W poprzedniej części zakończyłam wigilijny poranek wizytą w Rijskmuseum, której puentą była filiżanka gorącej czekolady w pobliskiej kawiarence z bonusem na widok Zimowego pejzażu z łyżwiarzami. Pokrzepiona na duszy i ciele udaję się na kiermasz kwiatowy, gdzie wzrok sycę niezliczoną ilością kwiatów i ich cebulek, aby stamtąd dojść na Świąteczny Jarmark na ulicy Damrak łączącej Dworzec Centralny z Placem Dam. Drewniane stoiska prezentujące regionalne wyroby z różnych części Europy kuszą swą zawartością; ciasteczka, czekoladki, owoce w czekoladzie, sery, wędliny, suszone pomidory, ryby, sushi, paelle, zupy, gorące kiełbaski, świąteczne dekoracje, tulipanowe cebulki, wełniane czapki, szaliki i swetry to tylko część bogatego i przyciągającego (nie tylko wzrok) asortymentu. Idę, obserwuję i częstuję się wystawionymi do spróbowania serami i kawałkami ciasta. Udziela mi się nastrój radosnego oczekiwania.
Co prawda nie wiem, czy ci ludzie dookoła mnie też czekają na święta, ale na pewno są radośni i zadowoleni, nie widzę pośpiechu, zmęczenia i stresu, jaki nieodłącznie kojarzy mi się z polską wigilią i ze świętami w kraju. Kiedy zaczyna się zmierzchać kolorowe, migające lampki ozdabiające budynki mieszkań, domów handlowych, straganów i drzew stają się bardziej wyraziste (świecą się od rana), a atmosfera robi się jeszcze bardziej radosna (zdjęcia nr 1 i 2). Towarzysząca temu wszystkiemu muzyka, która zwykle drażni mnie swoją nachalnością, tutaj sprawia wrażenie jak najbardziej na miejscu, może dlatego, że nie przeszkadza, nie zagłusza, stanowi jedynie tło tego zimowego (choć bez zimy) pejzażu.
Kolację wigilijną organizuję w trakcie piętnastominutowych zakupów w pobliskim markecie, gdzie udaje mi się kupić śledzia i keksa (makowca kupiłam już na jarmarku), wino i parę delikatesów na świąteczne ucztowanie. Dołączając do tego czerwony barszczyk i paszteciki z grzybami (z kraju) mam „prawie” polską wigilię, którą spożywam słuchając i nucąc kolęd przy zapalonej (dla nastroju) świeczce. Jak niewiele potrzeba, aby poczuć nastrój świąt. A może to mnie tak niewiele potrzeba. Nie szukam prezentów pod choinką, bo już sam pobyt tu i teraz jest jednym wielkim prezentem.
Patrząc na obrazy sadu Van Gogha (zdjęcie przy poprzednim poście), Słoneczników, Drzewa migdałowca (zdjęcie nr 3) czy Żółtego Domku słyszy się szelest liści, śpiew ptaków, brzęczenie pszczół, czuje na twarzy słońce. Oglądanie tych (takich) obrazów daje wytchnienie po ciężkim dniu, a w pogodny słoneczny poranek wprawia w błogostan. Świadomość takiego odbioru sztuki sprawiłaby radość Vincentowi o wiele większą niż milionowe ceny jego obrazów osiągane na paryskiej czy londyńskiej aukcji. Stanowią one zresztą ironiczny komentarz do biografii i przywołują na myśl film Roberta Altmana Vincent i Theo. Film zaczyna się sceną licytacji obrazu Vincenta (podniecenie, hazard, żądza posiadania w oczach „miłośników sztuki” i rosnące wciąż cyfry coraz większe, coraz bardziej niewyobrażalne, coraz bardziej horrendalne, dziennikarze, media, sensacja). Kolejne sceny przenoszą do nędznych pokoi, w których Vincent cierpiąc głód, choroby, niedostatki, niezrozumienie i samotność maluje obraz za obrazem, i w których nie udaje mu się sprzedać ani jednego (albo co najwyżej jeden z nich).
W Fajce Van Gogha Wojciech Karpiński opisuje, iż zbiory Muzeum składają się z ekspozycji stałej oraz ekspozycji, którą można by nazwać czasową, bowiem z uwagi na wielkość zbiorów nie ma możliwości jej prezentacji w całości. Z tego powodu każda wizyta w muzeum odbywana w pewnym przeciągu czasowym pozwala na nowe odkrycia. Ponadto ekspozycja stała też co jakiś okres czasu zmienia umiejscowienie obrazów, co daje pole do nowych przemyśleń, skojarzeń, porównań. Dla przykładu trzy obrazy sadów zaprezentowane w poprzednim wpisie wiszące obok siebie i tworzące pewien cykl nie zawsze wisiały w takiej właśnie konfiguracji, podobnie, jak będące wersją Pokoju malarza dwa obrazy - zdjęcie nr 4 i 5 (mogące dziś stanowić ilustrację znanej zabawy w znajdowanie różnic).
Jako wielbicielka sztuki pisania listów zwróciłam uwagę na trzy listy do brata; każdy pięknie ilustrowany (ze szkicem fragmentu obrazu) i niemal bez skreśleń (zdjęcie nr 6). Myślę, że stanowią bogaty materiał dla grafologów. Ciekawostką jest możliwość obejrzenia pod mikroskopem fragmentów obrazów odkrytych podczas ich konserwacji czy prac badawczo-naukowych.
Oczywiście z wielką przyjemnością patrzyłam na sztandarowe obrazy, ale z nie mniejszą oglądałam te mniej znane; jak obrazy martwej (jakże nietrafnie przetłumaczono angielskie stil life) natury. Buty, owoce, warzywa, kraby, kwiaty przyciągają wzrok nie mniej, niż pejzaże czy portrety i autoportrety.
Nie umiałabym wybrać tego jednego, jedynego, natomiast chyba największe przyciąganie – obrazy do których wracałam najczęściej - powodowały obrazy Paryża i Arles (może to sentyment do miejsca) oraz te najbardziej depresyjne namalowane u schyłku dni; niepokojące i poruszające (zdjęcie nr 7).
Uzbrojona w obrazy piękna i szaleństwa pod powiekami, bogatsza o nowe doznania oraz posilona gorącą i przepyszną zupą grzybową (ze zdziwieniem stwierdzam, iż bardzo mi holenderskie jadło smakowało) ruszam na spacer nad rzeką Amstel. Ze zdziwieniem spostrzegam, iż nadbrzeżne łodzie są w sporej części zaludnione, a krzątający się tutaj ich mieszkańcy wykonują prace w nadbrzeżnych ogródkach. W pierwszej chwili zapominając o porze roku myślę sobie, że to najwyższa pora na wiosenne porządki. Dopiero po chwili, będąc z dala od obowiązków, codzienności i pośpiechu dostrzegam, to, czego nie widzę na co dzień; anomalie pogodowe.
Spacer bożonarodzeniowy przekształca się zatem w spacer wiosenny, wody kanałów odbijają promienie słońca, ptaki śpiewają, mieszkańcy łodzi odnawiają swe domostwa a mnie mijają co chwila rowerzyści i uprawiający jogging. Rowery to symbol tego miasta. Tak jak w Rzymie motory zdobią każdą ulicę, tak tutaj rowery są wszechobecne; mijają mnie co chwila, stają przyczepione do balustrad mostków i przydomowych barierek, leżą na ziemi. W świąteczny dzień Bożego Narodzenia widzę nawet kilka odświętnie przybranych gałązkami świerkowymi. Kawiarnie i restauracje pełne są gości, którzy spędzają czas na rozmowach i grach towarzyskich (widzę grających w karty, oraz układających puzzle). Uliczkami nieśpiesznie spacerują przechodnie, a Jarmark w ten Bożonarodzeniowy dzionek cieszy się nieco mniejszym zainteresowaniem.
Wieczorem miasto wygląda szczególnie pięknie dzięki odbywającemu się Festiwalowi Światła. Różnokolorowe instalacje w różnych punktach miasta przyciągają turystów i mieszkańców. Jest coś z dziecięcej radości w obserwowaniu migających tysiącem lampek wielkich kul, drzew, zarysów budowli, wpatrywaniu się w różnokolorowe refleksy świetlne na wodach rzeki, przypatrywaniu zmianie kolorów. Podobnie, jak w oglądaniu miniaturowego zaprzęgu reniferów poruszającego się po szynach dziecięcej kolejki z bajecznie, kolorowo, kiczowatymi postaciami Mikołajów, w otoczeniu bałwanków, sarenek, choinek. Przypomina to trochę ogrodowe krasnale, a jednak w tej scenerii (raz do roku) nie budzi niesmaku, a raczej wywołuje pogodny uśmiech. Rozświetlony iskrzącymi światełkami wieczór, scenografia Jarmarku, ślizgawek, kolejki z reniferami sprawia, iż człowiek zaczyna uśmiechać się do swoich myśli i przenosi w świat dzieciństwa, jak z baśni Andersena. I nawet brak śniegu nie jest w stanie zmienić tej scenerii, bo radość jest w nas, a nie poza nami.
Drugiego dnia świąt, w tzw. tutaj Boxing Day udaję się do Domu, zwanego Domem Anny Frank i z zaskoczeniem, ale i nadzieją na
przyszłość konstatuję, iż odwiedzających jest niemal tyle samo, jak nie więcej niż w galerii handlowej. To, że ludzie w taki szczególny dzień czują potrzebę odwiedzenia miejsca, które nie pozwala zapomnieć o ludzkim bestialstwie jest budujące. Duże wrażenie robi przejście ze świata żywych do świata skazanych na niebyt, czyli wejście za biblioteczkę do mieszkania, w którym ukrywała się rodzina Anny Frank, małe, pozbawione mebli wnętrza (ich obecność nie pozwoliłaby na poruszanie się w tej ciasnej przestrzeni) i zasłonięte czarnym materiałem okna sprawiały przerażająco, klaustrofobiczne wrażenie. Jedyne pozostawione akcesoria to zdobiące ściany gazetowe wycinki fotografii aktorów, koronowanych głów oraz reprodukcji dzieł sztuki (w tym Piety Michała Anioła!). Do tego parę książek, zeszytów, oraz gra planszowa. Filmy dokumentalne z lat okupacji, filmy i zdjęcia z obozów i filmy wspomnieniowe. No i oczywiście rękopis Dziennika Anny Frank, a w sklepie z pamiątkami niemal wszystkie jego wersje językowe, poza polską.
Południowy spacer kończę przy Placu Rembrandta, na którym pod pomnikiem malarza stoi brązowa replika jego Nocnej straży; kolejne ulubione miejsce turystów stanowiące pożądane tło fotografii. Nieco przemarznięta (z powodu dżdżystej aury) udaję się do pobliskiej kawiarni na lody z gorącą gruszką i czekoladą.
Potem jeszcze tylko wizyta w kościele i wracam do hotelu, aby zanurzyć się w świecie literatury.
Jako wielbicielka sztuki pisania listów zwróciłam uwagę na trzy listy do brata; każdy pięknie ilustrowany (ze szkicem fragmentu obrazu) i niemal bez skreśleń (zdjęcie nr 6). Myślę, że stanowią bogaty materiał dla grafologów. Ciekawostką jest możliwość obejrzenia pod mikroskopem fragmentów obrazów odkrytych podczas ich konserwacji czy prac badawczo-naukowych.
Oczywiście z wielką przyjemnością patrzyłam na sztandarowe obrazy, ale z nie mniejszą oglądałam te mniej znane; jak obrazy martwej (jakże nietrafnie przetłumaczono angielskie stil life) natury. Buty, owoce, warzywa, kraby, kwiaty przyciągają wzrok nie mniej, niż pejzaże czy portrety i autoportrety.
Nie umiałabym wybrać tego jednego, jedynego, natomiast chyba największe przyciąganie – obrazy do których wracałam najczęściej - powodowały obrazy Paryża i Arles (może to sentyment do miejsca) oraz te najbardziej depresyjne namalowane u schyłku dni; niepokojące i poruszające (zdjęcie nr 7).
Uzbrojona w obrazy piękna i szaleństwa pod powiekami, bogatsza o nowe doznania oraz posilona gorącą i przepyszną zupą grzybową (ze zdziwieniem stwierdzam, iż bardzo mi holenderskie jadło smakowało) ruszam na spacer nad rzeką Amstel. Ze zdziwieniem spostrzegam, iż nadbrzeżne łodzie są w sporej części zaludnione, a krzątający się tutaj ich mieszkańcy wykonują prace w nadbrzeżnych ogródkach. W pierwszej chwili zapominając o porze roku myślę sobie, że to najwyższa pora na wiosenne porządki. Dopiero po chwili, będąc z dala od obowiązków, codzienności i pośpiechu dostrzegam, to, czego nie widzę na co dzień; anomalie pogodowe.
Spacer bożonarodzeniowy przekształca się zatem w spacer wiosenny, wody kanałów odbijają promienie słońca, ptaki śpiewają, mieszkańcy łodzi odnawiają swe domostwa a mnie mijają co chwila rowerzyści i uprawiający jogging. Rowery to symbol tego miasta. Tak jak w Rzymie motory zdobią każdą ulicę, tak tutaj rowery są wszechobecne; mijają mnie co chwila, stają przyczepione do balustrad mostków i przydomowych barierek, leżą na ziemi. W świąteczny dzień Bożego Narodzenia widzę nawet kilka odświętnie przybranych gałązkami świerkowymi. Kawiarnie i restauracje pełne są gości, którzy spędzają czas na rozmowach i grach towarzyskich (widzę grających w karty, oraz układających puzzle). Uliczkami nieśpiesznie spacerują przechodnie, a Jarmark w ten Bożonarodzeniowy dzionek cieszy się nieco mniejszym zainteresowaniem.
Drugiego dnia świąt, w tzw. tutaj Boxing Day udaję się do Domu, zwanego Domem Anny Frank i z zaskoczeniem, ale i nadzieją na
przyszłość konstatuję, iż odwiedzających jest niemal tyle samo, jak nie więcej niż w galerii handlowej. To, że ludzie w taki szczególny dzień czują potrzebę odwiedzenia miejsca, które nie pozwala zapomnieć o ludzkim bestialstwie jest budujące. Duże wrażenie robi przejście ze świata żywych do świata skazanych na niebyt, czyli wejście za biblioteczkę do mieszkania, w którym ukrywała się rodzina Anny Frank, małe, pozbawione mebli wnętrza (ich obecność nie pozwoliłaby na poruszanie się w tej ciasnej przestrzeni) i zasłonięte czarnym materiałem okna sprawiały przerażająco, klaustrofobiczne wrażenie. Jedyne pozostawione akcesoria to zdobiące ściany gazetowe wycinki fotografii aktorów, koronowanych głów oraz reprodukcji dzieł sztuki (w tym Piety Michała Anioła!). Do tego parę książek, zeszytów, oraz gra planszowa. Filmy dokumentalne z lat okupacji, filmy i zdjęcia z obozów i filmy wspomnieniowe. No i oczywiście rękopis Dziennika Anny Frank, a w sklepie z pamiątkami niemal wszystkie jego wersje językowe, poza polską.
Potem jeszcze tylko wizyta w kościele i wracam do hotelu, aby zanurzyć się w świecie literatury.