Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Labirynt nad morzem Zbigniew Herbert

ruiny zamku w Knossos i nieautentyczne decorum
















Labirynt nad morzem to zbiór esejów, w których autor próbuje opisać/ uchwycić wrażenia z podróży do kolebki cywilizacji - podróży po Grecji. 
W Mistrzu z Delf autor nawiązując do podroży do Grecji napisał:
Wstałem późno, wsiadłem do nieodpowiedniego trolejbusu. Wylądowałem wreszcie na Akropolu, spocząłem na stopniach Partenonu, polazłem spojrzeniem po znanych mi budowlach i nic. Żadnego zachwytu, żadnego olśnienia ani nawet tej prostej satysfakcji, którą ma kupiec z Hamburga czy sekretarka z Bufalo - jestem tutaj. Jestem tutaj, ale mógłbym by równie dobrze gdzie indziej, w nic nie znaczącym miejscu. Zrezygnowany wlokę się do muzeum do moich kor i znowu nic. Widzę, ale nie czuję…

I choć nie ma ten cytat wiele wspólnego z wrażeniami autora z podróży po Grecji (mógł dotyczyć każdej innej) wydał mi się bardzo trafny; na wszystko musi przyjść właściwy czas, bo jeśli nań nie trafimy, to nawet najpiękniejsze doznania nie będą miały do nas dostępu.
W rozdziale pierwszym Labiryntu nad morzem padają podobne (do cytowanych wyżej) słowa.
Zawsze chciałem kochać, uwielbiać, padać na kolana i bić czołem przed wielkością, mimo, że nas przerasta i poraża, bo jaka byłaby to wielkość, gdyby nie przerastała i nie porażała. 
I co i nic. Bez wzruszenia i bez sympatii ….
Tym razem dotyczą one zbiorów Muzeum w Heraklionie. 
Jakże to Herbertowe, jakże to moje własne; odnaleźć tę wielkość, to piękno, jakiego szukamy we wszystkich zakątkach świata, odnaleźć i poczuć to wzruszenie, które ściska za gardło i sprawi, że oczy się spocą. 

Przez pierwszy – tytułowy esej było mi najciężej przebrnąć.

Knossos-pitony czy sarkofagi?
Z jednej strony zachwyca erudycją, misternym połączeniem historii z mitem, baśni z wiedzą archeologów, zachwytu z rozczarowaniem, a z drugiej przytłacza ilością historycznych informacji. Jest bardzo techniczny, naukowy, pełen detali. Co właściwie jest tyleż wadą co jego zaletą. A jednak może nieco nużyć. Zabrakło mi tu tak charakterystycznej dla Mistrza z Delf czy Martwej natury z wędzidłem prostoty. Sporo tu danych na temat Evansa (odkrywcy pałacu w Knossos), rozważań na temat wzajemnego wpływu cywilizacji minojskiej na grecką i odwrotnie, prób umiejscowienia w czasie ważnych wydarzeń historycznych, stawianie własnych tez, przywoływanie mitów, badanie związku zatopienia Atlantydy z upadkiem cywilizacji minojskiej, czy wreszcie pokłon złożony społeczności ludzi pędzących zwyczajne, uporządkowane i pozbawione wojen życie. I ogromny smutek wypływający z faktu przemijania.

Z całego zbioru najbardziej przemówiły do mnie eseje Duszyczka oraz Akropol. 
W pierwszym rozważa Herbert zdefiniowane przez Freuda poczucie winy towarzyszące każdemu podróżnikowi-odkrywcy. W drugim opisuje drogę, jaką przebyli on i Akropol, aby ich szlaki się przecięły. 
Freud tłumaczył poczucie winy wyrzutami sumienia względem najbliższych, którym nie dane było oglądać pięknych przedmiotów. 
Herbert stojąc na Akropolu "przywoływał dusze poległych kolegów, użalał się nad ich losem, …. i współczuł, że odebrana im została niewyczerpana wspaniałość świata”.

Nad zaginioną Atlantydą?
A skoro został wybrany na tego, któremu dane było zobaczyć postanowił sprostać wyborowi i ...zapomnieć o sobie, wysilić całą swoją wrażliwość i zdolność rozumienia, aby Akropol, katedry, Mona Lisa powtórzyły się w nim, na miarę oczywiście jego ograniczonego umysłu i serca. I żeby to, co z nich pojął, potrafił przekazać innym.

A kiedy jest znalazł się pod Akropolem (tą wymarzoną Arkadią) radość (i podziw) miesza się z litością. Litość nad Akropolem, którego nie oszczędziła historia; przechodzącym z rąk do rąk kolejnych okupantów, pełniącym role świątyni różnych wyznań, dworu, koszar czy haremu. Litość nad jego kruchością, pomimo wielkości. I radość, że „udało się zdążyć” zanim on i autor podzielą los wszystkich tworów ludzkich na ziemi. 
Jest w tej książce duża dawka empatii dla minionych pokoleń, które znikły pozornie bez śladu; zostały podbite, albo unicestwione przez żywioły, ale pozostawiły po sobie sztukę. Jest tu refleksja, nad nami, dziś będącymi, jutro być może zapomnianymi. Po nich zostały ruiny pałaców, gliniane naczynia, rzeźby nagrobne, freski na ścianach. Co zostanie po nas? - taka myśl kołacze mi po głowie, kiedy kończę czytać Labirynt nad morzem
Ona i jeszcze taki smutek ogromny. 
Autor chciał opisać (ocalić) widoki, które dane było mu oglądać, czy mu się to udało - oceńcie sami. 
Żałuję, iż nie znałam książki zwiedzając Heraklion (ruiny zamku w Knossos), Mykeny, przylądek Sounion czy Ateny, wówczas
Grecja to przede wszystkim słońce
moje oglądanie byłoby pełniejsze, wzbogacone wiedzą. Poznałam je konfrontując z własnymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Dla mnie podróż po Grecji była raczej spotkaniem z dawnymi mieszkańcami tych ziem, nawet, jeśli to spotkanie odbywało się za pośrednictwem pozostawionego przez nich dziedzictwa. 

To spotkanie było radością. 
Może dziś, kiedy bagaż doświadczeń jest większy (inny) niż dziesięć lat temu i mnie ogarnąłby przede wszystkim smutek i zaduma nad przemijaniem. 
Jedno jest pewne, żaden nawet najdokładniejszy i najpiękniejszy opis nie odda tego, co można zobaczyć, poczuć czy dotknąć, nie odda barwy, zapachu, chropowatości kamienia. I o tym też pisze autor. 
Jeśli polecę do Grecji ponownie zabiorę ze sobą Labirynt nad morzem. Poprawka - Kiedy polecę do Grecji ponownie ...
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
Niestety nie mogę zamieścić zdjęć z wycieczki po Grecji kontynentalnej (było to w czasie przed cyfrówką), więc jedynie Kreta.

piątek, 1 stycznia 2016

Na dobry początek


Koniec jednego roku i początek drugiego to okres podsumowań i planów. Co do pierwszego ... no cóż, nie był to mój najlepszy rok. 
Wypracowane latami poczucie wewnętrznego spokoju zostało zachwiane, a dziecięca radość życia przytłumiona. Być może to pośpiech (tempo życia) i zachłanność spowodowały, iż zabrakło czasu na to, co najważniejsze. 
Mniej czasu poświęcałam aktywności blogowej, mniej na opisywanie tego, z czego czerpię energię do dalszego funkcjonowania.  Ukazało się o ponad połowę mniej wpisów niż w roku poprzednim, a zamieszczone wpisy i tak stanowiły jedną czwartą tych z pierwszego roku działania bloga. I sama nie wiem, czy to zmęczenie czy utrata chęci.
Ale, że we wszystkim można odnaleźć coś dobrego, to teraz może być tylko lepiej (wierzę w to, a wiara przecież przenosi góry).

Plany... tych nie robię od kilku lat, bowiem nigdy nie udało mi się ich zrealizować. No może poza jednym. Otóż Nowy Rok zaczynam od kilku lat noworocznym spacerem. Spacer królewskim traktem w mroźny, styczniowy poranek dodaje mi energii i pozytywnie nastraja na kolejny rok. Gdańszczanie o tej porze odsypiają sylwestrowe szaleństwa, jest cicho, spokojnie, niemal bezludnie. Ręce prawie przymarzły mi dziś do aparatu, ale buzia się uśmiechała na sam widok, tych świetnie znanych obrazków. Obrazków, które wydawały się dzisiaj bardziej moje, niż zwykle. 

Właściwie nie czynię postanowień, ale... może uda mi się zrobić wyjątek. Natrafiłam ostatnio na cytat z Gogola, który okazał się właściwy w danym momencie, co sprawiło, że chciałabym zawrzeć z nim bliższą znajomość. 
Ludzie ograniczeni, a przy tym fanatycy, stanowią plagę ludzkości. Biada państwu, w którym tacy ludzie mają władzę. Są nietolerancyjni i pozbawieni wszelkich skrupułów. Uważają, że cały świat kłamie, a tylko oni mówią prawdę.
Ponadto ponieważ w niedługim czasie planuję odwiedzić Kraków i sprawdzając repertuar teatrów zastanawiałam się, czy warto pójść na Historię filozofii po góralsku zajrzałam do cytatów ks. Józefa  Tischnera.
Re­ligia jest dla mądrych. A jak ktoś jest głupi i jak chce być głupi, nie po­winien do te­go używać re­ligii, nie po­winien re­ligią swo­jej głupo­ty zasłaniać. 
I nie mogłam się oprzeć, aby nie zacytować jeszcze jednego:
Są dwa pun­kty ot­warcia się na Bo­ga: jed­ni pot­rze­bują do te­go nieszczęścia, in­ni - prze­ciw­nie - sma­ku szczęścia. Pier­wsi szu­kają Pa­na Bo­ga, aby wy­rato­wał ich z op­resji, drudzy - aby Go sławić, wy­razić Mu wdzięczność za wspa­niałość is­tnienia. Wiel­ka teolo­gia wy­ras­ta z te­go dru­giego mo­tywu - jest teolo­gią wdzięczności. 

I tego wszystkim życzę, nie tylko na Nowy Rok, odnalezienia wspaniałości istnienia. 

niedziela, 13 grudnia 2015

Czarny książę Iris Murdoch

Wydawnictwo Muza 1995
Wciągająca swymi mackami rzeczywistość pozostawia coraz mniej czasu na to co dla mnie ważne, to bez czego czuję niedosyt istnienia. Może to zbyt duże słowa, ale co tam. W rzeczywistości, w której słowa powszednieją i tracą na znaczeniu, czuję się usprawiedliwiona. Czytam mniej, a jeszcze mniej opisuję rzeczywistość, co sprawia, że umyka mi i lektura i to wszystko, co pozwala na zachowanie dystansu i zdrowia psychicznego. Martwi mnie to, iż tak wiele spraw rozpływa się w mgle niepamięci. 


Dlatego tym bardziej cieszą lektury, które mimo upływu czasu pozostawiają trwały ślad we wspomnieniach.
Książkę Iris Murdoch przeczytałam w bardzo miłych okolicznościach, bowiem w trakcie wrześniowego urlopu (spędzanego po części w Londynie, co dodało dodatkowego smaczku lekturze, której akcja tam właśnie się toczy). 
Bohater opowieści Bradley Pearson, urzędnik podatkowy to niespełniony literat, który rezygnuje z pracy, aby mieć czas na realizację tego, co całe życie odkładał na później; stworzenie powieści życia. Bradley ma wysokie aspiracje, nie chce pisać, jak jego przyjaciel Arnold, książek poczytnych, acz niedopracowanych. W momencie, kiedy wreszcie udaje mu się stworzyć idealne warunki do pisania (rezygnacja z pracy daje nieograniczoną ilość czasu, a wymarzona samotnia nad morzem - zapewnia miejsce do pracy) na przeszkodzie staje najpierw niezdecydowanie bohatera, który nie potrafi podjąć decyzji w żadnej życiowej sprawie, potem- podejmowanie decyzji pod wpływem emocji. 
W chwili, w której spakowany ma wyjechać do swej samotni dzwoni telefon, który uruchamia całą lawinę wydarzeń. Bohater zostaje wplątany w szereg dziwacznych relacji damsko-męskich. Pojawiają się; była żona przejawiająca chęć powrotu, siostra, miotająca się pomiędzy odejściem od męża a powrotem doń, szwagier - pozbawiony uprawnień lekarskich, przyjaciel - twórca poczytnych książek, jego znudzona, marząca o romansie żona oraz ich, rozchwiana emocjonalnie nastoletnia córka. I nagle normalne relacje międzyludzkie zamieniają się w ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń; przyjaciele stają się wrogami, a małżonkowie przeciwnikami.
W tej powieści uderzyło mnie to, że wszyscy ze sobą rozmawiają, a tak naprawdę nikt nikogo nie słucha, bo każdy wie lepiej niż jego rozmówca, czego potrzebuje druga osoba. Oni mówią do siebie, ale równie dobrze mogliby wcale się nie odzywać, bowiem nikt nikomu nie wierzy. Sporą rolę odgrywają też listy, które do siebie piszą, pokładając nadzieję, w tym, iż słowo pisane będzie miało większą moc i przekona respondenta o czystości intencji piszącego. Pomiędzy tymi ludźmi panuje temperatura zbliżona do zera, choć z drugiej strony, aż buzuje od emocji. 
Czytając, czułam się tak, jakbym oglądała sztukę, której aktorzy odgrywają swe role, farsowe, groteskowe, dziwaczne, a jednak intrygujące. 
Akcja powieści wciąga, ale to nie ona jest najważniejszą jej zaletą. To ciekawe portrety psychologiczne bohaterów stanowią o jej zalecie. Ciekawe tym bardziej, iż choć odmalowani bardzo dokładnie, mimo wszystko wymykają się ocenom i tak do końca nie wiemy, jacy są. Zwłaszcza cztery posłowia, w których w rolę narratorów wcielają się pozostali bohaterowie powieści, wywracają do góry nogami wyobrażenia i obraz, jaki sobie wytworzyliśmy w trakcie lektury. Nie wiemy, kto kłamał, a kto mówił prawdę. Żaden z bohaterów powieści nie budzi sympatii, a jednak naszkicowani zostali niezwykle sugestywnie. 
Podobnie, jak w innych powieściach Murdoch, momentami przeszkadzał mi nadmiar filozofowania, jaki prezentował Bradley, choć niektóre jego wywody na temat życia, czy sztuki były niezwykle ciekawe.
Jako osoba, dla której muzyka odgrywa w życiu bardzo dużą rolę nie mogłam przeoczyć poniższej wypowiedzi Bradleya.
Bywa, że muzyka mnie wzrusza, trafia do mnie, że mi zadaje tortury. Dociera do mnie, można by powiedzieć, jak złowieszcze mamrotanie, które-podejrzewam, w jakiś przerażający sposób dotyczy tylko mojej osoby. Kiedy byłem młodszy słuchałem muzyki z premedytacją, ogłuszając się bezładnymi emocjami i wmawiając w siebie, że oto przeżywam rzeczy wielkie. Zimny to ogień, prawdziwa przyjemność czerpania ze sztuki. Nie chcę poddawać w wątpliwość, że istnieją ludzie- chociaż jest ich mniej niż można sądzić z wypowiedzi naszych samozwańczych ekspertów- którzy czerpią czystą i matematycznie klarowną radość z tej mieszaniny dźwięków. Mogę powiedzieć tylko jedno „muzyka” była dla mnie sposobnością do osobistych rojeń, przepływem gorących, pogmatwanych wzruszeń, mierzwą mojego mózgu, nagle ujawnioną w dźwiękach. Str. 317 Czarny Książę (Muza S.A rok wydania 1995)
Nieprzypadkowo w dialogach i rozważaniach bohatera pojawiają się nawiązania do szekspirowskich dramatów, w których bohaterami targają emocje, a ich tragizm wynika z podejmowania niewłaściwych decyzji będących wynikiem ulegania namiętnościom. 
Są chwile raju, za które warto płacić tysiącami lat piekła, a przynajmniej tak nam się zdaje, tylko, że w danym momencie nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Ja byłem w pełni świadomy. Wiedziałem, że nawet gdyby miało się to skończyć ruiną świata, dobiłem korzystnego targu. Str. 332-333 Czarny Książę (j.w)

wtorek, 8 grudnia 2015

Zdobycz Emil Zola


Jadalnia Napoleona III Luwr (tak mi się skojarzyło z epoką przebudowy Paryża)
Dawno już nie czytało mi się tak lekko i z taką przyjemnością. Zola potrafi malować słowami i uwodzić opisem. Paryż w jego wydaniu jest niczym rajski ogród, pełen przepychu i bogactwa, nawet, jeśli to tylko powierzchowna fasada, która szpetotę i zgniliznę moralną jego mieszkańców ukrywa w urzekająco pięknym otoczeniu. 
W drugiej części cyklu Rougon-Macqartowie autor rozprawia się z złodziejstwem i spekulacjami drugiego cesarstwa czyniąc bohaterem swej powieści Arystydesa Rougnon i członków jego rodziny (?) Tyle, że rodzina to pojęcie niezbyt pasujące do tworu, jaki powstał z połączenia nienasyconego chęcią zdobywania milionów parweniusza, bez skrupułów ze znudzoną życiem w luksusie Renatą oraz narcystycznym hermafrodytą Maksymilianem, żyjącym chwilą, bezwolnym synem Arystydesa i pasierbem, jego żony. 
Arystydesa, który pod naciskiem brata (ministra) zmienia nazwisko na przypominające suchy brzęk złota Sacchard „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliony” zajmuje wyłącznie pomnażanie majątku. Jest w swej żądzy nieugięty, nie ma podłości, jakiej by się nie podjął dla pozyskania „paru franków”; ograbienie wspólnika czy żony, wyswatanie syna z kaleką, wyłudzenie z państwowej kasy milionów za ruinę niewarta nawet małej części jej wartości to dla niego codzienność. 
Jego młoda i śliczna żona, kapitał zakładowy, który zyskał, dzięki „szczęśliwemu zbiegowi okoliczności” (śmierć pierwszej żony i „kompromitacja” drugiej) znudzona wszystkimi rozkoszami, jakich zdążyła zaznać (bogactwo, powodzenie, romanse) szuka czegoś, co zapełniłoby jej pustkę. 
Już od pierwszej sceny, w której macocha zwierza się pasierbowi, że swoich pragnień otrzymania czegoś nieokreślonego widać, jaka będzie puenta ich wzajemnych relacji. 
Maksym „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady obojga uzupełniły się i pogłębiły”, wyrasta wśród przyjaciółek macochy, kobiecych łaszków, często w niewieścim przebraniu, traktowany, jak zabawka, laleczka, zniewieściały i bezwolny. Poddaje się równie łatwo miłosnym uściskom Renaty, jak i matrymonialnym planom ojca. 
Galerię typów spod ciemnej gwiazdy uzupełnia rajfurka Sydonia, siostra Arystydesta osoba o nieciekawej powierzchowności i nędznego charakteru. 
Zgodnie z założeniem autora cyklu Zdobycz to analiza złodziejskich spekulacji i oszustw II Cesarstwa, jakich dopuszczają się urzędnicy miejscy, którzy w planie rozbudowy Paryża dojrzeli możliwość zbicia milionowej fortuny, skupując grunta przeznaczone w planach do wywłaszczenia, podbijając ich cenę i otrzymując krociowe odszkodowania. Opis całego procederu jest tyleż fascynujący, co nużący dla czytelnika, dla którego kwestia pomnażania kapitału jest całkiem obca. Jednakże bez opisu procederu, jakiemu oddawał się Arystydes i jemu podobni nie byłaby Zdobycz tak wiarygodnym obrazem epoki. 
Z jednej strony jest złodziejska spekulacja i rodzenie się krociowych majątków, coś co w pewien sposób, mimo wstrętu budzi podziw dla talentów spekulanta, a z drugiej pustka, marnotrawienie czasu i pieniędzy na jałowe rozrywki (bale, operetki, przejażdżki, wizyty u krawców) oraz opis rozpasanego życia znudzonych przedstawicieli biznesu i ich „rodzin”. 
Zola piętnuje klasztorne wychowanie, w wyniku którego panna z dobrego, mieszczańskiego domu „wynosi duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa” i ciekawość zakazanego owocu, piętnuje zniewieściałych młodzieńców marnotrawiących rodzinne fortuny, piętnuje moralność kobiet, którym splendoru dodaje częsta zmiana kochanków i piętnuje małość ludzi, którzy stanowią elitę społeczeństwa z racji posiadanego kapitału. 
Powieść na przykładzie „rodziny” Arystydesa ukazuje obraz stosunków społecznych z czasów przebudowy Paryża za barona Hausmana, to one są tutaj najistotniejsze, dlatego też trudno byłoby doszukać się psychologii jednostkowego bohatera. Zarówno Arystydes, jak i Maksym, Renata, czy Sydonia są jedynie typem bohatera, a nie bohaterem samym w sobie. 
Obraz był tak niepokojąco prawdziwy, iż autor został wezwany przez prokuratora i nakłoniony do zaprzestania druku. W liście do przyjaciela napisał: …Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem napisać Zdobycz. … Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się nawet napisać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam”. (Emil Zola Halina Suwała str. 132).
Salon Napoleona III w Luwrze 
Zdobycz obfituje w bogate, pełne detali opisy. Są one niezwykle kunsztowne, niemal malarskie, wręcz baśniowe. I jest to zarówno zaletą powieści, jak i może być jej wadą. Nie każdego czytelnika zachwyci (mnie zachwyciła) powieść zbudowana z fotograficznych klisz/ obrazów miejsc, toalet, ogrodów, pejzaży. I nawet mimo woli dałam się uwieść cudownym opisom.
W rozedrganym mroku, za rzeźbionymi oparciami krzeseł boazerie, duży niski kredens, rozpostarte tu i tam płaty aksamitu majaczyły zaledwie. Mimo woli wzrok powracał ku stołowi, nasycał się jego przepychem. Środek zajmowało piękne surtout [ozdobny talerz] z matowego srebra o połyskującej cylezurze; przedstawiało ono grupę faunów porywających nimf; ponad nią, z szerokiego rogu opadały kiście naturalnych kwiatów olbrzymiego bukietu. Ustawione po dwóch krańcach wazy również pełne były kwiatów. Dwa kandelabry, związane z grupą środkową – dwóch satyrów w biegu, unoszących na jednej ręce zemdloną kobietę, a drugą podtrzymujących dziesięcioramienny świecznik- migotem świec pomnażały jeszcze blask żyrandola. Pomiędzy tymi ozdobami stały symetrycznie mniejsze i większe grzejniki z pierwszym daniem, a obok nich muszle z przystawkami, porcelanowe kosze, kryształowe czary, płaskie talerze, kompotiery na podstawkach, zawierające część deseru już podaną na stół. Wzdłuż kordonu talerzy armia kieliszków, karafek z wodą i z winem, małych solniczek - cała ta kryształowa zastawa była delikatna i lekka jak muślin, bez jednego rżnięcia, i tak przezroczysta, że nie rzucała ani odrobiny cienia. Surtout i większe nakrycia przypominały fontanny ognia; połyskliwymi ściankami grzejników przebiegały błyski; widelce, łyżki, noże o rękojeściach z perłowej masy tworzyły płomienne smugi; kieliszki rozpinały tęczowe łuki, a pośród tej ulewy iskier, tej masy rozpalonej do białości, karafki z winem znaczyły obrus plamami czerwieni. (Str. 28 Zdobycz Emil Zola Wydawnictwo Opolpress)
Natomiast poniższy zmysłowy opis oranżerii musiał rozpalać wyobraźnię czytelniczek na równi z opisem miłosnych uścisków kochanków. 
Spryskane czerwienią liście begonii i podobne do lanc białe liście popłanów stanowiły dalszy ciąg niezrozumiałych dla Renaty i Maksyma okaleczeń- tu i ówdzie dostrzegali jakby krągłe biodro lub kolano tarzające się po ziemi w brutalnej pieszczocie. Drzewa bananowe uginające się pod kiściami owoców mówiły im o hojnej płodności ziemi, a wilczomlecze, których pokraczne, kolczaste świece, pełne wstydliwych gruzłów majaczyły w mroku, zdawały się ociekać sokiem, występującą z brzegów ognistą strugą życia. W miarę jak spojrzenia ich zagłębiały się w zakamarki cieplarni, ciemność wypełniała się coraz zajadlejszą rozpustą liści i łodyg; nie rozróżniali już aksamitowców, łagodnych w dotyku, gloksynii o fioletowych dzwonkach, dracen podobnych do płytek lśniącej laki – był to jeden żywy krąg roślin złaknionych siebie i nienasyconych. Zasłonięte firankami lian altany rozpłomieniały zmysłowe marzenia Renaty i maksyma, zwinne pędy waniliowców, jadowic, kwiskwalisów, nadwoi stanowiły nie kończące się ramiona ukrytych kochanków, w łapczywym uścisku zgarniających wszelką rozkosz.  (Str.205 Zdobycz Emil Zola)
Przeczytane w ramach stosikowego losowania u Anny



niedziela, 29 listopada 2015

Leonardo da Vinci Lot wyobraźni Charles Nicholl

Książkę zaczęłam czytać na początku września, skończyłam pod koniec listopada. Myślę, że gdyby nie fakt, iż wylosowano mi ją u Ani pewnie poddałabym się po kilkudziesięciu stronach. 
I nie chodzi tu o objętość książki (raptem 520 stron), ale o jej drobiazgowość i nadmiar szczegółów, które czynią lekturę w wielu miejscach nużącą. 
Bardzo obszerna bibliografia, spora ilość przypisów wskazują na to, że autor poświęcił sporo czasu na dogłębne poznanie bohatera, a nie było to łatwe, bowiem najbardziej wiarygodnym źródłem informacji są strzępki zapisków mistrza w jego notatnikach, a i one dotyczą jedynie luźnych uwag, pomysłów, codziennych zdarzeń, finansowych rozliczeń. Wyłuskanie z nich myśli, czy pragnień człowieka jest niezwykle trudne. Niestety, dla potomnych, Leonardo nie pisał ani listów, ani dzienników. 
Nicholl próbuje na podstawie analizy oderwanych od siebie zdań, czy nawet ciągu niespójnych wyrazów dociec, jakie myśli towarzyszyły Leonardo, jakie motywy kierowały jego postępkami. Doceniając badania nad poznaniem człowieka, trud włożony w ich zdobycie, wysuwanie własnych interpretacji zachowań, analizowanie dzieł nie potrafię ocenić tej pozycji tak wysoko, jak zapewne na to zasługuje. 
Przytłoczyły mnie detale opisu rysunków machin, map, pejzaży, nadmiar dat, nazwisk, faktów, rozwodzenie się nad szczegółami technicznymi. 
Książka bogata jest w ilustracje, rysunki, szkice, reprodukcje, co jest jej sporą zaletą. I choć oglądałam całe mnóstwo szkiców i rysunków Leonardo we włoskich czy francuskich muzeach to wiele zamieszczonych w książce fotografii sprawiało wrażenie nieznanych, bądź odkrytych na nowo. 
Nie do końca jestem przekonana co do próby psychoanalizy osobowości Leonardo przez pryzmat jego seksualności. Zajmuje ona sporą część wywodów autora biografii, moim zdaniem zbyt dużą. Choć oczywiście nie można nie dostrzec, iż ta strona osobowości Leonardo nie pozostawała bez wpływu na jego życie i jego dzieła. 
Kim jest Leonardo według autora? To niespokojny duch, który pragnie bardzo wiele, chce odkrywać, tworzyć nowe machiny, malować, rzeźbić, grać, być nadwornym scenografem, architektem, magikiem, przyrodnikiem, anatomem, inżynierem, geologiem i hydrologiem. No i chce przypiąć skrzydła ludzkości, choć może bardziej sam pragnie oderwać się od ziemi, od przyziemności i ograniczeń. Chce wzbić się w przestworza, niczym ptak. 
W jego obsesji na punkcie latania kryje się egzystencjalny niepokój, wola oderwania się od życia pełnego napięć i rywalizacji, od dyktatu siewców wojny, miłośników sztuki i namolności wystawców umów. Da Vinci marzy o wielkiej ucieczce, a ponieważ nie może uciec, tym bardziej czuje się więźniem. (Str. 420)
Jak każdy artysta, bo Leonardo jest przede wszystkim artystą, potrzebuje wolności i swobody twórczej. Jednakże żyje w czasach, kiedy liczy się przede wszystkim pochodzenie i pieniądze. A w sytuacji nieprawego syna notariusza, pozbawionego przez ojca spadku, w dodatku ze skłonnościami homoseksualnymi nie łatwo jest pozyskać sponsora. Potrzeba prób, doświadczeń, materiałów sprawia, iż kołacze do drzwi dość kontrowersyjnych władców epoki; Lodovico Sforzy (Il Moro), czy Cesare Borgia, którym oferuje się, jako niezrównany strateg i wynalazca machin wojennych. Niestety większość jego pomysłów pozostaje wyłącznie w sferze projektów. Leonardo wiele zaczyna, nie wiele kończy. Powodem jest brak funduszy, ale także nadmiar pomysłów. Największą jego spuścizną pozostają obrazy, rysunki i szkice. 
A prawdziwego mecenasa i admiratora swych dokonań odnajduje dopiero u kresu dni na cudzoziemskim dworze Franciszka I, króla Francji.
Leonardo widziany oczyma autora to zupełnie inny człowiek, niż Leonardo przedstawiony u Vasariego. Autor wielokrotnie polemizuje z tym, jak dotąd najbardziej znanym źródłem informacji o włoskim geniuszu renesansu.
Parę faktów w historii Leonardo mnie zaskoczyło. Do tej pory wyrobiłam sobie przekonanie, iż nie doceniał on sztuki rzeźbiarskiej, lubił gwar i wesołe towarzystwo oraz tworzył (poza pierwszymi obrazami, które powstawały w pracowni jego mistrza Verrocchia) samodzielnie.
Tymczasem Nicoll pisze o dużym szacunku Leonardo do rzeźby, a nawet traktowaniu jej, jako sztuki wymagającej wiele więcej umiejętności niż malowanie. 
Autor przedstawia artystę, jako człowieka towarzyskiego, ale także człowieka, który pragnie swobody i odosobnienia. 
Powołując się na Traktat o malarstwie Leonardo pisze Najwłaściwiej doświadcza się natury w samotności. „Kiedy jesteś samotny, należysz w pełni do siebie, kiedy masz choćby jednego towarzysza, należysz do siebie tylko w połowie”. Malarz powinien „wycofać się w ustronie, by móc lepiej poznawać kształty naturalnych przedmiotów”. Powinien pozostać samotny, zwłaszcza gdy zamierza badać i rozważać to, co bez przerwy jawi mu się przed oczami i dostarcza materiału do starannego przechowywania w pamięci”. (Str. 63). 
Czy inny fragment: 
Ostatni punkt przywodzi na myśl rękopis paryski MS B, z projektem domu „w idealnym mieście” i uwagą; Zamknij drzwi na klucz wyjście oznaczone m, a zamkniesz cały dom” . To nader praktyczne podejście mówi nam bardzo wiele o silnych skłonnościach Leonarda do skrytości i chronienia życia prywatnego- hermetycznym zamykaniu się w świecie wewnętrznym” (str. 336).
Zaś co do tworzenia pisze 
… była to praca kolektywna (o czym nie wspomina Bandello, niesłusznie sugerując twórczą samotność artysty). Leonardo nie pracował nad tym dziełem sam, tak jak ponoć Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej, lecz w asyście pomocników. Wśród nich byli zapewne Marco d`Oggiono, jako garzone, i Tommaso Masini, którego udział w pracy przy późniejszym wielkim malowidle (fresku Bitwa pod Anghiari we Florencji) potwierdzają dokumenty. Do tych zaufanych pomocników można dodać uczniów z nowego naboru oraz pracowników, których imiona znajdujemy na dwóch kartach Kodeksu Atlantyckiego. 
Rzecz dotyczy Ostatniej wieczerzy (str. 318-319)
Autor znalazł wyjaśnienie dla leonardowskiego stylu malowania sfumato. Wyjaśnia to sam Leonardo da Vinci w rękopisie zwanym paryskim.
Jeśli chcesz kogoś sportretować, rób to przy chmurnej pogodzie lub przed zmierzchem(…) Na ulicy, pod wieczór lub przy złej pogodzie zwróć uwagę ileż wdzięku i powabu mają w sobie twarze mężczyzn i kobiet. Przeto, o malarzu, skorzystaj z podwórza o pomalowanych na czarno ścianach, osłoniętego jakimś zadaszeniem (…) a jeśli nie masz takowego, maluj pod wieczór albo w dzień chmurny lub mglisty, bo są to warunki wymarzone. (str. 285)
Reasumując biografia jest świetnym źródłem informacji na temat Leonardo, niestety, jak dla mnie jest napisana w sposób zbyt naukowy, mało przystępny dla czytelnika, który jest w tej dziedzinie laikiem. Gdyby połączyć wiedzę autora z talentem pisania biografii Irwinga Stone`a czy Julii Frey powstałoby arcydzieło.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny