poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jednak BRUN-etka, czyli pierwszy koncert w Polsce Bruno Pelletiera, ale…


Po lutowym koncercie Garou poczułam się strasznie staro. Doszłam do wniosku, że może już nie dla mnie popowe koncerty, których nieodłącznym elementami są pisk, ścisk, gwizdy, pląsy na widowni. Kiedy się jest w wieku rodzica większości z uczestniczących może lepiej byłoby wykupić sobie abonament do filharmonii zamiast latać z młodymi w zawody. Dostaniesz babciu zadyszki i na co ci to. No, ale skoro bilet był już zakupiony, hotel zarezerwowany, samolot opłacony, grzechem byłoby nie skorzystać. Do koncertu podeszłam z rezerwą i brakiem oczekiwań na cokolwiek ponad miłe spędzenie wieczoru. Poszłam w dodatku w złym humorze (kiepski miesiąc w robocie) i z bólem głowy.
Weszłam do Kongresowej i od razu poczułam różnicę. Widownia była spokojniejsza i bardziej wyważona. Co jak się okaże później było złudnym wrażeniem.
Porównania obu koncertów nasuwają się same z powodu łączącego obu panów musicalu (Notre Dame de Paris), narodowości i bliskiej odległości czasowej obu koncertów.

Po koncercie drugiego z Noter-damczyków pisałam, iż utwory przez
niego śpiewane brzmiały dla mnie … nie tak, jak to sobie wyobrażałam, że będą brzmiały. Zabrakło mi w nich tego czegoś, co porusza dogłębnie, co uskrzydla i sprawia, że słuchacz zespala się z muzyką i staje jej cząstką. Za dużo było dla mnie wzmacniaczy, za mało człowieka. Owszem było to bardzo dobre wykonanie, ale zabrakło …. uczucia?, szczerości?, był profesjonalizm, dobra gra, ale nie było emocji, coś co jest fajne, gdy trwa, a gdy przemija nie pozostawia trwałych śladów. To oczywiście moje subiektywne odczucia, więc niekoniecznie muszę być zgodne z odczuciami innych.
Bruno kupił mnie od pierwszego utworu. Jego śpiew miał moc, siłę, dodawał energii. Śpiewane przez niego utwory sprawiały, że czułam się wspaniale, wyzwolona z problemów codzienności i zespolona z muzyką. Mogłam odbierać ją wszystkimi zmysłami, a nie tylko słuchem. Wreszcie dostałam to, na co tak długo czekałam. Poczułam się troszkę tak, jakbym wróciła do Paryża (na Bercy). Słyszałam śpiew, a nie wzmacniacze (jakkolwiek i one były w użyciu). Kanadyjczyk nadal ma świetny głos, znakomite umiejętności instrumentalne (gra na tylu instrumentach, że nie potrafię ich wszystkich wymienić), w utworach cichych i nastrojowych wzrusza do łez (mnie poleciały strumyki łez na utworze Lune), w utworach żywiołowych i energicznych porywa do tańca. Zapewne to samo mogą powiedzieć wielbicielki Garou o jego koncercie, tyle, że ja tego nie odczułam na lutowym koncercie. Dopiero dzięki Bruno poczułam te wszystkie emocje. Tę mieszaninę wzruszenia, radości, szybszego bicia serca, motyli w brzuchu, nogi jak z waty, chęć zatrzymania czasu, pozwolenie sobie na swobodny przepływ muzyki przeze mnie. To jest takie uczucie, które sprawia, że robi się kolorowo i wesoło i przyjemnie.

Le CLown Filmik z youtube z trasy koncertowej 

No i teraz powinnam wleźć pod stół i odszczekać. Kto to pisał, że nie chodzi na koncerty, aby współuczestniczyć, pląsać, skakać, śpiewać. Ja??? Niemożliwe. A przynajmniej niemożliwym było dla mnie na koncercie Bruno siedzieć spokojnie w fotelu. Oczywiście były parę utworów, które w ten fotel wbijały i płatały nogi, słuchane niemal na wdechu, ale były też takie, które podrywały tyłki z krzesełek i wprowadziły w radosny pląs. Mnie poderwały. Tak, śpiewałam, klaskałam, podskakiwałam, a nawet wydawałam jakieś przedziwne dźwięki wyrażające stan absolutnego upojenia. A zatem wszystko zależy od tego, kto śpiewa i jak śpiewa.

I znowu gdybym miała wybrać ten jeden najpiękniej wykonany utwór nie byłabym w stanie. Oczywiście utwory z NDdP są już na zawsze dla mnie bezkonkurencyjne, ale np. Le Clown czy Don`t give up były tak przepięknie wykonane, że chciałoby się zasłuchać w te wykonania zostawiając świat gdzieś za drzwiami.

Lune  Filmik z youtube z trasy koncertowej 
Kanadyjczyk miał bardzo trudne zadanie, był w Polsce po raz pierwszy, jest tutaj (poza wąskim gronem fanów) niemal zupełnie nieznany, no i nie jest najmłodszy, co też w tej branży ma duże znaczenie. Aby zdobyć publikę nie wystarczy dobrze śpiewać, grać na instrumentach, czy nieźle się ruszać, a żadnej z tych umiejętności nie można mu odmówić. Myślę, że poza tym trzeba mieć jeszcze umiejętność nawiązania kontaktu z publiką. Bruno się to udało znakomicie. Publiczność zdobył szturmem także swoimi umiejętnościami lingwistycznymi, zapowiadał utwory po angielsku i po polsku i rozbił to ujmująco. I nie były to pojedyncze słowa, krótkie wypowiedzi, a całe długie i trudne do wymówienia zdania. I choć niemal każdy wokalista serwuje swej publiczności grzecznościowe zwroty, to te wygłaszane przez Bruno poza tym, że były nieszablonowe to w dodatku brzmiały szczerze.
Dlatego myślę (a jednak), że publiczność była ważnym współuczestnikiem koncertu. Mylenie się jest rzeczą ludzką.
Co oznacza, że doskonale do siebie pasujemy Bruno i TAKA publiczność. A to z kolei kończy tytuł wpisu … pierwszy, ale chcę wierzyć, że nie ostatni.
Dziewczyny (organizatorki) bardzo wam dziękuję że dałyście mi (i wielu innym) możliwość przeżycia tak pięknych chwil, które na długo zagoszczą w pamięci i stanowić będą dla niejednej z nas taki wentyl bezpieczeństwa w ciężkich chwilach. I tylko jak teraz żyć tak zwyczajnie i szaro?  Bruno - Merci

Bruno Pelletier wydał 11 płyt oraz wystąpił w kilku musicalach, z których najbardziej znany to Notre Dame de Paris. W Polsce jest prawie nie znany. Wśród moich znajomych nikt nie słyszał tego nazwiska, nie mówiąc już o znajomości utworów.

19 komentarzy:

  1. Byłam, widziałam, bawiłam się, potwierdzam w 100% wszystkie superlatywy :) Bruno obiecał, ze wróci i trzymamy go za słowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciałabym sobie robić złudnych nadziei, raz już kupowałam bilet na koncert, który się nie odbył, jednak teraz wierzę, że rzeczywiście nie ostatni. Pisałam u ciebie, ale chyba zażarło :(

      Usuń
    2. Widzę że mamy identyczne odczucia dotyczące tych dwóch koncertów ;)
      Mogę jeszcze powiedzieć,że ekipa organizująca koncert była pod wielkim wrażeniem i nawet padły zdania o uwzględnieniu Polski przy okazji następnej wizyty w Europie ;)
      Trzymam ich za słowo :)

      Usuń
    3. Nie chciałam już tego dopisywać w treści, aby nie robić przykrości fanom Garou, ale słyszałam kilka komentarzy po koncercie Bruno - To było dużo lepsze niż koncert Garou. Ja także trzymam za słowo organizatorów.

      Usuń
    4. U mnie na blogu? To zeżarło, bo nie ma ;< Myślę, że jeśli my, "psychofanki spod sceny", jak zostałyśmy określone przez starsze panie, które chyba pomyliły koncerty, dobrze się postaramy, to wróci :) A mamy zamiar się postarać, prawda? Swoją drogą, zapraszam na nasze forum: https://bpelletier.fora.pl/ - są relacje, filmiki, zdjęcia chyba też, wiec można ten magiczny koncert przeżyć jeszcze raz :)

      Usuń
    5. Starsze panie? ale to nie ja :))) Widocznie starsze panie nie dały uwieść się muzyce, tak jak ja nie dałam się jej uwieść na koncercie Garou. I żałowałam, ale wydaje mi się, co potwierdzają też wypowiedzi paru znajomych, że jednak były to zupełnie inne koncerty (i nie byłam w swoich odczuciach odosobniona).
      Jeśli trzeba będzie poprę każdą petycję (nie po raz pierwszy zresztą). Na forum zaglądałam, podobnie, jak na f-b (na stronę fanclubu) i na polską stronę Bruno.

      Usuń
    6. A pewnie, że nie Ty ;) W kolejce za mną w szatni były jeszcze jakieś dwie trzydziestki narzekające, że 15 lat temu, to dawał koncerty, konwersował z publicznością i spełniał jej zachcianki a teraz to nawet nie zastanawiał się, czy my byśmy nie chcieli czegoś posłuchać nadprogramowo. Przeczuwam, że kupiły najtańsze miejsca na balkonie, z których nie dało się zejść niżej i było im po prostu głupio, że nie mogą się cieszyć z innymi :P

      Usuń
    7. Koncert w Paryżu był właśnie taki...do posłuchania, delektowania się na spokojnie. Warszawa była żywiołem (i takie właśnie koncerty bardziej mi odpowiadają, może z racji wcześniejszych upodobań muzycznych, może dlatego, że jestem typem, któremu ciężko usiedzieć w miejscu). Kiedy NDdP gościło w Bercy to ja nie miałam pojęcia o istnieniu kogoś takiego jak Bruno, a Garou jawił się w mojej pamięci jako ten zachrypnięty gościu, którego jakaś płyta wala się po domu i podśpiewywałam jego piosenki na początku podstawówki.
      Czytałam Twoje wcześniejsze wpisy dotyczące Bruna i po koncercie wpadłam na pomysł by sprawdzić czy może coś napisałaś - nie zawiodłam się - pozdrawiam również ;)

      Usuń
    8. Adriana - heloł, przecież drugie Ou que tu sois było nadprogramowe xD

      Usuń
    9. Adriana - rozumiem, że wiek jest tutaj kwestią względną, można mieć dwadzieścia i czuć/ zachowywać się jak starsza pani, można mieć sześćdziesiąt i czuć się młodym duchem. Szanuję odczucia tych pań, które były nieusatysfakcjonowane, na odczucia nie ma rady, są niezależne od nas i uważam, że nie należy się ich wstydzić, nawet jeśli nie są zgodne z odczuciami większości. Skoro panie miały doświadczenia sprzed lat to może mogły oczekiwać "koncertu życzeń", ja cieszę się z tego co było, bo uważam, że dostałam bardzo wiele. Ktoś wcześniej wspomniał o półtorej godzinie, koncert trwał troszkę ponad dwie i już choćby z tego faktu się cieszę. No i oczywiście cieszy mnie przede wszystkim jego zawartość i to, że spełnił moje oczekiwania, ba nawet je przewyższył. Rozumiem też, że panie mogły nie mieć ochoty na tańce (uwierz, nie wszyscy są tak energiczni, nie wszyscy lubią, nie wszyscy mają odwagę - tak odwagę, w pewnym wieku nasze reakcje nie są już tak spontaniczne), choć z drugiej strony może paniom rzeczywiście było przykro, że nie miały szansy/możliwości/odwagi na bardziej żywiołową reakcję. Pozdrawiam serdecznie i cieszę się, że się tutaj z Dorotą wypowiadacie, bo zdecydowana większość moich czytelników to mole książkowe i pasjonaci podróżnicy :)

      Usuń
    10. Dorota - rozumiem cię doskonale, tak miałam z Les Mis (musicalem Nędznicy), kiedy wpadłam na pomysł, że przecież można wyjechać na koncert poza granice kraju, okazało się, że taka piękna okrągła rocznica (25 lat) i koncert w Londynie przeszły mi obok nosa. Mam na szczęście płytkę, ale to nie to samo. Możesz, przynajmniej Ty (jako młodsza osoba) pocieszać się, że wiele jeszcze wspaniałych koncertów przed tobą. Miałam też podobnie z Romeo and Juliet, jak go odkryłam w sieci już nie grali.To tak a propos wpisu u ciebie :)

      Usuń
    11. A te starsze panie to jedno, ale tak nosami kręciły na repertuar dwie jakieś takie ok 30 lat, więc podejrzewam, że stare koncerty widziały tylko w internecie, poza tym inaczej współpracuje się z publicznością władającą tym samym językiem co artysta:)

      @Dorota, ale to akurat sam sobie wymyślił :D

      Usuń
    12. Ano właśnie, gdyby publiczność znała język to można by spróbować wyartykułować jakieś życzenie :) No i jest jeszcze tak, że nigdy się wszystkim nie dogodzi :)

      Usuń
    13. Co do repertuaru warto wspomnieć, że musiał zostać mocno okrojony, bo Bruno niedługo przed tournee musiał na szybko szukać nowej pianistki, Julie Lamontagne z którą zazwyczaj gra nie mogła udać się w trasę. Gdyby była, koncert wyglądałby inaczej bo w kanadyjskiej części trasy, podczas każdego koncertu Bruno kilka razy wybierał spośród publiczności osobę, która losowała piosenkę z kapelusza (a były tam wszystkie z jego repertuaru) i grał to co zostało wyciągnięte. Planował zrobić to samo tutaj, ale rzeczywistość zmusiła go do okrojenia repertuaru.

      Usuń
    14. Dzięki za ciekawą informację, nie znam zakulisowych szczegółów.

      Usuń
    15. A ja zawsze się dziwię po co osoby w wieku staruszkowym przychodzą na koncerty i zapychają sale. Młodym jest wtedy ciasno. Babcie to powinny codziennie do Kościoła maszerować. Są zajęcia odpowiednie do wieku i tego trzeba się trzymać.
      Wesołych świąt ^^

      Usuń
    16. Zdecydowanie nie zgadzam się z taką formą dyskryminacją ze względu na wiek, tak jak nie zgodziłabym się z dyskryminacją z powodu na niepełnosprawność. Widuję na koncertach osoby na wózkach, czy o kulach i wcale nie uważam, że powinny siedzieć w domu z tego powodu, tak jak nie uważam, że osoby starsze mają zamknąć się w domach, robić na drutach i klepać pacierze. Uważam, że pozazdrościć można osobom, które mają pasje niezależnie od wieku, stanu zdrowia. Vide osiemdziesięciolatka, która tańczy salsę i szturmem zdobywa internet. Również życzę wesołych świąt

      Usuń
  2. Małgosiu najważniejsze, że masz wiele wspaniałych wrażeń i jesteś zadowolona.
    Życzę Ci zdrowych, spokojnych świąt wielkanocnych...
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).