Łączna liczba wyświetleń

środa, 15 stycznia 2014

Amsterdam na święta- część 2


W poprzedniej części zakończyłam wigilijny poranek wizytą w Rijskmuseum, której puentą była filiżanka gorącej czekolady w pobliskiej kawiarence z bonusem na widok Zimowego pejzażu z łyżwiarzami. Pokrzepiona na duszy i ciele udaję się na kiermasz kwiatowy, gdzie wzrok sycę niezliczoną ilością kwiatów i ich cebulek, aby stamtąd dojść na Świąteczny Jarmark na ulicy Damrak łączącej Dworzec Centralny z Placem Dam. Drewniane stoiska prezentujące regionalne wyroby z różnych części Europy kuszą swą zawartością; ciasteczka, czekoladki, owoce w czekoladzie, sery, wędliny, suszone pomidory, ryby, sushi, paelle, zupy, gorące kiełbaski, świąteczne dekoracje, tulipanowe cebulki, wełniane czapki, szaliki i swetry to tylko część bogatego i przyciągającego (nie tylko wzrok) asortymentu. Idę, obserwuję i częstuję się wystawionymi do spróbowania serami i kawałkami ciasta. Udziela mi się nastrój radosnego oczekiwania.
Co prawda nie wiem, czy ci ludzie dookoła mnie też czekają na święta, ale na pewno są radośni i zadowoleni, nie widzę pośpiechu, zmęczenia i stresu, jaki nieodłącznie kojarzy mi się z polską wigilią i ze świętami w kraju. Kiedy zaczyna się zmierzchać kolorowe, migające lampki ozdabiające budynki mieszkań, domów handlowych, straganów i drzew stają się bardziej wyraziste (świecą się od rana), a atmosfera robi się jeszcze bardziej radosna (zdjęcia nr 1 i 2). Towarzysząca temu wszystkiemu muzyka, która zwykle drażni mnie swoją nachalnością, tutaj sprawia wrażenie jak najbardziej na miejscu, może dlatego, że nie przeszkadza, nie zagłusza, stanowi jedynie tło tego zimowego (choć bez zimy) pejzażu.
Kolację wigilijną organizuję w trakcie piętnastominutowych zakupów w pobliskim markecie, gdzie udaje mi się kupić śledzia i keksa (makowca kupiłam już na jarmarku), wino i parę delikatesów na świąteczne ucztowanie. Dołączając do tego czerwony barszczyk i paszteciki z grzybami (z kraju) mam „prawie” polską wigilię, którą spożywam słuchając i nucąc kolęd przy zapalonej (dla nastroju) świeczce. Jak niewiele potrzeba, aby poczuć nastrój świąt. A może to mnie tak niewiele potrzeba. Nie szukam prezentów pod choinką, bo już sam pobyt tu i teraz jest jednym wielkim prezentem.

Boże Narodzenie rozpoczynam od wizyty u Van Gogha, wizyty, która jest najważniejszym punktem programu i przynosi niełatwe do wypowiedzenia emocje. Trzeba mieć talent Herberta lub co najmniej Karpińskiego, aby tak pięknie pisać o wzruszeniu, w jakie wprawia oglądanie obrazów, które w umyśle istnieją od dawna. Zwiedzanie muzeów poświęconych jednemu twórcy daje nieporównywalną ze zbiorami innych muzeów okazję do skoncentrowania się na twórczości jednego artysty, a tym samym do pełniejszego jej poznania - nie w sensie ilości, choć ta gra tu niebagatelne znaczenie, ale raczej głębi przeżyć. Oglądałam już obrazy Van Gogha w Paryżu i w Londynie, ale z taką ilością Van Goghów (ponad dwieście obrazów, kilkadziesiąt rysunków, szkiców, listy do brata, akcesoria malarskie) i z taką ilością dzieł jednego malarza w ogóle spotykam się po raz pierwszy. Jakkolwiek wiele obrazów jest mi doskonale znanych z licznych reprodukcji, wiele oglądałam wcześniej w postaci lepszych lub gorszych odbić rzeczywistości; w różnych formatach, odcieniach, kopiach, czy fragmentach to zawsze oglądanie oryginałów sprawia wrażenie osobistego kontaktu z twórcą, mogę dotknąć wzrokiem każdy z obrazów (wiele obrazów), przenieść się w jego (obrazu) wnętrze usiłując jednocześnie poznać lepiej wnętrze (myśli) artysty.                                                                                                  
 
Patrząc na obrazy sadu Van Gogha (zdjęcie przy poprzednim poście), Słoneczników, Drzewa migdałowca (zdjęcie nr 3) czy Żółtego Domku słyszy się szelest liści, śpiew ptaków, brzęczenie pszczół, czuje na twarzy słońce. Oglądanie tych (takich) obrazów daje wytchnienie po ciężkim dniu, a w pogodny słoneczny poranek wprawia w błogostan. Świadomość takiego odbioru sztuki sprawiłaby radość Vincentowi o wiele większą niż milionowe ceny jego obrazów osiągane na paryskiej czy londyńskiej aukcji. Stanowią one zresztą ironiczny komentarz do biografii i przywołują na myśl film Roberta Altmana Vincent i Theo. Film zaczyna się sceną licytacji obrazu Vincenta (podniecenie, hazard, żądza posiadania w oczach „miłośników sztuki” i rosnące wciąż cyfry coraz większe, coraz bardziej niewyobrażalne, coraz bardziej horrendalne, dziennikarze, media, sensacja). Kolejne sceny przenoszą do nędznych pokoi, w których Vincent cierpiąc głód, choroby, niedostatki, niezrozumienie i samotność maluje obraz za obrazem, i w których nie udaje mu się sprzedać ani jednego (albo co najwyżej jeden z nich).

W Fajce Van Gogha Wojciech Karpiński opisuje, iż zbiory Muzeum składają się z ekspozycji stałej oraz ekspozycji, którą można by nazwać czasową, bowiem z uwagi na  wielkość zbiorów nie ma możliwości jej prezentacji w całości. Z tego powodu każda wizyta w muzeum odbywana w pewnym przeciągu czasowym pozwala na nowe odkrycia. Ponadto ekspozycja stała też co jakiś okres czasu zmienia umiejscowienie obrazów, co daje pole do nowych przemyśleń, skojarzeń, porównań. Dla przykładu trzy obrazy sadów zaprezentowane w poprzednim wpisie wiszące obok siebie i tworzące pewien cykl nie zawsze wisiały w takiej właśnie konfiguracji, podobnie, jak będące wersją Pokoju malarza dwa obrazy - zdjęcie nr 4 i 5 (mogące dziś stanowić ilustrację znanej zabawy w znajdowanie różnic).

Jako wielbicielka sztuki pisania listów zwróciłam uwagę na trzy listy do brata; każdy pięknie ilustrowany (ze szkicem fragmentu obrazu) i niemal bez skreśleń (zdjęcie nr 6). Myślę, że stanowią bogaty materiał dla grafologów. Ciekawostką jest możliwość obejrzenia pod mikroskopem fragmentów obrazów odkrytych podczas ich konserwacji czy prac badawczo-naukowych.
Oczywiście z wielką przyjemnością patrzyłam na sztandarowe obrazy, ale z nie mniejszą oglądałam te mniej znane; jak obrazy martwej (jakże nietrafnie przetłumaczono angielskie stil life) natury. Buty, owoce, warzywa, kraby, kwiaty przyciągają wzrok nie mniej, niż pejzaże czy portrety i autoportrety.
Nie umiałabym wybrać tego jednego, jedynego, natomiast chyba największe przyciąganie – obrazy do których wracałam najczęściej - powodowały obrazy Paryża i Arles (może to sentyment do miejsca) oraz te najbardziej depresyjne namalowane u schyłku dni; niepokojące i poruszające (zdjęcie nr 7).

Uzbrojona w obrazy piękna i szaleństwa pod powiekami, bogatsza o nowe doznania oraz posilona gorącą i przepyszną zupą grzybową (ze zdziwieniem stwierdzam, iż bardzo mi holenderskie jadło smakowało) ruszam na spacer nad rzeką Amstel. Ze zdziwieniem spostrzegam, iż nadbrzeżne łodzie są w sporej części zaludnione, a krzątający się tutaj ich mieszkańcy wykonują prace w nadbrzeżnych ogródkach. W pierwszej chwili zapominając o porze roku myślę sobie, że to najwyższa pora na wiosenne porządki. Dopiero po chwili, będąc z dala od obowiązków, codzienności i pośpiechu dostrzegam, to, czego nie widzę na co dzień; anomalie pogodowe.

Spacer bożonarodzeniowy przekształca się zatem w spacer wiosenny, wody kanałów odbijają promienie słońca, ptaki śpiewają, mieszkańcy łodzi odnawiają swe domostwa a mnie mijają co chwila rowerzyści i uprawiający jogging. Rowery to symbol tego miasta. Tak jak w Rzymie motory zdobią każdą ulicę, tak tutaj rowery są wszechobecne; mijają mnie co chwila, stają przyczepione do balustrad mostków i przydomowych barierek, leżą na ziemi. W świąteczny dzień Bożego Narodzenia widzę nawet kilka odświętnie przybranych gałązkami świerkowymi. Kawiarnie i restauracje pełne są gości, którzy spędzają czas na rozmowach i grach towarzyskich (widzę grających w karty, oraz układających puzzle). Uliczkami nieśpiesznie spacerują przechodnie, a Jarmark w ten Bożonarodzeniowy dzionek cieszy się nieco mniejszym zainteresowaniem.
Wieczorem miasto wygląda szczególnie pięknie dzięki odbywającemu się Festiwalowi Światła. Różnokolorowe instalacje w różnych punktach miasta przyciągają turystów i mieszkańców. Jest coś z dziecięcej radości w obserwowaniu migających tysiącem lampek wielkich kul, drzew, zarysów budowli, wpatrywaniu się w różnokolorowe refleksy świetlne na wodach rzeki, przypatrywaniu zmianie kolorów. Podobnie, jak w oglądaniu miniaturowego zaprzęgu reniferów poruszającego się po szynach dziecięcej kolejki z bajecznie, kolorowo, kiczowatymi postaciami Mikołajów, w otoczeniu bałwanków, sarenek, choinek. Przypomina to trochę ogrodowe krasnale, a jednak w tej scenerii (raz do roku) nie budzi niesmaku, a raczej wywołuje pogodny uśmiech. Rozświetlony iskrzącymi światełkami wieczór, scenografia Jarmarku, ślizgawek, kolejki z reniferami sprawia, iż człowiek zaczyna uśmiechać się do swoich myśli i przenosi w świat dzieciństwa, jak z baśni Andersena. I nawet brak śniegu nie jest w stanie zmienić tej scenerii, bo radość jest w nas, a nie poza nami.

Drugiego dnia świąt, w tzw. tutaj Boxing Day udaję się do Domu, zwanego Domem Anny Frank i z zaskoczeniem, ale i nadzieją na
przyszłość konstatuję, iż odwiedzających jest niemal tyle samo, jak nie więcej niż w galerii handlowej. To, że ludzie w taki szczególny dzień czują potrzebę odwiedzenia miejsca, które nie pozwala zapomnieć o ludzkim bestialstwie jest budujące. Duże wrażenie robi przejście ze świata żywych do świata skazanych na niebyt, czyli wejście za biblioteczkę do mieszkania, w którym ukrywała się rodzina Anny Frank, małe, pozbawione mebli wnętrza (ich obecność nie pozwoliłaby na poruszanie się w tej ciasnej przestrzeni) i zasłonięte czarnym materiałem okna sprawiały przerażająco, klaustrofobiczne wrażenie. Jedyne pozostawione akcesoria to zdobiące ściany gazetowe wycinki fotografii aktorów, koronowanych głów oraz reprodukcji dzieł sztuki (w tym Piety Michała Anioła!). Do tego parę książek, zeszytów, oraz gra planszowa. Filmy dokumentalne z lat okupacji, filmy i zdjęcia z obozów i filmy wspomnieniowe. No i oczywiście rękopis Dziennika Anny Frank, a w sklepie z pamiątkami niemal wszystkie jego wersje językowe, poza polską.

Południowy spacer kończę przy Placu Rembrandta, na którym pod pomnikiem malarza stoi brązowa replika jego Nocnej straży; kolejne ulubione miejsce turystów stanowiące pożądane tło fotografii. Nieco przemarznięta (z powodu dżdżystej aury) udaję się do pobliskiej kawiarni na lody z gorącą gruszką i czekoladą.

Potem jeszcze tylko wizyta w kościele i wracam do hotelu, aby zanurzyć się w świecie literatury.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Amstardam na święta- część I



Dlaczego właśnie Amsterdam? Nie mogę nawet powiedzieć, abym marzyła o tym miejscu od lat. Pojawił się, jako cel podróży znienacka; jakieś przypadkowo obejrzane zdjęcie, czyjaś wzmianka, lektura kolejnych książek o Van Goghu i zjawiła się myśl, a może by ..., a w sumie, dlaczego nie? Zwłaszcza, kiedy w ciągu jednego roku udało sie odwiedzić wszystkie te miejsca, które jawią się w snach, które przyzywają wciąż i wciąż, których nigdy dosyć. Kiedy myślę Amsterdam - luźne skojarzenia podpowiadają port, woda, mosty, kanały, Van Gogh, Vermeer, Brel. Kto wie, czy Brel to nie jest moje pierwsze skojarzenie związane z miastem, bo to ten utwór słyszany lata temu wywołuje nieokreślone tęsknoty związane z wolnością, podróżą, przestrzenią. Tęsknoty zupełnie nie kobiece, tęsknoty, których namiastką zaspokojenia u mężczyzn jest posiadanie motoru, żaglówki, czy choćby samochodu. Tak przynajmniej pisał Waldemar Łysiak w wysoko cenionej przeze mnie książce MW (dla którego najwłaściwszą nazwą wydaje mi się Muzeum Wyobraźni). Port to miejsce, z którego się wyrusza i miejsce, do którego się wraca. Mam szczególny sentyment do miast portowych, to takie okienko na świat (Brodski w Dyptyku petersburskim nazywa je „oknem duszy”). Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie mieszkania, w mieście, które nie leży nad morzem, mogę całymi miesiącami nie go nie widzieć, ale muszę wiedzieć, ze ono jest gdzieś blisko, na wyciągniecie ręki. Morze pozwala mi oddychać pełną piersią. Mam wrażenie, że w innym miejscu z braku powietrza mogłabym się udusić. Czy ma to związek ze znakiem zodiaku, czy są to osobnicze właściwości- nie mam pojęcia.
Ale to właśnie z tego powodu, bliskości morza, każde miasto portowe ma u mnie duży kredyt zaufania, jeszcze zanim je poznam. Takie miasto nie może ograniczać, daje powiew świeżości i swobody.
Kolejny powód to niezliczona ilość mostów i kanałów, jakież to daje pole wyobraźni. Pisałam niedawno o mostach, które łączą. W Amsterdamie odniosłam wrażenie, że mosty łączą jego mieszkańców, a nie dzielą.
Z powodu swej zabudowy i położenia Amsterdam przypomina z jednej strony Wenecję, z drugie strony moje rodzinne miasto, a dzięki temu budzi przyjemne skojarzenia. No i te muzea, gdzie można zatopić się w świecie niezliczonej ilości obrazów, a co za tym idzie życiorysów ich twórców i opowiedzianych historii.
A gdzieś tam w tle brzmi charyzmatyczny głos Brela, który wyśpiewuje o porcie, o którym marzą marynarze; bo port to przystań, a bardziej prozaicznie to wódka, kobiety i śpiew. To z kolei przypomina pewien niezapomniany wieczór piosenek Brela w warszawskim teatrze kilkanaście lat temu. Niezapomniany z kilku powodów. Po pierwsze - formy przedstawienia, w którym widownia mieściła sie na scenie, przy kawiarnianych stoliczkach, z kieliszkiem wina, a aktorzy występowali na widowni. Po drugie - uroczystego charakteru, bo choć repertuar Brela to piosenki tawern i podejrzanych spelunek, to widownia usadzona na scenie poczuwała sie do godnego zaprezentowania, wiec toalety pan były nieadekwatnie do wyśpiewywanych treści wytworne, zwłaszcza siedząca przy naszym stoliku pani (jak się okazało z telewizji) w długiej taftowej sukni nadawała szyku tej mającej uchodzić za portową knajpę widowni. Po trzecie - piosenek znakomicie interpretowanych przez aktorów stołecznego teatru.

A co ma z tym wspólnego Amsterdam? Nie wiem, czy wtedy wysłuchałam tego utworu, ale wiem, ze już na zawsze tamten wieczór, Brel i Amsterdam to dla mnie jedno.
Amsterdam przypomina mi Gdańsk i to nie tylko z powodu położenia nad wodą, ale z powodu podobnej hanzeatyckiej zabudowy, co pozwalało poczuć się, jak u siebie (wyjeżdżać tak daleko, po to, aby poczuć się jak w domu? paradoks?, czy kobieca logika wykazująca całkowity brak logiki?).
Urokliwe, kolorowe i różnorodne kamieniczki odbijające się w wodach niezliczonych kanałów nadają swoisty klimat temu miastu. Może dlatego, a może też z innej przyczyny, ale odniosłam wrażenie, że ludzie tu mieszkający są radośni i pogodni. To jedyne miejsce, w którym słyszałam tylu śpiewających ludzi (nie zarobkujących w ten sposób, a śpiewających z jakiejś wewnętrznej potrzeby). Zapewne spory udział w wysokim poziomie zadowolenia mieszkającej tu ludności ma atmosfera tolerancji i swobody. 

To miasto łączy w sobie zalety metropolii z urokami kameralności. Nie wiem, czy potrafię to dokładnie wytłumaczyć, jest to bowiem połączenie zalet rozwoju cywilizacji (świetnie rozwinięta sieć komunikacji, dostęp do nowinek informatycznych, festiwal światła, dzięki któremu nawet krótkie szare zimowe dni stają się pogodne i nastrajają optymizmem) z zachowaniem tradycji (pozbawione nowoczesnej zabudowy historyczne centrum, czy choćby świąteczny jarmark). Nie wiem, czy miałam szczęście, czy Amsterdam nie jest tak turystycznie oblegany, jak inne europejskie metropolie, ale mimo sporej liczby turystów, poza ulicą Damrak, na której odbywał się świąteczny jarmark nie było tłoku.
Amsterdam, podobnie, jak Londyn zdobył moje serce z powodu łatwości w poruszaniu się, powszechna znajomość języka angielskiego pozwalała nawet tak słabo posługującej się tym językiem, jak ja, osobie na bezproblemowe przemieszczanie.
Mój pobyt w mieście był pobytem świątecznym, nie nastawionym na intensywne zwiedzanie, a raczej na odpoczynek, refleksję i relaks. Snułam się więc uliczkami, podziwiałam ciekawe kamieniczki, obserwowałam ludzi, kosztowałam jadła i napitków, jednym słowem starałam się poznać klimat miasta i jego mieszkańców.
 
A przy tym nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła dwóch muzeów, których zbiory niemal już śniły mi się po nocach; Rijksmuseum oraz Muzeum Van Gogha. Pierwsze z powodu Vermeera, drugie – nie trzeba chyba pisać dlaczego.
Nie chciałabym pisać dzisiaj o konkretnych miejscach, budowlach, dziełach, a jedynie spróbować przekazać kilka obrazków, które dziś składają się na moje widzenie miasta.
Obrazek pierwszy nie tylko mnie skojarzył się z obrazami Bruegla (vide poprzedni wpis). Zimowy pejzaż z łyżwami - tak można nazwać widok, jaki znajduje się przed wejściem do majestatycznego neogotyckiego gmachu z czerwonej cegły mieszczącego w 260 salach dzieła malarzy, drukarzy, stolarzy i innych rzemieślników (piękne meble, porcelana, zbroje, biżuteria to tylko niektóre eksponaty Rijksmuseum). Znakiem rozpoznawczym tego miejsca są ponad metrowej wysokości kolorowe litery I am sterdam (identyfikacja mieszkańców z ich miastem), przy których tak chętnie fotografują się turyści.
Położona nieopodal ślizgawka mieni się różnokolorowymi ubraniami łyżwiarzy i pomarańczowym odblaskiem ubranek ochronnych dzieci. W tle rozbrzmiewają dźwięki muzyki, w pobliskiej jadłodajni popijają rozgrzewające napoje i posilają się ciepłym jadłem obserwatorzy, para podgrzewanych potraw miesza się z parą rozgrzanych łyżwiarzy, świąteczne dekoracje nadają specjalny klimat, a wszystkiemu towarzyszy wesoły gwar i rozradowane buzie zarówno uczestników, jak i stojących z boku, którzy prędzej czy później do zabawy dołączą. Ci, którzy na podjęcie decyzji o powrocie w świat dzieciństwa potrzebują trochę więcej czasu udają się albo do jednego z kilku znajdujących się w pobliżu muzeów, albo na gorącą czekoladę do pobliskiej kawiarenki, albo do sklepu z muzealnymi pamiątkami (ach te Van Goghi, te Vermeery, te Avercampy w dziesiątkach postaci; reprodukcje, kalendarze, filiżaneczki, zakładki do książek, notesiki, podkładki, długopisy, chusteczki, parasolki… długo by wymieniać. Czy ktoś jest w stanie oprzeć się zakupu choćby kilku karteczek? To chyba pytanie retoryczne). Pokrzepiam się wizytą w Rijksmuseum, po której przyznaję rację Herbertowi, iż polsko brzmiące tłumaczenie nazwy holenderskiego malarstwa „martwa natura” jest nieadekwatne do treści tych obrazów. Można powiedzieć o nich wszystko, tylko nie to, że są martwe, one żyją; świeżość owoców, pieczywa, mięsiwa i ryb, łupinki orzechów i ciągnące się serpentyny obierek cytryn, przewrócone pucharki na wino zdają się zaświadczać, że uczestnicy uczty dopiero co wstali od stołu, a my z chęcią skosztowalibyśmy tych serów i winnych gron, których dojrzałość i świeżość nie budzą żadnych wątpliwości. A zatem pokrzepiona wizytą w galerii i gorącą czekoladą w pobliskiej kawiarence (ogrzewanej płonącymi polanami) zaczynam swój wigilijny poranek. 
A ponieważ wpis mi się rozrasta do niebotycznych rozmiarów, muszę podzielić go na części.

piątek, 3 stycznia 2014

Kalejdoskop minionego roku (czyli przeżyjmy to raz jeszcze)



Koniec roku to tradycyjnie podsumowania. Lubimy liczyć, porządkować, układać w zbiory, to daje nam orientację, czy było lepiej, czy gorzej, a może tak samo. I mimo, iż zarzekamy się, że przecież nie chodzi nam o bicie rekordów, to przyjemnie podbudowuje nas świadomość, tego, że udało nam się poznać więcej i więcej. To takie naturalne dążenie człowieka, aby więcej i aby lepiej, aby głębiej i aby w pełni. Wciąż w drodze, w poszukiwaniu, w dążeniu, drążeniu, próbie uchwycenia tego, co nieuchwytne. Postanowiłam i ja sobie troszkę podsumować miniony rok.
Czytelniczo
Moim odkryciem w literaturze obcej stali się Proust (przeczytałam W stronę Swanna oraz W cieniu zakwitających dziewcząt) oraz Josef Brodski (przeczytałam Znak Wodny, a na półce stoi Dyptyk Petersburski). Autorzy ci oczarowali i skradli serce. Kontynuowałam znajomość z Emilem Zolą (Paryż, Rzym, Lourdes, Kartka miłości, Opowieści niesamowite, Germinal (powtórnie) oraz biografia pisarza pióra Haliny Suwały), poznałam też trochę twórczość Stefana Zweiga (Niecierpliwość serca oraz biografie Balzaka, Marii Stuart i Marii Antoniny) i muszę przyznać, że było to całkiem miłe spotkanie.
W literaturze polskiej  (która niestety nie jest moją najsilniejszą stroną) odkryłam panią Marię Wachowicz (Czas nasturcji zauroczył pięknym językiem oraz zainteresował postacią jej bohatera), przeczytałam dwie książki Iwaszkiewicza (Podróże do Włoch oraz Matkę Joannę od aniołów i nie były to niemiłe spotkania), pogłębiam znajomość z Herbertem (Martwa natura z wędzidłem - kolejny zachwyt nad umiejętnością ciekawego pisania o rzeczach z pozoru błahych i całkiem zwyczajnych) oraz z panią Bożeną Fabiani (Moje nowe gawędy o sztuce). Pani Fabiani pisze tak przystępnie i ciekawie, że przeczytanie kolejnego tomu rozbudza apetyt na dalszą lekturę.


To nie był mój rekordowy rok pod względem ilości przeczytanych książek (przeczytane w 2013), ale książki, które przeczytałam w zdecydowanej większości oceniłam pozytywnie. Największe rozczarowanie przyniosła mi książka, po której spodziewałam się może zbyt wiele, a może czegoś zupełnie innego. Wszystko przemawiało za, bo i temat związany z próbą odzyskania bezcennego dzieła sztuki i przyrównanie do powieści Dana Browna (jedni pisali o podobieństwie, inni podkreślali wartość na zasadzie kontrastu wybitnego dzieła z "miernotą, gniotem, grafomanią i czym tam jeszcze określono książki" pisarza, do którego mam słabość. Dla osoby, której dwie najgłośniejsze książki Browna przyniosły szereg ciekawych odkryć artystycznych (od Berniniego poprzez Rafaela a na Durerze kończąc) i przełożyły się na parę cudownych podróżniczych wzruszeń (piękne rzymskie świątynie, tajemnicza londyńska Temple, paryskie odkrycia w Luwrze, Saint Sulpice odkrywane dzięki lekturze to tylko niektóre z tych inspiracji) takie nawiązanie było ważkim argumentem. Oczekiwałam podobnych wzruszeń, wartkiej lektury, nowych artystycznych odkryć. Dodatkowym argumentem za były świetne blogowe recenzje u trzech osób prezentujących zupełnie odmienne światopoglądy i skrajnie różne polityczne sympatie, no bo skoro podoba się tak bardzo (recenzje były entuzjastyczne, a zapał jednej z blogerek, kiedy mi o książce opowiadała wydawał się zaraźliwy) osobom o tak skrajnie różnych oczekiwaniach to książka nie może być nieinteresująca.
Kupiłam w prezencie dla koleżanki pewna, że lektura pójdzie mi gładko i za parę dni będę mogła książkę nadać na poczcie. I tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Czytałam, czytałam i czytałam i właściwie zmuszałam się, aby doczytać do końca, bo przecież czasami dopiero finałowa scena nadaje nowego znaczenia, pozwala na inne odczytanie powieści, jest kluczowa. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego, ale zupełnie mnie lektura nie wciągnęła. A przecież temat kradzieży dzieł sztuki, próba ich odzyskania, sensacyjne wątki, zamach terrorystyczny, pościgi, ukrywanie się, strzelanina, mini wykłady na temat malarstwa oraz sposobów odszukiwania zaginionych (skradzionych dzieł sztuki), mocno naciągana (acz wcale nie będąca nieprawdopodobną) teoria dotycząca odpowiedzialności pewnego mocarstwa za wybuch II wojny światowej powinny sprzyjać lekturze. Tymczasem ja byłam rozczarowana zarówno fabułą, jak i sposobem prowadzenia narracji. Nie poczułam cienia sympatii do żadnego z bohaterów, ich postacie wydawały mi się nieciekawe i papierowe. A już szczytem wszystkiego były dziecinne pyskówki uskuteczniane przez jedną z bohaterek. Na plus tej książce muszę oddać, że jakąś tam nową wiedzę pozyskałam. No i jeszcze podobało mi się parę trafnych spostrzeżeń na temat Polaków. Chodzi o Bezcennego pana Miłoszewskiego.
Muzycznie
Rok temu brakło mi koncertów, ten był bardzo bogaty w muzyczne ucztowanie (od koncertu pożegnalnego Vai Con Dios, poprzez koncerty Il Divo, Gregorian aż po Stare Dobre Małżeństwo i koncert finałowy festiwalu piosenek Agnieszki Osieckiej). Spełniły się także moje musicalowe marzenia.
W styczniu obchodziłam bardzo okrągłe urodziny, a pięknym prezentem, jaki otrzymałam, zupełnie niespodziewanie, była filmowa adaptacja musicalu Les Miserables. Prezentem urodzinowym była też październikowa wycieczka po Europie, a jej najpiękniejszym momentem możliwość obejrzenia Nędzników na londyńskim West Endzie. Rozczarowaniem musicalowym były natomiast Deszczowa piosenka w Teatrze Roma w Warszawie oraz Phantom of the Opera w Londyńskim Her Majesty (dobre wykonanie i efekt całości psuł mi operowy głos Eryka-upiora, którego partie moim zdaniem są partiami do rockowego wykonania, jako przeciwwaga dla lirycznego głosiku słodkiej Cristine. Tak więc londyński Upiór (jak dla mnie) przegrał w konkurencji z warszawskim).
Podróżniczo
Długo w tym roku czekałam na moje wakacje, ale kiedy już zaczęłam podróże to odwiedziłam spory kawałek Europy; od Londynu, poprzez Paryż, Wenecję, Florencję, Rzym aż po Amsterdam. Do tej pory zdołałam się podzielić zaledwie maleńką cząstką wrażeń. 
Plany - tradycyjnie; żadnych planów. No może jeden malutki, pisać jedynie o wybranych pozycjach czytelniczych. Gdzieś tam, na samym początku mojego pisania założyłam sobie, (chyba błędnie), że będę pisać o każdej przeczytanej książce, o każdym obejrzanym spektaklu, wysłuchanym koncercie, odbytej podróży, a takie założenie i niemożność jego spełnienia wprawia tylko we frustracje. A przecież pisanie ma być przyjemnością, a nie obowiązkiem. I tego życzę każdemu - dużo radości i wielu przyjemności we wszystkich dziedzinach życia.
 
No to może jeszcze jeden plan- chciałabym nauczyć się pisać bardziej lakonicznie, daleko mi do Prousta, a zdania buduję czasami tak dalece rozbudowane, że sama muszę je dwa razy przeczytać, aby przypomnieć sobie, co autor miał na myśli, choć kiedy piszę mam wrażenie, że jestem mistrzem intelektu (to miał być żart).
Zdjęcia z ostatniej wycieczki do Amsterdamu 1. Widok sprzed Rijskmuseum, 2. Dom handlowy w świątecznej szacie, 3. Targ kwiatowy, 4. W muzeum Van Gogha
A na 2014 rok życzę równowagi pomiędzy światem realnym a wirtualnym (sobie też:)

niedziela, 22 grudnia 2013

O życzliwości i dobrym sercu, czyli coś na kształt świątecznych życzeń



Czego Wam życzyć moi drodzy? No bo, że zdrowych i pogodnych, spokojnych i rodzinnych to się rozumie samo przez się.

Dołączam do grona tych, którzy zapewne od kilku już dni głowią się nad oryginalnymi, pięknymi życzeniami z okazji tak ważnego dla nas Święta. Myślę, że nawet osoby niewierzące traktują je, jako szczególny okres, piękną tradycję i okazję do rodzinnych lub przyjacielskich spotkań. Oczywiście zaraz po tym, jak uda im się do nie zmęczyć do upadłego na świątecznych zakupach, świątecznym sprzątaniu i świątecznych przygotowaniach kulinarnych, nie pokłócić z rodziną i nie zużyć całego zapasu tabletek uspokajających.

Życzyć Wam Zdrowych? oczywiście życzę,

Życzyć Wam rodzinnych? życzę także,

Mogę nawet życzyć wam spokojnych i miłych,

Ale życzyć wam wypoczętych – bądźmy realistami, ale w porządku życzę i tego, a nuż się uda.

Ale tego, czego wam dziś życzę najbardziej to, abyście i w te najbliższe dni i te po nich nadchodzące spotykali na swojej drodze więcej życzliwości i dobroci niż złośliwości i agresji. Abyście spotykali i na waszej drodze osoby, które sprawiają, iż wiara w Boga dla jednych /i wiara w człowieka dla innych może nadal w nas trwać, a nasze tu i teraz jest całkiem znośne, a bywa nawet pogodne i radosne.

I przy okazji dziękuję tym wszystkim ludziom dobrej woli, którzy w tym roku okazali mi dużo serca i życzliwości. A w szczególności dwóm fantastycznym dziewczynom (i ich partnerom), dzięki którym mogłam gościć w Paryżu i Rzymie - Czaro i D., Edyto i Jerry dziękuję Wam z całego serca. Dziękuję też za możliwość spędzenia miłych chwil holly (która zaprosiła mnie na ciekawą wystawę oraz umożliwiła zobaczenie kawałka "jej Paryża” (z nadmiaru pomysłów nie zdążyłam jeszcze opisać wrażeń), kaye i hienie, z którymi spotkałam się w Gdańsku, no i dziękuję za miłe dowody sympatii i pamięci od moich blogowych koleżanek (lirael, momarcie, kaye). Edyto a Tobie w szczególności. No i też dziękuję wszystkim odwiedzającym - miło was gościć u siebie



A teraz i ja kończę pakować walizkę i udaję się na moje świąteczne kolędowanie i zapewne nie uda mi się odezwać wcześniej, jak po świętach, bowiem nowo nabyty sprzęt podróżny odmawia współpracy już teraz.

zdjęcia z kartek świątecznych :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Podpatrzone, podsłuchane w podróży (1)





Rzym - kościół Santa Maria Sopra Minerwa - jedno z moich ulubionych miejsc w wiecznym mieście. Po wysłuchaniu Moich gawęd Bożeny Fabiani z przyjemnością zauważam, że nie tylko moje. Pisałam już o nim na tym blogu, ale gwoli krótkiego przypomnienia jest to świątynia o ciekawej historii, niebanalnym otoczeniu i przebogatym wnętrzu. Świątynia wybudowana została pod koniec trzynastego wieku w miejscu pogańskiej świątyni Izydy (omyłkowo wziętej za świątynię Minerwy) dla zakonu dominikanów. Tutaj mieściła się siedziba Świętej Inkwizycji za czasów Galileusza, tutaj złożono prochy św. Katarzyny Sieneńskiej oraz papieży, między innymi tych szczególnie bliskich moim zainteresowaniom; papieży z rodu Medyceuszy (Klemensa VII - oskarżanego o sacco di Roma – na którego nagrobku próbowano mścić się na nieudolnym sprawcy jednej z największej rzezi w historii Rzymu, a także Leona X). Tutaj też złożono szczątki Fra Angelico (zakonnika, malarza, patrona ludzi sztuki, błogosławionego przez Naszego Papieża i autora najpiękniejszego,  jakie kiedykolwiek oglądałam Zwiastowania). Przed wejściem do świątyni znajduje się niecodzienny widok; obelisk umieszczony na słoniu dłuta GianLorenzo Berniniego. Wnętrze świątyni zdobi przepiękna kaplica Carrafy przyozdobiona freskami Fillipino Lippiego (o których pisałam tutaj i tutaj). Sklepienie nawy głównej barwy firmamentu niebieskiego przypomina mi bazylikę Mariacką w Krakowie. Po prawej stronie prezbiterium, w centralnym punkcie pod ołtarzem znajduje się figura Chrystusa dłuta Michała Anioła, pięknie wyrzeźbiona muskularna postać przypominająca antycznego (nieco atletycznego, jak to u Buonarottiego) Boga o twarzy Zbawiciela z tą okropną, dorobioną z brązu biodrową
przepaską. W kaplicy bocznej po lewej stronie zauważyłam obraz pędzla Benozzo Gozzolego, jakże odmienny w klimacie i wymowie od Pochodu Trzech Króli z Palazzo Medici. Jako ciekawostka w krypcie spoczywa tu także polski generał z czasów powstania listopadowego Józefa Szymanowski.

Ten przydługi wstęp miał uzmysłowić, czym jest ta świątynia, oczywiście poza tym, że jest miejscem kultu. Kręcę się od prawej nawy do lewej, siadam, wracam i kiedy już z żalem decyduję się wyjść widzę dużą grupę (turystów/pielgrzymów?). Grupie przewodzi ksiądz wraz z modnie ubraną przewodniczką/ pomocnicą (?). Rozpoznaję rodaków, (my Polacy wyróżniamy się za granicą  znerwicowaniem, zestresowaniem, niepewnością) jedyne za czym się rozglądają to postać przewodnika. Zaciekawiona postanawiam zobaczyć, co im pokaże, może opowie coś ciekawego, może i ja skorzystam z tej przypadkowej zbieżności w czasie. Polska wycieczka to dość niespodziewane wydarzenie w tej świątyni, nie leży ona na trasie wycieczek biur podróży, aczkolwiek znajduje się zaledwie parę kroków od Panteonu nie należy do standardowych celów turystycznych eskapad. Tymczasem przewodnik z koloratką wraz z pomocnicą w złotych butach, ze złotą torebką i krwistoczerwonych tipsach przemierzają świątynię szybkim krokiem nie zatrzymując się ani przy żadnej z kaplic, ani pod żadnym freskiem. Kiedy dochodzą do kaplicy Carrafy z freskami Lippiego żadne z nich nawet nie rzuca okiem na bajecznie kolorowe (niedawno odnowione) Zwiastowanie i Wniebowstąpienie. Ich szybki marsz przypomina raczej sprint niż dostojne zwiedzanie. Wyraźnie spieszą się do ściśle wyznaczonego celu. Przyklękają przed ołtarzem i niemal biegną w kierunku zakrystii, patrząc jedynie pod nogi i na czarną marynarkę przewodnika. Niemal wzorkiem hipnotyzuję go, aby się zatrzymał i choć słowem wspomniał o Chrystusie Michała Anioła, przecież ci ludzie są tu pewnie po raz pierwszy i ostatni w życiu, może nie słyszeli o Filipino Lippim, może nic nie mówią im imiona żyjących setki lat temu papieży, obce im też zapewne nazwisko Berniniego czy Fra Angelico, ale o Michale Aniele twórcy sklepienia kaplicy watykańskiej (znanej od imienia papieża Sykstyńską) słyszał chyba każdy. Tym czasem przewodnik zaabsorbowany celem, do którego zmierza nie dostrzega Chrystusa, a może nie ma pojęcia o jego istnieniu. Podobnie, jak grupa. Poza jedną parą. Ona – korpulentna pani w dość zaawansowanym wieku omiata wzrokiem tabliczkę informującą o autorze pięknego posągu, podnosi wzrok na Chrystusa, marszczy czoła i wskazując brodą w kierunku marmuru pyta Jego - chudego pana w średnim wieku To - to? Słyszy pomrukujące chrząknięcie i już odwraca się, aby nie zgubić przewodnika z zasięgu wzroku. Ksiądz wraz z pomocnicą usadzają grupę w bocznej kapliczce i idą do zakrystii, po chwili wychodzą, obiegają świątynię dwukrotnie i wracają do grupy.

Turyści/pielgrzymi po piętnastu minutach znudzonego oczekiwania (wykorzystujących czas na modlitwę jest niewielu) wraz z przewodnikiem wychodzą. To już, odhaczone, zaliczone kościół, przed którym stoi słoń ze słupem na grzbiecie już widzieli. W tym czasie kaplicę z freskami Lippiego, rzeźbę Chrystusa i płytę nagrobną Fra Angelico oglądają, chłoną, fotografują, łapią pod powieki Niemcy, Japończycy, Francuzi, Anglicy, Włosi, dorośli, starcy i dzieci, nie ma osoby, która nie zatrzymałaby się pod jednym z trzech „filarów” świątyni, poza grupką pielgrzymów z Polski.To oczywiście mógł być przypadek, wyjątek, ale zrobiło mi się smutno i przykro, jakby to ktoś mnie pozbawił możliwości pięknych przeżyć.
Zdjęcia; 1. freski Lippiego, 2. obraz Gozzolli Madonna z dzieciątkiem, 3. Chrystus Michała Anioła, 4. Nagrobek Fra Angelico