Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

Mediolan po raz kolejny

Duomo- znak rozpoznawczy Mediolanu
Po zeszłorocznych sześciogodzinnych odwiedzinach Mediolanu czułam niedosyt. Oczywiście wizyta w Refektarzu i tet a tet z Ostatnią Wieczerzą były tego warte, nie mniej chciałam zobaczyć coś więcej niż tylko dzieło Leonarda. Wiem, że wielu osobom Mediolan się nie podoba, podejrzewałam, że mogę do nich dołączyć, ale chciałam sama wyrobić sobie opinię.
Plany miałam dość skromne, a i tak, nie wszystkie udało się zrealizować. Będzie powód, aby powrócić. Co zatem zobaczyłam i co zrobiło na mnie największe wrażenie.
Santa Maria delle Grazie
Ponowna wizyta w Refektarzu Bazyliki Santa Maria delle Grazie.
Bazylika znana jest z Refektarza, czyli pomieszczenia, w którym bracia zakonni spożywali posiłki, tutaj znajduje się fresk Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci. Włosi owo pomieszczenie  nazywają Cenacolo czyli Wieczernik. Jednak zanim wybierzemy się do Refektarza warto odwiedzić bazylikę będącą pięknym dziełem gotycko-renesansowej architektury. Prace nad budową zaczęto w latach sześćdziesiątych XV wieku. Jej budowę zlecił Lodovico Sforza, zwany Il Moro. Została zbudowana dla zakonu dominikanów i miała być rodowym mauzoleum Sforzów. Architektem był Guinforte Solari, ale to z nazwiskiem Bramantego jest najczęściej kojarzona. Zastosował on tu swe ulubione motywy architektoniczne – prezbiterium i transept zakończone półkolami (koło to też moja ulubiona forma w architekturze).
Bazylika Santa Maria delle Grazie od strony prezbiterium
Zafascynowała mnie lekkość i dekoracja wnętrza. Nie tyle poszczególne kaplice i ich dekorum, co jasność i barwność stropu, oraz prostota zastosowanych geometrycznych wzorów. Tu nie ma przesady, nie ma barokowego blichtru i nadmiaru, wszystko jest wyważone i po prostu ładne. Dodatkową atrakcją jest chiostro, czyli klasztorny krużganek - taki mini ogródek z oczkiem wodnym pośrodku otoczony portykami. Można przysiąść na murku i zapomnieć o zgiełku miasta.
Wnętrze Bazyliki Santa Maria delle Grazie

Chiostro
Pod koniec XVIII wieku klasztor uległ kasacie a pomieszczenia przeznaczono na koszary wojskowe. Zakonnicy odzyskali kościół i budynki klasztorne dopiero po początku XX wieku. Niestety w sierpniu 1943 r. kompleks został zbombardowany przez lotnictwo alianckie. Cudem można nazwać to, iż Ostatnia Wieczerza ocalała, mimo iż zniszczono budynek refektarza, a ocalała jedynie ściana, na której znajdowało się dzieło. Wspominałam o tym tutaj
scena centralna Ostatniej Wieczerzy
Kolejna wizyta w Refektarzu odbyła się w grupie z anglojęzycznym przewodnikiem i dzięki temu skorzystałam więcej niż rok temu (okazuje się, że mój włoski jest znacznie słabszy od angielskiego). Dzięki temu i dzięki lekturze książki Leonardo i Ostatnia Wieczerza Rossa Kinga. Za pierwszym razem skupiłam się na ogólnym wyglądzie dzieła, na całości kompozycji, na jego stanie zachowania. Tym razem mogłam oglądać detale. Pamiętając o tym, co pisał autor książki o dłoniach, pokarmie na stole, naczyniach, herbach nad freskiem głównie to na nie zwróciłam uwagę. I znowu poczułam się wybrana i szczęśliwa, że dane było mi obejrzeć ów cień geniusza Leonardo. Najpierw zastosowanie złej techniki nakładania farby powodujące jej łuszczenie się, potem upływ czasu, nieodpowiednie warunki użytkowania refektarza (był między innymi stajnią dla wojsk Napoleona, czy ścianą do ćwiczenia rzutów cegła dla jego żołdaków), a także polem do eksperymentowania przez konserwatorów amatorów.
Zdjęcie zniszczeń na dziedzińcu (1943 r.)
Przewodnik zaczął od stwierdzenia, iż mamy szczęście będąc tu i teraz i obcując z tak wielkim dziełem cudownie zachowanym. Właśnie to samo sobie pomyślałam sekundę wcześniej oglądając zdjęcia zniszczonego bombami refektarza z ocalałą jedyną ścianą (tą ścianą). Jak niewiele brakowało, abyśmy byli pozbawieni tego widoku. I już sama nie wiedziałam, co bardziej mnie zachwyca, dzieło mistrza nad mistrzami (a musicie wiedzieć, iż nigdy nie byłam wielką admiratorką Leonardo, to Michał Anioł był zawsze artystą którego podziwiałam i wręcz uwielbiałam), cudowne ocalenie dzieła, klimat sali będącej świadkiem historii, czy to, że mnie – wiekowej pani z kraju nad Wisłą dane jest takie doświadczenie. Już chociażby dla niego warto było się wybrać do Mediolanu ponownie. I jeśli polecę raz jeszcze nie wykluczone, iż znowu się tam wybiorę, bowiem atmosfera tego spotkania, wrażenia jakich się tam doświadcza są niepowtarzalne. Jest w tym coś z odświętności dawnego doświadczania teatralnych spektakli (owego sacrum, rzadko dziś spotykanego). Żadna wizyta w galerii sztuki nie dorówna temu doświadczeniu, bycia w miejscu dla którego dzieło zostało stworzone, miejscu które z nim współgra. Oczyma wyobraźni widzimy ustawione pod ścianami rzędy stołów, jedzących w milczeniu zakonników i czytającego mądre księgi lektora. I zapewne oni nie odczuwali tej odświętności, jaką my dziś odczuwamy- ot dekoracja ściany, coś na czym można zawiesić wzrok przeżuwając niezbyt smaczny posiłek. 
Duomo i kościół Św. Gotarda
Fragment Porta Centrale
Wydawało mi się, że każdy odwiedzający Mediolan pierwsze swe kroki skieruje do Cenacolo jednak wielu turystów Mediolan kojarzy głównie z Duomo (katedrą). Ta gotycka świątynia rzeczywiście może zauroczyć swą elegancją. Wykonana z białego i różowego alpejskiego marmuru sprawia wrażenie śnieżnobiałej. Szczególnie pięknie prezentuje się w słoneczny dzień, kiedy promienie odbijają się w bieli marmuru. A miałam szczęście dwukrotnie widzieć ją w słońcu. Jak to gotycka katedra jest niezwykle bogato zdobiona posągami, scenkami biblijnymi, płaskorzeźbami, maswerkami, iglicami i całym mnóstwem tych architektonicznych ażurowych dekoracji.
Fragment zdobień Duomo
Znamy ją, jako Duomo, jej nazwa to Katedra Narodzin Św. Marii. Początki świątyni sięgają końca XIV wieku, kiedy książę Gian Galeazzo Visconti wraz z arcybiskupem postanowili wyburzyć istniejącą tu wcześniej katedrę i wznieść nową. Prace nad budową trwały całe wieki, a fasadę ukończono dopiero na początku wieku XIX, zaś elementy dekoratorskie skończono układać w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Przez tyle lat świątynia była świadkiem licznych wydarzeń historycznych, z których najbardziej znanym jest koronacja Napoleona na króla Włoch w 1805 roku. Niestety nie powstało dzieło podobne do tego z koronacji w Notre Dame w Paryżu namalowanego przez Jacquesa Louisa Davida. Szkoda, bo moglibyśmy zobaczyć, jakim przemianom uległo wnętrze katedry.
Ogrom wnętrza, w którym człowiek ginie
Jest ona ogromna, fakt, iż może pomieścić czterdzieści tysięcy osób robi wrażenie. Długość ponad sto pięćdziesiąt metrów, szerokość około stu metrów. Jej ogrom odczuwamy będąc w środku stając przy jednym z filarów świątyni. Kolumny muszą być ogromne, aby udźwignąć ciężar sklepienia. Czy to osoba koronowanego tutaj Napoleona, czy podobieństwo gotyckich katedr, kolorowe witraże, czy coś innego sprawiło, iż od pierwszej chwili miałam wrażenie, jakbym znalazła się w paryskiej Notre Dame. Zupełnie inna na zewnątrz, a jednak we wnętrzu czułam się podobnie. Na tyle silne było owe wrażenie, że w pewnej chwili zaczęłam się dziwić co robi tutaj nagrobek rodu Medicich – tu we francuskiej katedrze. Wróć, jestem przecież w Mediolanie, a Medyceusze to włoski ród, więc nic dziwnego, że tutaj zostali pochowani, lub tylko uwiecznieni.
Fragment nagrobka Medyceuszy 
Czułam się tutaj wcale nie małym nic nie znaczącym robakiem, a przedstawicielem rodu ludzkiego, który potrafi takie fantastyczne domy boże budować. Owo sięganie nieba strzelistymi świątyniami, wznoszonymi z kamienia oraz szkła zawsze wprawiało mnie w podziw; bardziej żarliwa wiara sprawiająca, iż człowiek chciał oddać hołd Bogu, którego wielbił i którego się bał, niż pycha mająca pokazać wielkość człowieka potrafiącego takie dzieła tworzyć. Ja człowiek niewierzący czuję się w takich miejscach bezpiecznie i spokojnie. Niemal jak na starym cmentarzu. Może to zasługa porannej pory, gdy ludzi nie było jeszcze tak wielu, może ogromu przestrzeni, który sprawił, że nawet duża ilość osób ginie w tym wnętrzu rozpływając się w jego zakamarkach ale było tu wyjątkowo cicho i spokojnie. 
Część okna witrażowego

Witraż z muzeum katedralnego

Judyta ocinająca głowę Holoferrnesowi - fragment dekoracji z Muzeum Katedralnego
Tym co zachwyca we wnętrzach gotyckich katedr są ogromne witrażowe okna, które w świetle dziennym odbijają promienie słońca różnorodną feerią barw. I znowu jest żal, że nie można ich wszystkich obejrzeć dokładnie, bowiem są tak wysoko, że nawet zadarta w górę głowa dostrzega jedynie niższe elementy okiennych mozaik. Uwagę zwraca posąg świętego Bartłomieja, czyli mężczyzny obdartego ze skóry i tą skórą przepasanego. I choć brzmi to upiornie sam posąg nie straszy, gdyby nie wiedza nie zwróciłabym uwagi na zbyt wyeksponowane mięśnie i ścięgna. 
I tutaj, podobnie, jak w Bazylice Santa Maria delle Grazie bardziej zachwyca ogólny wizerunek, klimat wnętrza, niż poszczególne elementy wystroju. Podobno znajduje się tutaj około trzech i pół tysiąca rzeźb, z czego sporo z marmuru. Znajdują się one na różnej wysokości, podobnie, jak posągi zdobiące fasadę świątyni. Trudno ogarnąć je wszystkie wzrokiem. Można natomiast wielu z nich przyjrzeć się w Muzeum Katedralnym, gdzie znajdują się bądź to oryginały, bądź kopie owych posągów, rzygaczy, elementów wyposażenia wnętrza świątyni łącznie z arrasami czy projektami witraży. 
Posąg Św. Bartłomieja
Bilet do katedry obejmował także odwiedzenie kościoła Św. Gotarda. Ręka w górę, kto słyszał o takim świętym. Ja nie. Szukając informacji na temat świętego natykam się na taką, iż jedna z najstarszych romańskim świątyń w Strzelinie nosi jego imię. Jest to święty urodzony w Bawarii, zmarły w Hildesheimie. Po kanonizacji wiele osób pielgrzymowało do jego grobu między innymi Bolesław Krzywousty. Gotard był patronem chorych na podagrę i reumatyzm. Podagra to częsta dolegliwość władców, zwłaszcza tych, którzy folgowali sobie podczas posiłków. Na podagrę cierpiał też Azzone Visconti (jeden z władców Mediolanu), który zlecił budowę Świątyni Św. Gotarda. Zapewne wierzył, iż taki dar zjedna mu łaski świętego i uśnieży jego bóle. Kościółek jest niewielki, wyróżnia go przecudnej urody sześciokątna wieżyczka ozdobiona białymi kolumienkami (więcej o tym kościele pisze tutaj Ela) Wnętrze to jednonawowa świątynia z ołtarzem i malowidłami naściennymi na ścianie naprzeciw ołtarza za kilkoma kolumienkami. Bardzo skromna świątynia, najskromniejsza jaką oglądałam w Mediolanie, który lubi bogato dekorowane wnętrza.
Wieżyczka kościoła Św. Gotarda
O mały włos, a przegapiłabym tę świątynię, obchodząc dwukrotnie cały kompleks dookoła i nie znajdując wejścia. Widziałam otwarte drzwi do wnętrza, pytałam wychodzących zeń osób i wszystkie wskazywały przeciwny kierunek. Okazało się, iż wejście prowadzi z muzeum i znajduje się za salą numer dziewięć. Ja zaś wyszłam z muzeum nie znajdując wejścia do świątyni. Dopiero ponowna wizyta  (nie wiem, jakim cudem wpuszczono mnie po raz drugi na ten sam bilet; czyżby moja elokwencja będąca połączeniem angielsko-włoskiego z elementami polskiego) pozwoliła mi trafić do celu.
Wnętrze kościoła Św. Gotarda

freski na ścianie Św. Gotarda

Pinakoteka Brera.
Na dziedzińcu Pinakoteki Brera - Napoleon -Bóg Mars pokój czyniący 

Galerie sztuki należą do miejsc chętnie przeze mnie odwiedzanych. Przyjemność sprawia mi oglądanie pięknych rzeczy. I za każdym razem dokonuję nowych odkryć, moje prywatne muzeum wzbogaca się o kolejne eksponaty. Tym razem zaskoczył mnie posąg (rzeźba) Napoleona jako Boga Marsa pokój czyniącego wykonana przez Canovę. Napoleon zamówił u największego rzeźbiarza jego czasów swój posąg. Jednak rzeźba nie przyjęła się we Francji. Napoleonowi się ona też nie spodobała. Posąg stanął w Luwrze, a po upadku cesarza Burbonowie sprzedali ją księciu Wellington. Jednak jej klasyczny model i wyidealizowane rysy twarzy docenił wicekról Italii syn Józefiny. To on zlecił wykonanie brązowej repliki posągu. Znajduje się ona na dziedzińcu Pinakoteki Brera. Natomiast w sali numer XV znajduje się gipsowy model wyjęty z formy odlewniczej. Brązowy posąg był obecnie mało widoczny z powodu prac budowlanych na dziedzińcu pałacowym. Wygląda na to, że posąg zostanie otoczony eliptyczną lustrzaną instalacją. Natomiast gipsowy odlew prezentuje się całkiem nieźle, patrząc nań zastanawiałam się, jaka była przyczyna jego odrzucenia przez cesarza. Coś mu się w tym dziele nie spodobało. Za mało, czy za bardzo wyidealizowany?
gipsowy model Napoleona (Marsa)
Kolejne dzieło, które bardzo chciałam zobaczyć to Opłakiwanie zmarłego Chrystusa Andrei Mantegny. Od kiedy ujrzałam rysunek Mantegny ze zbiorów Barbary Johnson Piaseckiej zatytułowany Chrystus wstępujący do piekieł zaczęłam zwracać uwagę na dzieła tego twórcy. Wydają mi się one ponadczasowe, wyprzedzające epokę. Opłakiwanie zmarłego Chrystusa jest niezwykłe zarówno z uwagi na monochromatyzm, jak i nietypową pozycję Chrystusa z wysuwającymi się na pierwszy plan stopami, ze śladami po gwoździach, z niesamowitą dawką rozpaczy i cierpienia a jednocześnie spokoju. Na obrazie kontrastują ze sobą spokojna twarz Jezusa i ciepiąca twarz Maryi, która jest jakby sumą twarzy wszystkich matek, które utraciły swe dzieci. Twarz przedwcześnie postarzała i zbolała.
Andrea Mantegna Opłakiwanie Chrystusa
I za chwilę kolejne odkrycie Carlo Crivelli. Pisałam o nim tutaj  Od czasu, kiedy odkryłam go w londyńskiej National Galery nie potrafię przejść obojętnie obok jego obrazów. Znajomość nasza zaczęła się od tykwy vel ogórka, którego obecność na obrazie mnie zaintrygowała. Crivelli lubił dekorować swoje obrazy dużą ilością owoców, warzyw i kwiatów. Poza tym obfitują one w sporą ilość detali. Kiedy tylko ujrzałam te girlandy owoców na obrazach nie mogłam przejść obojętnie. Wisi tam kilka obrazów Carlo, ale mnie najbardziej spodobała się Matka Boska ze świeczką.
Matka boska ze świeczką Carlo Crivelli
Jest to malowidło wykonane na drewnie szybko schnącą farbą (temperą) i złotem. Stanowi ono centralną część poliptyku (wieloskrzydłowego ołtarza zdobionego malowidłami i rzeźbami charakterystycznymi dla późnego gotyku). Na tronie z marmuru otoczonym girlandą z owoców i warzyw zasiada Madonna z dzieciątkiem, które trzyma w rączkach gruszkę (symbol grzechu pierworodnego).
fragment centralny obrazu
Matka i dziecko mają twarze niemal kamienne, nie zdradzające emocji. Wzrok patrzącego skupia się na bogatej dekoracji, girlandy płodów ziemi, bogate wzorzyste tkaniny, klejnoty, marmurowy cokół, wazon z kwiatami i cienka długa świeca. Oczywiście każdy z tych przedmiotów ma znaczenie symboliczne, nic tu nie znajduje się przypadkowo. Dekoracyjność na obrazach Carla Crivellego jest jego znakiem rozpoznawczym, nadmiar i bogactwo sprawia, że chciałoby się dotknąć przedmiotów na obrazie, są nieskazitelne. Carlo malując ten obraz był u szczytu sławy, można zatem domniemywać, iż jego obraz odpowiadał zapotrzebowaniu zamawiających. I ich gustom.
Świeczka ledwie widoczna u dołu zdjęcia po lewej stronie (troszkę obcięłam zdjęcie)
Zupełnie inaczej przedstawia się rzecz z obrazem Pocałunek włoskiego malarza Francesco Hayeza (choć nazwisko brzmi jak dla mnie bardziej hiszpańsko). Nie pamiętam, czy to u Herberta czytałam o tym obrazie, a może u kogoś innego, dość, że zwróciłam nań uwagę. Obraz ma swą warstwę symboliczną; jest romantyzm, jest wydźwięk patriotyczny, alegoria zjednoczenia Włoch, jakie to jednak ma znaczenie. Najważniejsze jest to co przemawia do widza. A tym co do mnie przemawia jest żarliwość uczuć dwojga ludzi, dla których świat zdaje się nie istnieć. A także piękna, błyszcząca niczym jedwab materia odbijającej światło niebieskiej sukienki. Pod obrazem znajduje się kawałek takiej właśnie jedwabnej materii. Faktura materiału, jej blask, odbite w nim światło – wszystko to sprawia, że obraz przyciąga wzrok i sami już nie wiemy, co nas bardziej urzeka piękno uczuć, czy piękno przedmiotu, a może połączenie ich obu z talentem twórcy. Miałam okazję obejrzeć kilka dzieł tego malarza, jednak żadne z nich nie zapada tak mocno w pamięć, jak Pocałunek (il bacio).
Il bacio Francesco Hayez
Bazylika Świętego Ambrożego Jest jednym z najstarszych kościołów w Mediolanie. Pochodzi z IV wieku. Romański styl zawdzięcza późniejszej przebudowie. Wchodząc na dziedziniec przenosimy się w czasie do średniowiecza. Dziedziniec otoczony jest krużgankami, a jego ściany pokrywają fragmenty dawnych płyt nagrobnych oraz fragmenty wykopalisk archeologicznych. 
Na dziedzińcu Bazyliki Św. Ambrożego
Ponad otoczeniem góruje wieża dzwonnicy, a w zasadzie dwie wieże. Świątynia została wybudowana w dzielnicy, w której pochowano zamordowanych w trakcie prześladowań chrześcijan, stąd pierwotnie nazywana była Bazyliką Męczenników. Ambroży chciał w niej umieścić relikwie Gerwazego i Protazego - pierwszych męczenników Mediolanu. Mnie kojarzą się wyłącznie z Panem Tadeuszem. Ciekawe, czy dzisiejsza młodzież ma w zakresie lektur obowiązkowych czytanie Pana Tadeusza czy tylko jednej z ksiąg. A potem się dziwię, iż moim młodszym koleżankom liczba czterdzieści i cztery (oczywiście to nie Pan Tadeusz, a Dziady) nic nie mówi i patrzą na mnie, jak cielę na malowane wrota, kiedy ja słysząc czterdzieści i cztery natychmiast kojarzę to z Mickiewiczem. 
Mozaika w prezbiterium
W środku wydawałoby się dość skromnej świątyni w prezbiterium znajduje się ciekawa mozaika z IX wieku (Odkupiciel na tronie między męczennikami Protazym i Gerwazym z archaniołem Michałem i Gabrielem uzupełniona dwoma epizodami z życia Ambrożego). Zniszczona w 1943 r. została odtworzona z wykorzystaniem zachowanych fragmentów mozaiki.
Marmurowa ambona
Pod solidną marmurową amboną z XII wieku znajduje się oryginalny sarkofag z IV wieku. Pochowano tam rzymskiego dowódcę z czasów cesarza Teodozjusza. Sarkofag zdobią sceny ze starego i Nowego Testamentu.
Sarkofag pod amboną
Nad ołtarzem znajduje się baldachim wykonany z wykorzystaniem czterech antycznych kolumn.
W świątyni wiek IV przeplata się z wiekami XI i XII.
Wąż Mojżesza
Mnie zaciekawił wąż na kolumnie. Jest to rzeźba z X wieku znajdująca się na wczesno-rzymskiej kolumnie z granitu. Ma ona symbolizować węża Mojżesza, który wedle wierzeń przetrwał zmienne dzieje historii i trafił na dwór Cesarstwa Bizantyjskiego i zgodnie z wolą cesarza Bazylego II przywędrował na do Mediolanu.
Fragment płyty nagrobnej na dziedzińcu
Oczywiście kiedy mowa o świątyni Św. Ambrożego pojawia się zaraz legenda o diabelskiej kolumnie, będącej pamiątką po kuszeniu Ambrożego przez diabła (z dwoma dziurami w kolumnie będącymi śladem po diabelskich rogach).
Kościół Św. Maurycego
Wnętrze Św. Maurycego
Idąc ulicą Magenta (przy której znajduje się Bazylika Santa Maria delle Grazie) można dojść do Mediolańskiej Kaplicy Sykstyńskiej, czyli Kościoła Świętego Maurycego. W przeszłości był siedzibą żeńskiego klasztoru i należał do benedyktynów. Pochodzi z okresu wczesnego chrześcijaństwa, jednak został w przebudowany w XVI wieku i ozdobiony cyklem fresków przedstawiających historie biblijne oraz sceny z życia świętych. Pokrywają one każdą ścianę oraz sufit. Kościół podzielony jest na dwie części, wejście do drugiej części znajduje się po lewej stronie od ołtarza. Odnowione kilka lat temu freski mają intensywnie żywe kolory. Oczywiście nazywanie tego miejsca Mediolańską Sykstyną to gruba przesada, malarze nie tej klasy i obrazy nie tej wartości, ale jest to miejsce godne polecenia. 
Wnętrze drugiej sali kościoła Św. Maurycego
Cmentarz Monumentalny 
Kiedy przeczytałam, że jest to galeria na świeżym powietrzu pełna pięknych rzeźb, posągów, nagrobków nie mogłam odmówić sobie wizyty na tej nekropolii. Aby doń dotrzeć przeszłam przez niezbyt ciekawą dzielnicę zamieszkałą przez imigrantów (brzydką i brudną). Jakież było moje zaskoczenie, kiedy trafiłam na cmentarz. Świadectwo pychy i typowo włoskiego monumentalizmu. Tam nie ma nagrobków, są grobowce, nie ma kapliczek, są mini wieżowce. 
Aleja wieżowców nagrobnych
Mam wrażenie, iż mamy tu do czynienia z konkurencją rodów, komu uda się postawić największy, najokazalszy, najwspanialszy grobowiec. Przy czym architekci owych przybytków i twórcy posągów mieli chyba płacone od metra kwadratowego, więc pożegnajcie skromność i pokorę, jaką przejawia się wobec majestatu śmierci. Byłam zniesmaczona. Podobno wiele nagrobków zostało zaprojektowanych przez znanych artystów. Mnie się one nie podobały. Źle się tam czułam i dość szybko opuściłam to miejsce. Choć warto zobaczyć jako ciekawostkę.
Podsumowując Mediolan mnie nie zachwycił, jako  miasto. Duży, hałaśliwy, zatłoczony, brudny. Zabrakło mi tego czegoś, co sprawia, że miejsce nas przyzywa, że dobrze się tam czuję. 
Za to są tam miejsca i dzieła, które oglądałam z dużą radością, o części z nich napisałam powyżej. 
O ile Mediolan mnie nie zachwycił Ostatnią Wieczerzę mogłabym oglądać wciąż i wciąż, na Duomo nie mogłam się napatrzeć (a nie udało mi się wjechać na taras widokowy, więc ta atrakcja jeszcze przede mną), wizyta w Pinakotece była kolejnym spełnieniem marzeń, a Bazylika Św. Ambrożego zachwyciła pamiątkami przeszłości. Czeka mnie jeszcze wizyta na Zamku Sforzów i pewnie kilka interesujących galerii. 
Zabrakło mi natomiast zieleni, albo też nie potrafiłam jej znaleźć, zabrakło też klimatycznych uliczek z ciekawą architekturą. Uliczka Fiori Chiari wskazana na którymś z blogów jako pełna restauracyjek, kawiarni, lodziarni i sklepików była nie dość, że bardzo krótka, w dodatku całkiem zastawiona samochodami dostawczymi, a dwie z trzech lodziarni były zamknięte. Jeśli znacie lepszą stronę Mediolanu to poproszę o wskazówki, abym na przyszły raz mogła z nich skorzystać. Natomiast zupełnie niespodziewanie trafiłam na rzeźbę Igora Mitoraja, co mnie ogromnie ucieszyło. 
Mitoraj w Mediolanie
Miałam też szczęście do pogody, poza krótką chwilą ostatniego dnia pobytu (uwidocznioną zdjęciem powyżej) było ciepło, słonecznie, iście wiosennie. 

wtorek, 2 kwietnia 2024

Ostania wieczerza Leonardo da Vinci

 


Fresk znajdujący się w Refektarzu przy Bazylice Santa Maria delle Grazie w Mediolanie chciałam obejrzeć od bardzo dawna. Przez lata jednak nie było to takie proste. Jak tłumaczyła mi ciotka nie było możliwości internetowej rezerwacji wejścia. Umawiać na wizytę należało się telefonicznie z dużym wyprzedzeniem, miejsc było niewiele, a i taka rezerwacja nie gwarantowała wejścia. Oczywiście wchodziło się na parę minut w małej grupie osób, a robienie zdjęć było surowo zakazane, niezależnie od tego, czy z fleszem, czy bez niego. 
Wszystko się zmienia i dziś można umówić się na wizytę przez internet. Na miejsce należy przybyć pół godziny wcześniej, aby odebrać audio guide (niestety nie ma ma tłumaczenia na język polski). O umówionej godzinie przewodnik przed wejściem do refektarza parę minut opowiada o obrazie i jego historii. Następnie wchodzi się do korytarza, w którym następuje dalsza część opowieści, a za grupką zwiedzających zamykają się kolejne automatyczne drzwi. Spotkały mnie dwa - związane z wizytą w refektarzu - zaskoczenia. Oba miłe. Po pierwsze okazało się, iż można robić zdjęcia fresku. Nie mogłam w to uwierzyć i kilka razy dopytywałam, czy dobrze zrozumiałam. Drugie zaskoczenie dotyczyło jakości fresku. Leonardo posłużył się techniką, która okazała się nietrwało. Minęło ponad pięćset lat od powstania dzieła. Już niecałe dwadzieścia lat po jego namalowaniu pisano, że dzieło zaczyna się psuć. W pięćdziesiąt lat po powstaniu Vasari pisał, że nie pozostało nic poza bezlikiem plam. W XVII wieku wybito w ścianie pod freskiem drzwi wejściowe do refektarza (ucięły one stopy Chrystusa i część stołu). Stacjonujący tu żołnierze Napoleona urządzili sobie ze ściany z malowidłem tarczę strzelniczą. Przez wieki różni bardziej lub mniej zdolni konserwatorzy sztuki pracowali na żywym organizmie próbując zachować dzieło dla potomnych. Najbardziej jednak ucierpiało podczas bombardowania Mediolanu w 1943 r. W wyniku wybuchu bomby, która spadła zaledwie dwadzieścia pięć metrów od refektarza zburzona została jego ściana, a ocalały fresk narażony został na deszcz, kurz, wilgoć, słońce, brud i pleśń.  Eksplozja całkowicie zburzyła wschodnią ścianę refektarza, przez co zawalił się jej dach. Drewniane dźwigary  spadzistego dachu zniszczyły cienki sklepiony sufit sali jadalnej […]. Miejscowi urzędnicy przezornie zabezpieczyli północną ścianę workami z piaskiem, drewnianym rusztowaniem i metalowymi wzmocnieniami już w 1940 roku. Tylko to uchroniło arcydzieło Leonarda przed zniszczeniem. (str. str.22 Na ratunek Italii Robert Edsel) 
Zbyt duże zbliżenie powoduje większe rozmycie dzieła

I choć to co zostało jest jedynie cieniem dawnego dzieła Leonardo (trudno dziś określić ile tu Leonarda, ile pracy konserwatorów sztuki) to nawet ten cień świadczy o geniuszu  twórcy. 
Oglądanie trwa kwadrans, podczas którego przewodnik opowiada o fresku. Co pięć minut pojawiają się komunikaty informujące o upływie czasu. Moją ciotkę, która po trzydziestu latach mieszkania we Włoszech stała się bardziej Włoszką niż Polką bardzo to irytowało. Mnie natomiast podobała się organizacja - zupełnie nie włoska. Po kwadransie otwierały się drzwi wyjściowe i nie było możliwości pozostania dłużej. 
Te piętnaście minut wydaje się zbyt krótką ilością czasu, ale kiedy uświadomimy sobie, iż rzadko będąc w galerii sztuki poświęcamy tyle czasu na jeden obraz to okaże się, że przez ten czas można obejrzeć dokładnie każdą z postaci, a także fresk jako całość. 
Oczywiście będąc nieświadoma możliwości robienia zdjęć kompletnie zgłupiałam wchodząc do refektarza i zamiast skupić się na fragmentach dzieła powielałam zdjęcia całości wieczerzy chcąc zrobić takie, które najwierniej oddawałoby rzeczywistość. 
Ponoć któryś z odwiedzających twierdził, że pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł wchodząc był bochenek chleba znajdujący się w centralnym punkcie fresku. 
Najlepsze zdjęcie, bowiem zrobione z widokówki

Moich kilka spostrzeżeń poczynionych przez te długie a zarazem krótkie piętnaście minut. 
Centralnym punktem fresku jest Jezus, który siedząc w otoczeniu uczniów, sprawia wrażenie osamotnionego, opuszczonego. Jest nieobecny duchem, błądzi myślami daleko. Czyżby ogarnęły go wątpliwości, czyżby prowadził dialog z Ojcem (dlaczego mnie skazałeś na taki los), czy też zastanawia się nad słabością ludzką (wiedząc, że jeden z jego uczniów go zdradzi, a drugi się go wyprze). Dla mnie jest przerażonym człowiekiem ogarniętym lękiem. 
Przed nim stoi pusty talerz i nie ma wina. Czyżby już wszystko co miał rozdał, a teraz może dać tylko siebie?
Jan, Piotr i Judasz oraz Andrzej, Jakub Młodszy i Bartłomiej

Potem wzrok kieruje się na Jana, umiłowanego ucznia o delikatnych, niemal niewieścich  rysach twarzy. Wygląda na jeszcze bardziej przestraszonego od Jezusa, potrzebującego wsparcia i ochrony. Jan głowę wspiera nie na Jezusie, a na Piotrze, zagniewanym i wzburzonym. To Piotr w pierwotnej wersji fresku trzymał w ręku nóż (w nawiązaniu do obcięcia ucha jednemu z żołnierzy podczas aresztowania Jezusa). Nóż, który po konserwatorskich przemalowaniach trzyma ręka nie wiadomo do kogo należąca. Ostrze noża skierowane jest w Bartłomieja i nawiązuje do symbolu jego męki (obdarcia ze skóry). No i kolejna osoba dramatu, której poszukujemy na każdej Ostatniej Wieczerzy. Judasz. Zdrajca, czy nieszczęśnik, którego przeznaczono do tej roli. Dla mnie Judasz był zawsze postacią tragiczną i nieszczęśliwą, bo jeśli przeznaczeniem jego było zdradzenie Nauczyciela, to jakaż była jego wina. Judasz trzyma w ręku sakiewkę z pieniędzmi a drugą sięga po chleb przewracając sól. Chyba zbyt słabo przyglądałam się temu fragmentowi dzieła bo nie dojrzałam rozsypanej soli, tak jak nie dostrzegłam niegodziwości oblicza. 
Zdjęcie z widokówki (Jan, Piotr i Judasz

Cristoforo Giraldi, który osobiście znał Leonardo za pośrednictwem syna przekazał taką wersję opowieści Leonardo na temat poszukiwań modela do roli Judasza. Pozostaje mi jeszcze do namalowania głowa Judasza, który był, jak wiadomo wielkim zdrajcą, zasługuje więc na oblicze wyrażające całą jego niegodziwość (...) Od roku zatem, a może i dłużej chodzę codziennie, rano i wieczorem, po Borghetto, gdzie mieszka najbardziej nędzna i nikczemna hołota, głównie podlece i szubrawstwo, w nadziei, że znajdę twarz odpowiednią dla tego łotra. Ale jak dotąd nie znalazłem takiej (...) i jeżeli nie znajdę, będę musiał skorzystać z fizys wielebnego ojca przeora. (str. 318 Leonardo da Vinci Lot wyobraźni Charlesa Nicholl. Wydawnictwo W.A.B. rok 2012).
Po przeciwnej stronie Chrystusa znajduje się Apostoł z palcem wskazującym uniesionym ku górze. To Tomasz, ten, który palcem sprawdzał będzie rany Chrystusa. Tomasz niedowiarek. Obok siedzi  Jakub Starszy z rozłożonymi rękoma wpatrujący się w chleb i wino, a nad nim stoi Filip z rękoma skierowanymi na siebie w geście pytającym, czy to ja cię zdradzę Nauczycielu. 
Po dwóch przeciwległych stronach stołu znajdują się dwie grupki uczniów; Bartłomiej, Jakub Młodszy i Andrzej zaskoczeni słowami Jezusa o zdradzie i patrzący nań i na pozostałych uczniów, oraz Mateusz, Tadeusz i Szymon ostro dyskutujący zwróceni ku sobie, nie patrzący na pozostałych biesiadników. 
Czy zwróciliście uwagę na dłonie. Jakby nawet nie patrzeć na wyraz twarzy i ruchy ciał, a jedynie na dłonie można powiedzieć, że one też prowadzą rozmowę. Są pełne ekspresji; dłonie łapiące za szatę towarzyszy, pokazujące na innych, wskazujące na niebo, rozkładane bezradnie, pytające, uzbrojone (nóż, sakwa) i puste. Można by przeprowadzić studium obrazu na podstawie gestów dłoni.   Tyle, że to zadanie dla znawców.
jeszcze jedna próba zbliżenia 

Okna za stołem to wizerunek raju czekającego wyznawców, czy element architektoniczny mający pozwolić na zachowanie perspektywy?
Jak wspomniałam wyżej fresk zaskoczył mnie swoim stanem zachowania. Oczywiście na zdjęciach wydaje się wyblakły, rozmyty, niemal impresjonistyczny (wiem, przesadzam). Ale biorąc pod uwagę jego historię można pokłonić się konserwatorom, którzy przez ponad dwadzieścia lat zajmowali się jego ratowaniem. I tu zacytuję fragment z książki Bożeny Fabiani Ocalić sztukę.
Sam mistrz pewnie by się śmiertelnie przeraził, gdyby zobaczył dzisiaj, co się zrobiło z jego dzieła. Więc dlaczego tak o nie walczymy?
Dlatego, że mimo wszystko nadal jest to arcydzieło, błysk talentu. Pozostało tu coś, czego ani wodom gruntowym, ani konserwatorom sprzed lat, ani powojennej pleśni nie udało się zniszczyć; koncepcja i klimat malowidła z dwunastoma postaciami wielkości ponadnaturalnej, ukazanymi inaczej, niż to zrobiło wielu artystów przedstawiających ten sam temat. ….(str. 308).
Więcej o przeróbkach konserwatorskich opisanych przez panią Bożenę Fabiani piszę tutaj.

 
Ukrzyżowanie Chrystusa Giovanni Donato da Montorfano znajdujące się po przeciwnej stronie refektarza ma niewielkie szanse na zapamiętanie. 

Nie wiem, czy wiecie, że Ostatnia wieczerza była dziełem zbiorowym Leonarda i jego najbardziej zaufanych (najlepszych) uczniów. Nie pracował on sam w przeciwieństwie do Michała Anioła. 
… była to praca kolektywna (o czym nie wspomina Bandello, niesłusznie sugerując twórczą samotność artysty). Leonardo nie pracował nad tym dziełem sam, tak jak ponoć Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej, lecz w asyście pomocników. Wśród nich byli zapewne Marco d`Oggiono, jako garzone, i Tommaso Masini, którego udział w pracy przy późniejszym wielkim malowidle (fresku Bitwa pod Anghiari we Florencji) potwierdzają dokumenty. Do tych zaufanych pomocników można dodać uczniów z nowego naboru oraz pracowników, których imiona znajdujemy na dwóch kartach Kodeksu Atlantyckiego. 
Jak pisze Charles Nicholl w Leonardo da Vinci Lot Wyobraźni (str. 318-319)
Dla mnie obejrzenie Ostatniej Wieczerzy było ogromnym przeżyciem. Mogłam zobaczyć wielkie dzieło Leonardo (no nawet, jeśli pracował kolektywnie, to pomysł, koncepcja i większość wykonania była jego) i uświadomić sobie po raz kolejny, jak wiele zawdzięczamy przypadkowi, który sprawia, że jedne dzieła rozsypują się w pył, a inne mimo wojen i katastrof naturalnych, a także niszczycielskich działań człowieka (w tym eko - terrorystów) trwają. Jeśli jeszcze odwiedzę Mediolan to na pewno nie odmówię sobie tej przyjemności po raz kolejny.
Dopisek W związku z uwagą koleżanki na f-b, iż fenomen Ostatniej wieczerzy zawsze będzie fascynował, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący czy nie nasunęły mi się takie spostrzeżenia.

Wiara nie jest probierzem naszego człowieczeństwa, ani tego, czy potrafimy podziwiać piękno. To nasza wrażliwość i poczucie estetyki pozwala nam dostrzegać to coś w sztuce, co sprawia, że oglądanie dzieła sztuki sprawia mam radość, jest przyjemnym doznaniem, porusza jakieś czułe struny.

Choć nie da się zaprzeczyć, że nasze wychowanie w duchu chrześcijańskim może mieć tutaj znaczenie dla kształtowania się tej wrażliwości. Bo czy równie silnie odbieralibyśmy dzieło sztuki z innego kręgu kulturowego. Będąc osobą niewierzącą czuję silny związek z dekalogiem, a przynajmniej z tą jego częścią która odnosi się do poszanowania drugiego człowieka. Ostatnią wieczerzę odbieram przez pryzmat mojej dziecięcej (naiwnej, bo dzieciństwo jest naiwne, albo takie być powinno) wiary, młodzieńczych zachwytów (nad braterstwem i wspólnotą) i dojrzałych przemyśleń. Jest to zatem synteza wielu składników, która sprawia, że to dzieło mnie porusza. Leonardo potrafił przekazać ten fragment ewangelii (w którym mówi o zdradzie; jeden z was mnie zdradzi, a drugi się mnie zaprze) w sposób, który jest zarazem uduchowiony, jak i niezwykle ludzi i może dzięki temu przemawia do tak wielu osób o różnym światopoglądzie.