Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Wakacji Pana Łaskawego Salley Vickers nie polecam


Tym razem dla odmiany sięgnęłam po coś, co z założenia miało być lekką, łatwą i przyjemną lekturą. Wybór Wakacji pana Łaskawego był wynikiem oczarowania  Aniołem panny Garnet tejże autorki, która to książka uwiodła mnie pomysłem, lekkością, pozytywnym przekazem, wpleceniem biblijnej przypowieści i tłem weneckich uliczek.

Pan Łaskawy napisał dawno temu książkę, która okazała się bestsellerem. Na kanwie tego sukcesu założył firmę, która choć nie przynosi tak dużych dochodów, jak początkowo wciąż pozwala na wygodne życie. Pewnego dnia Pan Łaskawy dochodzi do wniosku, że czuje się obco we współczesnym świecie, nie umie się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości. Oglądając operę mydlaną wpada na pomysł, aby zrobić sobie wakacje i napisać kolejną książkę w stylu oglądanej produkcji. Łaskawy wyjeżdża do małej wioski Great Calne, wynajmuje dom, urządza się, zasiada przed ekranem komputera i nie może zacząć pisać, bowiem, toczące się wokół życie przejmuje kontrolę nad jego planami. Razem z głównym bohaterem poznajemy mieszkańców wioski i ich problemy. Są to osoby dość dziwne, można powiedzieć, iż wioskę zamieszkują same życiowe kaleki, ludzie samotni i pozbawieni miłości, osoby ze skłonnościami autodestrukcyjnymi, nadające się na kozetkę do psychoanalityka. Autorka nakreśla jednak postacie bohaterów w sposób dość powierzchowny. Salley Vickers stosuje mało dla mnie czytelny klucz prowadzenia narracji. Staram się czytać książki do końca, gdyż czasami dopiero zakończenie wyjaśnia wszystko, tymczasem w przypadku Wakacji Pana Łaskawego zakończenie zamiast wyjaśniać sporo zaciemnia. Autorka od czasu do czasu wplata zawiłe i metaforyczne opisy przyrody, które nie bardzo wiadomo, czemu mają służyć, bo ani nie budują klimatu, ani nie są wyrazem talentu pisarskiego. Opowieść momentami staje się nużąca, a język toporny (choć to może kwestia tłumaczenia). Niektóre filozoficzne przemyślenia są szalenie naiwne, a inne zupełnie niezrozumiałe.
Myślę, iż autorce przyświecał jakiś zamysł, a Wakacje pana Łaskawego nie miały być jedynie taką sobie historyjką rozważań starszego pana na temat stosunku do miłości, życia i śmierci snutą na tle opisu życia mieszkańców wioski. Ja jednak tego zamysłu nie odgadłam. Zabrakło myśli przewodniej, prostoty przekazu, lekkości pióra. Poczułam się rozczarowana. Nie polecam. 
Jeśli chcecie zapoznać się z twórczością tej autorki proponuję sięgnąć po Anioła panny Garnet. 
Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, a było zgrzytanie zębami. 
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.
Moja ocena 3-/6

piątek, 30 maja 2014

Dzienniki Marii Dąbrowskiej Tom I -okres od 1914 do 1932 roku



Źródło
Geneza - wizyta w mieszkaniu pisarki na Polnej

Na fali odwiecznych dylematów, co w literaturze jest/być powinno ważniejsze - jej walor poznawczy czy emocjonalny Dzienniki Dąbrowskiej były dla mnie lekturą idealną,  pozwoliły zarówno na poszerzenie horyzontów, jak i sprawiły radość z odkrycia duchowego pokrewieństwa.

Pierwszy tom Dzienników obejmuje okres I wojny światowej oraz początki istnienia biało-czerwonej po latach niewoli, tworzenie się zrębów państwowości, lata tyleż pełne entuzjazmu z tworzenia od podstaw, co rozczarowań z postawy rodaków.  

Poczucie rozczarowania z powodu ludzkich ułomności

… nie dobra wola i podjęcie pracy na wsi nas zjednoczyło, ale każda strona o zwycięstwie tylko swojego stanowiska i supremacji nad pozostałymi zamyśla. Kompromis tylko nas połączył i niestety rozłamiemy się niedługo.  (zapis z 8.12.1915 r.)

…Straszliwe złodziejstwa, szwindle i nadużycia. Obracanie na własną korzyść powierzonymi państwowymi pieniędzmi to jedno z najmniejszych przestępstw. Obok złodziejstwa - niedołęstwo, nieporządek, nieład. (zapis z 11.07.1921 r.)

przeplata się z entuzjazmem i świadomością bycia świadkiem historii  

Zaniedbałam dziennik, a czasy takie ciekawe. Dużo smutnego obecnie w całej historii, ale i dużo nadziei. Co do mnie, nic nie jest w stanie naruszyć mojej niezłomnej pewności, że stoimy w przededniu cudownych czasów Nowego Odrodzenia. Mimo piętrzących się trudności i przykrości życiowych jestem w dziwnie pogodnym, ściszonym usposobieniu (zapis z 2.09.1917 r.)


Dwudziestopięcioletnia Maria Dąbrowska w 1914 roku wróciła z zagranicznych wojaży w Szwajcarii i Belgii, gdzie studiowała nauki przyrodnicze, ekonomię i socjologię.  Trwają działania wojenne, ich echa odbijają się w relacjach męża i braci walczących na obu frontach, jednak więcej miejsca zajmuje opis tworzenia się nowych frakcji i ugrupowań oraz polityczno-dyplomatycznych przepychanek. Sama Dąbrowska mocno angażuje się w działalność społeczną. Przygotowaniom pogadanek i odczytów, redagowania pism towarzyszą pierwsze próby literackie. Marzy o poświęceniu się pisaniu.  

Dlaczego zajmować się tym wszystkim, kiedy ja w ogóle nie znoszę pracy kobiet w polityce i siebie w tej pracy nie znoszę. A przecież nie co innego, tylko miłość Ojczyzny w to ciągnie. Ja nie mogę być ani przeciw Departamentowi, ani przeciw Brygadzie. Ja nie mogę przejść na poziom tego sporu inaczej, jak tylko sztucznie.

Ale dopóty Ojczyzna w potrzebie nie można myśleć o sobie.

Wczoraj …. snuliśmy marzenia o piśmie ludowym, które kiedyś po wojnie będziemy wydawać. Nie będzie tam ani słowa o polityce. Wychowanie charakteru i kultury narodowej – oto cel…. Ziemia, Sztuka, Dom, Obyczaj, Miłość. „Ludowe” w tym znaczeniu, że czytać je będą mogli wszyscy. Ale na to trzeba, aby Polska miała wolność. Bo póty będzie, tak jak jest, póty będziemy siedzieć w tej polityce. (zapis z 8.12.1915 r.)

zdjęcie z Dzienników
W głębi duszy jest artystką, zachwyca pięknem przyrody… Czuję się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Jest cudny dzień. Zupełnie włoskie niebo. Z daleka perspektywy nasycone ultramaryną, z bliska świat, jak ze srebra oksydowanego. Na jego lśniącej szarości świecą brylantowe krople światła. Jestem szczęśliwa. Tyle mam wad, tyle we mnie małości, a jednak wszystko mi się w życiu przemienia na dziwne piękności. (zapis z 7.08.1917 r.)

Tak, jak zachwyca się malarstwem, teatrem, muzyką, sztuką, życiem samym w sobie i ludźmi zanurzonymi w życia głębinach.    

Są tacy ludzie przecudni, którzy przeżywają bardzo wiele dobrych i złych rzeczy, nurzają się w takich i innych przygodach, a pozostają dziećmi, zdziwionymi, zachwyconymi, naiwnymi. Ich niezgłębiona ufność do świata, ich rozbrajające skruchy i zdumiewające lekkomyślności. Ich złota podejrzliwość, hojność, dobra wola i wiara we wszystko, ich szaleństwa-kocham takich ludzi. (zapis z 19.01.1918 r.)

Od 1918 do 1926 roku Dąbrowska pracuje, jako urzędniczka w Ministerstwie Rolnictwa. Entuzjazmowi związanemu z tworzeniem czegoś ważnego i potrzebnego towarzyszy poczucie bezsilności i niezadowolenia z siebie.

…mam to gnębiące poczucie, że za mało daję z siebie. Przychodzi mi coraz częściej na myśl, żeby wziąć urlop i iść do polowego szpitala na twardą bez zastrzeżeń służbę sanitarną, na którykolwiek z naszych Leonidasowych frontów. (16.I.1919 r.)

Wiele tu skupienia się na własnej osobie, ale nie widzę w tym nic nagannego, wszak to dzienniki, zapisywanie zdarzeń i myśli, tworzone początkowo wyłącznie dla siebie. Kiedy pisarka tworzyła pierwsze raptularze, a potem Dzienniki nie mogła jeszcze przeczuwać, iż będą one kiedyś materiałem badawczym. Choć z drugiej strony po latach wielokrotnie je uzupełniała, przerabiała, poprawiała, tak więc trzeba wziąć poprawkę na fakt autokreacji. Mimo wszystko stanowią one bezcenne źródło wiedzy o pisarce, jej życiu, przemyśleniach i o czasach, w jakich żyła i tworzyła. Podobały mi się dokonywane po latach dopiski, kiedy na wcześniej ocenione zdarzenie patrzyła z perspektywy czasu inaczej.

Czytany przeze mnie egzemplarz pochodzi z 1988 r. i pełen jest przypisów. To one i uzupełnienie stanowią jedną trzecią całości. Dzienniki są prawdziwą kopalnią wiedzy na temat pewnego wycinka historii życia narodu oglądanego oczyma pisarki. Gdyby pokusić się o spisanie padających tu nazwisk; polityków, dyplomatów, społeczników, pisarzy, malarzy, muzyków byłaby ona niezwykle imponująca. Dla przykładu; Paderewski, Piłsudski, Sikorski, Śmigły, Dmowski, Daszyński, Moraczewski, Sieroszewski, Haller, Kaden – Badrowski, Tuwim, Żeromski, Iwaszkiewicz, Maria Konopnicka, Kuncewiczowa, Mortkowiczowie, Wierzyński, Grottger, Lechoń, Nałkowska,  Karol Szymanowski, Korczak, Boy-Żeleński, Juliusz Osterwa, Siemaszkowa, Barszczewska – to tylko niektóre z padających tu nazwisk.  Wydanie uzupełniają także zdjęcia  postaci ówczesnego życia społeczno-politycznego, zdjęcia rodzinne pisarki a także okładek jej szkiców i książek.

zdjęcie z Dzienników
Wielbicielom Nocy i dni dużą radość sprawi odnajdywanie pierwowzorów jej bohaterów wśród realnie żyjących osób, a także autentycznych zdarzeń wplecionych w tło powieści. Z uśmiechem czytam rozważania na temat sensu pisania powieści, Dąbrowska  wielokroć doznaje uczucia zwątpienia we własne siły twórcze, zmienia, przerabia, wraca, dodaje. Myślę, że lektura powieści poprzedzona znajomością Dzienników będzie miała zupełnie inny smak.

Zainteresowani prywatną stroną życia pisarki dowiedzą się o relacjach damsko-męskich, w których najważniejsze miejsce zajmują Marian Dąbrowski – mąż pisarki, legionista oraz Stanisław Stempowski – działacz społeczny, późniejszy towarzysz życia.

Marian, jawi się Marianem, kiedy w pożyciu małżeński dzieje się nie najlepiej, jednak zdecydowanie częściej staje się Mirkiem, kiedy związek przeżywa szczęśliwe chwile. Marian vel Mirek pojawia się częściej we wspomnieniach, kiedy go już zabraknie, niż za życia, kiedy najczęściej był nieobecny (odprowadziłam Mariana na pociąg, Marian pisze do mnie, Marian się nie odzywa, Marian wyjechał).

Trzy miesiące po śmierci męża w grudniu 1925 r. napisze Postanowiłam się przemóc i po dniach nawrotu nieodpowiedzialnej straszliwej rozpaczy zacząć jednak zapisywać coś niecoś z dni, które mijają. Mimo, że każde napisane słowo wydaje się kłamstwem i cieniem spraw, które przeżywam, ciągle z tobą, błąkam się w niewiadomym, gdzie jesteś…. Dopiero trzy miesiące, a jeszcze całe życie…

Po kolejnych trzech miesiącach napisze Niekiedy nici związku z ludźmi zrywają się nagle, gdy jestem pośród ludzi, a niekiedy nawiązują się w czasie olbrzymiej zupełnej samotności. Wartość, jaką mają dla nas ludzie i przeżycia, oceniamy od strony negatywnej, po bólu, jaki nam sprawia strata albo myśl o stracie. Szczęście jest na tej cienkiej krawędzi między posiadaniem i utratą i na tej krawędzi jest twórczość.

Zdecydowanie więcej miejsca poświęca swoim relacjom ze Stanisławem Stempowskim, który dawał poczucie bezpieczeństwa i wspierał zawodowo.

Pisarka dużą wagę przywiązuje do snów przypisując im często prorocze znaczenie.

Jest tu wieczne poszukiwanie odpowiedzi, sensu, zamyślenia i błądzenie i to pragnienie, aby znaleźć czytelnika, który prawdziwy sens z jej pisania wyczyta.

Podzielając zdanie Flauberta Dąbrowska uważała, iż …tym, co w
W warszawskim mieszkaniu na Polnej
sztuce najwznioślejsze (najtrudniejsze) to działać, jak natura, tj. pobudzać do zadumy….
Bo jak wyznawała pisała w liście do prof. Ujejskiego  „dostatecznie ważnym dla mnie problemem wydaje się sam fakt życia człowieka i jego zetknięcie się z grozą, dziwnością, tajemnicą istnienia. Jeśli sprostałam w jakim takim stopniu zadaniu wiarygodnego przedstawienia takiego życia na pewnym realnym odcinku rzeczywistości, to z tego muszą wynikać mnogie zagadnienia  społeczne, moralne, filozoficzne, które jednak nie ja będę w bezpośredni intelektualny sposób stawiać i rozstrzygać. To należy do czytelników, krytyków, uczonych. My pisarze dajemy po temu materiał, świat stworzony na nowo z elementów surowej rzeczywistości, by pomóc nieco życiu, dopełnić je, spotężnić w tych miejscach, gdzie ono  jakby spudłowało, nie dociągnęło wątku do końca, zamazało swoje właściwe oblicze. Starałam się oddalić od siebie pokusę, aby przeprowadzić w "Nocach i dniach" jakąś intencję czy intelektualną ideę przewodnią, czy dojść w utworze do wniosków i konkluzji, gdyż to nie jest rzeczą artysty”. (zapis z 3.01.1932 r.)

Z Dzienników dowiemy się, jakich pisarzy ceniła, jakie książki wywarły największe wrażenie, na jakich była przedstawieniach teatralnych i koncertach, co sądziła o pierwszym filmie dźwiękowym, elektrycznym tramwaju do Powiśla, ludziach zaangażowanych w politykę, społecznikach, życiu towarzyskim, czy wydarzeniach historycznych.

Dzienniki polecam z całego serca.

Oczywiście trudno do oceny tego gatunku literackiego, jakim są Dzienniki przykładać podobną miarę, jak do prozy literackiej, ale dla mnie jest to rzecz na szóstkę.
Łańcuszki- ciąg dalszy Dzienników oraz pamiętniki Ewy Felińskiej, którym zachwycała się pani Maria.
Moje słów kilka o Nocach i dniach

niedziela, 25 maja 2014

Spacer z książką w tle

Nie umiemy się powstrzymać przed zakupem książek, choć mamy ich całe półki i wiemy, że prawdopodobnie nie zdążymy przeczytać wszystkich, a mimo to, kiedy tylko widzimy miejsce, gdzie je sprzedają nie umiemy przejść obojętnie. Tym bardziej boli, kiedy są to książki wyłącznie w nieznanym nam języku. A popatrzeć i pomarzyć zawsze przyjemnie.
  

U bukinistów nad Sekwaną

Najbardziej znana z paryskich księgarni

U bukinistów nad Tybrem
ze specjalną dedykacją dla ZWL

sobota, 24 maja 2014

Kamienie wołać będą Hanny Malewskiej, czyli, jak niedoskonali ludzie piękne rzeczy tworzyli



Katedra w Beauvais

Geneza – miłość do starych katedr oraz niedawna recenzja u Marlowa.

Budowa najwspanialszych katedr zawsze łączyła w sobie; pychę i poczucie radości, dumę, butę i marzenie. Katedry w Paryżu, Chartres, Rouen a także dziesiątki innych powstawały z zarozumiałości, a właściwiej mówiąc pychy ich pomysłodawców. Budowane z ich inicjatywy świątynie miały być najwspanialszymi, najwyższymi i największymi wśród dotychczas istniejących. O nich i ich zleceniodawcach miał rozprawiać i pamiętać cały chrześcijański (i nie tylko) świat. Miały one stanowić wyraz potęgi miasta i jego dysydentów.

Ale też budowane świątynie były wyrazem dumy ich budowniczych; setki mistrzów, rzemieślników, zwykłych pomocników budowlanych z zapałem, nie szczędząc sił, zdrowia a nawet życia realizowali marzenia sięgnięcia gwiazd, wzniesienia się bliżej Boga. Zupełnie, jakby dopiero w majestacie ich kamiennych murów mogli zostać prawdziwie wysłuchani.

A jednak jest coś w tych bibliach z kamienia, co sprawia, że ich mury dają poczucie bezpieczeństwa, a one same stanowią azyl dla wszystkich potrzebujących i odrzuconych.

Ujrzała wnętrze kościoła zatopione w mroku… A w nim, jak słońce tęczą malowane, niewidziane nigdy słońce przyszłego żywota- wszelka przeciwległa różyca. Więc przekroczyła próg z sercem kołatającym. Górą pod sklepieniem stało światło błękitne, zastygłe jak kadzidło Aniołów w blasku tronu Najwyższego. Na prawo, na lewo, w mroku kolorowym niesączone, niedosiężne szeregi słupów lekkich, jakby światłem pisanych, bez kresu i bez początku. Oto jest Dom Ojca, i twierdza na Opoce, i miasto pokoju. Uklękła pośród nawy z życzeniem, aby już nigdy stąd nie odchodzić. Milcząc podziękowała Bogu za ten dzień i za to, że się narodziła*.

Nie inaczej było w Beauvais. Kiedy spłonęła znaczna część starej katedry biskupi podjęli decyzję o wybudowaniu nowej.  Oczywiście wyższej i większej niż niedawno ukończona w Chartres. Budowa
główny portal katedry w Beauvais
świątyni scala całą społeczność miasteczka, każdy chce mieć swój udział w jej powstaniu; od rzemieślników, murarzy, cieśli, mistrzów budowlanych po tkające  liturgiczne szaty i noszące strawę kobiety. Ramię w ramię z budowlańcami staje sam monarcha, król Ludwik IX. Entuzjazm i poczucie więzi towarzyszące początkom dzieła z czasem zdają się przygasać, w serca ludzi wkrada się zwątpienie i przygnębienie, zarówno budowa, jak i kolejna krucjata pochłaniają mnóstwo pieniędzy. Do tego zniszczone w wyniku burzy rusztowanie, zamordowany przez bandytę cieszący się powszechnym szacunkiem i podnoszący wszystkich na duchu mnich oraz obrabowany chłopak zbierający datki na budowę świątyni. Jakby tego było mało zastępujący głównego budowniczego majster zostaje przyłapany w murach katedry in flagranti z żoną jednego z cieśli. 
Bohaterowie przeżywają chwile radości, smutku, zwątpienia, dni pogodne przeplatają się z pochmurnymi.

Jak w przypadku każdej książki i tę można odbierać na wiele sposobów. Dla mnie Kamienie wołać będą to powieść o tym, jak niedoskonali ludzie tworzyli piękne rzeczy. Większość bohaterów Malewskiej błądzi, popełnia grzechy, są dumni, pyszni, chciwi, niecierpliwi. A jednak to właśnie oni tworzą coś wielkiego i pięknego. Z różnych pobudek, nie zawsze szlachetnych udaje im się osiągnąć szczyty, nawet jeśli tak jak w Beauvais katedra nie zostanie ukończona.  

Autorka nie osądza, nie potępia, ona solidaryzuje się z tymi ludźmi. Bo to połączenie wiary z marzeniami, wytrwałości z pychą potrafi dać wspaniałe rezultaty.

Katedra w Beauvais
Powieść pisana językiem stylizowanym na średniowieczny początkowo czyta się dość ciężko, jednak szybko można doń przywyknąć. 
Przeczytałam gdzieś, iż powieści historyczne to powieści pisane przez ludzi żyjących wieki temu, bowiem dzieła współczesnych pisarzy są jedynie sumą ich wyobrażeń na temat przeszłości. Mnie się wyobrażenia pani Malewskiej bardzo podobają. Szalenie lubię czytać o radości, zapale, pasji tworzenia, jaka towarzyszyła twórcom. Podobało mi się także to, iż autorka nikogo nie potępiała, każdego ze swych bohaterów próbowała zrozumieć. Jej bohaterowie są ułomni, ale dają się lubić.
A kamienie wołają do mnie z murów każdej oglądanej świątyni, wołają głosami ludzi, którzy je budowali, często ze świadomością, iż nie zobaczą ich ukończonych.
Moja ocena 4/6
Sznureczki - wycieczka do Rouen celem obejrzenia kolejnej kamiennej Biblii.
Książka została ukończona w sierpniu 1939 roku.
Str. 229-230 Kamienie wołać będą Hanna Malewska Wydawnictwo Pax, rok 1955 
Muszę przyznać, iż odwiedzając piękne, gotyckie katedry czuję się, jak Jagnieszka, która znalazłszy się w  Chartres nie chciała opuszczać  murów świątyni. I mnie ogarnia tam poczucie bezpieczeństwa i spokoju i obcowania z cudami.