem i większą przyjemnością. Jak twierdzą znawcy bez słownej narracji Wiedźmin byłby niezrozumiały dla widza. Prawdę powiedziawszy dla mnie był też nie do końca zrozumiały z narracją, ale to akurat zupełnie mi nie przeszkadzało. Miał się bronić muzyką i bronił się tymi scenami, w których ona królowała. Podobały mi się niektóre rozwiązania, jak choćby rzucone na ścianę projekcje - tło (tajemnicze, niepokojące, baśniowe, dramatyczne, intrygujące), podobała mi się scena, w której aktorzy poruszali się w zwolnionym tempie, jak na stop-klatce, a także scena śpiewana przez aktorów występujących na elektrycznych deskorolkach. Utwór wokalny pozostawał tu w takim dysonansie do scenerii,  że tworzyło to niezwykły obraz. Spodobało mi się kilka utworów, zwłaszcza te śpiewane przez wokalistki. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie śpiewany przez Wiedźmina Dziki Gon, utwór przejmujący, dający duże możliwości interpretacyjne, taki, którego słuchając ma się ciary na skórze. 
Reasumując nie mówię nie panu Kościelniakowi. Z chęcią obejrzałabym Złego. 

Mam nadzieję, że i Wam Święta upłynęły miło i pogodnie. Ja wyjątkowo w tym roku spędziłam je rodzinnie i po raz pierwszy od dawna nie żałuję tej decyzji, bowiem było niezwykle sympatycznie.

sobota, 6 kwietnia 2019

List do Vincenta (Van Gogha)


Napisał Pan tak wiele listów do brata. Przeczytałam wszystkie, które zostały wydane. Przepraszam, bo to nie ja byłam ich adresatką. Wiem, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, kierowała mną ciekawość poznania osoby, o której życiu czytałam sporo, a także osoby, która stworzyła wiele pogodnych i pięknych obrazów, choć życie miała niezwykle ciężkie. Pisze Pan prostym i niewyszukanym językiem o rzeczach ważnych i choć czasami Pańskie sądy wydawać się mogą naiwne niczym mądrości popularnego dziś autora bestsellerów to przyjmuję je z rozwagą, bo wiem, że pisane były szczerze i z głębi serca. 

    A napisał Pan;
Tam, gdzie są konwenanse, jest nieufność,
a z nieufności rodzą się najrozmaitsze intrygi.
Gdybyśmy byli trochę szczersi,
życie dla wszystkich stałoby się łatwiejsze.
(str. 227 Listów do brata Vincenta Van Gogha 
 Wydawnictwo Czytelnik 1998 rok)
Pozwoli Pan, że będę się zwracała do niego po imieniu. Na tyle, na
ile poznałam Cię Vincencie wolałbyś taki sposób komunikacji, bez konwenansów i zakłamania. Twoje listy zawierają ogromne bogactwo myśli i nie sposób się do nich odnieść w krótkiej formie. Pisałeś je do Brata, ale myślę, że też dla siebie. Zawsze samotny, nie mógłby się obejść bez tej korespondencji, która zastępowała mu rozmowę, w której zwierzał się ze wszystkich spraw, ze wszystkich myśli, z wszystkich uczuć- nie miał bowiem obok siebie nikogo, z kim mógłby się nimi podzielić (str.7) napisała w przedmowie do twej korespondencji tłumaczka.
A zatem korespondencja miała zastępować Ci stosunki międzyludzkie, bo była bezpieczniejszą formą kontaktu. Była zastępstwem i rekompensatą. Pisząc o sobie, utwierdzał się zarazem w swoim istnieniu, które nigdy nie było oparte na pewnych podstawach, a w miarę postępu choroby ulegało coraz większym zachwianiom (str. 7) napisała dalej tłumaczka.
To smutne, ale dzięki twoim listom, Vincent, jakiego nie znali Tobie współcześni zyskał szansę poznania przez potomnych. Czy byłoby to pociechą dla Ciebie, osoby, która jak podkreślasz - nie miała żadnej potrzeby pokazywania się, osoby, która nie lubiła tego, co dziś nazywamy celebrowanie własnej postaci, a przecież pisząc te listy nie mogłeś przewidzieć, że po latach zyskasz tak wielu czytelników/ odbiorców. Ty pisałeś do brata, przyjaciela i marszanda w jednym.
Podoba mi się twoja definicja sztuki Vincencie - Sztuka to natura plus człowiek. Natura, rzeczywistość, prawda, z której artysta wydobywa sens, istotę, charakter, która wyraża, oczyszcza, wyzwala, oświetla. (str.80). Czy można by to było ująć lepiej i prościej, moim zdaniem - nie.
Często wyrzucałeś sobie, iż byłeś nadmiernym obciążeniem dla Theo. Niekiedy zastanawiam się poważnie nad tym, czy nie jestem czasem ciężarem dla ciebie i dla rodziny, czy stałem się już naprawdę niezdatny do czegokolwiek i czy mam się uważać za człowieka niepotrzebnego i za intruza. A może byłoby lepiej, gdyby mnie w ogóle nie było już na tym świecie, skoro i tak muszę stale wszystkim ustępować z drogi. Gdy pomyślę, że tak jest w istocie, ogarnia mnie uczucie smutku i muszę walczyć z całych sił, żeby nie wpaść w melancholię. … Jeśliby tak było w istocie, to nie chciałbym już długo żyć na tym świecie (str. 85) 
Jakże mi przykro z tego powodu, że czułeś się niepotrzebnym bytem. Twoje obrazy dają radość tak wielu ludziom, że chcę wierzyć, iż z wyżyn swego jestestwa dostrzegasz to i jest ci choć trochę z tego powodu miło. Dawanie radości jest obdarzaniem drugiego człowieka czymś bezcennym. Ten wewnętrzny ogień, którym chciałeś ogrzać tak wiele istnień rozświetla dziś nasze twarze i dusze. I tylko szkoda, że nie mogłeś tego doświadczyć wtedy, kiedy nie znajdowałeś porozumienia wśród ludzi, a także (czasami/ często?) u brata. Gdybyś tylko mógł uważać mnie za coś innego niż za próżniaka najgorszego rodzaju, byłbym bardzo zobowiązany. (str. 93).
Z ogromną radością przeczytałam, że lubiłeś  czytać i czytałeś wiele. Cały czas zastanawiam się, skąd brałeś pieniądze na książki, skoro tak często nie miałaś na chleb czy płotno. Mam nadzieję, że udało Ci się odnaleźć w książkach, to czego nie odnalazłeś w ludziach – piękno, współodczuwanie świata, mądrość. Chciałbym, żeby wszyscy ludzie zdobyli tę umiejętność, którą ja zaczynam powoli zdobywać, umiejętność czytania książki bez wysiłku, w krótkim czasie, z zachowaniem na długo silnego wrażenia. (str.105).
Twoje słowa o sławie, o której nie marzyłeś …jestem przeświadczony o moim powodzeniu w przyszłości. Nie stanę się od razu jakąś wielką sławą, ale będę chyba takim przeciętnym, uczciwym malarzem. Jeżeli używam słowa „przeciętny”, to dlatego, że chcę by moje malarstwo było uznane za rzetelną i rozumną pracę, żeby miało jakąś rację bytu, żeby wreszcie mogło się gdzieś na coś przydać (str.111) brzmią teraz i proroczo i paradoksalnie. Różne są opinie na temat twego malarstwa, ale chyba tylko głupiec nazwie Van Gogha malarzem przeciętnym. A co do tego, że Twoja praca stanie się przydatna - jeśli interesowałoby cię zdanie amatorki, która się nie zna na sztuce, ale która bez niej nie wyobraża sobie życia to napiszę tylko, że poranek Bożego Narodzenia, który spędziłam wśród obrazów (w Muzeum twego imienia w Amsterdamie) należał do najcudowniejszych świątecznych poranków. Przywoływał w pamięci święta z lat dziecięcych, kiedy człowiek potrafi czerpać
radość z prostoty. Możliwość ogarnięcia wzrokiem tylu przepięknych odbić natury wywołała ekstazę wzruszenia i tego, coraz rzadszego z wiekiem przywołania faustowskiego okrzyku o trwaniu chwili. I choć najmilsze doznania towarzyszą osobistym kontaktom z twoimi obrazami (które mam szczęście podziwiać w różnych europejskich muzeach), to także oglądanie albumów, czy ich reprodukcji we wszelakiej postaci powoduje błogostan. A wiem, że takich osób głodnych Twojej Vincencie sztuki są tysiące, bo nie wszystkim wystarcza do życia egzystowanie i wspinanie się po szczebelkach tzw. kariery.
Piszesz …Jestem artystą … słowo to oznacza: zawsze szukać i nigdy nie móc osiągnąć doskonałości (str. 167) – myślę, że żyć także oznacza ciągle poszukiwać odpowiedzi na odwieczne pytania i nigdy ich nie znajdować. Ale może właśnie nie o to chodzi, żeby je znaleźć, a o to, aby je sobie zadawać. A co do doskonałości wybacz, że się z Tobą nie zgodzę. Ale jak wcześniej wspomniałam, ja jestem tylko amatorką, co kocha sztukę. Dla mnie Twoje prace są kompletne, harmonijne i nie wyobrażam sobie, aby mogły wyglądać inaczej, bo powstały z miłości do piękna natury i miłości do drugiego człowieka.
W pracy staram się, jak mogę najlepiej, .. rysunek, a myślę i malarstwo, mam we krwi i to się z czasem okaże (str. 179). To prawda, okazało się kilkanaście lat po twoim odejściu. I trudno pojąć, dlaczego pod koniec XIX wieku ludzie uważali je za złe i dziwaczne.
Wielu ludzi twierdzi, że mam nieprzyjemny charakter. Często bywam nieznośny, melancholijny i rozdrażniony; pożądam sympatii, tak jakbym był głodny i spragniony, a gdy mnie nią nie darzą, staję się obojętny na wszystko i impertynencki; przez co dolewam jeszcze oliwy do ognia. Nie lubię przebywać w towarzystwie, stosunki z ludźmi, rozmowy z nimi są dla mnie najczęściej i przykre i kłopotliwe (str. 198).
Rozumiem te stany aż nadto dobrze, czym może pochlebiam sobie, bowiem to cecha ludzi nadwrażliwych, tych, którzy żyją (chcą żyć) w przeświadczeniu, że ludzie są dobrzy, szczerzy i mądrzy, a kiedy ich wyobrażenia rozbijają się o brutalną rzeczywistość wpadają w irytację. Nie umiemy udawać, brakuje nam dyplomacji, boimy się braku akceptacji. 

To jeden z listów, jaki powstał po lekturze Listów do brata Vincenta Van Gogha. Chciałam do książki  wrócić ponownie, ponieważ odnajduję w niej poza olbrzymim smutkiem autora, także pokrewieństwo dusz odrzuconych nadwrażliwców, którzy tak bardzo chcieliby odnaleźć człowieka w człowieku. 
Zdjęcia obrazów, rysunków, szkiców i listów Vincenta z Muzeum Vincenta Van Gogha w Amsterdamie.
Kilkutygodniowa przerwa w pisaniu została wymuszona kłopotami z laptopem.

niedziela, 17 marca 2019

Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatol France



Wiedzieć jest niczym, wyobrazić sobie wszystkim (str.66)
Miniaturowa książeczka wygrzebana spośród stosu innych na stoliku w antykwariacie skusiła mnie swym rozmiarem. Wydawała się idealną lekturą na podróż. Podróże do pracy, które zajmują mi w ciągu dnia średnio licząc dwie godziny chętnie uprzyjemniam sobie czytaniem.
Na Zbrodnię Sylwestra Bonnard składają się dwa opowiadania, które łączy osoba dobrodusznego uczonego, będącego jednocześnie narratorem. W części pierwszej Polano starzejący się bibliofil całą energię poświęca na studiowanie ksiąg i poszukiwanie wymarzonego manuskryptu Złotej legendy. Z pozoru nie dostrzegający świata spoza kart swych ksiąg poczciwy pan Sylwester okazuje się osobą niezwykle empatyczną i wcale nie skupioną wyłącznie na fikcyjnym świecie ksiąg. Pomaga zarówno mieszkającej na poddaszu pani Coccoz, jak i przypadkowo napotkanemu biednemu urwisowi. Bywa nieco odrealniony, momentami jego naukowo-filozoficzne rozważania mogą nużyć, ale całość zasługuje na uwagę. Naiwność starszego pana bywa urzekająca, a jego dystans wobec samego siebie i duże poczucie humoru czynią lekturę zajmującą. Druga część Joasia Aleksandre to istna bajka dla dorosłych, jest w niej biedna sierotka (wnuczka byłej sympatii bibliofila), zła wychowawczyni, chciwy i lubieżny opiekun, stary zamek i cudowna nimfa. W takim otoczeniu pan Sylwester żyjący do tej pory w świecie książek i w tych księgach wręcz zakochany odkrywa radości innego rodzaju, w odnalezionej po latach dziewczynce odnajduje namiastkę rodziny, której nigdy nie miał, a której brak rekompensowały mu księgi. I choć deklarował, iż …”sen życia przemarzył (….) w bibliotece i gdy nadejdzie pora pożegnać się z tym świat em … (pragnął), oby Bóg zabrał (go) z drabinki, sprzed półek zapełnionych książkami!” to w końcu popełnia czyn, który sam nazywa zbrodnią, a który ze zbrodnią nie ma nic wspólnego. Nie jest to może wybitne dzieło, ale lektura tej miniaturki sprawiła mi dużą przyjemność. Niespieszna opowieść o poczciwym staruszku, który kochał życie wśród książek, ale też kochał ludzi, napisana pięknym językiem. Dziś odbierana będzie, jako staroświecka i momentami przegadana. Książeczka pełna nieco naiwnych, ale szczerych wyznań, prezentująca i moje przekonanie, że czucie jest ważniejsze niż rozum. Zdecydowanie przypadła mi do gustu. A już scena opisu nimfy siedzącej na Kronikach Norymberskich w starym zamku pobudza wyobraźnię. Jest jak z bajek Andersena.Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.