Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 17 czerwca 2014

Wielbłąd na stepie Jerzy Krzysztoń


Geneza - deklarowane na blogu Moja pasieka uczucia do autora. Dzięki Kasi przypomniałam sobie o książkach, które czytałam kiedyś dawno temu z wypiekami na twarzy.
Gdy kończyłam podstawówkę (czyli pod koniec lat siedemdziesiątych) istniała w naszym kraju tzw. literatura drugiego obiegu. Pamiętam, że ustawiała się wówczas kolejka do czytania książek, których oficjalnie nie można było dostać. Jedną z takich książek był właśnie Wielbłąd na stepie (podobnie, jak Krzyż południa)
Krzysztonia
Jej lektura jak każdy zakazany owoc, miała wówczas inny posmak. Pamiętam ekscytację tym, iż oto dowiedzieliśmy się o czymś, o czym oficjalnie się nie mówiło (o wywózkach Polaków na wschód i ich ciężkiej egzystencji u „sojusznika”).
Kiedy sięgnęłam po książkę dzisiaj byłam ciekawa przede wszystkim, czy przetrwała ona próbę czasu. Moja wiedza o tamtych czasach posunęła się lata świetlne naprzód, tak więc aspekt pewnego rodzaju wtajemniczenia, jaki dawała wówczas dziś uległ zatarciu.
Przyznam też, że poza całą otoczką, jaka towarzyszyła lekturze oraz fakcie, iż warunki bytowania Polaków na wschodzie były niezmiernie ciężkie w mojej pamięci zachował się jedynie obraz wyprawy chłopców w step po arbuzy, wyprawy, którą odebrałam wówczas, chyba tak, jak chłopcy, jako wspaniałą przygodę, a nie jako własną cegiełkę w walce o przetrwanie.


Narratorem powieści jest kilkuletni Jurek, który wraz z najbliższymi został wywieziony z Grodna w głąb Rosji (do Kazachstanu). Wśród ciężkich warunków egzystencji (zimna, głodu, wycieńczenia, pracy ponad siły) kobiety i dzieci, bo to oni stanowią większość spośród deportowanych, walczą o przetrwanie na niegościnnej ziemi. Echa toczącej się w oddali wojny odbijają się na życiu deportowanych (brakiem rąk do pracy, transportu, żywności, opieki medycznej). Aby przetrwać muszą pracować w zamian za wystarczające ledwie na przeżycie głodowe porcje żywnościowe, broniąc się przed zimnem, chorobami, zmęczeniem, insektami. W tak ciężkich warunkach (spotęgowanych nieprzyjaznym klimatem; kilkudziesięcio-stopniowe mrozy zimą, upał nie do wytrzymania  latem czy budzące grozę pożary stepu) dzieci szybciej dorośleją, a kobiety szybciej się starzeją. Przerzucani z miejsca na miejsce egzystują bez poczucia bezpieczeństwa czy choćby względnej stabilizacji. Dziś tu, jutro tam. Kiedy pojawia się informacja o tworzeniu się polskiego wojska rodaków ogarnia euforia i decydują się na odbycie kolejnej podróży w nieznane.
Krzysztoń pokazuje wzajemne relacje pomiędzy żyjącymi w stepie ludźmi. Przy czym fakt, iż są to różne narodowości ma tu mniejsze znaczenie (współistnieją obok siebie Polacy, Ukraińcy, Kazachowie, Niemcy, Żydzi i Rosjanie). Mimo ciężkich warunków bytowania ludzie są sobie raczej życzliwi (poza paroma wyjątkami wzajemnie się wspierają). Nie ma tu opisów drastycznych zdarzeń, ot zwykłe powolne wyniszczenie, które można by przypisać wojnie. Krzysztoń nie pisze, skąd w głębi Rosji znalazły się tysiące Polaków, jednak już sam fakt, że o nich pisze był dużą odwagą z jego strony (książkę wydano w 1978 roku). I jakoś tak przemówiło do mnie, to co mama Jurka przekazała synowi; 

… znaleźli się ludzie, którzy podzielili się kawałkiem chleba…        I tego nigdy nie zapomnij. Kiedy dorośniesz nie zgub w pamięci, dzięki temu nie będziesz patrzeć na innych przez krzywdy, które ci wyrządzili, ale inaczej, po ludzku, tak jakbyś chciał, aby ciebie wspominali. 
Dla Jurka i jego rówieśników pobyt w Kazachstanie był jak jedna, wielka przygoda; kąpiele w rzece, wyprawy na szaber, polowanie na susły. Młodszy braciszek Jurka zapomina polskiej mowy i coraz chętniej posługuje się rosyjskim (jak przykro i przerażająco brzmi zapytanie Mariuszka - To my nie ruscy?). 

Powieść napisana jest pięknym, momentami poetyckim językiem.
Stepem rozkiełznany mknął wiatr. Opił się stepowych wonności i nakradł aromatów. Raz zieloną, raz srebrną miał grzywę. Mierzwiły się pod nim kępy traw, tarzał się w nich i cwałował dalej z kopyta, bo nic go nie zmęczyły te dalekie przestrzenie, w których się począł pod słońcem. Step lśnił i migotał wokół całego sioła, doskonale widoczny z pagóreczka, gdzie stał budynek szkolny. Pachniało rozgrzanym piołunem i ziołami, których nazw nikt nie spamiętał.  
Dla tych, którzy nie lubią poetyckich wstawek w prozie na pocieszenie napiszę, iż nie jest ich nazbyt wiele. Sporo tu natomiast wtrąceń (i dialogów) po rosyjsku (pisanych fonetycznie), nadają one klimat powieści i uwiarygodniają ją. Brak przypisów może stanowić trudność dla osób, które nie uczyły się języka rosyjskiego.

Dziś książka nie wywołuje już takich emocji, jak wówczas, kiedy czytałam ją po raz pierwszy. Jednak ze względu na język, klimat, autentyczność zdarzeń, spojrzenie na historię z punktu widzenia dziecka uważam, iż to lektura godna polecenia.
Moja ocena 4,5/6
Łańcuszek- Krzyż południa (stoi już na półeczce)

niedziela, 15 czerwca 2014

Podróżnicze miniatury (1) Opera Garnier w Paryżu



Ulotne chwile, błysk w oku, zatrzymanie w zwojach pamięci jakiegoś malutkiego fragmentu rzeczywistości, który sprawia, że miejsce i zdarzenie stapiają się w jedno, a całość powoduje może ckliwe i naiwne, ale silne przeświadczenie, iż dla takich chwil warto żyć.  

Paryż – poranny grudniowy spacer przez pogrążone we śnie miasto.
Opuszczam przytulny i ciepły, choć malutki, hotelowy pokoik i wychodzę w orzeźwiający chłodem zimowego poranka dzień. Wokół ciemno, właściciele braserii podnoszą żaluzje swych sklepików, układają ciepłe croissanty i nastawią ekspresy do kawy. Na pustych o tej porze uliczkach mijam jedynie zamiataczy i dostawców towarów. W takiej chwili urzeczywistnia się egoistyczne pragnienie zawłaszczenia tu i teraz dla siebie. Jesteśmy tylko my; ja i ono, zespalamy się w jedno. Przepływają przeze mnie stulecia, idę uliczkami, które tak wiele widziały. Jakieś sto metrów dzieli mnie od rue Rivoli i od Luwru, nieco więcej od wystawy Fra Angelica, ale dopóty miasto pogrążone w ciemności nocy podążam w kierunku Opery Garnier. Idę przepełniona radosnym upojeniem, że jestem w tym miejscu, że za dwa dni spełni się kolejne z moich marzeń, a tymczasem staję pod gmachem Opery. Patrzę na oświetlony elektrycznym światłem latarni budynek i widzę go w zupełnie innym otoczeniu. Niczym na obrazie Gierymskiego (Opera paryska w nocy), obrazie, którego jeszcze nie znałam, a którego istnienie przeczuwałam, wszak to widok godzien utrwalenia.  
Jest w nas jakaś niewytłumaczalna i złudna tęsknota za czasami, które minęły, zupełnie, jakbyśmy wierzyli, że wówczas żyło się lepiej, łatwiej i piękniej. 
Do dziś ilekroć myślę Paryż pojawia się ciąg skojarzeń; wczesny poranny spacer, Gmach Opery, tańcząca z Wrońskim Anna Karenina (słucham wówczas audiobooka), oświetlona świątecznie Galeria Lafayette, kawa z rogalikiem oraz Fra Angelico i jego przecudne obrazy. Jak to dobrze, że mamy wspomnienia i mamy co wspominać.



niedziela, 8 czerwca 2014

W podróży Sandor Marai



Jesteśmy wędrowcami i poszukiwaczami przygód, włóczymy się bez paszportu, wędrujemy po nizinach, krainie życia, której prawdziwych granic dokładnie nie znamy.
Po książkę sięgnęłam dzięki wpisom u kaye i u nutty. Kiedy czytałam W podróży wydawało mi się, iż nie ma nic prostszego, niż opisanie wrażeń. Kiedy ktoś pisze tak prosto, tak lekko, tak jakby przelewał na papier to co nam w duszy gra, kiedy to co pisze przemawia do serca, odzwierciedla nasze życiowe credo, kiedy czytasz i mówisz sobie, o właśnie, lepiej bym tego nie ujęła to przecież napisanie o tym powinno być bułką z masłem. Dlaczego więc nie jest? Może z powodu braku umiejętności, a może z obawy, iż nie będę w stanie przekazać mądrości tych króciutkich, a jakże celnych spostrzeżeń, a może wreszcie, dlatego, że pisanie o rzeczach najprostszych jest niewyobrażalnie trudne. Jak uchwycić fantastyczną przenikliwość, intuicję i trafną ocenę sytuacji, kunszt literacki i celność spostrzeżeń. Bez wsparcia cytatami nie dam rady.
Czasami nachodzi mnie taka niepokojąca myśl, czy nie jestem jak ten malarz - dyletant u Maraia, który życie obserwuje z zewnątrz, nie dostrzegając tego, co tkwi podskórnie. Malarz podczas rejsu statkiem nie schodzi na ląd, a jedynie maluje piękne widoczki, takie, którym nic zarzucić nie można, poza tym, że nie sięgają głębi.
Maluje przez dwa tygodnie jak na akord, dzień w dzień niestrudzenie. …. Przyglądam mu się, dręczony jednocześnie wyrzutami sumienia, że sam zupełnie nic nie robię, nie sporządzam nawet notatek; ale pod koniec drugiego tygodnia z ulgą stwierdzam, że jego metoda jest zawodna. Już mnie nie zaspakaja uwiecznianie tego, co widzę, byle zgrabnie i w przyjemnej kolorystyce. Nie mogę się pogodzić z tym, że moje zajęcie to tylko kilka starannie wyretuszowanych fotografii, parę dobrych ujęć ze świata w wymiarach sześć na dziewięć. To trzeba inaczej… szczegóły trzeba zanurzyć w utrwalaczu pamięci, a potem w ogóle o wszystkim zapomnieć, bo dopiero później znacznie później nadać formę tym okruchom, które pozostały po trywialnych realiach. Istnieje inna rzeczywistość - odbicie, jakie świat pozostawia w tobie, jeśli jesteś artystą.
To zadziwiające, że pisząc tak niewiele (często są to zaledwie migawki, czy urywki pewnych zdarzeń, obserwacji, przemyśleń) autor potrafi wydobyć kwintesencję, zupełnie, jak gdyby naszkicował piórkiem parę kresek, a tu pojawił się obraz pełen barw i znaczeń.
Bo podróżowanie to dla pisarza (i dla mnie także) nie sposób przemieszczania się z miejsca na miejsce, nie zaliczanie kolejnych punktów na mapie, podróżowanie to sposób życia, to poznawanie świata, ludzi i siebie samego.
Z upływem lat człowiek zaczyna podróżować również do własnego wnętrza, a wewnętrzny kompas pokazuje inne kierunki. Dziesięć lat temu z entuzjazmem psa myśliwskiego pędziłem co ranek do okienka kabiny i oglądałem świat, wstrzymując dech z przejęcia. Teraz stałem się cierpliwszy i skromniejszy. Podróżny budzi się rano, zapala papierosa, niemrawo rozsuwa żaluzje w oknie kabiny i widzi naprzeciw kompleks żółtych domków na zboczu skalistego wzgórza. Aha- to Malta- myśli z satysfakcją i spokojną radością. Ale już nie biegnie spocony, żeby tą Maltę odkrywać. Najpierw się kąpie i nieśpiesznie je śniadanie. Potem obiera pomarańczę. Nóż nie wypada mu z ręki na myśl, że na lądzie czeka na niego Malta. Niech poczeka- myśli spokojnie. Jeśli dotychczas czekała… Sekret jego spokoju polega na tym, że do podróżowania trzeba być znacznie młodszym, lub znacznie starszym, niż ja obecnie. (pisze to w 38 roku życia)
Czytając chciałoby się powiedzieć, że choć wszystko się zmienia to jednak wszystko już było. Ileż to razy narzekamy na pośpiech odbijający się na (byle)jakości naszych podróży. Z rozrzewnieniem czytamy, jak podróżowano sto lat temu i wcześniej. Tymczasem podróżujący w  dwudziestoleciu międzywojennym  Marai ubolewa nad sposobem podróżowania sobie współczesnych.
Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Czyżbyśmy zatem idealizowali przeszłość. Skoro i my i oni zajęci bywamy jedynie rejestrowaniem rzeczywistości fleszem aparatu i okiem kamery, patrzymy, a nie widzimy, oglądamy, ale nie zastanawiamy się nad tym, co widzimy.
Siedzi w przedziale, przed nią rozkład jazdy i wieczorne gazety, mnie podejrzany wydaje się już sam rozkład jazdy, a co dopiero prasa! Do Wiednia będę czytała - mówi. Święty Krzysztofie, patronie podróżników, to po co ona jedzie? Ja czytam tylko w domu, w fotelu, który wybrałem umyślnie do tego celu, i przy świetle specjalnej lampy. W pociągu natomiast podróżuję. A ona będzie czytała do Wiednia, potem spała do Lugano, po przyjeździe będzie się dziwić cenom w pensjonacie, że okazały się wyższe, i górom, że niższe, po czym napisze o tym widokówkę, na miły Bóg!
Uśmiecham się serdecznie czytając o oburzeniu pisarza na taki sposób podróżowania. Ileż razy i ja zadziwiałam się z tego powodu. A z drugiej strony zazdroszczę komfortu czytania jedynie w domu w ulubionym fotelu. Cisza, spokój, pełna koncentracja.
Podróżowanie jest dla pisarza punktem wyjścia do snucia rozważań o życiu, pięknie, sztuce, kulturze, charakterze mieszkańców odwiedzanych miejsc, specyfice miejsca. Marai potrafi zachwycić zarówno detalem, jak i uniwersalizmem spostrzeżeń.
A wszystko to nasycone jest smutkiem a przez pisarza przemawia świadomość nietrwałości istniejącego status quo. Egzystencjalna zaduma nad przemijalnością miesza się z obawą przed nadciągającą w Europie burzą.
Pięknie wyraża je refleksja snuta w cieniu twarzy Michała Anioła wyrzeźbionej we florenckiej Piecie.
Wpatrywałem się weń z ciekawością, pośrodku na wpół zwariowanego świata, który w tych chwilach zapala niebezpieczne ognie nad pejzażami ludzkiej kultury, i zapragnąłem, żeby mi ta twarz odpowiedziała. Ale nie odpowiadała. Była pusta, poważna i pozbawiona uczuć. Nie pocieszała i niczego nie obiecywała. Nie było w niej ponurości, ani grozy, ale też żadnej łagodności. Twarz starca, który z jakąś szczególną ślepotą i czujnością pochyla się nad cierpieniem i nad światem, pusta twarz, zamknięta w tym pozbawionym patosu milczeniu, z którego nie wyrwie go już żadna ludzka władza ani bezczelność. … Wyszedłem stamtąd po spotkaniu, które nie przyniosło mi odpowiedzi na pytanie, na to jedyne pytanie, które w minionym czasie zajmowało coraz dotkliwiej wszystkich większych i mniejszych artystów, pisarzy, i ludzi ducha; Co robić, kiedy człowiek wewnętrznie nie ma nic wspólnego z epoką w której żyje? Twarz Michała Anioła nie odpowiedziała mi na to pytanie.
W podróży jest pozycją, do której będę wracać nie raz. Każdy króciutki szkic, każda miniaturka jest materiałem do przemyśleń. Jak mówi stara łacińska sentencja Navigarre necesse est, vivere non est necesse (żeglowanie/podróżowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością), a Marai doskonale to uchwycił.

wtorek, 3 czerwca 2014

Podróż w świat przedmiotów (materia podporządkowana duchowi)




Zabawa, którą poznałam u kaye, a następnie obserwowałam na innych blogach polega na przedstawieniu się za pomocą przedmiotów. Ja także zdecydowałam się przedstawić za pomocą przedmiotów, które dla mnie mają duszę.

1) Przede wszystkim jest plan (mapa) która określa upodobania poznawcze, a jednocześnie służy snuciu wspomnień. Lubię się także podpierać nią czasami przy lekturze.

2) Kalendarz - obowiązkowa pamiątka z podróży, wykorzystywana zupełnie niezgodnie z przeznaczeniem; kalendarze zdobią ściany, często jednak zapominam przekładać kartki, zdarza się, że umyka mi jakiś miesiąc. Kiedy spostrzegam, że jest to miesiąc ozdobiony wyjątkowo piękną reprodukcją zatrzymuję czas i pozwalam majowi być kwietniem lub listopadowi październikiem.

3) gipsowy gargulec z paryskiej Notre-Dame ma dla mnie wyjątkowo wiele znaczeń; od pamiątki z podróży poczynając, poprzez skojarzenia z gotyckimi katedrami, Wiktorem Hugo, Quasimodo, którego przyjaciółmi były kamienne stwory, aż po muzykę (musical NDdP),

4) tablet - dla zaznaczenia, że zdarza mi się stąpać twardo po ziemi (choć prawdę mówiąc, co to za twarde stąpanie po ziemi, to raczej bujanie w wirtualnej rzeczywistości). W każdym razie uosabia on moje uzależnienie od internetu, z którego nie potrafię się wyleczyć i umożliwia kontakt z bliskimi podczas licznych podróży.

5) dla przeciwwagi są kolorowe szklane anioły - pierwiastek duchowy, wyraz metafizycznych skłonności u racjonalnie myślącej osoby. Kiedy wszystko zawodzi pozostają moje Anioły.

6) odtwarzacz muzyki i książek - mój ratunek podczas drogi do i z pracy, umilacz czasu na wyjeździe oraz podczas nudnych, służbowych wyjazdów. Bez niego nie ruszam się z domu, a towarzyszy mi także często podczas prac porządkowych. Dodatkowa zaleta pozwala na odgrodzenie się od świata zewnętrznego.

7) i 8) gipsowa maska z Wenecji - to przede wszystkim pamiątka, ale też synonim tajemniczości i ukrywania się przed światem,wyraz mojego umiłowania do tego co odrębne, indywidualne, inne. Maska kojarzy mi się także z jednym z ulubionych musicali, którego program spoczywa wyżej. Ponieważ nie wyobrażam sobie życia bez muzyki nie mogło tutaj zabraknąć elementu związanego z muzyką.

8) Filiżanka do espresso - to poza pamiątką z muzeum Van Gogha, wyrazem hołdu dla malarza, uosobieniem zamiłowania do piękna natury także wyraz mojej niepraktyczności - nie pijam espresso. Pijam wyłącznie kawę z dużą ilością mleka.

9) i 10) książka, którą aktualnie czytam doskonale wyraża podróżnicze poszukiwania. Na książce jedna z wielu zakładek, które także przywożę z każdej podróży (ta z reprodukcją ukochanego Botticellego)

11) i 12) kieliszki- pierwszy jest raczej wyrazem upodobania do kolorowego szkła niż do wyskokowych trunków, choć nie napiszę, że jestem abstynentką, drugi matowy - służy za świecznik; lubię wykorzystywać szklane naczynia jako świeczniki.

13) I jedyny kobiecy akcent- perfumy. Prawie się nie maluję, natomiast mam słabość do ładnych zapachów.

No nie, jednak nie jedyny. Mam też słabość do kolorowego szkła, dlatego nie mogę się oprzeć zakupom biżuterii z kolorowego szkła z Murano, biżuterii, której potem prawie nie noszę.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Wakacji Pana Łaskawego Salley Vickers nie polecam


Tym razem dla odmiany sięgnęłam po coś, co z założenia miało być lekką, łatwą i przyjemną lekturą. Wybór Wakacji pana Łaskawego był wynikiem oczarowania  Aniołem panny Garnet tejże autorki, która to książka uwiodła mnie pomysłem, lekkością, pozytywnym przekazem, wpleceniem biblijnej przypowieści i tłem weneckich uliczek.

Pan Łaskawy napisał dawno temu książkę, która okazała się bestsellerem. Na kanwie tego sukcesu założył firmę, która choć nie przynosi tak dużych dochodów, jak początkowo wciąż pozwala na wygodne życie. Pewnego dnia Pan Łaskawy dochodzi do wniosku, że czuje się obco we współczesnym świecie, nie umie się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości. Oglądając operę mydlaną wpada na pomysł, aby zrobić sobie wakacje i napisać kolejną książkę w stylu oglądanej produkcji. Łaskawy wyjeżdża do małej wioski Great Calne, wynajmuje dom, urządza się, zasiada przed ekranem komputera i nie może zacząć pisać, bowiem, toczące się wokół życie przejmuje kontrolę nad jego planami. Razem z głównym bohaterem poznajemy mieszkańców wioski i ich problemy. Są to osoby dość dziwne, można powiedzieć, iż wioskę zamieszkują same życiowe kaleki, ludzie samotni i pozbawieni miłości, osoby ze skłonnościami autodestrukcyjnymi, nadające się na kozetkę do psychoanalityka. Autorka nakreśla jednak postacie bohaterów w sposób dość powierzchowny. Salley Vickers stosuje mało dla mnie czytelny klucz prowadzenia narracji. Staram się czytać książki do końca, gdyż czasami dopiero zakończenie wyjaśnia wszystko, tymczasem w przypadku Wakacji Pana Łaskawego zakończenie zamiast wyjaśniać sporo zaciemnia. Autorka od czasu do czasu wplata zawiłe i metaforyczne opisy przyrody, które nie bardzo wiadomo, czemu mają służyć, bo ani nie budują klimatu, ani nie są wyrazem talentu pisarskiego. Opowieść momentami staje się nużąca, a język toporny (choć to może kwestia tłumaczenia). Niektóre filozoficzne przemyślenia są szalenie naiwne, a inne zupełnie niezrozumiałe.
Myślę, iż autorce przyświecał jakiś zamysł, a Wakacje pana Łaskawego nie miały być jedynie taką sobie historyjką rozważań starszego pana na temat stosunku do miłości, życia i śmierci snutą na tle opisu życia mieszkańców wioski. Ja jednak tego zamysłu nie odgadłam. Zabrakło myśli przewodniej, prostoty przekazu, lekkości pióra. Poczułam się rozczarowana. Nie polecam. 
Jeśli chcecie zapoznać się z twórczością tej autorki proponuję sięgnąć po Anioła panny Garnet. 
Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, a było zgrzytanie zębami. 
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny.
Moja ocena 3-/6