Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 23 kwietnia 2013

Książka na dzień książki

Co robicie? Pewnie co najmniej połowa z was kupuje, licytuje lub już dokonała zakupów. W końcu dziś taki wyjątkowy dla nas łasuchów książkowych dzień, taki czytelniczy Tłusty Czwartek. Dlatego i ja uległam pokusie i zakupiłam kilka książek. Co prawda na niektóre zamówienie złożyłam wcześniej, ale tak się złożyło, że odebrałam dopiero dzisiaj. Miało już nie być stosików. Nie chce mi się wyciągać poustawianych już na półkach książek, ale pochwalę się nabytkami związanymi z dzisiejszym dniem.

1) Olimpio, czyli życie Wiktora Hugo Andre Maurois,
2) Han z Islandii Wiktor Hugo,
3) Monet Paskal Bonafoux,
4) Emil Zola Halina Suwała
5-6) Nędznicy Wiktor Hugo*.
*Aż dziw, że nie miałam dotąd w bibliotece mojej ukochanej książki.
Ale ponieważ apetyt mam spory zaraz polatam sobie po internetowych księgarniach, które kuszą dość obniżkami
Dziś też spakowałam książki dla dziewczyn, które wzięły udział w akcji Oddam w dobre ręce. Zapraszam do korzystania. 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Perswazje Jane Austin

Cóż jeszcze można napisać na temat książki, o której napisano już tak wiele, książki, która stanowi absolutną biblię milionów czytelniczek. Perswazje przeczytałam mając wcześniej na koncie lekturę trzech (jak mi się wydawało) najbardziej znanych powieści pisarki. Lubię i cenię powieści Jane Austin, ale nigdy nie zaliczałam się do fanklubu wielbicielek pisarki.
Dotychczasowym bohaterkom Austin, jakkolwiek zyskały moją sympatię, zawsze miałam coś do zarzucenia. Lubiłam je, ale nie potrafiłam się identyfikować z żadną z dziewcząt, a to za płocha, a to za rozważna, a to zbyt dumna, a to zbyt irytująca. Tymczasem Anna Elliot to dziewczę  marzeń.
Jest łagodna, spokojna, pozbawiona egoizmu, niosąca pomoc bliźnim, nie lubiąca rozgłosu i bycia w centrum zainteresowania, mądra i rozsądna.
Jej życie nie jest godne pozazdroszczenia. Na skutek perswazji otoczenia; zadufanego w sobie ojca oraz opiekunki i przyjaciółki domu dziewczyna odrzuciła kilka lat wcześniej oświadczyny człowieka, którego kochała i przez którego była kochana. Kapitan Wentworth, był marynarzem, marzycielem o wielkich aspiracjach, lecz jego widoki na przyszłość były mgliste, a zatem nie stanowił odpowiedniej partii dla dziewczyny, której ojciec miał aspiracje iście książęce. Zaawansowana wiekiem, niezamężna, dwudziestosiedmioletnia panna to osoba znajdująca się poza kręgiem społecznych i towarzyskich zainteresowań. Doskonale nadaje się do opieki nad siostrzeńcami i bratankami, jest czymś pośrednim pomiędzy osobą prowadzącą ojcu gospodarstwo domowe a damą do towarzystwa, no i oczywiście stanowi przedmiot sąsiedzkich drwinek i ostrzeżenie dla innych panien (co je czeka, jeśli nie będą brały tego co się nadarza). Anna mieszka z próżnym, zarozumiałym, rozrzutnym i skoncentrowanym na sobie ojcem, który doprowadził do ruiny rodzinny majątek wcale tego nie dostrzegając oraz siostrą, która stanowi jego kalkę. Dziewczyna jednak nie rozpacza, nie uważa swojego życia za przegrane, szuka dla siebie szczęścia w prozaicznych czynnościach dnia codziennego. Jej spokojną egzystencję przerywa pojawianie się na horyzoncie kapitana Wentwortha, który zbiwszy majątek powraca w rodzinne strony szukać żony. Co na to Anna? Czy będzie żałować decyzji powziętej pod presją, czy może zdecyduje się podjąć kolejną próbę rozniecenia uczuć kapitana? Nie, to nie w stylu Anny. Biedaczka robi co może, aby unikać spotkania, a kiedy do niego dochodzi stara się zachować zimną krew. A nie jest to wcale łatwe, bowiem oboje pozostali wierni swej miłości. Zakończenie czyni zadość oczekiwaniom rzesz czytelniczek. Jednak to nie wątek romansowy stanowi największy atut powieści. Perswazje to wspaniałe studium psychologiczne głównej bohaterki, w której można dopatrzeć się odbicia autorki; osoby pogodzonej z losem, umiejącej cieszyć się życiem i odnajdującej jego sens, nie szukającej prostych i łatwych rozwiązań, wiernej własnym przekonaniom i sercu. To także kolejna powieść obyczajowa, w której odbija się obraz epoki z jej konwenansami i sztucznością. To wreszcie pokłon złożony malowniczym pejzażom angielskiej wsi, które swą naturalnością i prostotą stanowią kontrast dla obrazu jej mieszkańców. No i w końcu to cała galeria wyrazistych postaci, wśród których poza nadętymi bufonami, czy egocentrykami i hipochondrykami możemy odnaleźć także całkiem sympatycznych osobników.
Inne recenzje Austin; Duma i uprzedzenie, Rozważna i romantyczna, Emma


niedziela, 21 kwietnia 2013

Paryż Emil Zola


Paryż pod koniec XIX wieku - 
z obrazów Pissarro, ze starej sepiowej fotografii, z czasów belle epoque; okresu postępu, rozkwitu i spokoju, wielkiej przebudowy. Wojna 1870 roku dawno już wybrzmiała, a nowa wojna światowa nadejdzie dopiero za kilkanaście lat. Miejsce, w którym wielu chciałoby się znaleźć.

Czy po lekturze ostatniej części trylogii Trzy miasta również? Paryż oglądany oczami Zoli to miasto oglądane od jego najciemniejszej i najwstydliwszej strony. A jednak dopiero poznanie takiego Paryża dać może pełny obraz i kto poznając miasto – pokocha je, takim jakim jest/było – pokocha je prawdziwie. Tak jak pokochał autor.

Piotr Froment, uczciwy i pełen miłosierdzia młody duchowny, który bez zarzutu spełnia swoją kapłańską posługę, a wśród owieczek bożych uważany jest za człowieka niemal świętego, dar wiary stracił już dawno temu. I jeśli ani pobyt w takich miejscach kultu; jak Lourdes, czy Rzym nie pomogły mu w odnalezieniu ścieżki wiary to tym bardziej nie mógł uczynić tego Paryż.
Miasto, w którym rząd sprawują ludzie cyniczni i przekupni, a prasa i wymiar sprawiedliwości siedzą w kieszeni finansistów, którzy dorobili się na spekulacjach giełdowych. Miasto, w którym bogate panie bawią się w dobroczynność, a panowie wykorzystują istnienie tychże towarzystw, jako narzędzie w swej grze politycznej. Miasto, w którym więzi rodzinne są parodią; córka pragnie poślubić kochanka matki, do czego matka usiłuje nie dopuścić, syn w pogardzie dla wszystkiego co normalne i dla chęci bycia oryginalnym, pozbywa się przyjaciółki – kochanki wpychając ją w ramiona utrzymanki ojca, ojciec, który trzęsie całym parlamentem i prasą, a traci rozum na skinienie paluszka kochanki. Miasto, w którym duchowni niewiele robią, aby ulżyć doli biedoty, a bardziej przedsiębiorczy wchodzą w sojusze ze światem polityki i finansjery. Miasto, w którym bezdomne i kalekie dzieci porzucane są w rynsztokach ulic, nędzarze zdychają z głodu w samotności, matki nie mają czym wykarmić dzieci, a ojcowie całymi dniami poszukują kawałka chleba dla swoich rodzin.
… ujrzał podwórze błotniste jak dół kloaczny, cuchnące schody, brudne mieszkania, lodowate i nagie, rodziny wydzierające sobie strawę, której nie zechciałyby bezpańskie psy, matki o wyschłej piersi, z płaczącymi niemowlętami na rękach, starców, którzy padli w kącie jak bydlęta i na kupie śmieci umierali z głodu. A potem stanął mu przed oczyma cały jego dzień, wspaniałość, spokój i wesołość salonów, jakie przebiegał, cały bezczelny zbytek Paryża finansów, Paryża politycznego i światowego. I teraz dotarł w końcu, o zmierzchu do Paryża Gomory, do Paryża Sodomy, zapalającego swoje światła na noc, na ohydę tej nocy-wspólniczki, której drobny popiół wolno przysypywał bezmiar dachów.
Kiedy czytałam o walkach parlamentarnych czułam się, jakbym oglądała relację z obrad sejmu. Lata mijają, mechanizmy sprawowania władzy pozostają bez zmian.
Powolna zgnilizna parlamentarna rozrosła się, atakowała organizm społeczny. Zapewne, ponad niskimi intrygami, nad pogonią ambicji osobistych, odbywała się szczytna, wzniosła walka zasad, przepływała historia odsuwając gruzy przeszłości, usiłując tchnąć w przyszłość więcej prawdy, więcej sprawiedliwości i szczęścia. Ale w praktyce, gdy widziało się tylko ohydną kuchnię codzienną, jakież rozpętanie samolubnych apetytów! Jedyne pragnienie: chwycić za gardło sąsiada, aby samemu odnieść triumf. Tam, wśród tych kilku grup, trwała tylko nieustanna walka o władzę i satysfakcję, jaką ona daje; lewica, prawica, katolicy, republikanie, socjaliści, dziesiątki odcieni politycznych były to tylko etykiety klasyfikujące, tę samą palącą żądzę panowania, rządzenia. Wszystkie problemy sprowadzały się do jednej jedynej sprawy: dowiedzieć się, kto — ten, ów czy tamten — chwyci w swe ręce Francję, aby z niej ciągnąć korzyści, aby jej kosztem udzielać łask klienteli swoich kreatur. A najgorsze, że wielkie batalie, dni i tygodnie stracone na to, aby ów nastąpił po tamtym, a ten po jeszcze innym, prowadziły jedynie do najgłupszego w świecie dreptania w miejscu, bo wszyscy byli siebie warci i zachodziły między nimi tylko nieznaczne różnice, tak że nowy władca partaczył tę samą robotę, którą spartaczył już jego poprzednik, z reguły zapominając o programach i obietnicach, gdy tylko dorwał się do władzy.
I pomiędzy tym wszystkim miota się Piotr, duchowny bez wiary, który poświęca życie na pomaganie biednym, głodnym i opuszczonym. Na krótko to dobroczynność staje się jego nową religią. Bo przecież w coś trzeba wierzyć, trzeba nadać życiu jakiś sens. Tylko, że dobroczynność staje się ślepą uliczką, im więcej z siebie daje tym mniejsze są tego efekty.
…Błoto wzbierało aż po brzegi, ohydna rana, krwawiąca i żarłoczna, ukazywała się bezwstydnie niczym rak toczący jakiś organ i sięgający serca. I cóż za niesmak, jakie obrzydzenie ogarniało wobec tego widowiska. I rodziło się pragnienie, aby nóż zemsty przywrócił zdrowie i radość!...
A zatem cóż pozostaje? Anarchia? Zemsta? Wymierzenie sprawiedliwości nawet kosztem niewinnych ofiar? Tyle, że i tutaj droga wiedzie donikąd. Nie dość, że cierpią niewinni to jeszcze atak wywiera często skutek odwrotny od zamierzonego. Zamach na przedstawiciela zepsutego mieszczaństwa okazuje się doskonałym pretekstem do zmiany rządu i zatuszowania skandalu tych, przeciwko którym był skierowany.

W finale utworu Piotr odnajduje w końcu równowagę ducha i sens istnienia. Muszę przyznać, że ten finał troszkę mnie zaskoczył, choć rozumiem, iż był on niezbędny dla uzasadnienia założenia, jakie przyjął autor.
Powieść to swoiste wyznanie wiary; wiary w potęgę rozumu, w osiągnięcia nauki, postęp, wiedzę, w siłę miłości i optymizmu, a co za tym idzie powieść stanowi krytykę religii katolickiej, jako przestarzałej i nieczułej na problemy społeczne. Można sobie wyobrazić, z jak ostrą reakcją środowisk katolickich spotkała się powieść i jej autor. Byli oni też przedmiotem ataku środowisk prawicowych, choć krytyka sięgała przecież o wiele głębiej.
Nie po raz pierwszy Zola zachwyca bogactwem opisów, choć tym razem są to opisy zjawisk, mechanizmów, analiza przyczyn, a nie opisy miejsc czy przedmiotów, które tak urzekały we wcześniejszych lekturach. Muszę przyznać, że momentami nużyły mnie przydługie opisy mechanizmów polityczno-parlamentarnych. To pewnie „wina” mojej filozofii życiowej, w której polityka z jej brudami zajmuje miejsce marginalne. Choć może, nie tyle nużyły, co mierziły ze względu na ich realność.
A jednak jest w prozie Zoli jakiś magnes, który przyciąga, słowa, które uwodzą, nawet, jeśli nie do końca zgadzamy się z ich treścią. No i jest tu Paryż prawdziwy i piękny mimo wszystko.
Paryż był niby olbrzymia kadź, w której kipiała cała ludzkość, najlepsza i najgorsza, wrzała straszliwa mikstura czarownic, cenne ingrediencje pomieszane z ekskrementami, mikstura, z której miał powstać napój miłosny i eliksir młodości. …. Osad ludzki opadał na dno kadzi i nie należało nawet życzyć sobie, aby każdego dnia dobro widomie odnosiło zwycięstwo; bowiem często potrzeba całych lat, aby z mętnej fermentacji powstała nadzieja, realizowana w tym przetwarzaniu wieczystej materii, którą wkładano raz jeszcze do tygla, aby ją jutro lepiej ukształtować. 
Moja ocena 4/6
Zdaję sobie sprawę, iż powinnam Paryż przeczytać, jako ostatnią cześć Trylogii, jednak ograniczona dostępność powieści Zoli spowodowała taką, a nie inną kolejność.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Korczak- próba biografii Joanna Olczak-Ronikier


Kiedy przeczytałam kilka entuzjastycznych opinii na temat biografii Korczaka sięgnęłam po inną książkę autorki tj. W ogrodzie pamięci. Dlaczego? To chyba była obawa, jaka towarzyszy mi dość często, kiedy spotykam się z entuzjastycznymi opiniami, obawa przed zawodem, jaki może mnie spotkać, kiedy oczekiwania są dość wysokie. Myślę, że przed lekturą powstrzymywała mnie także jeszcze inna obawa; przed pompatycznością i patosem, stawianiem na piedestale, budowaniem pomników. 

Lektura rozwiała moje obawy.

Autorka pisząc o Korczaku, którego poznała, jako dziecko, którego losy splotły się z losami jej bliskich pisze o nim tak, jak pisze się o osobie, którą darzy się uczuciem, pisze o nim z czułością i sympatią, a jednocześnie w sposób obiektywny i pozbawiony czołobitności. Porusza różne aspekty jego życia, także i te, które mogą budzić kontrowersje, ale opisuje je w sposób taktowny bez wchodzenia z butami w prywatność. Lektura nie rozwiewa wszystkich wątpliwości, jakie mogą się podczas niej narodzić, autorka stawia hipotezy, ale pozostawia margines niedopowiedzenia, pole do interpretacji i przemyśleń.

Książka opiera się głównie (choć nie tylko) na analizie pamiętników Korczaka pisanych w getcie. Próba biografii jest trochę, jak retrospektywny film kręcony w oparciu o luźne zapiski z ostatnich dni życia, przemyślenia, sentencje, które uruchamiają w pamięci obrazy z przeszłości. Przedstawia ona Korczaka - jako pedagoga, pisarza, lekarza, społecznika, ale przede wszystkim człowieka. Człowieka z jego rozterkami, pragnieniami, ideami, który cały swój czas, wszystkie siły i całą energię poświęcał na to, aby uczynić łatwiejszym i szczęśliwszym życie dzieci. Organizował domy dla sierot, kolonie dla dzieci z ubogich rodzin, kształcił kadrę przyszłych pedagogów, cała jego działalność literacko-publicystyczna miała służyć idei rozpowszechniania nowych metod wychowawczych, w których dziecko traktuje się jak człowieka, tym się różniącego od dorosłych, że mniejszego.

Nie sposób pisać o Korczaku (czyli Goldszmicie) w oderwaniu od przedstawienia losów polskich Żydów, ich asymilacji przy jednoczesnych próbach zachowania własnej tożsamości i odrębności. Znalazło się także miejsce na odmalowanie polskiej sceny politycznej w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po raz kolejny pojawia się refleksja, iż los Żydów zdawał się przesądzony od samego początku.
Korczak starał się zachować apolityczność, gotów był jednak paktować z każdym, jeśli dawało to nadzieję na osiągnięcie celu, czyli można by powiedzieć, że starał się szukać tego co łączy, a nie tego co dzieli, a wszystko dla dobra dzieci.
I jak każdy idealista spotykał się często z niezrozumieniem, zarzutami, atakami.

Nie będę oryginalna, kiedy powtórzę za innymi czytelnikami, ale i mnie w tej książce najbardziej przejmuje smutek, jaki z jej kart przebija. Smutek i rozgoryczenie, iż mimo oddania całego siebie tak niewiele udało się mu osiągnąć, iż to, co budowano z takim trudem i mozołem przyniosło efekty tak jednostkowe, smutek, z powodu niezrozumienia zarówno przez otoczenie, jak i przez samych wychowanków, smutek z powodu samotności i odrzucenia, no i w końcu smutek, bo smutny jest koniec tej historii. Koniec, który jest jedynie jej dopełnieniem, logicznym ciągiem zdarzeń całego życia.
A z drugiej strony, czy rzeczywiście pozostało niewiele? Realizacja idei, podejmowanie działań, literacka spuścizna, zachowanie godności, ocalenie pamięci osób - to bardzo dużo.  
Los Korczaka i całego pokolenia jemu współczesnych zdeterminowała historia. Korczak oczywiście nie działał w próżni, gdyby nie sztab równie oddanych sprawie osób nie byłoby historii Starego Doktora i o tym również pisze autorka w próbie biografii.

Moja ocena książki 5,5/6

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Apollo i Dafne Berniniego oraz 1 % podatku dla Beli


Kiedy czarne chmury zebrały się nad planami moich odwiedzin Rzymu w tym roku natychmiast zatęskniłam za tysiącem miejsc. Jednym z takich miejsc jest Galeria Borghese. Kocham to miejsce i choć jest tam wiele wspaniałych dzieł to dla mnie najważniejsze jest to, że znajdują się tutaj niemal wszystkie najwspanialsze rzeźby Berniniego. Pisałam już kiedyś o Porwaniu Prozerpiny oraz o Prawdzie. Dziś pora na Apollo i Dafne. Mitologia to obok postaci biblijnych ulubiona tematyka dzieł Gian Lorenzo Berniniego.

Apollo najpiękniejszy i najprzystojniejszy z greckich bogów nie miał szczęścia w miłości, a to za sprawką Erosa, z którym współzawodniczył o palmę pierwszeństwa w zawodach łuczniczych. Kiedy zakochał się w Dafne, córce boga Penejosa została ona ugodzona przez Efosa strzałą nienawiści. Kiedy zdesperowany Apollo pragnął posiąść boginię ta zaczęła uciekać. W ostatniej chwili matka bogini Gaja dla ulżenia doli córki zamieniła ją w krzak wawrzynu (drzewo laurowe), z którego Apollo zerwał sobie parę gałązek i uczynił wieniec laurowy. Bernini utrwalił moment przemiany Dafne w drzewo. Jest to ulotny, ale niezwykle  ekspresyjny moment zatrzymany w czasie.  Na twarzy Dafne maluje się przerażenie; już czuje na swym ciele dłoń niedoszłego kochanka, już palce dłoni zamieniają się w listki, a z palców stóp wyrastają korzenie, oczy skierowała ku niebu, a usta szeroko otwarte wyrażają bezgłośną skargę. Byłam boginią – będę drzewem. O bogowie, za co karzecie mnie tak srogo. W przeciwieństwie do Dafne Apollo jest spokojny, a nawet zadowolony; oto dosięga celu, już jego dłoń pieści aksamit skóry bogini, już trzyma ją w ramionach, zapowiedź radosnego spełnienia jest tak blisko. Apollo nie widzi rozpoczynającej się przemiany, aż dziw bierze, że nie czuje pod opuszkami palców pokrywającej ciało dziewczyny kory drzewa. Chciałoby się zobaczyć jego minę za chwilę, kiedy zorientuje się, że został wystrychnięty na dudka i zamiast kochanki trzyma w objęciach pokryte liśćmi gałązki. W zależności od tego z której strony rzeźby się ustawimy widzimy albo zadowolonego Boga albo przerażoną boginię. Jedna rzeźba, wiele znaczeń, wszystko zależy od punktu widzenia zdaje się mówić Bernini. Apollo i Dafne stanowi obraz relacji pomiędzy dwojgiem ludzi; ślepe podążanie za obiektem miłości może prowadzić do tragicznego rezultatu, a z drugiej strony rzeźba ma uzmysłowić, iż cel, do którego dążymy zmienia się z chwilą jego osiągnięcia (jest już czym innym). Czyli może lepiej gonić króliczka, niż złapać go.
Tym, czym dla renesansu był Michał Anioł, tym dla baroku był Gianlorenzo Bernini. Ilekroć jestem w Borghese nie mogę się napatrzeć na jego rzeźby. Oczywiście oglądam je w różnych miejscach, ale tutaj jest największe ich nagromadzenie. Poza ciekawym pomysłem dającym możliwość różnorakiej interpretacji dochodzi kunsztowne, dopracowane do perfekcji wykonanie zachowaniem dbałości o najdrobniejsze detale. Zachwycają misternie ułożone pukle włosów, mimika twarzy bogini, drobne listki wieńczące jej dłonie, palce stóp wypuszczające korzenie, pokrywająca ciało kora drzewa. Bernini jest mistrzem, który łączy w swych dziełach pełnię ekspresji z doskonałą harmonią. Rzeźba ustawiona jest pośrodku niewielkiej salki, można ją obejrzeć dokładnie z każdej strony i zapewniam was, że nie byłam jedyną osobą, która stała zmagnetyzowana nie mogąc od niej oderwać wzroku. 

A teraz coś z innej beczki, jeśli nie zdążyliście jeszcze wypełnić PIT-a i nie macie pomysłu na przekazanie swojego 1 % podatku to proponuję przekazać go na konto chorej córeczki naszej blogowej koleżanki. 
 Informacje można uzyskać tutaj.
A to blog jej mamy Magamary 

Lecę wypełnić mojego PIT-a. (brr nie lubię ... nie lubię)