Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 10 lutego 2026

Galeria Uffizi- duchowa uczta


Galeria Uffizi z widokiem na Palazzo Vecchio i kopułę katedry
Dziś zabieram was na krótką wizytę w Uffizi.
Florencja była głównym, choć niespodziewanym punktem włoskiej wyprawy.
Z Rzymu miałam jechać w zupełnie innym kierunku, ale plany pokrzyżował zimowy rozkład jazdy pociągów. I tak zamiast w Perugii i Asyżu wylądowałam w Arezzo i Florencji. A tu nie mogłam sobie odmówić kolejnej wizyty w Uffizi. Ostatnie lata odwiedzałam Galerię dell` Accademia, Bargello, Klasztor San Marco, liczne świątynie. Dawno nie byłam w tej najwspanialszej galerii malarstwa (i nie tylko malarstwa, korytarze pełne są rzeźby). Mnie przyzywają głównie obrazy renesansowych mistrzów. Pewnie niewielu mnie zrozumie, ten zachłanny pęd do oglądania wspaniałych obrazów. Pocieszam się, że zrozumiałby mnie Iwaszkiewicz, którego Podróże do Włoch czytam. Właściwie dawkuję sobie po troszeczkę. On, który ubolewał nad tym, iż dwie jego wizyty w Sienie były niepełne, bo nie udało mu się odwiedzić galerii malarstwa, co zubożyło wrażenia. On, który w Galerii Florenckiej zachwycał się wspaniałym dziedzictwem przyrównując znajdujące się tam dzieła do komunii, a wizytę do zjednoczenia z geniuszami – twórcami, których czucie i talent tu spotykamy. I zrozumiałoby kilku innych. I może na jakiś inny sposób (sobie wiadomy) rozumieją to ci, którzy stoją w długich kolejkach do kas muzealnych.

Opowiem krótko o tylko sześciu, które spośród dużej ilości obejrzanych obrazów wyróżniły się tym czymś, co sprawiło, że zatrzymałam się przy nich chwilę dłużej.

Hołd trzech króli Durera

Żeby pozostać jeszcze w temacie Hołdu Trzech Króli (o którym pisałam tu i tu) tym razem wizja Albrechta Durera. Zwróciłam na nią uwagę z powodu zupełnie odmiennego potraktowania tematu. U Gentile da Fabriano czy u Benozzo Gozzoli kłębiło się od ludzi, jakby całe miasteczko wyległo zobaczyć nowonarodzonego. Może bardziej, niż dzieciątko zainteresowali ich pyszniący się bogactwem monarchowie. U Durera jest niemal pusto. Przed stajenką siedzi Matka Boska z dzieciątkiem, stoją trzej królowie i giermek, dalej stoi parę osób zajętych swoimi sprawami. Żadna nie zwraca uwagi na rozgrywającą się na pierwszym planie scenę. Królowie ubrani, jak na monarchów przystało bardzo dostojnie i bogato, ale nie jest to przepych jaki widzimy u Gentile, nie ma koron czy diademów. Na obrazie nie ma też zleceniodawcy. A w tym przypadku jest to Fryderyk III Mądry. Nie widzę jego rysów twarzy w twarzach monarchów, chyba nie wymagał od malarza tego rodzaju uwiecznienia. Przydomek zyskał dzięki roztropnej polityce, dyplomacji i trosce o rozwój kultury i nauki w swych dobrach.

Brak tłumów (na obrazie, choć i przed też pusto) sprawia, że obraz ma bardziej intymny charakter. Klęczący przed Jezuskiem najstarszy z mędrców wygląda jakby bawił się z dzieckiem, a nie uniżenie bił pokłony. Oczywiście znałam autoportret Durera, w wiedeńskim muzeum poznałam Portret młodej kobiety, ale jego obraz o treści religijnej miałam okazję oglądać po raz pierwszy.

Bitwa pod San Romano Ucello

Bitwa pod San Romano Paulo Uccello to jeden z niewielu obrazów batalistycznych, który mnie zainteresował. Nie przepadam za tego typu obrazami, wszelkie bitwy, raczej mnie nużą i przechodzę obojętnie. Ujmowanie bitwy, jako odświętnego widowiska, lekcji patriotyzmu kłóci się z moim pacyfistycznym nastawieniem. W tym obrazie coś sprawiło, że potraktowałam go inaczej. Być może niezgodnie z zamysłem malarza. Bitwa pod San Romano była bitwą pomiędzy Sieneńczykami a Florentyńczykami. Dowódcą Florentyńczyków był kondotier Niccolo da Tolentino. Skąd ja znam to nazwisko? Już wiem, to fresk jego pomnika konnego znajduje się we florenckiej katedrze. Pamiętam go doskonale, bo nie ma znowu tak wiele fresków w katedrze.
Uccello (co po włoski oznacza ptak) namalował cykl trzech obrazów przedstawiających bitwę pod San Romano (dwa pozostałe znajdują się w zacnych lokalizacjach NG Londyn oraz Luwr Paryż). Część w zbiorach Uffizi przedstawia decydujący moment bitwy. Dlaczego zwróciłam nań uwagę? Może dlatego, że moim zdaniem przedstawia nie tyle bohaterstwo walczących co okrucieństwo walki, odziera bitwę z elementów patetycznych. Nie widzę tu wyprężonych z wyciągniętymi do góry mieczami walczących, jest pobojowisko; poprzewracane konie, koń stojący dęba i drugi z wyrzuconymi do góry tylnymi nogami, rycerz bez głowy leżący na koniu, połamane piki, porzucone na ziemi elementy uzbrojenia. Nie ma krwi, nie ma wyprutych wnętrzności, ale widać że to nie zabawa w wojsko. Nie odświętne stroje, czy przepiękne chorągwie. Ale jest też nowatorstwo przedstawienia tematu, coś z surrealizmu XX wiecznych obrazów. I te monochromatyczne ziemiste kolory bardzo mi tu pasują.
Specjalnie dla Wkraja, choć dużo lepsze zdjęcia znajdzie w internecie; Madonna ze szczygłem Rafaela i Wenus z Urbino Tycjana

Madonna ze szczygłem Rafael

Madonna ze szczygłem czyli Matka Boska z dzieciątkiem i Św. Janem Rafaela jest pięknym obrazem, choć nie należy do moich ulubionych dzieł Rafaela. Każdy interesujący się sztuką ma swoje typy, koleżanka, z którą byłam w Dreźnie najbardziej lubi Madonnę sykstyńską, moja ciotka Wanda Szkołę Ateńską a ja Złożenie do grobu (obraz tak piękny, że wykradziony z kaplicy do której był przeznaczony przez ludzi papieża Pawła V). Madonna ze szczygłem była prezentem ślubnym dla przyjaciela artysty. Matka z czułością patrzy na małego Jana Chrzciciela, który pokazuje Jezusowi szczygła (symbol męczeństwa). Kobieta jest wcieleniem pobożności i oddania (napisałabym nawet poddania się woli Bożej- niech mi się stanie podług woli twojej). Jest w tym obrazie delikatność i urok. Z obrazem wiąże się tragiczna historia, otóż kilkadziesiąt lat po namalowaniu uległ on poważnemu zniszczeniu podczas zawalenia się domu, w którym się znajdował. Syn obdarowanego wydobył zniszczone fragmenty obrazu i dał je do sklejenia. W albumie Wielkie muzea wydanym przez Rzeczpospolitą zauważyłam delikatne ślady klejenia. Na zdjęciu z Uffizi ich nie dostrzegam, być może ostatnia renowacja (przeprowadzona w latach 1998-2008) była na tyle dobra, że zlikwidowała ślady ingerencji w obraz. Jakże mozolna jest praca konserwatorów sztuki, skoro renowacja obrazu trwała dziesięć lat. A zdarzają się zniszczenia, których skutki usuwane są kilkadziesiąt lat (jak te spowodowane przez powódź z 1966 r., w czasie której wysoka fala wraz z błotem i ropą naftową pokryła wiele dzieł sztuki ze zbiorów Uffizi, świątyń i bibliotek. Siła żywiołu była tak ogromna, że wyrwała złote drzwi do Raju z Baptysterium.
I taka myśl mnie naszła, że o ile madonny na obrazach renesansowych twórców mają piękne lub przynajmniej szlachetne oblicza, o tyle dzieciaczki są … delikatnie mówiąc mało urodziwe. Mówi się, że to w sztuce średniowiecznej dzieci mają brzydkie twarze starych mężczyzn, ale i na renesansowych obrazach dziecięce buzie trudno nazwać uroczymi. A może tylko ja tak to widzę.

Wenus z Urbino Tycjan

Wenus z Urbino Tycjana Ze wszystkich oglądanych dotąd obrazów Tycjana moje serce skradła Assunta w kościele Santa Maria Gloriosa dei Frari w Wenecji (pisałam o nim tutaj). Ale najbardziej znanym z jego obrazów jest Wenus z Urbino. Obraz nagiej kobiety tak spodobał się Guidobaldo della Rovere, że długo prosił matkę o pożyczkę, a kiedy ta odmówiła obiecał sam zdobyć pieniądze, aby tylko malarz nie sprzedał go komu innemu. Rodzina della Rovere była znaną we Włoszech arystokratyczną rodziną panującą w księstwie Urbino (wywodziło się z niej wielu dostojników kościelnych i dwaj papieże Sykstus IV czy Juliusz II). Guidobaldo zdobył pieniądze i obraz stał się jego własnością. Stąd nazwa obrazu przypisująca pochodzenie Wenus z Urbino.

Modelka prawdopodobnie była kobietą lekkich obyczajów (na początku XVI wieku żadna inna raczej by się nie odważyła pozować do aktu). Kobieta śmiało patrzy na widza, co prawda zakrywa ręką swe wdzięki, ale tak jakby od niechcenia. Spogląda też lekko znudzona, ale nie speszona. Jej spojrzenie jest wyzywające. Znajdujący się nieco dalej biały pies to symbol wierności małżeńskiej, a zatem miałażby to być pod postacią Wenus Penelopa czekająca na małżonka? Podkreślałby to też stojący na oknie krzew mirtu (symbol wiecznego oddania) oraz trzymane w dłoni różyczki (także symbol wiernej miłości).

Mitologiczny temat wykorzystał malarz, jako pretekst do ukazania śmiałej (jak na owe czasy) sceny erotycznej. Kobieta ubrana tylko w biżuterię kusi widza. A tak naprawdę z mitologii pozostała jedynie nazwa, bo kobieta nie ma boskich atrybutów, znajduje się we wnętrzu ówczesnego pałacu, z dwoma służącymi wyjmującymi ze skrzyni stój dla swej pani. Wenus z Urbino była inspiracją dla Olimpii Maneta.


Zwiastowanie Lorenzo di Credi


Zwiastowanie Lorenzo di Credi
Lorenzo di Credi nie jest tak dobrze znany, jak inni malarze doby renesansu, a był on uczniem Verocchia (podobno ulubionym), uczęszczał do jego warsztatu wraz z Peruginem (nauczyciel Rafaela) i Leonardem da Vici. We trójkę byli i kompanami i rywalami jednocześnie.

Pewnie widziałam parę jego obrazów, ale żaden z nich tak mnie nie zauroczył, jak to Zwiastowanie. Słodycz twarzyczki Marii jest dla mnie zniewalająca. Oderwana od lektury panienka odpowiada na pozdrowienie Anioła. Anioł jest taki bardzo ziemski, pucołowaty i zaokrąglony w przeciwieństwie do wiotkiej, eterycznej dziewczyny. Jakby oderwany od zabawy, albo od spożywania boskiego nektaru. Maria w cudownej błękitnej sukni sprawia wrażenie, jakby już chciała wrócić do lektury mówiąc a ty mój anielski chłopcze wracaj na niebiańskie pastwiska. Anioł i dziewczyna znajdują się z daleko od siebie, jakby centrum opowieści stanowił odległy pejzaż liryczny. Zachwyca mnie też dekoracja architektoniczna w postaci predelli pod ołtarzem z monochromatycznym przedstawieniem scen, których bohaterami są Adam i Ewa. Są tam stworzenia Ewy z żebra Adama, grzech pierworodny oraz wygnanie z raju - taka krótka księga Genezis, z Ewą w roli głównej. Ewą, której nowym wcieleniem ma być Maria, jedna ludzkość zgubiła, druga ją wybawi. A wszyscy niczym hipisi z pięknymi długimi włosami (od Stwórcy po Adama).


w powiększeniu

Trzy archanioły z Tobiaszem Francesco Botticini
O ile o di Credim słyszałam/ czytałam, o tyle Botticini to całkiem mi obce nazwisko. A okazuje się on kolejnym z uczniów Verrocchia. Założył własny warsztat i zyskał sporą popularność we Florencji, do czasu, aż na scenę weszli Lippi (Filipino) i Botticelli.

Trzy archanioły z Tobiaszem Botticini

Wspominałam już kiedyś o kolejnej z moich słabość do przedstawień Archanioła Rafaela z Tobiaszem. Od czasu, kiedy przeczytałam książkę Anioł panny Garnet, w której przedstawiona została apokryficzna historia archanioła i Tobiasza, który wraz z wiernym psem w anielskim towarzystwie podróżuje, aby znaleźć lekarstwo na ślepotę ojca, a tym lekarstwem okaże się olej z rybich wnętrzności. Od tego czasu kolekcjonuję wszelkie obrazy przedstawiające tę podróż. Łatwo je rozpoznać, bo zawsze chłopcu towarzyszy wierny pies a w ręku niesie ogromną rybę. Jednak najczęściej Tobiaszowi towarzyszy jeden archanioł. Tutaj mamy aż trzech; Michał (ten w zbroi), Gabriel (z lilią) i Rafał (z naczynkiem zawierającym olej do namaszczenia). Oczywiście moją uwagę zwrócił temat, ale też wzrok przyciągnęła liliowa szata archanioła Rafała. Być może nie trafiłam wcześniej albo przeoczyłam ten barwnik na obrazach renesansowych, bo wydał mi się on tutaj niespotykany, albo rzadko spotykany (może niemodny). I Gabriel i Rafał mają cechy androginiczne. Bardzo też spodobały mi się botki Tobiasza, choć na długą podróż zapewne mało wygodne z uwagi na cienką podeszwę. Obraz był przeznaczony do ołtarza głównego kościoła Santo Spirito.

detal z rybą i botkami Tobiasza

Inne obrazy z Uffizi, o których pisałam:
Lorenzo Medici Vasariego,
Narodziny Wenus Botticelli,
Zwiastowanie Simone Martini i Lippo Memmi
Może były jeszcze inne, ale ich już nie pamiętam.

Mam fioła na punkcie justowania tekstu oraz ujednolicania czcionki i wielkości liter, niestety tym razem muszę się poddać, poprawiałam kilkanaście razy i co wejdę ponownie czcionka i wielkość liter żyją swoim życiem. 
O filmie Za drzwiami Galerii Uffizi pisałam tu
Poniekąd o Uffizi pisałam też tu

26 komentarzy:

  1. Jak zawsze Twój wybór obrazów znakomicie uzasadniony.
    O tym jak mozolna jest praca konserwatorów sztuki, nad jednym tylko obrazem, czytałam w książce Zaginiony obraz amerykańskiego pisarza Jonathana Harr'ego. Chodzi o Pojmanie Chrystusa Caravaggia. Dla tego dzieła pojechałam do Dublina do Irlandzkiej Galerii Narodowej...

    A...to miłe, że Wkraj jest ulubieńcem pewnego grona blogerów/blogerek. Bardzo go lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie chciałam tu pisać elaboratów o każdym z obrazów, ale troszkę informacji, które wydały mi się dość ciekawe. Mogłabym napisać o większej ilości obrazów, ale nie chciałam też zanudzić, bo wiem, że nie każdy lubi obrazy na tyle, aby mieć potrzebę dogłębnej analizy. Zresztą, jak zawsze podkreślam patrzę na nie okiem laika choć pasjonata, stąd moja wiedza taka nieprofesjonalna. Oj, jak mi się podoba podróż śladem obrazu, wówczas myślę, że nie jestem jakimś odmieńcem, który szlakiem obrazu, czy malarza/ rzeźbiarza/ literata podróżuje. Muszę sprawdzić, co to za książka, czy mają ją w bibliotece. Bo bardzo lubię takie książki około sztuki (jeśli nie za bardzo "odjechane" (wydumane).
    Wiesia znam "wirtualnie" od wielu lat, co uświadomiłam sobie kopiując wpisy blogowe i komentarze. Niemal pod każdym wpisem zamieszcza komentarz, a to bardzo miłe, poza tym pisze bardzo ciekawe relacje ze swoich podróży, więc nie mogło być inaczej. Też bardzo go lubię, a żeby nie było niedomówień, jego połowicę też, choć tylko występuje jako towarzyszka życia i osoba dołączająca do życzeń na kartkach z podróży. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie opisane i wycieczka zapewne wspaniała :) Cóż, dzieła sztuki tylko znane mi z albumów... Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. Też wiele dzieł znam jedynie z albumów i mimo, że chciałabym je oglądać na żywo, nie zawsze jest to możliwe, a oglądanie w albumach ma też swoje dobre strony. Jak pisał Iwaszkiewicz o muzeach, tym co najbardziej mu w nich przeszkadza są ludzie (a w ostatnich latach jest ich zdecydowanie za wiele)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny wybór obrazów, pięknie opisane.
    Lubię odwiedzać galerie w Twoim towarzystwie.

    OdpowiedzUsuń
  6. To miłe słowa, takie wizyty zdarzają się dość często na moim blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Estetyzowanie Iwaszkiewicza jest mi bardzo miłe. Hania, jego żona nazywała to haute volée-wysokie loty.
    Twoje powroty do Uffizi przynoszą wiele cennych wrażeń dla nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj użyłaś słowa, którego nie znałam:) Już sprawdziłam znaczenie. To też wartość z blogowania, kiedy uczymy się czegoś nowego.

      Usuń
  8. Galeria Uffizzi jest Floreńskim unikatem .
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wśród wiele fantastycznych florenckich galerii nie ma drugiej tak ogromnej i tak bogatej w zbiory

      Usuń
  9. Wieki nie byłam w Galerii Uffizi. Z wielką przyjemnością czytałam Twój post o prezentowanych obrazach. Chociaż jestem laikiem to wizyta w muzeach zawsze poprawia mi nastrój. Z pewnością wiesz jak bardzo lubię je oglądać. Poza sztuką współczesną, która mnie nie kręci.
    W swoim poście wspominasz Wiesia (Wkraj'a). Podobnie jak Ty, znam go "wirtualnie" od wielu lat. Śmiało można powiedzieć, że jest Wirtualnym Przyjacielem.
    Małgosiu, przesyłam moc pozdrowień, i życzę dobrego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak się czuję w galeriach sztuki, jakby spotkało mnie coś miłego, jakby spotkała się z przyjacielem, jakaś taka wzbogacona duchowo, choć też jestem tylko laikiem i też nie przepadam za sztuką współczesną, choć są oczywiście wyjątki. Mam nadzieję, że ręka mniej ciebie boli, życzę ci tego

      Usuń
  10. Bardzo dziękuję za miłe słowa i specjalną dedykację. Z obrazem, a właściwie z jego kopią "Madonna ze szczygłem" po raz pierwszy spotkałem się w kolegiacie jezuitów w Kłodzku. Umieszczoną gdzieś na bocznej ścianie i tak fatalnym stanie, że trudno było coś zobaczyć. Wtedy myślałem, że to kopia obrazu Rafaela ale okazuje się, że to była kopia obrazu nieznanego czeskiego artysty z 1350 roku. Teraz już wiem, że w tej chwili obraz znajduje się w berlińskiej galerii obrazów. Nie mogłem też przeoczyć "Hołdu trzech króli" Durera lubię spokój i ciepło panujące na tym obrazie. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kopie obrazów- to kolejne skojarzenia. We wrocławskim muzeum archidiecezjalnym widziałam Madonnę Sykstyńską Rafaela. Kopię z XIX wieku nieznanego malarza. Pewnie, gdybym wcześniej nie widziała oryginału wywarłaby na mnie większe wrażenie, bo przecież nie znam się na tyle, aby rozpoznać, co oryginał, a co kopia. Choć patrząc nań we Wrocławiu (już wiedząc, że nie oryginał) wydał mi się ... słaby? - ale to siła sugestii. Gdyby wisiał w Dreźnie obok oryginału miałabym zapewne kłopot z odróżnianiem. Lepiej jednak oglądać w odwrotnej kolejności, najpierw kopię, wtedy jest większa (mam wrażenie) przyjemność.
    Durer też mi się spodobał tym nastrojem kameralnym, tą ciszą na obrazie, albo spokojnym gwarem dziecka. Choć oczywiście uwielbiam bogaty Pochód Gozzollego bo kojarzy mi się z Medyceuszami i luksusowy Gentile da Fabriano, bo jest taki kunsztowny, wręcz jubilerski. Zupełnie inna scenografia, a każda na swój sposób urocza i pociągająca

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, jak wszystkie Twoje posty. Trochę się zastanawiałam nad doborem obrazów, ale doszłam do wniosku, że nie ma tu żadnego klucza, bo w końcu nie o to chodzi. Każdy z nich pokazuje inny fragment życia i w odmiennym ujęciu; każdy ma coś szczególnego, jakiś rys indywidualności artysty, jemu tylko właściwy. W tym, co piszesz, przypominają mi się właśnie „Wspominki włoskie” Iwaszkiewicza, który często pisał o malarzach mniej znanych, a którzy go czymś zafascynowali. To mi się w nim podobało — że nie pisał z pozycji znawcy czy krytyka, a raczej odbiorcy patrzącego sercem, a jak wiadomo, serce nie sługa i podąża tam, gdzie chce.
    Raz trochę mi podpadł, bo przez niego próbowałam dociec pewnego szczegółu na fresku „Cud w Bolsenie” Rafaela, którego chyba tak naprawdę tam nie ma. Straciłam na to mnóstwo czasu, ale bez skutku, bo go nie znalazłam. Obrazy Uccella widziałam na samym początku pobytu w Mediolanie, akurat była wtedy jego wystawa. Wydały mi się jakieś odmienne od malarstwa tego okresu i bardzo graficzne, ale jest w nich coś bardzo przyciągającego wzrok.

    Co do Tycjana i jego Wenus, to według mnie nie jest to kobieta ociekająca seksapilem; to raczej królowa lub bogini, tak odległa od erotycznych pragnień, że może spokojnie leżeć nago, bo nikt nie śmie jej tknąć, żeby go piorun nie poraził. Ale może Guidobaldo inaczej na nią patrzył i zakochał się w tym wizerunku, lub znał kobietę do niej podobną? Swoją drogą kobiety Tycjana nie wydają mi się zbyt uduchowione — nie bezduszne czy pozbawione wyrazu, ale bardzo ziemskie. Może wyjątkiem jest Twoja ulubiona Assunta, bo nawet pokutująca Magdalena, lejąca łzy, wygląda trochę jak aktorka dramatyczna na scenie z wielkim przejęciem grająca swą rolę.
    Nie dziwię się, że, będąc we Florencji, zaglądasz po raz kolejny do Uffizi. Ja też byłam w muzeum Brera i w Ambrosianie niejeden raz i zawsze zobaczyłam coś ciekawego, co mi umknęło. Znowu się rozpisałam, a mam jeszcze dwa zaległe posty!

    W związku z tym przesyłam uściski i życzę miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
  13. Miało być trochę różnorodnie, trochę bardziej znanych nazwisk, a trochę mniej, no i coś co zwróciło moją uwagę, choć to nie jest właściwy argument, bo moją uwagę zwróciło ponad dwieście obrazów. I staram się pisać to co mnie się nasunęło na myśl, a nie szpanować wiedzą, że linearne, że perspektywa, że wykorzystanie matematycznych wyliczeń. Choć zapomniałam o jednym, mogłabym dopisać daty przy obrazach, bo to pozwala je zlokalizować w epoce. Może dopiszę, ale nie dziś (migrena). Iwaszkiewicz zwracał uwagę, na jednego z piszących o sztuce - iż starał się popisać erudycją i lansował "swoich" ulubionych. Druga część zdania nie budzi mojego sprzeciwu, bo każdy z nas pisze o "swoich" o tych, którzy nas zachwycają w jakiś sposób, ale też nie lubię popisywania się erudycją, nie każdy się zna na tych specjalistycznych terminach, a jaka to przyjemność kiedy trzeba znaczenia słów szukać w słowniku. Lubię równowagę, pisanie w sposób przystępny i prosty, ale przemycenie paru informacji w treści :) I tak pisał Iwaszkiewicz w Podróżach do Włoch, które mam na tapecie (znaczy czytam je sobie właśnie). Mnie kiedyś koleżanka wysłała obrazek pisząc ciekawe czy odgadniesz zagadkę. Patrzyłam nań jak sroka w gnat przez kilka dni i nic i jak na koniec zapytałam, jakie było rozwiązanie- ona stwierdziła, że sama już nie pamięta. Też byłam zawiedziona.
    Uccello znam słabo, ale na tym obrazie wydaje mi się mega nowoczesny, jakby to był obraz przełomu XIX i XX wieku., zwłaszcza, gdybyśmy przyjęli, że błędy w ujęci proporcji, czy perspektywy zostały zamierzone :)
    Wenus to dla mnie kobieta zamężna, dość śmiała i gotowa oddać się miłosnym igraszkom z małżonkiem, a seksapil- może inne kanony atrakcyjności płciowej wówczas obowiązywały, bo wszystkie te nagie czy to boginki, czy kobiety ziemskie wydają się takimi niewinnymi, nie pociągającymi fizycznie, ale i panowie także. Więc może i seksapil ewoluował przez wieki, kiedyś wystarczyła sama nagość (naga pierś) dla męskiej podniety. No te wszystkie zamawiane do prywatnych salonów obrazy oglądane z zaufanymi gośćmi dziś wyglądają bardzo niewinnie. Do muzeów wracam często i zawsze utrwalam to co lubię i odnajduję coś nowego, albo przeoczonego, albo wyciągniętego z magazynowych zasobów.

    OdpowiedzUsuń
  14. Wzbogacasz moją wiedzę w tej dziedzinie, bo ja znam tylko te najpopularniejsze na świecie obrazy. Zwróciłaś uwagę na ciekawe ich szczegóły i fakty historyczne, dzięki którym prezentowane dzieła przyciągają uwagę i fascynują. Dzięki:)))

    OdpowiedzUsuń
  15. Miło mi to czytać i ja dziękuję. Postaram się od czasu do czasu dalej wzbogacać, bo przy okazji i sama poznaję wiele informacji. I może coś z tego się ostanie na dłużej :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ponownie zachwycam się Twoim darem pięknego i wciągającego opowiadania o sztuce. Z przyjemnością dogłębnie przyjrzałam się przedstawionym dziełom. Niesamowite, że obrazy stworzone setki lat temu, nadal potrafią wzbudzić tyle emocji.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dziś robimy zdjęcia, setki, a nawet tysiące zdjęć, kiedyś ludzie utrwalali co widzą często to widzenie modyfikując własną wyobraźnią, i to piękno pozostało na lata i chcę wierzyć, że nie ulegnie zniszczeniu.

    OdpowiedzUsuń
  18. Podążam fantastycznym śladami Twoich malarskich wędrówek po galeriach dla mnie niedostępnych i jestem Ci bardzo wdzięczna: nie poznałabym wielu z malarzy,.gdyby nie Twoje opisy. Mnie od jakiegoś czasu w religijnych obrazach najbardziej urzeka współczesne twórcom wnętrze albo pejzaże. Kolory renesansowe cokolwiek dla mnie przejaskrawione nie mają tej magii co mroczne rembrandtowskie. Nie wiedziałam też o strasznej powodzi z ropą naftowa z 1966roku - Złote Drzwi wyrwane a jak w ogóle udało się odnowić obrazy, co za koszmar.

    OdpowiedzUsuń
  19. Architektura i pejzaż to ciekawe obiekty na obrazach. Sama niezwykle lubię weduty- tyle, że te są znacznie późniejsze. W czasach renesansu architektura bywała jedynie tłem, a nie głównym obiektem na obrazie. Sama lubię niezwykle wnętrza świątyń na obrazach odtworzone z drobiazgową pieczołowitością, zwłaszcza świątyń, które są mi znane, wówczas fajnie się porównuje przeszłość z teraźniejszością.
    Mnie bardzo się podoba barwność obrazów. Już miałam napisać, że nie mam takiej słabości do Rembrandta jak Ty, kiedy zerknęłam na parę zdjęć i przypomniało mi się, z jaką radością na nie patrzyłam w Amsterdamie, czy Dreźnie. O powodzi z 1966 r. we Florencji czytałam po raz pierwszy u pani Ewy Bieńkowskiej Historie florenckie, gdzie pisała - Bilans strat kultury wynosił jedenaście tysięcy dzieł –ruchomych -uszkodzonych, co nie obejmuje fresków ani płaskorzeźb na murach, filarach i odrzwiach. Oraz milion trzysta tysięcy tomów i osiem milionów kart katalogowych Biblioteki Narodowej przy klasztorze Santa Croche. Powódź sięgała 6 metrów i przyniosła do miasta 500 ton błota zmieszanego z ropą naftową, które zalegały na ulicach do wysokości dwóch metrów przez długie tygodnie. Ratowanie niektórych woluminów wymagało kilkudziesięciu lat suszenia, aby dopiero po tym czasie przystąpić do ich renowacji- oczyszczania. Pojawiły się setki, jeśli nie tysiące wolontariuszy do ratowania dzieł sztuki i kultury. A nie wiemy o tej powodzi, bo byłyśmy małe, kiedy miała miejsce, a nasi rodzice nie mieli jeszcze telewizorów chyba, a w PRL nie była to wiadomość dnia.

    OdpowiedzUsuń
  20. Niesamowite dramaty. Coś podobnego pojawi się u mnie w jakiejś kolejnej książce(choć nie wiem jeszcze czy będzie to całość czy zbiór opowiadań, ale tekst już mam)- co jest ważniejsze, gdy zagłada zagląda w oczy: czy ginący nasz gatunek, czy też to co po nas zostanie? Dobry temat na refleksje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My przeminiemy, sztuka pozostanie. Wątpliwe, czy na zawsze, nic nie jest wieczne, ale na pewno dłużej niż my. Niech cieszy kolejne pokolenia i będzie tym łącznikiem pomiędzy pokoleniami, które dawno przeminęły a tymi nadchodzącymi. A co ważniejsze? pytanie na które nie ma dobrej odpowiedzi i tylko człowiek, który zdecyduje się poświęcić życie dla ratowania sztuki (a było takich wielu) może na nie odpowiedzieć.

      Usuń
  21. Trochę zaczynam żałować że pobytu we Florencji nie zaplanowałam tak, żeby odwiedzić Uffizi. Nie jestem pasjonatką sztuki a moja wiedza na ten temat jest niemal zerowa ale myślę, że Uffizi zachwyci każdego. Najlepszym na to dowodem była niekończąca się kolejka, której byłam świadkiem. Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę miała okazję być we Florencji to wtedy zwiedzanie zacznę od galerii, o której z taką pasją piszesz. Moc serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że nic na siłę, jeśli przyjdzie kiedyś taki moment, że poczujesz, że warto odwiedzić galerię, to może i poczujesz tę radość z wizyty. To, że tak wiele osób chciało ją odwiedzić nie oznacza, iż Tobie by się spodobało, ale też dopóki nie spróbujesz nie dowiesz się, czy ci to odpowiada :)

      Usuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).