Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 15 grudnia 2013

Florencja, Michał Anioł i ja



Stawianie się w jednym rzędzie w takim towarzystwie to z mojej strony zapewne bezczelność, ale co tam. Z wiekiem robię się bezczelna, kiedyś trzeba. Kiedy się ma to szczęście, że się TĘ Florencję miało u stóp (albo mniej dwuznacznie pod stopami) i to kilkakrotnie człowiekowi zaczyna się wydawać, że może zdobywać szczyty. Czytałam (chyba u pani prof. Ewy Bieńkowskiej) takie stwierdzenie, iż ogromną szkodą jest to, że nikt nie stworzył przewodnika po Florencji śladami Michała Anioła. Podzielam ten żal, choć z drugiej strony może to i dobrze, do miejsc, w których bywał Buonarroti dotrą jedynie najwytrwalsi i najwierniejsi admiratorzy sztuki i życia tego wielkiego człowieka. I to dotrą pustymi uliczkami bez konieczności przepychania się przez tłumy. Myślę, że za przewodnik mogłaby posłużyć Udręka i ekstaza Irvinga Stone`a. Autor nie podaje konkretnych adresów związanych z pobytem Michała Anioła w rodzimym mieście, podaje jednak pewne drogowskazy (padają tu nazwy ulic), no i przede wszystkim  buduje niesamowity klimat związany z osobą rzeźbiarza. Bo "florencki" Michał Anioł to przede wszystkim mistrz dłuta, a jedyny (z tego, co wiem) zachowany w Galerii Uffizi obraz Świętej Rodziny (Tondo Doni) to wyjątek potwierdzający regułę.

Moje pierwsze spotkanie z rzeźbiarzem we Florencji (pomijając kopię kolosa na Piazza Signoria) zaczęłam od miejsca spoczynku (zdjęcie nr 2), czyli od kościoła Santa Croche. Nie miałam wówczas pojęcia (było to ponad dziesięć lat temu) że tak niedaleko (jakieś dwieście metrów od kościoła) znajduje się dom, w którym mały Michelangelo spędził swe dziecięce lata. Stojąc plecami do placu Santa Croche wchodzę w ulicę Anquillara, gdzie pod nr 15 na skrzyżowaniu ulic z via Bentaccordi stoi dom, w którym mieszkał wraz z ojcem, macochą i czwórką braci. Dom nie wyróżnia się absolutnie niczym, gdyby nie pamiątkowa tabliczka (zdjęcie nr 1) minęłabym go obojętnie. Tak jak minęła go spora grupka turystów bardziej zainteresowana znajdującym się w pobliżu sklepem Duty free niż niepozorną kamienicą. To tutaj rozpoczyna się akcja powieści Stone`a;
Siedział przed lustrem w sypialni na piętrze (M.A) i szkicował swą szczupłą twarz, wystające kości policzkowe, ciężkie powieki nad szeroko rozstawionymi oczami koloru bursztynu i ciemne kędziory, bezwładnie spływające na szerokie płaskie czoło. …. Uniósł lekko swe gibkie ciało, tak by nie obudzić czterech braci, którzy z nim spali, i nastawił ucha w stronę Via Dell` Anquillara, nasłuchując gwizdu przyjaciela, Granacciego.
W powieści obaj młodzieńcy powędrowali do pracowni Ghirlandaio, w której starszy od Michała dziewiętnastoletni Granacci terminował. Powędrowałam i ja, odbywając dwie podróże; w przestrzeni i w czasie. Mijając Piazza Signoria z Palazzo Vecchio, (w którym oglądałam Geniusza unicestwiającego dziką siłę - późniejsze dzieło mistrza, w którym w malarskim pojedynku polegli i Leonardo da Vinci i Michał Anioł), znalazłam się naprzeciwko kościoła Orsanmichele, gdzie na rogu via dei Tavolini znajdowała się bottega Girlandhaio. Niestety mimo kilkakrotnego obejścia uliczki nie dojrzałam nań żadnej tabliczki pamiątkowej wskazującej, że w tym domu, bądź w tym miejscu kształtował się przyszły talent malarski twórcy Kaplicy Sykstyńskiej, bo i on zaczął pobierać nauki u Domenico Girlandhaia. Za to widok przepięknych posągów zdobiących nisze fasady Kościoła Orsanmichele, (czyli Św. Michała z Orto), wykonanych przez takich mistrzów; jak Donatello (zdjęcie nr 3 Św. Piotr Donatella), Verrocchio, czy Ghiberti może wprawić oglądającego w dobry nastrój.
A posągi te oglądał codziennie przez niemal rok młody Michał Anioł. Jego pierwsze próby malarskie znalazły swój finał na ścianach kościoła Santa Maria Novella. Nie wiadomo dziś dokładnie, który fragment obrazu zdobiący bajecznie kolorową kaplicę Tornabuonich jest autorstwa czternastoletniego Michała. O kaplicy Tornabuonich pisałam tutaj.
Z bottegi (pracowni) malarza trafił do bottegi rzeźbiarza Bertoldo di Giovanni mieszczącej się w Ogrodach Medyceuszy przy via Larga w pobliżu konwentu San Marco. Tu tutaj kilkadziesiąt lat wcześniej przebywał błogosławiony Fra Angelico, a dziś (1488 r.) mieszka tu szalony mnich Savonarola. Ogarnięty ideą odnowy kościoła walczy z człowiekiem, usiłując zniszczyć piękno i radość życia. Jego stosy próżności, w których płoną zarówno piękne szaty, biżuteria, jak i dzieła sztuki będące hołdem dla mistrzów antyku (obrazy, rysunki, posążki i księgi) przez kilka lat stają się codziennością Florencji. Za dziesięć lat ta sama Florencja pozbędzie się początkowo uwielbianego, potem przerażającego, a w końcu znienawidzonego mnicha. A na Piazza Signoria jeszcze dziś możemy zobaczyć miejsce, w którym Savonarola został spalony na stosie nienawiści i odwetu.
Plac położony przed kościołem Św. Marka to dziś dość ruchliwe miejsce. Vis a vis wejścia do klasztoru San Marco przyozdobionego przecudnej urody freskami błogosławionego brata Angelico (z najpiękniejszym ze wszystkich Zwiastowaniem) znajduje się przystanek autobusowy. O istnieniu ogrodów, będących miejscem spotkań renesansowych rzeźbiarzy, (a zapewne odwiedzanych także przez wszystkie najświatlejsze umysły piętnastego i szesnastego wieku), świadczy dziś pamiątkowa tabliczka na kamiennym murze. Tabliczkę (zdjęcie nr 4) łatwo można przeoczyć, gdyż zasłonięta jest przez bujnie wychodzące poza ogrodzenie gałęzie drzew.
Na Via Larga, naprzeciw kościoła znajdowała się furtka…. Był tu ogromny podłużny ogród, w środku którego wznosiło się casino, mały budynek. Na froncie ogrodu, na końcu prostej dróżki, widać było staw i fontannę, a obok na piedestale marmurowy posąg chłopca wyjmującego cierń z nogi. Na szerokim krytym ganku pracowała przy stołach grupa młodych ludzi. Cztery mury ogrodu tworzyły otwarte loggie, w których widniały marmurowe starożytne popiersia Hadriana, Scypiona, Augusta, Agrypiny, matki Nerona i wiele śpiących kupidynków. Wysadzana cyprysami droga wiodła wprost na casino. Poprzez rozległe trawniki podobne do łąk wiły się z każdego rogu prostokąta cieniste ścieżki ku centralnemu budynkowi. … Ten Ogród należał do Clarice de Medicci. Lorenzo kupił go dla niej, aby w razie jego śmierci miała tu dom. Clarice umarła w lipcu (1488 r.) i Lorenzo założył tu szkołę dla rzeźbiarzy.
To tutaj w tym ogrodzie powstała pierwsza z rzeźb Michała Anioła Faun, ten sam, któremu na skutek uwagi mecenasa artysty (Wawrzyńca Medycejskiego) młody rzeźbiarz wybił kilka zębów i zmienił układ twarzy. Przy Via Larga (dziś via Cavour) mieści się także pałac Medyceuszy, w którym młody Michelangelo bywał; miał okazję uczestniczyć w spotkaniach najświatlejszych umysłów cinquecenta i czerpać z ich wiedzy, przysłuchując się dyskusjom i wymianie myśli. Dziś jedną z największych ozdób pałacu jest fresk Pochód trzech króli Benozza Gozzolego. Palazzo Medici (zdjęcie nr 5) to pierwsze miejsce związane z osobą Michała Anioła, które mogę obejrzeć od środka. Wrażenie z pobytu opisałam tutaj.
Aby odwiedzić wszystkie miejsca związane z Michelangelo trzeba dużo czasu, bowiem pozostawił tu sporo dzieł. Wędrując uliczkami Florencji trudno zachować chronologię zdarzeń, bowiem dzieła zostały przemieszane. Ja wrócę na chwilę na Piazza Santa Croche, aby wejść w boczną uliczkę via Ghibellina, gdzie pod nr 70 znajduje się dom (zdjęcie nr 6) zwany Domem Michała Anioła (Casa Buonarroti), tj. dom, który zakupił jego bratanek, a który został przez jego spadkobierców przekształcony w poświęcone mu muzeum. Pamiątek po artyście nie ma tu za wiele, ale zachowany został autentyczny wystrój renesansowej posesji; meble, obrazy, rzeźby, posągi. Można tu poczuć klimat przeszłości snując się małymi, przytulnymi pokoikami. Zwiedzających tu niewiele, więc istnieje taka dość intymna atmosfera przebywania w domu potomków Michała Anioła w otoczeniu przedmiotów codziennego użytku oraz poświęconych artyście wyrazów podziwu (obrazów, popiersi, rzeźb). Tutaj znajdują się dwie płaskorzeźby młodego twórcy; Madonna przy schodach oraz Bitwa centaurów. Kiedy uświadomi się, że ich twórcą był szesnastolatek trudno w to uwierzyć. 

Idąc dalej via Ghibellina dochodzimy do Pallazzo del Bargello (gdzie mieści się Muzeum Narodowe). Podczas tegorocznych wakacji udało mi się powiększyć kolekcję dzieł Michała Anioła o znajdujące się tutaj cztery rzeźby; Tondo Pittich (Madonna ucząca czytania Dzieciątko i małego Jana Chrzciciela, Dawid lub Apollo, Brutus oraz najwspanialsze ze zbiorów Bargello (moim zdaniem) Bachus. Cudowny posąg nadużywającego życia bożka z gronami winnymi na czole i czarą napoju w dłoni. Stone opisał pragnienia twórcy związane z rzeźbą:
Jego rzeźba musi mieć w sobie wesele, musi wyrażać poczucie płodności, cechujące Dionizosa, boga przyrody, a także moc upajającego napoju, który pozwala człowiekowi zapomnieć o ziemskiej niedoli. A może uda mu się jednocześnie pokazać, że zbytnie zapominanie sprowadza upadek, to co zwykle się dzieje, gdy człowiek podporządkowuje duchowe i moralne wartości przyjemnościom ciała.
I kiedy patrzy się na Bachusa (zdjęcie nr 7źródło) odczuwa się i radość i wesołość i przestrogę. Zamglony wzrok zniewieściałego Bachusa, który bardziej przypomina człowieka, niż półboga stanowi ostrzeżenie przez zbytnim folgowaniem przyjemnościom, a jednocześnie całość utrzymana jest w pogodnym nastroju pozbawionym moralizatorstwa. Radosny nastrój buduje postać małego chłopczyka, który podbiera nietrzeźwemu, zniszczonemu nałogiem Satyrowi winne grona. Bachus to chyba najpogodniejsza z rzeźb Michała Anioła.
Nie sposób być we Florencji i nie widzieć Dawida. Nie wszyscy wiedzą, że znajdujący się na Piazza Signoria posąg to kopia. Oryginał znajduje się w Gallerii dell Accademia  przy via Ricasoli. Oprócz Dawida, zwanego kolosem znajdują się tu trzej niewolnicy (więźniowie, jeńcy  - spotykam różne nazwy) i Pieta Palestrina. Chcąc odwiedzić tę Galerię należy zarezerwować sobie sporo czasu na odstanie w kolejce do wejścia (czasami dorównuje ona rozmiarami kolejce do Uffizi).
Dawid na Piazza Signoria i Dawid w Galerii wywołują zupełnie inne wrażenia i choć generalnie preferuję sytuację, kiedy dzieło sztuki znajduje się w miejscu dla którego zostało stworzone, to tutaj Dawid – oryginał moim zdaniem prezentuje się piękniej, okazalej, bardziej majestatycznie. Na Placu jego wielkość ginie w otoczeniu innych rzeźb i jest przytłoczona murami Palazzo Vecchio. W Galerii ogląda się z większym skupieniem i nabożnością (ja przynajmniej tak to odebrałam). Jednak tym co zrobiło na mniej bardzo duże i niespodziewane wrażenie były rzeźby uwięzionych w kamieniu mężczyzn, z tym zamierzonym niedokończeniem.

Coś niesamowitego, chodziłam, patrzyłam, odchodziłam i wracałam. Fragmenty torsów uwięzione w skale, na reprodukcjach wyglądają mało zachęcająco, w rzeczywistości to pełne ekspresji, przejmujące dzieła, które wyrażają o wiele więcej, niż te piękne oszlifowane i połyskujące gładzią marmuru.
Inną fantastyczną rzeźbą, jedną z moich ulubionych jest Pieta Florencka znajdująca się w Muzeum Katedralnym (Museo Dell` Opera del Duomo). O tej Piecie powstał cały wpis.
Kiedy opuścimy Muzeum Katedralne tylko parę kroków dzieli nas od Kościoła San Lorenzo. Wystarczy skierować się w Via Zannetti i idąc wzdłuż straganów z pamiątkami i wyrobami ze skóry dojdziemy do Nowej Zachrystii, w której artysta oddał hołd rodzinie Medyceuszy tworząc fantastyczne pomniki nagrobne dla dwóch przedstawicieli rodu wraz z cudownymi personifikacjami pór dnia (Dzień i Noc, Zmierzch i Jutrzenkę), o których pisałam tutaj.
Nie wspomniałam jeszcze o jednym miejscu, związanym z Michałem Aniołem, jest to Kościół San Spirito (zdjęcie nr 9), przy którym młody człowiek, narażając się na wielkie niebezpieczeństwo studiował anatomię (dokonując sekcji zwłok), co było wówczas absolutnie zakazane. Tutaj znajduje się wyrzeźbiony przez niego drewniany krucyfiks. To chyba ostatnie miejsce we Florencji, związane z osobą Michała Anioła, które pozostało mi do odwiedzenia.
Cytaty pochodzą z książki Udręka i ekstaza I. Stone tom I
Przeczytane biografie Michała Anioła;
Michał Anioł Jerzy Cepik
Michał Anioł Nieszczęśliwy Rzymianin Ewa Bieńkowska
w oczekiwaniu Pojedynek geniuszy Jonathan Jones

czwartek, 12 grudnia 2013

O cudzie, czyli nietypowy (przypadkowy) sposób promocji czytelnictwa


Jest godzina piąta czterdzieści pięć rano. Za oknem ciemna noc. Autobus ruszył z pierwszego przystanku, kumoszki z osiedla zaczęły już relacjonować przebieg poprzedniego popołudnia i wieczora, parę osób prowadzi poranną porcję telefonicznych konwersacji, a ja zdążyłam zatopić się w świat korespondencji Vincenta z Theo. I kiedy zupełnie niewinnie, bez żadnych podtekstów i ukrytych intencji pociągam nosem, ktoś obok zaczyna mówić. Ze zdziwieniem konstatuję, iż słowa wypowiadane przez siedzącego obok mężczyznę skierowane są do mnie „Jeśli śmierdzę, to niech się Pani nie krępuje i mi powie”. Bardziej zdziwiona, niż przestraszona (zniesmaczona?) stwierdzam, iż ja nic nie czuję. Na co Pan kontynuując tak pięknie nawiązaną znajomość zagaja „Bo wie Pani, ja trochę wypiłem, właściwie, to cały czas piję, czekam, aż otworzą sklepy, aby kupić piwo, no to i może trochę śmierdzę. Ale jak śmierdzę, to Pani powie, a ja wysiądę”.

W tej chwili nos wyczuwa to co miał poczuć, no ale jak tu miłemu Panu powiedzieć, że „i owszem, nieco cuchnie”, tym bardziej, że w zasadzie nie jest to woń zmieszana z innymi niemiłymi woniami, ot po prostu jedzie od niego, jak z gorzelni. Pan ośmielony brakiem protestu z mojej strony kontynuuje rozmowę (prawdę powiedziawszy jest to raczej dialog), moja rola ogranicza się do potakiwania głową od czasu do czasu.

„Jak to miło, że Pani czyta. Dzisiaj to niewiele ludzi czyta książki. Tylko te jakieś ebooki i audiobooki (te, co to Pani wie na słuchawkach). A ja uważam, że nie ma, jak taka tradycyjna książka. Wie Pani, mogę Pani coś polecić do czytania. Jest taka bardzo dobra książka. KIK wydał. Teraz jej Pani nigdzie nie kupi, ale przez Internet może sobie Pani zamówić. Kosztuje grosze, a jest naprawdę świetna. Nie to, co te śmiecie, które teraz wydają”. I tu wymienił nazwę książki i autora. Nie zapamiętałam autora, ale w tytule było coś z cudem. Tak mnie zaintrygowała ta rekomendacja, że sięgnąwszy do katalogu książek wydanych przez KIK odnalazłam. Otóż polecaną książką jest Cud generalny. Powieść nadziei Parala Vladimira. Książka została wysoko oceniona w biblionetce i nieźle na portalu Lubimy czytać.

I co z tego wynika?

Otóż przed chwilą zamówiłam książkę na allegro (a przy okazji jeszcze parę innych). Nie wiem, czy to byłby skuteczny środek zachęty do lektury, na mnie zadziałał. 
Jestem ciekawa, czy książka mi się spodoba, ale chyba jeszcze bardziej ciekawa tego, co zrobiło tak dobre wrażenie na miłym współpasażerze). W powiedzeniu, że podróże kształcą jest wiele prawdy (i wcale nie muszą to być podróże przez pół Europy).

wtorek, 3 grudnia 2013

Martwa natura z wędzidłem Zbigniew Herbert, czyli piękno zwykłych przedmiotów



I znowu nie po kolei, najpierw przeczytałam część II cyklu, czyli Barbarzyńcę w ogrodzie, potem Martwą naturę z wędzidłem – część III, a Labirynt nad morzem dopiero ku mnie zmierza. W moim prywatnym rankingu dzieł Herbertowskich na pierwszym miejscu znalazł się Mistrz z Delf.

Tym, co najbardziej cenię w literaturze jest połączenie prostoty przekazu, talentu twórcy z elementem uczuciowym. Lubię, jak czytanie nie tylko wzbogaca mnie w zasób wiedzy, ale też porusza emocjonalnie, a także kiedy książka jest odbiciem stanu duszy nie tylko piszącego, ale i po trochę odbiciem stanu mojej duszy, bowiem lubię się w niej przejrzeć, jak w zwierciadle.

Martwa natura z wędzidłem dała mi tę możliwość. Bohaterem tej książki jest Holandia i jej mieszkańcy w złotym okresie; z krajobrazem, sztuką, przywarami i charakterem zamieszkujących ją ludzi. Holandia to królestwo rzeczy; twardo stąpający po ziemi jej obywatele nie ulegali wielkim uniesieniom, patriotycznym zrywom, duchowym rozterkom, skupiali się na tu i teraz, a dla potwierdzenia swej realności otaczali się przedmiotami, a jakby im tego było mało życzyli sobie, aby przedmioty te utrwalać na płótnie. Stąd mnogość obrazów o tematyce tak prozaicznej jak patery z owocami, stoły pełne mięsiwa, wazony z kwiatami, krowy na łące, leśne pejzaże. Żadnych niedopowiedzeń, żadnej symboliki, wszystko wprost, wierne odbicie rzeczywistości. W Holandii obrazy były wszędzie.

Dzieła sztuki znajdowały się nie tylko w domach bogatych mieszczan, ale również w przeróżnych sklepach, lokalach, ba nawet w rzemieślniczych warsztatach, a także na ulicach i placach.[…] (Pewien podróżnik) widział na dorocznym jarmarku w Rotterdamie ogromną ilość obrazów. A przecież w innych krajach były to przedmioty zbytku, na jakie mogli sobie pozwolić tylko ludzie zamożni. […] Malarstwo w Holandii było wszechobecne. Wydaje się, że artyści starali się powiększyć widzialny świat swojej małej ojczyzny, pomnożyć rzeczywistość przez tysiące, dziesiątki tysięcy płócien, na których utrwalano wybrzeża morskie, rozlewiska, wydmy, kanały, rozległe horyzonty i widoki miast.

Herbert podziwia zdolności holenderskich artystów. Pisze o ich obrazach, iż „osoby, rzeczy, krajobrazy wydają się, jak żywe, nie tylko łudząco podobne, ależ tożsame z modelem. Ręka wyciąga się instynktownie, pragnąc wyzwolić z ram uśpione egzystencje. Dawni mistrzowie apelowali nie tylko do oka - ale budzili inne zmysły- smak, węch, dotyk, słuch nawet. Więc obcując z ich dziełami, odczuwamy najzupełniej fizycznie-kwaśny smak żelaza, zimną gładkość szkła, łaskotanie brzoskwini i welurów, łagodne ciepło glinianych dzbanów, suche oczy proroków, bukiet starych ksiąg, powiew nadciągającej burzy”. Kiedy to czytam nie wiem, czy to zaleta mistrzów palety, czy może Herberta, że mam przed oczami, że widzę i czuję opisywane przedmioty. Trzeba nie lada talentu i wrażliwości, aby pisząc o obrazach pisać tak namacalnie, tak malarsko, że nawet nie widząc dzieła można je zobaczyć, dotknąć ich struktury, poczuć zapach znajdujących się tam owoców czy kwiatów. I myślę, że to harmonijne połączenie obu tych umiejętności sprawia, że zwykłe przedmioty nabierają nowego blasku. Przedmioty namalowane i opisane potwierdzają istnienie tych, którym służyły. Zupełnie, jakby poprzez rzeczy utrwalona została ludzka egzystencja. Krótkie rozdziały poświęcone trzem mniej znanym malarzom (Van Goyen, Terborch, Torrentius) przedstawiają ich dzieła poprzez biografie, a te opisane są tak ciekawie, iż czytelnik zagłębia się w życie człowieka sprzed pięciu wieków niczym w opowieść o życiu kogoś bliskiego nie mogąc doczekać się końca lektury. Te życiorysy to mini scenariusze filmowe. Najciekawiej prezentuje się Torrentius (nazwany „Orfeuszem martwej natury” malarz, którego Martwa natura z wędzidłem posłużyła za tytuł książki); otoczony aurą tajemniczości i skandalu, urodziwy elegant i birbant, korzystał z życia garściami, w towarzystwie wesołej kompanii urządzał huczne i często nieobyczajne uczty, igrał z ogniem prowadząc niebezpieczne dysputy na tematy filozoficzno-religijne. Prawdopodobnie należał do różokrzyżowców. Niestety miał pecha, albo też padał ofiarą spisku, gdyż został oskarżony o bezbożność i naruszanie norm obyczajowych a także oddawanie się nielegalnym praktykom, co w do gruntu tolerancyjnej Holandii było nie do pojęcia. Po najbardziej mrocznym i dziwacznym postępowaniu sądowym, użyciu środków przymusu fizycznego (na które jakimś cudem był odporny) został skazany na dwadzieścia lat więzienia. Nie pomogła nawet interwencja namiestnika Holandii. Malarz został zwolniony dopiero dzięki wstawiennictwu króla Anglii Karola I, zwolniony pod warunkiem opłacenia kosztów procesu, natychmiastowego opuszczenia kraju i zapewnienia, iż nigdy nie wróci do Holandii. Malarz wyjeżdża do Anglii i po dwunastu latach ….. wraca do Holandii, gdzie zostaje poddany kolejnemu procesowi i torturom. Złamany umiera dwa lata po powrocie.
Zachwyca umiejętność opisywania w sposób arcyciekawy tematów, który nie wydają się być pasjonującymi. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę czytać i to czytać z zainteresowaniem rozdziały poświęcone warunkom naturalnym Holandii, historii, handlowi obrazami (źródłom utrzymania malarzy), czy szaleństwu, w jakie popadli ci tak rozsądni i rzeczowi ludzie, czyli tulipanomanii (holenderskiej grze hazardowej, w której stawką były z jednej strony cebulki nowych odmian kwiatów a z drugiej fortuna, powodzenie lub bankructwo) - nie uwierzyłabym.

To dzięki tej wiedzy, dzięki zrozumieniu świata, w jakim funkcjonowali mieszkańcy Holandii można zrozumieć ich stosunek do sztuki.

„[Wolność] była dla Holendrów czymś prostym, jak oddychanie, patrzenie, dotykanie przedmiotów. Nie trzeba jej było definiować ani upiększać. Dlatego w ich sztuce nie ma podziału na to, co wielkie i małe, ważne i nieistotne, podniosłe i pospolite.”


I tak, jak dla malarza ważne jest każde odwzorowanie rzeczywistości, tak dla Herberta ważne jest wszystko, czy to jednostkowy los entomologa, lichwiarza czy kupca bławatnego czy historia bitwy pod Lejdą. Wszystko ma takie samo znaczenie, bo wszystko świadczy o otaczającym jego bohaterów - świecie.

Dla przykładu o Martwej natrze z wędzidłem pisze Herbert:

… ma formę koła lekko spłaszczonego na „biegunach” i sprawia wrażenie nieznacznie wklęsłego zwierciadła. Za sprawą lustra przedmioty nabierają spotęgowanej, nabrzmiałej realności. Wyrwane z otoczenia, które mąci ich spokój, wiodą życie majestatyczne i samowolne. Nasze codzienne, praktyczne oko zamazuje kontury, dostrzega tylko mętne, splątane smugi światła. Malarstwo zaprasza do kontemplacji rzeczy wzgardzonych, jednostkowych, odbiera im banalną przypadkowość- i oto zwykły kielich znaczy więcej niż znaczy, jakby był suma wszystkich kielichów- esencją gatunku.

Poza kilkoma krótkimi formami zbiór zawiera dziesięć szkiców zwanych apokryfami. I choć każda z tych krótkich form jest równie ciekawa mnie spodobały się najbardziej Epilog i List.

W Epilogu Herbert przedstawia historię życia pewnego kupca bławatnego, sześćdziesiąt lat mieści się na kilku stronach. A sposób opisu, celny wybór właściwych fragmentów biografii, parę słów, którymi umiejętnie podkreśla cechy charakteru bohatera, sprawiają, że ten żyjący kilka wieków wcześniej obcy nam człowiek staje się kimś bliskim, zagłębiamy się w jego dzieje z oczekiwaniem na puentę, w przekonaniu, że przecież wszystko dzieje się w jakimś celu, że zaraz nastąpi spektakularny finał, zaskoczenie, tymczasem nie dzieje się nic, życie toczy się zgodnie ze zwykłą koleją dziejów, aż wypełni się do końca i aż „zasłonią wszystkie lustra w domu i odwrócą wszystkie obrazy do ścian, aby wizerunek dziewczyny czytającej list, okrętów na pełnym morzu, wieśniaków tańczących pod wysokim dębem nie zatrzymywał w drodze tego, który wędruje ku światom niewyobrażalnym.”  List przedstawia znaleziony w początku ubiegłego wieku pod okładką książki list, którego autorstwo przypisuje się Vermeerowi. Nie ma ostatecznych dowodów, nie można wykluczyć fałszerstwa, jednak poszlaki są bardzo przekonywujące. Jest to list malarza do przyjaciela, naukowca napisany pod wpływem dyskusji, jaką odbyli krótko wcześniej dotyczącej wyższości nauki nad sztuką.

„Pojąłem, co chciałeś (…) wyrazić, że my artyści utrwalamy pozory, życie cieni, kłamliwą powierzchnię świata, a nie mamy odwagi dotrzeć do istoty rzeczy. Jesteśmy by tak rzec, rzemieślnikami pracującymi w materii złudy, gdy Ty i Tobie podobni- jesteście mistrzami prawdy”

Po krócej opowiastce o chińskim cesarzu, który zabronił uprawiania sztuki, jako dziedziny bezużytecznej i nikomu niepotrzebnej, a wręcz szkodliwej oraz przedkładał naukę nad inne dziedziny życia, a starzejąc się zapragnął zostać unieśmiertelniony dzięki odkryciom naukowym, czego nie zdołali mu zapewnić hojnie wspomagani dotacjami naukowcy autor listu (Vermeer?) puentuje;

(...) obawiam się, że Ty i Tobie podobni wyruszacie na niebezpieczną wyprawę, która przynieść może ludzkości nie tylko korzyści, ale także wielkie niedające się naprawić szkody. Czy nie zauważyłeś, że im bardziej środki, narzędzia obserwacji doskonalą się, tym bardziej cele stają się odległe i nieuchwytne. Z każdym nowym odkryciem otwiera się nowa otchłań. Jesteśmy coraz bardziej samotni w tajemniczej pustce wszechświata. (….) Zarzucasz mi zapewne, że nasza sztuka nie rozwiązuje żadnej zagadki przyrody. Naszym zadaniem nie jest rozwiązywanie zagadek, ale uświadomienie ich sobie, pochylenie głowy przed nimi, a także przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie. Jeśli jednak koniecznie zależy Tobie na wynalazkach, to powiem, że jestem dumny z tego, iż udało mi się zestawić pewien szczególnie intensywny rodzaj kobaltu ze świetlistą , cytrynową żółcią, jak również zanotować refleks światła, które pada przez grube szkło na szarą ścianę (…). Jeśli dobrze rozumiem moje zadanie, polega ono na godzeniu człowieka z otaczającą rzeczywistością, dlatego ja i moi cechowi bracia powtarzamy nieskończoną ilość razy niebo i obłoki, portrety miast i ludzi - cały ten kramarski kosmos, bo w nim czujemy się bezpieczni i szczęśliwi (…). Będziemy uprawiali nadal nasz archaiczny proceder, będziemy mówili światu słowa pojednania, mówili o radości z odnalezionej harmonii, o wiecznym pragnieniu odwzajemnionej miłości.”

Nie wiem, czy to rzeczywiście Vermeer był autorem listu, ale podpisuję się pod nim obiema rękoma, choć moja profesja nie ma nic wspólnego ze sztuką, to przecież uprawiam sztukę życia, w której szukam harmonii, piękna, ładu i poczucia bezpieczeństwa.

Herbert w Martwej naturze udowodnił po raz kolejny, że jest mistrzem słowa, magikiem, który potrafi coś zwykłego i prozaicznego przemienić w coś niezwykłego, w czym dorównuje holenderskim mistrzom pędzla.

Mam tylko jedną uwagę do wydanej przez Zeszyty Literackie pozycji – brak tłumaczenia cytatów z języków obcych.
Na plus wydawnictwu bardzo ładna okładka (reprodukcja obrazu Pantofle Samuela van Hoogstratena.

Moja ocena książki 5,5/6