Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 20 lipca 2014

Podróżnicze minatury -cz.3 (Koloseum)



Oczarowania, o których piszę w tym mini - cyklu podróżniczym nie zawsze są oczarowaniami  od pierwszego wrażenia. Są miejsca, które widziane po raz pierwszy wzbudzają zachwyt, a są i takie, które potrzebują odpowiedniej oprawy, właściwej chwili, która sprawi, że widok dołączy do skarbów przechowywanych w szufladkach pamięci. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Koloseum byłam nieco rozczarowana. Wyobrażałam sobie, że jest monumentalne, nie dające się objąć wzrokiem. Zupełnie nie zapamiętałam chwili, kiedy pojawiło się ono na horyzoncie, a kiedy weszłam do środka sprawiało wrażenie nie tak dużego, jakim według moich wyobrażeń być powinno. I to ma być to Koloseum, w którym odbywały się igrzyska, to tutaj cesarz  posyłał na śmierć tysiące istnień skierowaniem kciuka w dół, to tu odbywały się bitwy morskie. Jakiż statek pomieściłaby ta arena. Rzeczywistość odbiegała od wyobrażeń. Czar Koloseum przemówił do mnie dopiero za trzecim pobytem w Wiecznym Mieście, w jedno z październikowych popołudni. Stałam vis a vis i nagle odczułam  moc budowli. Coś, o czym wiedziałam przecież od dawna, objawiło mi się teraz z całą wyrazistością. Oto mam przed oczyma arenę, którą oglądało kilkadziesiąt pokoleń od chwili jej powstania.
źródło wikipedia
Dopiero patrząc z zewnątrz, z odpowiedniej perspektywy widać jej ogrom. Stałam na małym wzgórzu naprzeciwko i obserwowałam przejście dnia w noc i zarys budowli na tle tej scenerii, kiedy zmieniał się jej kolor od białego, poprzez szary wpadający niemal w czerń, aż po oświetloną światłami reflektorów mozaikę różnych odcieni szarości. Stałam na tym wzgórzu z kilkunastoma obcymi osobami i nie musieliśmy nic mówić, bo nasze rozradowane twarze mówiły same za siebie. Staliśmy tak i obserwowaliśmy przepiękny spektakl, którego jedynym aktorem była starożytna Arena.
Po raz kolejny muszę posiłkować się zdjęciem z internetowych zasobów. Niestety moje nocne zdjęcia nie oddają całego uroku miejsca.

czwartek, 17 lipca 2014

Co czytał Van Gogh (część 1)


Słoneczniki z Muzeum w Amsterdamie
Van Gogha znamy jako malarza postimpresjonistycznego, twórcę takich dzieł, jak Słoneczniki, Autoportrety, Gwieździsta noc czy Taras kawiarni nocą. To tylko te najbardziej znane tytuły. Niemal każdy słyszał o kłótni z Gaughinem i obciętym uchu. Ale kto wie o tym, iż Vincent bardzo lubił czytać. W Listach do brata pada wiele nazwisk autorów, znanych i tych, którzy odeszli w zapomnienie, bądź znani są jedynie wąskiemu gronu specjalistów. Vincent zaczytywał się głównie powieściami Zoli, Hugo, czytał Maupassanta, ale czytał także literaturę angielską (zachwyt wzbudził Szekspir, nie pogardził Dickensem, a także literaturą, stworzoną przez panie; Austin, Bronte Cherlotte) czy literaturę rosyjską (tu przeważa Tołstoj).
Opinie Vincenta podobają ogromnie mi się podobają, bo są pełnie autentycznego zachwytu, szczerości, nie są podbudowane teorią, znawstwem, wykształceniem, odbierał literaturę sercem, intuicją. Często odbierał ją poprzez porównanie z malarstwem.
W dzisiejszym wpisie skoncentruję się na literaturze francuskiej.
Zacznę od mniej znanego autora Julesa Micheleta, na którego książki powoływał się w listach wielokrotnie pełen zachwytu dla dzieł tego pisarza i filozofa. Michelet był autorem kilkunastotomowej historii Francji i twórcą „białej” legendy Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Co ciekawe był też sympatykiem i obrońcą Polski (autorem takich dzieł, jak Kościuszko, legenda demokratyczna, Pologne et Russie oraz La Pologne Martyce) a także zwolennikiem integracji europejskiej. Zacząłem więc studiować książki, które znajdowały się w moim
Autoportret w Muzeum w Amsterdamie
zasięgu - Biblię, Histoire de la Revolution Micheleta, a potem, ostatniej zimy, Szekspira, trochę Wiktora Hugo i Dickensa, Beecher-Stowe, ostatnio Ajschylosa i wielu innych, mniej klasycznych, wielkich małych mistrzów
. (str. 87 Listów)
Jak ciężko jest czytać, kiedy w domu czytanie uznaje się za dziwactwo. Ojciec - pastor uznawał jedną tylko książkę, a była nią Biblia.
Gdy ojciec widzi mnie z francuską książką, w ręku, z Micheletem, lub Wiktorem Hugo, zaraz myśli o podpalaczach, mordercach i „nieobyczajności”: to jest naprawdę zbyt głupie, więc rozumie się samo przez się, że nie daję się zwodzić na manowce tego rodzaju gadaniną. Nieraz mówiłem ojcu, żeby przeczytał choć kilka stron takiej książki, a na pewno się wzruszy, ale on z uporem odmawiał. Gdy ta moja miłość zakorzeniła się w moim sercu, wtedy czytałem po raz drugi książki Micheleta L`Amour i La Femme i pod ich wpływem zacząłem nareszcie rozumieć wiele rzeczy, które dotąd były dla mnie zagadką. Raz powiedziałem ojcu wprost, że więcej wagi przywiązuję do rad Micheleta niż do rad własnego ojca, gdyby już mi przyszło wybierać kogo mam posłuchać. Wtedy przypomnieli mi historię stryjecznego dziadka, który zwariował pod wpływem francuskich idei i w końcu się rozpił. (str. 126 Listów) Myślę, że dla paru co najmniej osób zabrzmi ten cytat znajomo.
Kolejny autoportret z Muzeum w Amsterdamie
Vincent widzi sporo analogii pomiędzy malowaniem a pisaniem, a także pomiędzy oglądaniem obrazów, a czytaniem książek.
Byłoby więc nieporozumieniem, gdybyś trwał w przekonaniu, że coraz mniej na przykład obchodzi mnie Rembrandt, Millet, Delacroix czy cokolwiek innego, jest bowiem przeciwnie; rzecz jedynie w tym, że w wiele rzeczy trzeba wierzyć i wiele kochać - jest coś z Rembrandta w Szekspirze i z Corregia w Michelecie, i z Delacroix w Victorze Hugo, i jest Rembrandt w Ewangelii i Ewangelia w Rembrandcie, to właściwie wychodzi na jedno, pod warunkiem, że dobrze rozumiemy, o co chodzi, i chcemy patrzeć na rzecz z właściwej strony, zdając sobie sprawę z ekwiwalencji porównań, które nie mają na celu pomniejszenia zasług oryginalnych osobowości. […] Jeśli możesz więc przebaczyć mi zgłębianie obrazów, musisz się też zgodzić, że miłość do książek jest tak samo święta jak miłość do Rembrandta, i myślę nawet, że oba uczucia się uzupełniają.
Z czytaniem książki jest tak, jak z oglądaniem obrazów; trzeba bez wahania, bez wątpliwości, spontanicznie i z pełną świadomością znaleźć piękno tam, gdzie ono jest naprawdę. Stopniowo staram się uporządkować moje książki; przeczytałem zbyt wiele, żeby zarzucić dalszą systematyczną lekturę. Chciałbym przynajmniej trochę śledzić literaturę współczesną
…. Jeżeli Stracone złudzenia Balzaka są dla ciebie zbyt długie (dwa tomy), zacznij od jednotomowego Ojca Goriot. Ledwie zaczniesz czytać książki Balzaka, zobaczysz, wszystko inne pójdzie w kąt, nie na darmo nadano Balzakowi przezwisko „weterynarza od chorób nieuleczalnych”. (str.104-105 Listów) Myślę, że gdyby Vincent miał możliwość słuchania muzyki dodałby i tę dziedzinę włączyłby w krąg swoich zainteresowań i uznał ich wzajemną korelację.
Czytam obecnie Lekarza wiejskiego Balzaca, bardzo piękne, jest tam kobieta, nie szalona, ale zbyt wrażliwa, czarująca, przyślę ci to, jak skończę. (str. 445 Listów)
Jego opinie o pisarzach i książkach są króciutkie i często zazębiają się o opinie na temat innych pisarzy i innych książek, ale wskazują na spore oczytanie malarza i jego zainteresowanie literaturą.
Czy czytałeś nową książkę Guy de Maupassanta Mocny, jak
Kolejny amsterdamski autoportret
śmierć
? O co tam chodzi? Z lektur tego rodzaju czytałem ostatnio Marzenie Zoli; uważam, że bardzo piękna jest postać kobiety, hafciarki i opis złotego haftu. Bo to jest jak gdyby problem koloru: różnych żółci, czystych i złamanych. Mężczyzna wydaje mi się mało żywy i wielka katedra także napawa mnie melancholią. Tylko tło liliowe i niebiesko czarne wydobywa jasną postać.
(str. 455 Listów) Te różne połączenia żółci, złota i lila jako żywo przypomina opis Żniwiarza.
Czytałem Piotra i Jana Guy de Maupassanta, to piękne, czy znasz wstęp wyjaśniający, że artysta ma prawo do przesady, do tworzenia w powieści świata piękniejszego, prostszego, bardziej pocieszającego? Dalej Maupassant cytuje powiedzenie Flauberta; talent to długa cierpliwość, a oryginalność to wysiłek woli i wytężona obserwacja. (str.324 Listów)
Najczęściej pojawiający się autorzy to i moi ulubieńcy Hugo i Zola.
Jestem ciągle pod wrażeniem książek Zoli. Jakże tam świetnie odmalowano paryskie hale targowe. (str. 210 Listów. Chodzi zapewne o Brzuch Paryża)
Przeczytałem dwie książki Zoli: Grzech księdza Mouret i Jego ekscelencja pan minister Rougon. Obie bardzo ładne. Cóż za szlachetna postać ten Pascal Rougon, lekarz występujący w wielu książkach Zoli, zawsze gdzieś na drugim planie. Może służyć za przykład, że chociaż jakaś rasa chyli się ku upadkowi, to jednak dzięki woli i zasadom zawsze może uniknąć katastrofy. Odkrył w swym zawodzie jakąś siłę, dzięki której mógł przezwyciężyć obciążenia odziedziczone po własnej rodzinie. Zamiast ulegać wrodzonym skłonnościom, znalazł prostą, jasną drogę. Nie pogrążył się w tym bagnie, w którym wszyscy inni Rougonowie znaleźli zgubę. On i Francoise z Brzucha Paryża to dla mnie najsympatyczniejsze postacie. (str. 212 Listów)
Żółty dom w Amsterdamskim Muzeum
Jakże piękne są książki Zoli! Często zwłaszcza wracam myślami do jego W matni. Powiedz, jak jest właściwie z twoją lekturą Balzaka? Ja skończyłem już Nędzników. Wiem, że Wiktor Hugo przeprowadza analizę zupełnie inaczej niż Balzac czy Zola, ale i on także potrafi dotrzeć do sedna rzeczy. (str. 230 Listów)
Przeczytałem Mes Hansie (Moje nienawiści) Zoli. Książka ta ma dużo zalet, chociaż w swoich ogólnych rozważaniach, moim zdaniem, Zola się myli. To jednak jest bardzo słuszne: Zwróćcie tylko uwagę; to, co się podoba publiczności, jest zawsze najbardziej banalne, jest czymś, co przywykliśmy widywać co roku. Ludzie przyzwyczaili się do takiej ckliwości i do tak pięknych kłamstw, że z całą stanowczością przeciwstawiają się teraz rzeczom silnym i prawdziwym”. (str. 234 Listów)
Przed chwilą otrzymałem Germinal i zaraz zabrałem się do czytania. Przeczytałem już 50 stron, cóż to za skapiała lektura! Ja także byłem tam kiedyś. 
Przeczytałem na nowo Wszystko dla pań Zoli i ta książka wydaje mi się coraz piękniejsza. (str. 330 Listów)
Książki Zoli będą nadal piękne i przetrwają, bo jest w nich życie. (str. 461 Listów)
No i czas na mojego ulubieńca.
Po książce Zoli zdobyłem się nareszcie na przeczytanie Roku dziewięćdziesiątego trzeciego Wiktora Hugo. Jest to zupełnie inna tematyka. Napisane jest, a raczej namalowane tak, jakby to robił Decamps czy Jules Dupre, z ekspresją, jaka cechuje Ary Scheffera w obrazach Płaczący i Krający płótno czy jego drugoplanowe postaci z obrazu Christus Consolator. Bardzo bym ci radził to przeczytać, jeżeli nie czytałeś, bo subtelność, z jaką ta książka jest napisana, jest dzisiaj coraz rzadsza, a wśród nowych utworów nie widzę naprawdę nic szlachetniejszego. (str. 218 Listów. Po takiej rekomendacji i ja przeczytać muszę)
Bardzo mi się podoba piękne powiedzenie Wiktora Hugo; „Religie
Chyba nie wymaga podpisu :) też w amsterdamskim muzeum
przemijają, ale Bóg pozostaje”.
(str. 221 Listów. Mnie także bardzo się owo powiedzenie podoba)
Przeczytałem Straszny rok Wiktora Hugo (chodzi chyba o Rok dziewięćdziesiąty trzeci, który Hugo nazywał strasznym, bo nie znalazłam w bibliografii powieści o takim tytule). Jest tu nadzieja, ale… nadzieja w gwiazdach. Uważam, że to prawdziwe i dobrze powiedziane, i piękne, zresztą w to wierzę. Ale nie zapominajmy, że ziemia jest również planetą, a więc gwiazdą, globem ziemskim. (str. 347 ListówWiktor Hugo powiedział: „Ponad rozsądkiem jest jeszcze sumienie”. Czujemy, że coś jest dobre i prawdziwe, chociaż na zdrowy rozum i zgodnie z wyrachowaniem wydaje nam się niezrozumiałe i zagmatwane. (str. 222 Listów)

Część druga lektur Van Gogha tu

niedziela, 13 lipca 2014

Książki i ja (zapraszam chętnych do zabawy)


Moja nowa (sprzed dwóch lat)biblioteczka
Czytając cykl wywiadów Barbary Łopieńskiej zebranych w książce zatytułowanej Książki i ludzie wpadłam na pomysł, aby wykorzystać zadawane przez autorkę pytania do przeprowadzenia pewnej zabawy. Są wakacje i jak widzę nasz zapał „twórczy” nieco osłabł, więc może zainteresuje kogoś pomysł na wpis "książki i ja", a jeśli nie chcecie brać udziału w zabawie to może zechcecie poczytać.
Jak wiadomo właściwie zadane pytanie to połowa sukcesu, więc udzielenie odpowiedzi nie powinno nastręczyć trudności; o książkach i czytaniu każdy z nas może wiele opowiedzieć.

1.Jak powstała twoja biblioteka? Mojej biblioteki nie odziedziczyłam. Mój tata sporo czytał, ale były to głównie książki marynistyczne, do których z przyjemnością zaglądałam, sporo ich przeczytałam, ale to nie jest rodzaj książek, jaki chciałabym mieć w swojej bibliotece. Pierwsze książki, które kupowałam sobie z kieszonkowego przywoziłam z wakacji u babci w Ustce. Były tam dwie nieźle zaopatrzone księgarnie, z których korzystało niewielu mieszkańców kurortu. Pamiętam, jak wielką radość sprawiała mi zawsze ta pierwsza wizyta (rozpoznawcza) w księgarni. Oglądałam, brałam do ręki, niemal wywąchiwałam papier, wybierałam jedną i szłam na plażę z nową lekturą, aby wracając kupić następną. Z tego co pamiętam, książki nie były wówczas drogie, większy kłopot był z możliwością ich zakupu, niż z ceną. Każdy wyjazd wiązał się z kupnem od kilku do kilkunastu nowych egzemplarzy. Potem dużą ich część, podobnie, jak te zakupione podczas studiów zostawiłam „w spadku” młodszej siostrze, czego dziś nie mogę odżałować. Obecną bibliotekę tworzą książki, które zaczęłam kupować będąc na własnym rozrachunku, częściowo zdobywane dzięki znajomej pani Basi, która pracowała w księgarni we Wrzeszczu, kupowało się wówczas nie tylko to co się chciało, ile to co rzucili. Niedawno odkryłam antykwariat na Kowalskiej w Gdańsku, z którego pochodzi spora część ostatnich nabytków. Sporo też kupuję na allegro oraz z księgarni internetowych. Staram się kupować książki, które znam, oglądałam w księgarni, czytałam wypożyczone z biblioteki. Przy zakupie nowych pozycji najczęściej polegam na własnym osądzie (rodzaj literatury, autor), a od kiedy prowadzę bloga często ulegam podpowiedziom koleżanek i kolegów „po łączu”.
2.Czy jest jakiś ład w twojej bibliotece?
Kiedy prawie dwa lata temu zakupiłam nowe regały biblioteczne miałam nadzieję, że uda mi się w końcu zaprowadzić ład na półkach. Jak dotąd udało się jedno, moje książki nie stają w dwuszeregu, więc w zasadzie wystarczy kilka minut, aby odnaleźć to, czego akurat potrzebuję. Natomiast ładu nie ma w niej żadnego, poza tym, że książki z dziedziny sztuki oraz książki podróżnicze sąsiadują ze sobą, pozostałe stoją raczej według wysokości. Osobną półkę posiada Agata Christie.
3.Czy pozbywasz się książek, a jeśli tak to w jaki sposób?
Bardzo ciężko jest mi się rozstawać z książkami definitywnie. Nawet, jeśli książka nie przypadła mi do gustu mam nadzieję, że kiedyś do niej wrócę, a wtedy być może odnajdę w niej coś wartościowego, wzruszającego, inspirującego. Niezwykle rzadko zdarza się, iż przeczytawszy książkę, lub jej nie przeczytawszy wiem, że było to ostatnie czytanie. W takim przypadku robię rozeznanie wśród znajomych, czy nie znajdzie wśród nich chętny, jeśli to nie daje rezultatu oddaję do biblioteki. Niestety ostatnio biblioteka nie chce przyjmować wszystkich książek. Od czasu pisania bloga pojawiła się zakładka Oddam w dobre ręce (będę musiała ją niedługo uaktualnić). Jeśli na książkę nadal nie ma amatora to nadal zalega na moich półkach, jestem przeciwniczką niszczenia, palenia, wyrzucania książek; wyjątek stanowią zdezaktualizowane wydawnictwa podręcznikowe, stare kodeksy prawnicze, magazyny i gazety, które oddawałam dawniej na makulaturę. Teraz prawie nie kupuję tego typu wydawnictw.
4.Ile wydajesz miesięcznie na książki?
Kiedyś robiłam takie podliczenia; sumowałam wydatki na kulturę (książki, kino, teatr, koncerty, muzea) i wynosiło to około jednej trzeciej uposażenia. Dziś nie podliczam, więc trudno powiedzieć. Na same książki wydaję dużo mniej niż dawniej, ponieważ częściej korzystam z biblioteki publicznej, sporo kupuję tanich książek (allegro i tanie internetowe księgarnie, dostaję też w prezencie od koleżeństwa z pracy kupony prezentowe do jednej z księgarni). Z miesiąca na miesiąc obiecuję sobie, iż nie kupię nic nowego dopóty nie przeczytam powiedzmy pięciu książek z własnych zasobów. Niestety rzadko dotrzymuję tej obietnicy.
5.Jakie książki musisz kupować?
Albumy o sztuce, książki o sztuce i biografie. Jest biografia Da
Ulubiona półka z książkami

Vinci, wokół której chodzę już od dawna, oglądam, kartkuję i odkładam na półkę czekając obniżek cen. Kiedy byłam w Warszawie w Dedalusie widziałam ją w niższej cenie, wówczas pomyślałam, że zamówię przez Internet, aby nie dźwigać w podróży, kiedy wróciłam okazało się, że książki nie ma w ofercie internetowej. Ale wiem, że w końcu ją zdobędę. Właściwie to nie mam pojęcia, czemu się tak na nią uparłam, podobnie, jak na biografie Goyi i Szekspira. Chyba nawet nie czytałam żadnych opinii na ich temat, ale są to książki z cyklu muszę mieć. Podobnie, jak kolejne tomy Malarstwa białego człowieka, mam ich trzy (dostałam w prezencie, więc liczę, że kiedyś dostanę kolejne). Są jeszcze dalsze części Gawęd o sztuce pani Bożeny Fabiani, które muszę sobie dokupić. No i zapomniałabym o tym, co najważniejsze Vassariego żywoty malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Nie pogardziłabym też książkami Hugo i Zoli, z tym, że o ile tego pierwszego mam największe dzieła (Nędznicy, Katedrę, Pracowników morza), to Zoli posiadam jedynie Nanę (kiepsko wydaną) i Kartkę miłości. Niestety dziś zdecydowanie za mało (moim zdaniem) wydaje się klasyki.
6.Czy pożyczasz swoje książki?
Jeśli wiem, że ktoś lubi czytać to chętnie pożyczam. Mam koleżankę, która szalenie lubi książki quasi biograficzne o artystach, pożyczam je z przyjemnością, bo widzę, jaką sprawiają jej radość. Mam to szczęście, iż osoby, którym pożyczam zawsze książki oddają i to w takim stanie, jak je otrzymały. Jest tylko jedna książka, której bym nie pożyczyła. Są to Nędznicy Hugo. Wiem, że to żaden biały kruk, wiem, że można ją kupić, ale wiem też, jak mało osób jest w stanie przebrnąć przez nią w przeciągu kilku dni, a ja nie potrafiłabym się z nią rozstać na dłużej. Podobnie rzecz ma się z Proustem (mam dwa tomy, czekam na wydanie kolejnych) i nie pożyczam.
7. Ile czytasz książek jednocześnie? Kiedyś czytywałam do pięciu, dziś coraz trudniej mi przeskoczyć z jednego świata do drugiego, więc najczęściej czytam dwie książki (jedną grubszą w domu i jedną cieńszą w podróży) a w miejscach, w których nie mogę czytać słucham audiobooka.
8.Co jest dla ciebie podstawą lektury? Klasyka, bez niej trudno mi się obejść; Hugo, Proust, Szekspir, Zola, Dostojewski. Ostatnio przeczytałam Zbrodnię i karę, Braci Karamazow, Idiotę. Nie napisałam nic na temat lektury, bo nie czuję się na siłach, są takie lektury, wobec których staję bezradna, nie dlatego, że nie zrobiły na mnie wrażenia, a raczej z tego powodu, że zrobiły zbyt duże wrażenie. Zapewne przed napisaniem paru słów na ich temat (bardzo chcę je napisać) będę musiała (będę chciała przeczytać to jeszcze raz). Bardzo lubię Remarqua. A jedną z ukochanych książek jest Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. Z polskich pisarzy lubię Dąbrowską (Noce i dnie), Reymonta (Ziemię obiecaną i Chłopów), Herberta (Barbarzyńcę w ogrodzie, Mistrza z Delf, Naturę z wędzidłem). Z przyjemnością czytałam Sienkiewicza (zwłaszcza Quo vadis). Mało znam literaturę współczesną; podobają mi się książki Jacka Dehnela oraz Romy Ligockiej.
9.Czy masz emocjonalny stosunek do książek?
Ja mam emocjonalny stosunek do życia, więc i do książek także.
10.Co leży u ciebie przy łóżku?
Książki, które aktualnie czytam, książki, z którym korzystam przygotowując wpisy na bloga, jakiś album z reprodukcjami. One leżą przy łóżku, na nocnym stoliczku i na stoliku dziennym. Generalnie wstając z łóżka trzeba bardzo uważać, aby nie nadepnąć na książkę, bo trochę ich tam leży.
11.Czytasz kryminały, thrillery, romanse, fantastykę, beletrystykę?
Kryminały czytałam dawniej, przeczytałam całkiem sporo Agaty, w zasadzie to moja ulubiona pisarka kryminałów. Ponieważ mam dość sporą kolekcję jej książek zdarza się, że od czasu do czasu coś sobie odświeżę i muszę przyznać, iż mimo, że czytuję je po kilka razy nigdy nie pamiętam, kto był mordercą; poza dwoma sztandarowymi pozycjami (Dziesięcioro urzynków oraz Morderstwo w Orient Ekspresie, które zresztą przeczytałam wczoraj z wielką przyjemnością). Beletrystyki czytałam więcej za młodu, dzisiaj troszkę szkoda mi na nią czasu, bowiem nie znajduję w niej przyjemności, zwyczajnie mnie nudzi. Co do thrillerów i fantastyki nie przeczytałam w życiu ani jednej pozycji (no chyba, że zrobiłam to nieświadomie, albo jeśli za fantastykę uznać Akademię Pana Kleksa). Moja koleżanka bawiła się kiedyś w pisanie opowiadań fantastycznych, czytałam je, aby sprawić jej przyjemność, ale mnie one jej nie sprawiały, nie dlatego, że były słabe, ale kompletnie nie mogłam wykrzesać dla nich zainteresowania. Jeśli chodzi o Romanse czytuję od czasu do czasu coś z klasyki gatunku; wszelki inne mnie nużą.
Co dziś leżało przy łóżku
12.Czy robisz notatki w książkach (bazgrzesz, piszesz, zaginasz rogi)?
W pożyczonych (od znajomych) nigdy. W bibliotecznych i własnych zaznaczam ołówkiem ciekawsze fragmenty. Kiedyś naklejałam karteczki, ale od czasu, kiedy jedno opakowanie karteczek przestało wystarczać na jedną książkę, kiedy nie wiedziałam, do czego dana karteczka się odnosi, zaczęłam zaznaczać ciekawsze spostrzeżenia ołówkiem. Po zakończeniu lektury wertuję książkę raz jeszcze i wybieram z tych zaznaczonych fragmentów te godne utrwalenia i przepisuję. Jeśli nie mam ołówka pod ręką – to przyznaję się, iż zdarza mi się zaginać rogi. Bardzo się tego wstydzę.
13.Jak szybko czytasz?
Teraz coraz wolniej. Dawniej czytałam ponad sto książek rocznie (co dawało średnią na miesiąc 9-10 książek), ostatni rok zakończyłam mało imponującą liczbą 68 książek (co daje zaledwie 5-6 książek na miesiąc), a pewnie i w tym nie będzie lepiej. Jeśli mnie to martwi, to jedynie w kontekście zbyt szybko uciekającego czasu. Obawiam się, że nie zdążę przeczytać wszystkiego, na co mam ochotę, choć powoli zaczynam się z tym godzić. Czytam wolniej, bo z wiekiem inaczej przyswaja się tekst czytany, czytam wolniej, bo bardziej zwracam uwagę na klimat, opisy niż fabułę, czytam wolniej, bo więcej chcę zapamiętać, zanotować, bo wiem, iż coraz mniej mam czasu na powtórki.
14.Czy wracasz do książek raz przeczytanych?
To kolejne pytanie, które uzmysławia, jak ważny jest czynnik czasu. Za młodu czytałam po kilkanaście razy książkę, która mi się spodobała. Taka Ania z Zielonego Wzgórza jeszcze do czasu skończenia studiów czytywana była rok rocznie przed sesją letnią. Jeszcze kilka lat temu często wracałam do już przeczytanych książek. Dzisiaj robię to sporadycznie, jeśli wracam to wyszukując fragmentów, czytając wybrane rozdziały. Obecnie najczęściej wracam do Hugo. Ostatnią książką, którą przeczytałam (w zasadzie wysłuchałam) ponownie był Germinal Zoli. Marzę też o powrocie do Herbarta.
15.Ile piszesz dziennie?
Zdecydowanie mniej niż kiedyś. Na początku mej przygody z pisaniem bloga potrafiłam napisać trzy kilkustronicowe wpisy w ciągu jednego dnia (potem mocno się namęczyłam z ich skracaniem). Tak powstały pierwsze wpisy zatytułowane Moje nudne wakacje w Rzymie, Florencji, Wenecji. Z czasem zaczęłam czytać wszem i wobec, iż szybkie pisanie to grafomania, że pisanie to krew, pot i łzy i chyba się tym przejęłam. Nadal uważam się za grafomankę, mimo zmiany nazwy bloga (który na wirtualnej brzmiał Z dziennika grafomanki w średnim wieku). Piszę wolniej, pisanie idzie mi ciężej, ale to co tak długo powstaje rzadko mnie satysfakcjonuje. Najlepiej lubię wpisy tworzone ad hoc, z pasji, emocji, potrzeby przelania na ekran komputera tego, co w duszy gra. I choć są one niedopracowane, choć potem często je poprawiam to do nich mam największy sentyment; tak powstawały wpisy o Brodskim, Herbercie, Hugo, Zoli czy moich ukochanych musicalach.

Mam nadzieję, że choć ktoś dotrwał do końca. Jeśli jest chętny do udziału w zabawie serdecznie zapraszam. Można sobie wybrać pytania, ja korzystałam z pytań zadanych przez panią Łopieńską.
O wzięciu udziału w zabawie poinformowały;
Ardiola  tutaj
kaye tutaj 
książkowiec tutaj 
O biografiach i innych drobiazgach tutaj

sobota, 12 lipca 2014

Pamiętniki Giovanni Giacomo Casanovy


Love and story na zlecenie Oxford Education Sp. z o.o. z serii Klasyka romansu.
Dzisiaj lektura wakacyjna, czyli nieco lżejszego kalibru. Pamiętniki zakupiłam po przeczytaniu biografii Casanovy autorstwa Roberta Gervaso. Jak nie przeczytać dzieła, o którym autor pisze:
Niewiele książek było bardziej wychwalanych i znienawidzonych. Libertyni widzieli w niej hedonistyczny bedeker, purytanie paszport do piekła. Chwalone przez pozytywistów, potępione przez romantyków pamiętniki, niezależnie od tego, jak się ocenia, pozostają jednym z najpiękniejszych fresków osiemnastego wieku. Który z pisarzy potrafił dać nam żywszy, bardziej błyskotliwy i cyniczny obraz tego wielkiego wieku, jego społeczeństwa, obyczajów, moralności- czy braku moralności- poglądów? Nie wszystko, co wyszło spod pióra Casanovy, jest czystym złotem. Ale wszystko jest godne przeczytania i przemyślenia, każda jego książka dać może satysfakcję, a często skłonić do powtórnej lektury.*
Całkiem możliwe, iż przeczytawszy całość Pamiętników, albo też
Casanova Wikipedia
sporą ich część można uzyskać niezwykły obraz epoki. Niestety wydanie, które znalazło się w moim posiadaniu to niewielki wycinek zawierający zapiski z okresu pobytu Casanovy we Włoszech i Szwajcarii w latach 1759 – 1760. Zapiski wybrane zapewne z powodu ich romansowego charakteru stanowią coś w rodzaju współczesnego harlequina lekko wzbogaconego obyczajowym tłem. Czytając te kilkanaście krótkich historyjek podbojów miłosnych największego kochanka wszech czasów  miałam wrażenie, jakby obserwowała kukiełki pociągane za sznurki odgrywające komedię życia. Piękne otoczenie, bogate stroje oraz świetna gra, w której wszyscy udają; miłość, cnotę, wierność, lojalność, przyjaźń. Wszystko to kruche jak domek z kart, wystarczy sypnąć garścią złotych monet, aby najczulszy kochanek przemienił się w sutenera, a najcnotliwsza niewiasta ochoczo rzuciła się w ramiona kochanka. Casanova nie oszczędza nikogo z sobą włącznie. Jak twierdził Zweig Casanova pisał bez żadnych skrupułów „porozpinawszy wszystko z rozporkiem włącznie”**.
Główny bohater to uwodziciel, któremu nie oprze się żadna, a nawet jeśli się oprze, to spotka ją zasłużona kara. Dnie spędza na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, grze w karty, wystawianiu sztuk teatralnych, ale wszystko to ginie w oparach miłosnych podbojów, których tempo jest tak zawrotne, że jeszcze nie wypuściwszy z ramion jednej kochanki, już udaje się do alkowy kolejnej. Przez łóżko uwodziciela przewijają się panny, mężatki, wdowy, matki i córki a nawet kilkunastoletnie dziewczynki. Czy jest wobec nich szczery? Nie. Czy one są wobec niego szczere? Skądże. Chodzi jedynie o to, aby spędzić ze sobą przyjemne chwile  i zostać dobrze wydaną za mąż. Niemal każda znajomość kończy się znalezieniem byłej kochance męża lub opiekuna. Casanova nie ma skrupułów uwodząc, uwiedzione trudno nazwać uwiedzionymi, gdyż najczęściej same pchają się w ramiona "uwodziciela". Jeśli ktoś liczy na pikantne szczegóły to się srodze zawiedzie; rzecz zaczyna się na gorących uściskach a kończy na swawolnych igraszkach. Czy Pamiętniki są zapisem autentycznych podbojów tego nie wiemy, jak twierdzą znawcy są nieco podkolorowane, natomiast niewątpliwie wykreował w nich autor mit/legendę największego uwodziciela wszech czasów. Casanova poza wdziękiem, znajomością psychologii i znajomością kobiet oraz umiejętnym wykorzystaniem tych atutów posługiwał się także (a może przede wszystkim) sakiewką. Sam bohater jawi się, jako don juan, hazardzista, uwodziciel, człowiek łatwo wpadający w gniew, obieżyświat, sybaryta i cynik.
Giacomo w swych Pamiętnikach zawarł ciekawe spostrzeżenia na temat surowości obyczajów;  tym większe rozpasanie im więcej zakazów dotyczących męsko-damskich kontaktów.
Nieszczęsny szef bezpieczeństwa publicznego oplątał misterną siecią szpiegowską wszystkich zwolenników rozkoszy życia. Mimo to Amor płatał mu nieraz ucieszne figle. Rozpusta nie straciła nic na jego drakońskich obostrzeniach, przeciwnie zyskała jeszcze urok owocu zakazanego.***
W Pamiętnikach (wydanych w serii Klasyka romansu) zabrakło mi tego, co najczęściej jest w nich zachwalane; czyli tła obyczajowego; są co prawda fragmentaryczne opisy balów, uczt, hazardowych rozgrywek, teatralnych przedstawień, ale są one raczej epizodyczne, a na plan pierwszy wysuwają się kolejne romanse, których przebieg często jest bardzo podobny (od zaklinania o gorącym uczuciu, łzach, upojnych nocach aż po pertraktacje „handlowe”, komu taką przechodzoną kochankę opchnąć. W dodatku co chwila Casanova napotyka na owoc swoich miłostek, tak że w po paru latach nie ma już pewności, czy romansuje z matką, czy może z (własną) córką.
Prawie całe popołudnie poświęciłem mojej córce. Nie przekraczałem granic czułości ojcowskiej, nie z szacunku dla dobrych obyczajów, co z powodu mojego nocnego przemęczenia.****
Przyznam, że ten fragment pamiętników, jaki poznałam nieco mnie rozczarował. Zdecydowanie lepiej czytało mi się biografię Casanovy autorstwa Roberto Gervaso niż tę część pamiętników. Być może na moją opinię wpłynęło również rozczarowanie osobą największego kochanka wszech czasów, który wedle legendy jawił się, jako ktoś zupełnie inny. Nie oznacza to, iż uważam lekturę za stratę czasu, żałuję jedynie, że sięgnęłam po tę wersję Pamiętników.
*Str. 261-262 Casanova Roberto Gervaso (wydawnictwo Książnica z 2008 r.)
**str. 264 j.w.
*** str. 162 Pamiętniki Giovanni Giacomo Casanova (wydanie z 2009 r.) 
****str.154 j.w.
Zdjęcia masek mojego autorstwa.

sobota, 5 lipca 2014

Podróżnicze miniatury (2) Larnaka na Cyprze

Taras kawiarni Aleksander przy promenadzie. Po kolejnym upalnym dniu wiaterek znad morza przyjemnie chłodzi rozgrzane ciało. W tle gra wakacyjna muzyka, kolorowe światełka na promenadzie, szum fal i światła statków stojących na redzie. Siedzę w kawiarni w zwiewnej granatowej sukience w towarzystwie przystojniaka w białym, oficerskim mundurze. Tym przystojniakiem jest mój tato, wówczas młodszy niż ja obecnie. Jego słowa carpe diem do dziś brzmią mi w uszach.
Ile już razy ratował mnie tamten obraz pod powiekami. Obraz nocnej kawiarni, z krzesełkami w pastelowych obiciach, z białymi stoliczkami, z filiżankami kawy podawanej ze szklaneczką wody, spienionym mlekiem w malutkim, metalowym dzbanuszku i lodów z papierowymi, kolorowymi parasolkami. I my pogrążeni w rozmowie i w rozkoszowaniu się chwilą. To był moment absolutnego błogostanu, moment, w którym człowiek chce zastygnąć i trwać, bo nic nie mąci jego poczucia radości życia, żadna chmurka nie widnieje na horyzoncie, żadna troska nie zakłóca myśli. Jesteśmy tu i jest nam dobrze, jesteśmy młodzi, zdrowi i zakochani w życiu, chwytamy je i wyciskamy, jak cytrynę. I czujemy się wolni, wolni od zmartwień i smutków.
Takie momenty wcale się są rzadkie, zdarzają się od czasu do czasu, cała sztuka, aby ich nie przegapić.
Dziękuję ci tato, że nie nauczyłeś mnie nienawiści, a nauczyłeś miłości do życia, bo dzięki tej umiejętności udaje mi się dzisiaj funkcjonować w świecie, który jest wciąż coraz bardziej nieprzyjazny.
Mój pobyt na Cyprze miał miejsce w czasach, kiedy zdjęcia robiło się aparatami, na których każda klisza była cenna, w związku z tym robiło się ich niewiele i są one nie najlepszej jakości. Z uwagi na to nie robiłam wówczas zdjęć otoczenia a wyłącznie siebie na jego tle. Zdjęcie zamieszczone we wpisie pochodzi z zasobów internetowych.