Łączna liczba wyświetleń

środa, 17 stycznia 2024

Improwizator J. Ch. Andersen

Wydawnictwo Mg rok wyd.2019
Czy wiedzieliście, że Andersen poza pisaniem bajek dla dzieci (przypomnę tu tylko Dziewczynkę z zapałkami, Królową śniegu, Księżniczkę na ziarnku grochu czy Nowe szaty cesarza, a powstała ich ponad setka) pisał także dla dorosłych. Tu taka mała dygresja, jako dziecko uwielbiałam bajki Andersena, ale znałam je jedynie z opowiadań taty, który wieczorami odmalowywał ich treść na dobranoc. Nieco później poznałam je w wersji pisanej z pożyczonej od koleżanki  książki. Oczywiście marzyłam o własnym egzemplarzu Baśni Andersena. Otrzymałam go któregoś roku pod choinką. Odtąd święta bożonarodzeniowe kojarzyły mi się z Andersenem, Kopenhagą i śniegiem. Pamiętam (albo wyobraźnia płata mi figla i takie podsuwa obrazki), że kiedy mama zmywała naczynia po wigilijnej kolacji, ja siedziałam przy choince i zaczynałam lekturę baśni, obok stał talerzyk ze struclą makową i pomarańcze. Nieodłączne wspomnienie świąt lat dzieciństwa.
Okazuje się jednak, iż Andersen poza baśniami, które przyniosły mi spory rozgłos pisywał też dla dorosłych. Wydał wiele wierszy, opowiadań, szkiców, powieści. Improwizator należy do jednaj z najbardziej znanych. 
Nie kopenhaski, ale równie baśniowy widoczek 

Powieści nie można odczytywać w oderwaniu od życiorysu pisarza. Zawarł w niej wątki autobiograficzne, a główny bohater wykazuje duże podobieństwo do samego pisarza. Andersen pochodził z biednej rodziny (syn szewca i praczki, w dodatku alkoholiczki), zajmowała się nim pracująca w przytułku dla chorych babcia. W młodym wieku opuścił dom rodzinny i przeniósł się do Kopenhagi chcąc zostać aktorem, próbował swych sił w teatrze, a także jako śpiewak. Wszystko bez powodzenia. Jednak dzięki wytrwałości i pracowitości został zauważony przez Fryderyka VI. Uzyskał królewskie stypendium, dzięki któremu mógł się dalej kształcić, kontynuować pracę twórczą i rozwijać zainteresowania. Wiele podróżował (Niemcy, Włochy, Francja). Mimo dużego wsparcia finansowego i sporych możliwości nie umiał znaleźć swojego miejsca na ziemi. Kompleksy, skomplikowany charakter, niepewność, nadmierna wrażliwość, egocentryzm sprawiły, iż nie prowadził ustabilizowanego życia, wpadał w stany depresyjne czy melancholię.
Palazzo Borghese
Bohatera powieści  poznajemy, kiedy ma kilka lat. Wychowuje go samotnie matka. Ma co prawda wuja, jest to jednak człowiek cyniczny, żerujący na ludzkim współczuciu, wykorzystujący swoje kalectwo do oszukiwania naiwnych. Mały Antonio dość wcześnie odkrywa w sobie talent poetycki (potrafi pięknie recytować, czy śpiewać historie na zadany temat). Jak sam podkreśla dorośli podsycają jego próżność przekonując go o jego wyjątkowości. Antonio w wyniku splotu okoliczności zostaje sierotą, a następnie wpada w coraz to nowe tarapaty. Karta losu to się odeń odwraca, to znowuż się doń uśmiecha (dostaje się pod opiekę złego wuja, ucieka i znajduje dom u starej nędzarki Domenici, uzyskuje opiekę księcia Borghese, pojedynkuje się z przyjacielem o względy pięknej wokalistki, wpada w sidła zbójców a to dopiero początek jego powikłanych losów). Antonio, na którego drodze los postawił możnych opiekunów (zupełnie, jak w przypadku samego pisarza) nie potrafi jednak nigdzie zagrzać miejsca. Co prawda to splot okoliczności popycha go do ciągłego  poszukiwania szczęścia gdzieś daleko, poza domem biednej opiekunki, ale można odnieść wrażenie, że on sam swoim zachowaniem ten los prowokuje. Być może autor chciał znaleźć dla swego bohatera usprawiedliwienie w postaci fatum, jakie dopada człowieka niezależnie od jego starań, ja jednak nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że to sam Antonio kształtuje swoje życie wciąż uciekając, wciąż poszukując czegoś, co ma mu przynieść radość. Jego życie, mimo tak wielu zdarzeń, mimo tylu możliwości wydaje się niepełne. Jest człowiekiem wrażliwym i utalentowanym, a jednak nieszczęśliwym. 
Kaplica Sykstyńska
Wewnętrznej pustki bohatera nie zapełnia ani poezja (mimo zachwytów nad Boską Komedią Dantego), ani teatr (który odwiedza dla pięknej solistki), ani piękno świata, którego staje się bacznym obserwatorem. Wciąż czegoś mu brakuje; poczucia bezpieczeństwa, jakiego pozbawiło go wczesne sieroctwo, czy wyrwanie z biednego, ale pełnego miłości domu u starej Domeniki, a może miłości. Choć spotyka wiele pięknych, miłych i cnotliwych dziewcząt nie wiadomo, którą tak naprawdę obdarzył uczuciem. 
Rozdarcie bohatera, niemożność znalezienie swego miejsca  kontrastuje z pięknem świata zewnętrznego (świata natury i sztuki). Zyskując możnych opiekunów może być świadkiem karnawałowych zabaw w Rzymie, pięknych ceremonii religijnych na Watykanie, wspaniałych występów operowych, może oglądać przepiękne dzieła sztuki w Palazzo Borghese, podróżować do Neapolu, Herkulanum, Pompei, Amalfi, Capri, Wenecji, oglądać wybuch Wezuwiusza czy burzę w Weneckiej Lagunie. Ale to wszystko mimo swej urody nie ukoi rozdarcia duszy bohatera. 
I ... pojawia się ostatni rozdział, w którym następuje zwrot akcji i zakończenie, w rodzaju ... i żyli długo i szczęśliwie. Niewiele tu zdradzam, bowiem obiektów westchnień Antonio było kilka. Zupełnie mi to zakończenie do powieści nie pasuje, wygląda, jakby autor nie miał pomysłu, co zrobić z tym cały czas miotającym się bohaterem.  
Bernini w Palazzo Borghese
Zaletą książki są piękne plastyczne opisy XIX wiecznej Italii, jej kultury, obyczajów, życia społecznego. Kiedy narrator pisze o wyścigach koni na Corso to słyszymy ich galop, słyszymy gwar, okrzyki, widzimy barwną maskaradę uczestników, kiedy pisze o wspinaczce na Wezuwiusza czujemy gorąc pod stopami i żar bijący w twarz, a kiedy opisuje burzę na lagunie słychać grzmoty i widać  błyskawice na niebie. Lektura momentami jednak staje się nużąca, kiedy autor stosuje nazbyt rozwlekłe metafory.
Improwizator to powieść ciekawa, choć nie najlepsza. Warta poznania choćby dlatego, że to inny rodzaj twórczości bajkopisarza. Dla wielbicieli Włoch interesującym będzie poznanie miejsc, które dziś wyglądają zgoła inaczej oraz poznanie zapomnianych już zwyczajów. 
Na zakończenie zacytuję tu dwa fragmenty powieści. Pierwszy dotyczy Boskiej Komedii Dantego, a równocześnie i mojego od dawna dysonansu związanego z nauką chrześcijańską.
Na widok owych szlachetnych mężów, którzy nie zaznawszy błogosławieństwa chrześcijaństwa, tutaj znaleźli mieszkanie- napełniły się oczy moje łzami. Homer, Sokrates, Brutus, Wergiliusz i inni najlepsi i najszlachetniejsi mężowie starożytności zostali na zawsze wyłączeni z raju. To mnie nie zadowoliło! Choć Dante urządził wszystko to pięknie i wygodnie, jak tylko w piekle być może, to pobyt w nim był jednak niedolą męczarni, tęsknotą bez nadziei zbawienia. Należeli oni do potępionych. Otaczały ich głębokie kałuże piekielne, gdzie jęki potępieńców tchnące jadowitą parą i zaraźliwymi wyziewami kipiały bezustannie ogromnymi bąblami. Nie mógł Chrystus, gdy zstąpił do piekieł, nim zasiadł na prawicy ojca swego, wyprowadzić tych wszystkich z doliny płaczu? Mogła miłość jego czynić wybór pomiędzy równo nieszczęśliwymi? Zapomniałem zupełnie, że to wszystko tylko poezja. (str.65).
Na Wezuwiuszu (widok w głąb krateru)
Drugi to wizyta w Kaplicy Sykstyńskiej podczas której Antonio bardziej jest zainteresowany dziełem Michała Anioła niż lekcjami ze starych ksiąg i ja mu się wcale nie dziwię.
Zaczęto lekcje, lecz niepodobna mi było utrzymać oczu na martwych głoskach księgi. Zwróciłem je razem z myślą na ów cudowny świat, który Michał Anioł na ścianach i sklepieniu farbami przedstawił. Podziwiałem jego sybille i arcypięknych proroków, z których każdy z osobna podaje treść do obszernego dzieła o sztuce. Moje oczy napawały się tymi wspaniałymi rysunkami i widokiem pięknych chórów anielskich. Nie były to dla mnie obrazy martwe, o nie. Wszystko oddychało życiem! Drzewo wiadomości dobrego i złego, pod którym Ewa podaje Adamowi owoc zakazany; wszechmocny Bóg unoszący się nad wodami, nie jak dawniej przedstawiali go malarze, przez aniołów unoszony, ale przeciwnie, gromady aniołów na szacie swojej unoszący. Wprawdzie oglądałem już te obrazy nie raz przedtem, ale nigdy takiego na mnie nie zrobiły wrażenia jak w tej chwili, gdy umysł mój podniesiony był do egzaltacji, liczne zgromadzenie, a zapewne i liryczny polot mej myśli sprawiły, że na wszystko spoglądałem ze strony czysto poetycznej. (str. 125).
Grota na Capri
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny.

niedziela, 7 stycznia 2024

Muzeum historii sztuki w Wiedniu (część II)

 

Pomnik Marii Teresy z Muzeum Historii Sztuki (w tle)

Wielość dzieł sztuki w Muzeum nie pozwoliła wyczerpać tematu nawet przedstawiając go w tak skrótowy sposób. Stąd wpis kolejny.
Obrazy Caravaggia podziwiam od czasu kiedy oglądałam je w rzymskich świątyniach. To tam powinny się znajdować, w miejscach, dla których zostały stworzone. Nie wiem, czy Caravaggio był osobą wierzącą, w tamtych czasach chyba trudno byłoby nie być takową, ale na pewno świetnie znał Nowy Testament. Jego obrazy wskazują, iż doskonale znał biblijne przesłanie. Ich tematyka doskonale wpisuje się w sakralne otoczenie. Nie podzielali tego zdania dawni włodarze świątyń, dla których pokazanie w roli świętych zwykłych, prostych ludzi, często ze społecznego marginesu było nie dopuszczalne, a nawet bluźniercze. Znana kurtyzana w roli najświętszej panienki, czy uliczny nędzarz, jako apostoł lub święty to budziło oburzenie i sprzeciw.
Cierniem koronowanie Caravaggio
A jednak z czasem obrazy Michelangelo da Merisi (bo tak się nazywał malarz) coraz częściej zaczęły zdobić kościelne wnętrza. Dziś są one magnesem przyciągającym ludzi do odwiedzin świątyń, w których wiszą.  Sama podchodziłam kilkakrotnie do Santa Maria del popolo (Matki Boskiej wszystkich ludzi - piękne wezwanie), czy Bazyliki Sant` Agostino. Godziny otwarcia rzymskich kościołów to dla mnie zagadka do dziś, mimo wywieszonej informacji na kościele, czy w necie kilka razy odbijałam się od drzwi. W muzeum wiedeńskim znajduje się obraz Cierniem koronowanie Caravaggia. Obraz powstał w 1603 roku. Ma wymiary 127 na 165 centymetrów, czyli jest to dość duże dzieło, choć na monstrualnych kościelnych ścianach mogłoby ginąć. W scenie koronowania cierniem nie ma nic z boskości, a jest wiele z człowieczeństwa. Umęczony i poniżony człowiek z przechyloną na bok głową, na które twarz pada światło budzi nasze współczucie. Oprawcy, których twarze częściowo schowane są w cieniu są tu mniej ważni. Ich twarze są bez wyrazu, jakby mówili - my tylko wykonujemy rozkaz. Podobnie pilnujący zdarzenia żołnierz obojętnie patrzący na scenę. Słabość Jezusa-człowieka sprawia, że całym sercem jesteśmy z nim i chętni wyrwalibyśmy narzędzia męki z rąk tych, co nie wiedzą co czynią. W obrazach Caravaggio światło zawsze pada na ten fragment obrazu, na który malarz chce zwrócić naszą uwagę. Lubię Caravaggia za wprowadzenie pierwiastka ludzkiego do jego obrazów. Lubię też światło na jego obrazach, światło, które nazwałam boskim, bo uwypukla to co dobre, a skrywa to co złe. To ono sprawia, że Caravaggio jest niepowtarzalny.
Pieta Annibale Caracci
W tym samym czasie co Koronowanie cierniem powstała Pieta Annibale Carracci. Dziś Annibale jest mniej znany niż Caravaggio, czy Rafael, ale w czasach, kiedy żył i tworzył musiał cieszyć się dużym powodzeniem, o czym świadczy choćby to, że został pochowany w rzymskim Panteonie (tak przynajmniej podaje Internet). Jeśli to prawda świadczyłoby to o ogromnym poważaniu, jakim mógł się cieszyć za życia. W Panteonie pochowano niewielu Rzymian, w tym Rafaela i dwóch pierwszych władców zjednoczonego królestwa Włoch Wiktora Emanuela II i Umberta I. O Annibale dobrze wyrażali się i Caravaggio i Bernini - dwaj najwięksi przedstawiciele świata sztuki XVII wieku. Pieta powstała w latach 1603-1604 i ma wymiary 41 na 60,8 cm. W Piecie Carracciego układ ciała Chrystusa przypomina układ przyjęty przez Michała Anioła w watykańskiej piecie; bezwładne ciało osuwające się na kolanach matki, opadająca ręka, głowa odgięta do tyłu. Ciało Jezusa pozbawione jest oznak męki pańskiej, poza raną w boku przebitym włócznią. Nowością jest umieszczenie Jezusa i jego Matki nie na środku obrazu, a nieco po lewej stronie obrazu. Światło pada na bezwładne ciało Jezusa i twarz Maryi. Strona prawa skryta jest w cieniu, sprawia wrażenie zimnej i pustej. Maria opiera się o twardą, kamienną bryłę. Sarkofag? Twarze Chrystusa i Matki są umęczone cierpieniem. Stojące za Maryją aniołki próbują ją pocieszać. Co mnie zachwyciło w tym obrazie? Delikatność i kruchość postaci, no i oczywiście poświata nadająca całości odrealniony wymiar. Niebiesko blade światło padające na cały obraz, jedynie aniołki mające pocieszyć Maryję mają nieco żywsze kolory (co słabo widać na zdjęciu). Reszta jest stonowana, niczym naświetlona fluorescencyjną lampą, która wydobywa bladość ciała i twarzy. Nawet krajobraz za plecami Marii i jej syna mają wymiar księżycowy. I to właśnie ów klimat sprawił, że obraz zwrócił moją uwagę.
Tryptyk Madonna z dzieciątkiem Memlinga

Pozostając jeszcze w tematach religijnych nie mogłam przejść obojętnie wobec Hansa Memlinga i jego Tryptyku Madonny z dzieciątkiem.
W Gdańskim Muzeum znajduje się jeden z najbardziej w Polsce znanych obrazów malarstwa zachodniego Sąd ostateczny Memlinga. Pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą wskazując Damę z gronostajem Leonardo da Vinci znajdującą się w krakowskim muzeum Czartoryskich, czy Uczonego przy pulpicie lub Dziewczynę w ramie Rembrandta eksponowane w Galerii Arcydzieł na warszawskim zamku. Jednak będę się upierać, jako lokalna patriotka, iż dla mnie najważniejszym dziełem zachodu w Polsce jest Sąd Ostateczny Memlinga. Jest ważny dla mnie, gdyż towarzyszył mi przez lata. Był to jeden z pierwszych obrazów, któremu przyglądałam się tak dokładnie i tak często, jak żadnemu innemu.
Sąd Ostateczny Memlinga w Muzeum Narodowym w Gdańsku
Najpierw, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam muzeum, jeszcze jako dziecko (z tą nieodłączną dziecku wiarą w anioły i diabły i ognie piekielne, a więc po trosze z przestrachem, a po trosze z nadzieją), potem, kiedy pracowałam w Muzeum przez kilka miesięcy i codziennie przechodziłam obok (zaprzyjaźniłam się wówczas z zaludniającymi go postaciami), a później, kiedy z przyjaciółką oglądałyśmy go dywagując nad jedyną (naszym zdaniem) modelką, jaką pozyskał malarz (gdyż wszystkie kobiety wyglądały na tym obrazie identycznie, łącznie z długimi, rudymi, kręconymi włosami. Zapewne mało która chciała się rozebrać przed malarzem) i wreszcie, kiedy oglądałam go z moją matką chrzestną, a ona zastanawiała się, po której stronie wagi my się znajdziemy, czy w czeluściach piekielnych, czy na kryształowo zimnych schodach niebios (mam nadzieję, że jednak po żadnej ze stron).  Choć Memling jawił mi się, jako wielki artysta to miałam wrażenie, że to autor jednego obrazu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w Rzymie w Galerii Pamhilij Doria odkryłam Opłakiwanie Chrystusa. Był to obraz Memlinga nie robiący większego wrażenia, ot jeden z wielu, nieco naiwny w stylu malarstwa religijnego z końca XV wieku, ale to przecież „mój, a może raczej nasz” Memling. Jakże inny od Sądu ostatecznego. W wiedeńskim muzeum trafiłam na kolejnego Memlinga. Tryptyk Madonna z dzieciątkiem to obraz ołtarzowy. Na lewym skrzydle przedstawia Jana Chrzciciela, na prawym Jana Ewangelistę, a pośrodku scenę Adoracji Matki Boskiej z dzieciątkiem z aniołem oraz modlącym się donatorem opatem, Janem Crabbe. Obraz ten jeden z ostatnich obrazów mistrza Hansa nie zachwycił mnie przedstawieniem tematu, ot jeden z wielu podobnych, a jednak jest w nim jakiś ślad dawnej memlingowskiej liryki, no i jest to autor, do którego mam sentyment i zawsze chętnie będę oglądać jego dzieła, nawet, jeśli nie zawsze z zachwytem, to zawsze z przyjemnością.
Śmierć Kleopatry Guido Cagnacci
A teraz aby odejść nieco od świata religii do świata historii i mitologii zapraszam do obejrzenia Śmierci Kleopatry Guido Cagnacciego. Był to autor zupełnie mi nie znany przed wizytą w Wiedniu. Obraz powstał w latach 1659-1663, co oznacza, iż artysta pracował nad nim cztery lata. Mierzy 140 na 159,5 centymetrów. Obraz zwrócił moją uwagę połączeniem zmysłowości i intymności, śmierci i życia, spokoju i trwogi. Jad już przenika do krwi królowej, a ona spokojnie zasypia, jest półnaga, przysłonięta jedynie miękką materią od bioder do stóp. Na głowie ma koronę, w uszach kolczyki, a wąż jeszcze oplata jej rękę. Strwożone służki tłoczą się przy niej. Strwożone, bo wiedzą, jaki czeka je los. Ona siedzi dostojnie na tronie, jakby tylko zasnęła. Podobno malarz znany był ze zmysłowych portretów kobiecych, malował półnagie boginie, królowe, święte. Obraz, namalowany podczas pobytu na austriackim dworze bardzo spodobał się Leopoldowi I. Wcale się temu nie dziwię bo mnie spodobał się także. 
Judyta z głową Holofernesa Lucas Cranach Starszy
A teraz skierujmy się w stronę mitologii i przejdźmy do Judyty z głową Holofernesa Cranacha Lucasa Starszego. Tę mityczną historię z czasów Nabuchodonozora, kiedy wdowa po władcy zakrada się do obozu wroga, aby go w sobie rozkochać i w trakcie miłosnego aktu uciąć mu głowę przedstawia niemal każdy szanujący się malarz. Znamy choćby wersję baśniową Sandro Boticellego (Judyta krocząca przed służką niosącą w koszu na głowie odcięte trofeum), wersję namalowaną z kobiecego punktu widzenia przez Artemisię Gentileschi (zwłaszcza tę dotyczącą samego aktu zabójstwa, kiedy dwie kobiety szamoczą się z żyjącym jeszcze Holofernesem przykładając szablę do szyi mężczyzny), wersję ze światłocieniem Caravaggia, czy złotą wersję Klimta z silną kobietą i ledwie dostrzegalną głową wrogiego wodza. A to tylko kilka przykładów zapisu tej historii. W wiedeńskim Muzeum znajduje się odmiana niezwykle dystyngowana i elegancka namalowana przez Cranacha Lucasa Starszego. Judyta z wiedeńskiego muzeum (są dwie podobne wersje), jest długowłosą blond pięknością o subtelnej urodzie z wyrazem twarzy, która zastygła niczym maska obojętności. Kobieta ubrana jest dostojnie, jakby szła na bal, a nie wracała po dokonaniu mordu, w przepięknej aksamitnej sukni w odcieniu czerwieni (co podkreśla krwawy charakter zbrodni), w  charakterystycznym dla modelem Cranacha nakryciu głowy (niczym przekrzywiony na bakier naleśnik), w prawej dłoni trzyma wyciągnięty miecz, lewą przytrzymuje za włosy głowę Holofernesa, odciętą chwilę wcześniej. Jej twarz jest zimna i bez wyrazu, jakby spełniła swój obowiązek, a teraz wszystko jej jedno co się z nią stanie. Twarz Holofernesa wyraża bardziej zdziwienie, niż przerażenie, czy ból. Twarz zastygła w zdumieniu - o co chodzi, dlaczego, ta piękna i wątła kobieta zadała mi zdradziecki cios. Jeszcze przed chwilą leżała u mych stóp. Ale już z niego uchodzi życie i zdziwienie zamienia się w śmiertelną maskę.
Głowa Meduzy Petera Paula Rubensa

Kolejna mitologiczna scenka przedstawia głowę Meduzy. Meduza była najmłodszą z trzech sióstr Gorgon i w przeciwieństwie do swych sióstr nie była nieśmiertelną. Początkowo była piękną kobietą z długimi, bujnymi włosami, która za karę, iż ośmieliła się rywalizować z boską Ateną została zamieniona w odrażające stworzenie. Jej twarz okalały wijące się węże, a spojrzenie było tak przerażające, że wszystko na co spojrzała zamieniało się w kamień. Głowę Meduzy, źródło jej siły ściął przy pomocy Ateny Perseusz. I tą ściętą przez Perseusza głowę przedstawia Rubens.
Nie przepadam za malarstwem Rubensa, jego obrazy znane mi jedynie za sprawą puszystych modelek o rubensowskich kształtach nigdy nie budziły mojej sympatii. Nie trafiłam nigdy wcześniej na obraz tego malarza, o którym mogłabym powiedzieć, że mnie zachwycił. Ledwie mogłabym wymienić z pamięci parę jego obrazów; jak serię apoteozy Marii Medycejskiej (monumentalne dzieła zajmujące ogromną salę Luwru) czy Trzy gracje z Muzeum Prado w Madrycie (które z gracją niewiele miały wspólnego). No i trafiłam do Wiedeńskiego Muzeum i zobaczyłam Głowę Meduzy. Jest to najbardziej przerażająca wizja głowy meduzy, jaką widziałam. Nawet ta namalowana przez Caravaggia nie jest tak straszna, jak ta, która wyszła spod ręki Petera Paula Rubensa. Myślę, że sprawiły to wijące się wokół jej głowy węże, czerwona plama zastygłej krwi,  bladość lica Meduzy i jej zastygły w panice wzrok (ta, która przerażała innych sama została przerażona). Piękna w swej brzydocie jest ta Gorgona i porażająca jednocześnie. Wspominając Rubensa przypomniała mi się jego kopia Bitwy pod Anghiari – kopia obrazu Leonarda da Vinci. Ta kopia sprawia, iż Leonardo jeden jedyny raz w mojej ocenie wygrywa z Michałem Aniołem w potyczce prowadzonej na ścianach Palazzo Vecchio we Florencji. Kopia, która uświadamia nam, jak fantastyczne dzieło utraciliśmy.
Bitwa pod Anghiari kopia Rubensa z kartonu Leonarda da Vinci 
Po serii obrazów czas na rzeźbę. Nie ma jej może tak wiele w wiedeńskim muzeum, ale ta, która zdobi klatkę schodową (wspominaną we wcześniejszym wpisie) jest imponująca. Tezeusz walczący z centaurem Canovy ujął mnie z powodu klasycznego piękna materii i wykonania. Tezeusz był królewiczem i herosem w mitologii greckiej. Heros miał dwóch ojców wg legendy ateńskiego króla Egeusza i boga mórz i oceanów Posejdona. Mając takich ojców nie mógł nie wyrosnąć na herosa. W ilości bohaterskich prac chciał dorównać kuzynowi Heraklesowi. Najbardziej znany jest z pokonania Minotaura (syna królowej Krety) uwięzionego w Labiryncie. Stało się to dzięki pomocy księżniczki Ariadny i jego nici. Mit powszechnie znany w czasach mojej młodości, kiedy mitologia była lekturą szkolną, dziś zapewne uznany za wiedzę nieprzydatną do życia. Jednym z bohaterskich czynów Tezeusza było też pokonanie centaurów.
Tezeusz walczący z centaurem Antonio Canovy
Centaur to pół człowiek, pół koń. Centaury pojawiły się na weselu serdecznego przyjaciela Tezeusza i po spożyciu nadmiernej ilości trunków wdały w bójkę, a następnie rozochocone chciały porwać kilka kobiet gospodarzy. Tego Tezeusz i pan młody nie zdzierżyli i zabili paru napastników. Wówczas centaury które na chwilę się wycofały powróciły w większej ilości  odwetu. Szala zwycięstwa przechylała się to na jedną to na drugą stronę, aż w końcu dzięki bohaterskiemu Tezeuszowi i przy pomocy mieszkańców Tesali centaury zostały zwyciężone. Neoklasyczna rzeźba nawiązująca do antycznych wzorów przedstawia idealnych kształtów nagiego młodzieńca, wysportowanego i umięśnionego z pięknym nakryciem głowy (hełm przyozdobiony pióropuszem), który jedną ręką chwyta za gardło przeciwnika, kolanem przydusza go do ziemi, a uniesiona w drugiej ręce pałka zaraz spadnie na głowę centaura. Wydaje się, że Tezeusz czyni to jakby od niechcenia, w jego postaci nie widać wysiłku. Ekspresji nadaje całości wykrzywiony bólem wyraz twarzy centaura. Rzeźba – może poza tą abstrakcyjną - budzi mój ogromny szacunek i podziw. Zawsze zachwyca mnie to, jak człowiek z tak oporną materią, jak kamień, marmur mógł dokonać takich cudów.
Komentowanie - dostaję sygnały dotyczące problemów z komentowaniem. Nie znam powodów tych problemów. Ja sama mając takowe zmieniam przeglądarkę i działa. Przynajmniej dotąd działało. Sprawdzam też na bieżąco spam i nic tam nie trafia. Bardzo proszę o cierpliwość i podjęcie kolejnej próby za jakiś czas, bo wasze komentarze sprawiają mi radość i nadają sens pisaniu i publikowaniu.

czwartek, 4 stycznia 2024

Wiedeńskie Muzeum Historii Sztuki (część I)

Początek roku spędzam wspominając wrażenia z pobytu w Muzeum Historii Sztuki. 
Wnętrze Muzeum Historii Sztuki

Klatka schodowa
Ciekawy jest sam budynek muzealny - bliźniaczy ze stojącym po drugiej stronie Placu Marii Teresy budynkiem Muzeum Historii Naturalnej. Wybudowany w stylu włoskiego renesansu nie zachwyca z zewnątrz, w natłoku pięknych wiedeńskich budowli okalających Ring nie wyróżnia się szczególnie, za to wnętrze jest iście pałacowe. Decyzję o budowie obu muzeów podjął cesarz Franciszek Józef. Potrzebna była właściwa oprawa dla Habsburskiej kolekcji. Gromadzone przez wieki dzieła sztuki trzeba było godnie wyeksponować.
Zbiory narodowej pinakoteki zawdzięczają Austriacy umiłowaniu piękna przez przedstawicieli dynastii Habsburskiej. Kolekcja zawdzięcza swe początki XVI wiecznemu cesarzowi rzymskiemu Rudolfowi II. Był władcą Austrii, Czech, Węgier i Chorwacji. Zapisał się w historii, jako władca niezrównoważony, opętany szaleństwem, wyznawca kabalizmu i okultyzmu. Rudolf II był pasjonatem i kolekcjonerem dzieł sztuki. Kompulsywnie powiększał swoją kolekcję; sam zamawiał dzieła sztuki bezpośrednio u ich twórców, a jego posłańcy podróżowali po całej Europie dokonując zakupów obrazów. Miał w swojej kolekcji dzieła wybitnych malarzy XVI wieku. Zgłosił się do niego Arcimboldo chcąc zainteresować go swą sztuką. I zapewne mu się to udało.
Rudolf II jako Wertumnus

Znany jest wspaniały portret cesarza Rudolfa II, jako boga Wertumnusa stworzony z owoców i płodów ziemi (dziś obraz znajduje się w Szwecji. Wiele dzieł po śmierci cesarza uległo rozproszeniu po całej Europie). Ulubionymi malarzami władcy byli Peter Bruegel Starszy i Albrecht Dürer. Spadkobiercy Rudolfa dbali o jego zbiory i je powiększali, jednak największą zasługę miał w tym arcyksiążę Leopold Wilhelm (prawnuk Rudolfa). O ile pradziadek kierował się w zakupie dzieł sztuki gustem i swoim kryterium piękna, o tyle prawnuk obrał nowe kryterium - wartość historyczną dzieła. To on wprowadził zwyczaj opisywania dzieł sztuki notatkami o dacie powstania i pochodzeniu. Kolekcję powiększyła jeszcze cesarzowa Maria Teresa, a jej syn Józef II otworzył po raz pierwszy dla publiczności wspaniałą kolekcję habsburską. Miało to miejsce w 1781 r. czyli dwanaście lat wcześniej niż otwarcie Luwru. Dzisiejszą siedzibę narodowej galerii sztuki zaczęto wznosił sto lat później za Franciszka Józefa II. Podczas XIX wiecznej przebudowy Wiednia rozebrano stare mury i utworzono ponad pięciokilometrowy bulwar zwany Ringiem. Przy tej najbardziej reprezentacyjnej ulicy Wiednia usytuowano najważniejsze budowle; Ratusz, Parlament, Operę, Teatr i także wspomniane wyżej muzea.

Ja już wspomniałam w którymś z wcześniejszych wpisów moja znajomość z tym muzeum zaczęła się od klatki schodowej (i na tym zakończyła). Ponad trzydzieści lat temu podczas wycieczki do Wiednia udało mi się jedynie przestąpić próg muzeum i zobaczyć fantastyczną klatkę schodową. Powiedziałby ktoś, cóż może być ciekawego w klatce schodowej. Są jednak takie schody, które pozostają w pamięci na bardzo długo i przywołują miłe wspomnienia (jak schody w Pałacu w Casercie, czy spiralne schody w Muzeach Watykańskich). Nie zapamiętałam dokładnego wystroju wnętrza, malowideł na suficie, stojących u ich wierzchołka posągów i rzeźby, marmurów, złoceń, balustrad i kolumn i całej tej dekoracyjnej architektury wnętrza, ale zapamiętałam wrażenie jakie wywarła całość wówczas na mnie sprzed lat, zupełnie innej osobie. Był to może początek moich inklinacji w kierunku sztuki. Wrażenie monumentalności i piękna, estetyki i przyjemności, jakie sprawia obcowanie z takim wnętrzem sprawiło też pewien niedosyt. Niedosyt spowodowany zbyt krótkim przebywaniem w tym pięknym otoczeniu.

Oszustwo Gibeonitów wg Petera Coecke van Aelst (gobelin)
Teraz ponad trzydzieści lat po tym pierwszym spotkaniu zaczęłam zwiedzanie od wystawy gobelinów Rafael Złoto i jedwab (wystawa czasowa do 14 stycznia 2024 r.). Na zlecenie papieża Leona X (pierwszego z dwóch Medyceuszy na papieskim tronie) Rafael zaprojektował serię Apostołów w Kaplicy Sykstyńskiej. Według jego projektów oraz projektów Petera Coecke van Aelst (XVI wiecznego artysty niderlandzkiego) powstała seria pięknych gobelinów. Dla przykładu Oszustwo Gibeonitów Petera Coecke van Aelst. Autora drugiego gobelinu nie muszę przedstawiać. Ciekawą koincydencją było otrzymanie wieczorem tego samego dnia, którego oglądałam ów gobelin pozdrowień ze zdjęciem oryginału z Muzeów Watykańskich.
Fragment gobelinu Szkoła Ateńska wg Rafaela
Zbiory tego Muzeum są przeogromne, stąd nic dziwnego, że ogarnął mnie syndrom Stendhala (po raz kolejny w tym roku. Po raz pierwszy dopadł mnie w Konstancinie Jeziornej w Villi La Fleur). Kiedy po trzech godzinach oglądania zbiorów poczułam się już lekko zmęczona, ale przede wszystkim oszołomiona ogromem piękna i już miałam wychodzić trafiłam do sklepiku muzealnego, w którym widokówki reprodukcji przypomniały mi dzieła, jakich jeszcze nie obejrzałam. Wróciłam, żeby chociaż rzucić okiem na kolejne obrazy. Dzięki temu dotarłam na salę z obrazem Alegoria malarstwa Johannesa Vermeera. Jakie to szczęście. Nie odżałowałabym tej straty, nie przebolałabym, gdyby znowu ominął mnie kolejny Vermeer. Obiecałam sobie po amsterdamskim niepowodzeniu przy zakupie biletów na wystawę Vermeer wystawa wszech czasów, iż obejrzę przynajmniej te jego obrazy, które znajdują się w Europie. Alegoria malarstwa to ulubiony obraz malarza wśród historyków sztuki, podobnie, jak Dziewczyna z perłą jest ulubionym obrazem wśród publiczności (w czym spory udział ma kinematografia). Alegoria malarstwa to pean na cześć tej dziedziny sztuki, ale czy tylko. To nietypowy wśród obrazów Johannesa. Jest niezwykle duży (większość jego obrazów to obrazki o wielkości kilkudziesięciu centymetrów) liczy metr szerokości na metr dwadzieścia wysokości. Niezwykła jest też jego tematyka, pośród obrazów przedstawiających codzienne czynności życiowe; czytanie listu, granie na instrumencie, trzymanie okna, nalewanie mleka ten przedstawia akt tworzenia. Obraz doczekał się wielu interpretacji, ale do dziś nie wiemy, kim jest modelka w niebieskiej sukni z wieńcem laurowym na głowie i księgą oraz trąbką w ręku (przedstawiająca Muzę Klio), co autor miał na myśli, czyli co chciał nam przekazać. Co ma oznaczać wisząca na ścianie mapa, a co rozsunięta kotara. Obraz kryje w sobie wiele zagadek, bo i jego twórca stanowi dla nas zagadkę. Brak listów, pamiętników, brak dokumentów, wpisów w kronikach policyjnych (które wiele nam mówią np. o Caravaggio).
Alegoria malarstwa J. Vermeera (niestety zdjęcie marnej jakości)

Pracownia jest wyjątkowo uporządkowana, a malarz bogato i elegancko ubrany. Przedmioty znajdujące się na obrazie to atrybuty różnych dziedzin sztuki (malarstwa, poezji, muzyki, rzeźby, literatury czy architektury), a tytuł, jeśli nadany przez twórcę (w spisie obrazów po śmierci malarza nosi nazwę Sztuka malarska) przyznaje palmę pierwszeństwa jednej z nich. Nie to jednak jest ważne. Podobnie jak na innych obrazach Holendra najważniejsze są tu cisza i skupienie, nastrój intymności, światło padające na te elementy, które malarz chciał pokazać i cień, w którym pozostawił inne. To co u Vermeera przemawia do mniej najbardziej to cisza, spokój i poetyka obrazu, gra światłem i cieniem.

Ciekawa jest także historia obrazu. Początkowo miał pójść na spłatę wierzycieli malarza. Żona malarza chcąc go uchronić przed wierzycielami zapisała go swojej matce, jako spłatę długu zięcia wobec teściowej. Transakcję uznano jednak za nielegalną. Od 1813 roku obraz był własnością austriackiej rodziny Czerninów. W 1940 roku Jaromir Czernin sprzedał go Hitlerowi za sumę 1,65 mln ówczesnych marek. Spadkobiercy twierdzą, iż sprzedaż nastąpiła pod przymusem i walczą o prawo własności płótna, które dziś wisi w Muzeum Historii Sztuki.
Powrót z polowania/ Myśliwi na śniegu Peter Bruegel Starszy
Powrót z polowania, lub Myśliwi na śniegu Petera Bruegla Starszego to kolejny obraz, który zwrócił moją uwagę. Od dawna mam słabość do widoków zimowych przedstawionych w sztuce. Zawsze zwracałam uwagę na zimowe pejzaże (jak u Avercampa, czy choćby w Pejzażu zimowym z łyżwiarzami i klatką na ptaki tegoż Bruegla). Swoją drogą nie miałam pojęcia, iż Bruegel był uczniem wspomnianego wyżej Petera Coecke van Aelst (jak mogłam wiedzieć, skoro jeszcze do niedawna to nazwisko było mi zupełnie obce). Dla mnie Powrót z polowania to połączenie świata realnego ze światem fantazji. Sama zimowa sceneria ma w sobie coś z magii, biały puch, biała pierzynka, która zakrywa to co brudne i nieciekawe, a rzeczom brzydkim nadaje uroku. Jakże pięknie wyglądają suche badyle oszronione czy przyprószone śniegiem, czy nawet hałda śmieci pod śnieżną pierzynką. Widzimy tylko zewnętrzną powłokę rzeczy, a ich brzydkie wnętrze pozostaje ukryte. W Powrocie z polowania najważniejszy wydaje się Krajobraz, biały i czysty, ludzie są tylko jego dopełnieniem, scenerią; zarysem ciemnych postaci; powracający myśliwi, palący ognisko przed karczmą, niosący chrust, ślizgający się na zamarzniętym jeziorze.
Walka postu z karnawałem Peter Bruegel Starszy
Chyba nie tylko mnie obraz Myśliwi na śniegu skojarzył się z Zimowym pejzażem, bo oba były pretekstem do powstania utworu Jacka Kaczmarskiego pod tytułem Krajobraz zimowy.
Fragment utworu brzmi:

Człowiek w śniegu – krwi sczerniałej kropla
Ludzie w śniegu – urojenie roju
Drzewa w śniegu – żył i tętnic obraz
Domy w śniegu – Betlejem spokoju
Kruki na bieli – granatowe zabawki
Ponurzy anieli codziennej ślizgawki
Ludzie słabi, ludzie bezradni
Odstający w tłumie łyżwiarzy
Piruetem na mroźnej zapadni
Ocalają barwy swych twarzy
Niewidoczni, nieważni, niezgrabni
Ludzie wielcy – ludzie nadludzie
Co pojęli Kosmos i Boga
W rozśnieżonej się puszą tancbudzie
Na ułomnych wsparłszy się nogach
Krok mylących na lodzie, na złudzie
A jak już mowa o Kaczmarskim to nie mogłam nie pomyśleć o nim oglądając inny obraz Bruegla Walka postu z karnawałem. Na tym obrazie dużo się dzieje. Tak dużo, że aby dokładnie go obejrzeć należałoby spędzić przy nim co najmniej godzinę. Jest pełen znaczeń alegorycznych i jest swoistym komentarzem do sytuacji społeczno-religijnej. Zderzenie dwóch wizji świata – świętoszkowatego ascetyzmu, hipokryzji, powierzchowności i odrzucenia radości życia w oczekiwaniu na zbawienie w życiu przyszłym w opozycji do bezmyślnego rzucenia się w zabawę, skupienia na przyjemności bez jakiejkolwiek refleksji – stanowi uniwersalne przedstawienie dwóch światopoglądów.
I refleksja taka mnie dopadła oglądając owe dzieło na temat sprzeczności ludzkiej natury, którą spuentował w piosence Walka postu z karnawałem Jacek Kaczmarski:

Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku
Widzę co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku
Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki
Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki

Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy
Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą
Dusza moja - pragnie postu, ciało - karnawału!
Giuseppe Arcimboldo  Lato 
Wspominałam wcześniej o malarzu nazwiskiem Arcimboldo. Po raz pierwszy oglądałam jego obrazy w paryskim Luwrze. Już wtedy zachwyciły mnie swoją pomysłowością. To malarz, który malował ludzkie portrety przy użyciu owoców, warzyw, płodów ziemi (trawy, zboża). Jego Portretu Rudolfa II jako Wertumnusa - boga przemian pór roku i dojrzewania plonów w mitologii rzymskiej przedstawianego często z liśćmi na głowie i z rogiem obfitości w ręku - w Muzeum Wiedeńskim nie ma. Są natomiast portrety Zimy i Lata, czy np. Ognia. Najbardziej okazały jest portret Lato z cyklu Pory roku. Kompozycja składająca się ze zbóż i dojrzewających latem owoców, pozornie chaotyczna jest przemyślana i składa się w harmonijny wizerunek człowieka. Podobno pierwowzorem był mieszkaniec habsburskiego dworu. Bibliofilom najlepiej znany jest portret bibliotekarza cały skomponowany z książek. 
Albrecht Durer Portret młodej wenecjanki

Portrety rzadko zwracają moją uwagę, ale jeśli już zwrócą to najczęściej jestem nimi zahipnotyzowana i nie dają mi długo o sobie zapomnieć. Do tego typu portretów należy portret młodej wenecjanki Albrechta Dürera. Twarz tej kobiety namalowana lekko z boku jest niezwykle delikatna i subtelna. Nie mam pojęcia, czy taką była modelka, czy to jej wyidealizowany wizerunek. Obraz pochodzi z 1505 roku z drugiej podróży malarza do Wenecji.
Dürer znany jest z serii autoportretów. Miałam okazję oglądać jeden z pierwszych jego autoportretów namalowany w wieku 13 lat (znajdujący się w Albertinie) i niezależnie od tego, czy idealizował swoich modeli, czy nie - nie można mu odmówić talentu.
Autoportret 13 letniego Durera w Albertinie
Idąc do Muzeum Historii Sztuki wiedziałam, że będzie tam Madonna w ogrodzie (zwana też Madonną na łące) Rafaela. W pierwszej chwili pomyliłam go z Piękną Ogrodniczką, który przedstawia także Madonnę, ze św. Janem i Dzieciątkiem. Powstał wówczas jeszcze jeden obraz o tej samej tematyce Madonna ze szczygłem.
Madonna na łące był prawdopodobnie pierwszym z tego cyklu obrazów. Namalowany został w 1506 r. dla Taddeo Taddei. Sprzedany został przez rodzinę Taddei arcyksięciu Ferdynandowi Karolowi w 1662 r. a ponad sto lat później za sprawą Marii Teresy udostępniony został publiczności w zbiorach Belwederu. Stąd znany jest też jako Madonna Belwederska.
Madonna w ogrodzie Rafaela
Madonna ma wyidealizowaną twarzyczkę, jak większość renesansowych madonn, twarzyczkę starożytnej bogini. Jest ona symbolem piękna nie tylko fizycznego, ale i tego duchowego. Jezus i mały Jan Chrzciciel wyglądają tu jak dwa małe cherubinki. I choć znajduje się tu symbol przyszłej męki Jezusa (krzyż w ręku Jana Chrzciciela) to obraz tchnie spokojem i niemal rodzinną sielanką.
I znowu wpis się rozrósł niebotycznie, a nie napisałam nawet o tych obrazach, które zrobiły na mnie największe wrażenie, albo zaciekawiły. Stąd pomysł podziału wpisu na więcej części (jeszcze nie wiem ilu).
Komentowanie - dostaję sygnały dotyczące problemów z komentowaniem. Nie znam powodów tych problemów. Ja sama mając takowe zmieniam przeglądarkę i działa. Przynajmniej dotąd działało. Sprawdzam też na bieżąco spam i nic tam nie trafia. Bardzo proszę o cierpliwość i podjęcie kolejnej próby za jakiś czas, bo wasze komentarze sprawiają mi radość i nadają sens pisaniu i publikowaniu.

piątek, 29 grudnia 2023

Podsumowanie roku 2023

Wenecja luty

Tegoroczne podliczenie zysków i strat wypada zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Rok, na który czekałam tak długo nie zawiódł moich oczekiwań. Jeśli miałabym sobie czegoś życzyć na kolejny to chciałabym, aby nie był gorszy od tego, który mija.

Kończąc zawodową karierę planowałam dużo podróżować oraz korzystać z rozlicznych możliwości kulturalno - poznawczych. I to się udało zrealizować.

Moje oczekiwania podróżnicze spełniło kilkanaście podróży. O tych nieco dalszych do Wenecji, Paryża, Amsterdamu czy Wiednia wspominałam na blogu. O Wiedniu nawet kilkakrotnie. Oczywiście, jak to zwykle bywa pomysłów na wpisy jest dużo więcej, ale trzeba dokonać wyboru (czy bardziej zależy mi na carpe diem, czy na opisywaniu tego, co się wydarzyło). Jak na razie nadal szukam złotego środka, starając się zapewnić równowagę pomiędzy życiem a jego relacjonowaniem. Wrażenie z podróży krajowych sygnalizowałam (Lublin, Wrocław, Kazimierz Dolny, Warszawa (ta kilkakrotnie). Na pozostałe wrażenia z Krakowa, Poznania, Rogalina, Kórnika, Bydgoszczy, Inowrocławia, Malborka, Konstancina zabrakło czasu. Każda z tych wypraw to dziesiątki wrażeń; wystawy, teatry, koncerty, parki, ogrody, knajpki, spacery bez celu i te w konkretne miejsca. No i spotkania z ludźmi; rodzina, przyjaciele, znajomi. Po raz pierwszy od dawna zdecydowałam się na podróżowanie w towarzystwie (ciekawe doświadczenie, nie lepsze, nie gorsze, po prostu inne). Marzy mi się podróż nieograniczona czasem; wsiadam w pociąg/samolot i jadę przez Polskę, albo lecę przez Europę. Może kiedyś się przydarzy. Dziś na więcej niż dwa tygodnie nie mogę sobie pozwolić (mając pewne rodzinne zobowiązania i bardzo mobilną i ciekawą świata rodzinkę).
Paryż luty

Nie mam prawa narzekać, zarówno stan zdrowia, chęci jak i zasoby pozwalają mi spełniać swoje podróżnicze i nie tylko pasje. Dzięki temu poznaję miejsca dalekie i bliskie,  ludzi, ich zwyczaje, klimat, a także a może przede wszystkim siebie. Postawiona w sytuacjach niecodziennych zmierzam się z własnymi ograniczeniami, choć nie są to niebezpieczne wyprawy w głąb dżungli czy na pustynię to i tak stawiają często przed wyzwaniami. Bardzo się cieszę, że kilkanaście lat temu przezwyciężając strach i obawy zdecydowałam się na pierwszą samodzielną podróż (wówczas do Rzymu). Dziś Rzym jest nieomal moim drugim domem, bywam w nim dość często, choć nie tak często, jakbym chciała.

Oczekiwania kulturalne to udział w kilku koncertach. Najwspanialszym dla mnie przeżyciem był koncert chóru Gregorian w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Wspominałam już kiedyś na blogu o tym zespole. Bardzo odpowiada mi ich rodzaj śpiewu. Chórowi towarzyszy Amelia Brightman (siostra mojej ulubienicy Sarah – pierwszej odtwórczyni roli Christine Dae w Upiorze w Operze - dla niewtajemniczonych - jeden z moich ukochanych musicali). Amelia ma głos niemal tak samo ciekawy jak Sarah. Z Gregorianami występuje też Narcis Ianau – rumuński piosenkarz klasyczny o bardzo wysokim tonie głosu, niemal kobiecym. Bardzo lubię jego wykonanie
Caruso. Uczestniczyłam też w fantastycznych koncertach z udziałem artystów teatru muzycznego w Gdyni (pierwszy miał miejsce w kościele Św. Jana w Gdańsku i było to świętojańskie granie – utwory Jonasza Kofty, drugi w teatrze miejskim w Gdyni, gdzie śpiewano utwory Jacka Kaczmarskiego dotyczące malarstwa. Miałam przyjemność wysłuchania podobnego koncertu w Teatrze Ateneum w Warszawie. Trudno orzec, który był bardziej interesujący). A żeby nie było, że kogoś nie stać na chodzenie na koncerty - wstęp na oba wyżej wymienione był symboliczny. Byłam również na występie pani Doroty Lulki (aktorki teatru miejskiego w Gdyni) śpiewającej piosenki Edit Piaf w osiedlowym domu kultury (wstęp gratis). Kolejnym koncertem, który wysłuchałam z przyjemnością był występ Janusza Radka dla uczczenia wybuchu II wojny światowej. W tym przypadku rozumiem, że śpiew pana Janusza nie wszystkim odpowiada, jest on niezwykle ekspresyjny a sposób interpretacji starych utworów może szokować słuchaczy przyzwyczajonych do klasycznych wykonań. Mnie się podobało, choć wolę artystę słuchać, niż oglądać :).


Cezanne
I omal bym zapomniała o koncertach Piwnicy pod baranami; pierwszy w teatrze Słowackiego z okazji kolejnej rocznicy powstania Piwnicy, drugi w gdańskiej filharmonii zatytułowany Krakowskie klimaty a poświęcony ludziom związanym z kabaretem. No i jeszcze gala musicalowa w Poznaniu, gdzie przedstawiano utwory z tegorocznych przedstawień tego gatunku z całej Polski. Dzięki temu odkryłam musical Blaszany Bębenek. Utwór z tego musicalu (Gdańsk, co nie powinno dziwić) zachwycił mnie na tyle, że zamówiłam od razu płytę z Wrocławskiego teatru Capitol, w który musical wystawiano.

Myśliciel Rodina

Obejrzanymi w tym roku wystawami mogłabym obdzielić całkiem spore grono znajomych. Będąc na wycieczce nie potrafię powstrzymać się od odwiedzenia przynajmniej paru galerii sztuki, bo przecież taka okazja może więcej się nie przytrafić, a wspomnień jest potem na lata. Sprawia mi to nie lada przyjemność, jakbym coś zyskała. Obejrzenie obrazu jest dla mnie tym, czym dla kinomana obejrzenie dobrego filmu. A jaka to radość, kiedy dokonam odkrycia nowego malarza, widzę obraz po raz pierwszy w życiu, zapamiętuję nazwisko artysty, szukam o nim informacji, innych obrazów. Taki malarz już na zawsze zostaje moim dobrym znajomym, a spotkanie kolejnego jego obrazu jest niczym przeczytanie ciekawej książki. A zatem będąc w Paryżu wstąpiłam do Oranżerii, aby napatrzeć się na Nenufary Moneta, które nazywam Nenufarami z metra, bowiem ich szerokość przekracza kilka metrów. Tam też mogłam oglądać obrazy innych impresjonistów, ale też obrazy malarzy z początku XX wieku.
Tytus w stroju mnicha Rembrandta
Ponieważ od ostatniego pobytu w Muzeum Marmottan (Moneta) minęło kilka lat odwiedziłam je ponownie. Moim tegorocznym odkryciem w Paryżu był Cezanne, na którego do tej pory nie zwracałam uwagi, wręcz pomijałam go przyglądając się Monetowi, Manetowi, Degasowi, Pissarro, Signacowi, Renoirowi, Lautrecowi. Cezanne`a obchodziłam szerokim łukiem i nie zmieniła tego nawet opinia mojego guru (historyka sztuki występującego w ulubionej audycji ulubionej stacji radiowej). Olśnienie pojawiło się nagle - dlaczego wcześniej nie zwracałam nań uwagi nie potrafię tego wytłumaczyć. Może dlatego, iż trafiałam głównie na kwiaty i owoce, które wydawały mi się mdłe, wręcz nudne. Wiem, piszę herezje, ale tak właśnie było. Aż tu nagle fragmenty pejzażu - drzewo, krzak, kawałek lasu i ta feeria kolorów, cudowności takie, że wzroku oderwać nie mogłam. I wszystkie zakupione kartki w muzealnym sklepiku były kartkami z reprodukcjami Cezanne`a.

Po raz pierwszy udało mi się odwiedzić Muzeum Rodina i na własne oczy obejrzeć Myśliciela czy Pocałunek, a także wiele dzieł zarówno Auguste`a jak i Camille. A w bonusie dostałam kilkanaście obrazów impresjonistów, których się tam w ogóle nie spodziewałam. Piękne są takie niespodzianki.
Irysy Van Gogha


Do Amsterdamu poleciałam na wystawę Vermeera, na którą to wystawę nie dostałam biletu (wspominałam już o tym). No, ale skoro byłam w mieście  nie mogłam nie wstąpić do Rijksmuseum, choćby tylko dla Rembrandta. Nie jest to mój ulubiony malarz, ale powoli się doń przekonuję. A Straż nocna nieodmiennie robi wrażenie, teraz ogrodzona szklaną klatką jeszcze większe. Podczas tej wizyty zwróciłam uwagę na portret syna Tytusa w stroju mnicha.  Choć nie jestem wielbicielką malarstwa portretowego ten ma coś w sobie, co sprawia, że poczułam się zaintrygowana (smutek, tajemnicę, melancholię, ignorowanie widza).
Nie mogłabym zrezygnować z wizyty w Muzeum Van Gogha, odkąd przeczytałam pierwszą jego biografię pióra Irwinga Stone`a (a potem pięć innych, co mi przypomina, iż na półce stoi kolejne tomiszcze biograficzne) kolekcjonuję wszystkie obrazy Vincenta, jakie uda mi się gdziekolwiek zobaczyć, a niewątpliwie w Amsterdamie jest ich najwięcej.

Powrót z polowania Bruegla

W Wiedniu udało mi się obejrzeć zbiory aż czterech galerii; Muzeum Historii Sztuki, Muzeum Leopoldów, Albertiny i Belwederu. Każde z nich jest warte obejrzenia, każde zawiera ogromne bogactwo zbiorów i mimo iż Wiedeń kojarzy się głównie z Klimtem (który i mnie zauroczył) to syndromu Sthendala doznałam ponownie w Muzeum Historii Sztuki. Najpierw spokojnie przechodziłam od obrazu do obrazu kontemplując je, aby po trzech godzinach wpaść w popłoch, że nie obejrzałam nawet połowy dzieł i przyspieszając tempo niemal biegać od sali do sali niepocieszona, iż umyka mi coś istotnego, możliwość niespiesznego oglądania. Ja byłam jedna, a obrazów, rzeźb, gobelinów było tak wiele, że to aż niesprawiedliwe. O tym muzeum i tych zbiorach na pewno jeszcze napiszę. Beato, jeśli to czytasz to nie mogę wskazać jednego obrazu, który zrobił na mnie największe wrażenie, bo było ich zbyt wiele.
Wnętrze kobieta w niebieskiej sukni Anne Ancher
I mimo iż rodzime galerie sztuki są nieco uboższe w zbiory i u nas jest co oglądać. Ilekroć jestem w Warszawie zaglądam do Muzeum Narodowego lub na wystawy na Zamku, podobnie w Krakowie, nie umiem sobie odmówić pobytu w Galerii Narodowej. Podczas tegorocznej wizyty w mieście udałam się do nowo utworzonego (specjalnie dla ekspozycji dzieł Stanisława) Muzeum Wyspiańskiego. Muszę przyznać, że po obejrzeniu kilka lat temu wystawy prac mistrza w Muzeum Narodowym w Krakowie, obejrzeniu poświęconej mu salki w Muzeum Narodowym w Warszawie, czy kilkakrotnym odwiedzeniu zbiorów Kamienicy Szołayskich, gdzie eksponowano sporo obrazów i eksponatów z nim związanych byłam rozczarowana mizerią zbiorów tego Muzeum (Wyspiańskiego). Być może powodem jest niedawne otwarcie gmachu, początek działalności, nie udostępnienie całości zbiorów z uwagi na brak gotowości pomieszczeń. Nie zmienia to faktu, iż byłam zawiedziona. Mam nadzieję, że kolejna wizyta zatrze kiepskie pierwsze wrażenia. Za najlepszą krajową wystawę, jaką odwiedziłam uważam Przebudzeni, od antyku do renesansu. Dla mnie ciekawym odkryciem była wystawa Beksińskiego w Muzeum Katedralnym w Warszawie (o czym pisałam tu), ciekawa, bo przełamująca moją estetykę, pewien obszar, na którym czułam się bezpiecznie uległ poszerzeniu. Ponadto udało mi się obejrzeć wystawę Przesilenie malarstwo północy (to coś w mojej estetyce), no i pierwszy w tym roku syndrom Sthendala przeżyłam w Muzeum Ecole de Paris (Villa la Fleur) w Konstancinie. To tylko niektóre z wystaw, jakie udało mi się obejrzeć w tym roku, wymienienie wszystkich zajęłoby pewnie z połowę wpisu.
Canaletto Ruiny kościoła Kreuzkirche w Dreźnie

Mogłabym jeszcze wymieniać spektakle teatralne, musicale i wykłady, w których uczestniczyłam, ale wpis i tak już się rozrósł do zbyt dużych rozmiarów. Dla narzekających na brak finansów informacja, iż wiele wykładów odbywa się za darmo, wystarczy dobrze poszukać w Internecie.

Wspomnę też, że przełamałam się i poszłam na kilka przedstawień operowych (i co uznaję za sukces obejrzałam je do końca i był to mile spędzony czas. Może bez ekscytacji, ale i bez znudzenia). Po raz pierwszy też dałam namówić się na udział w musicalu o charakterze rapowym i muszę przyznać - było to interesujące przeżycie i może nawet wybiorę się kiedyś ponownie. Musical 1989 jest zrobiony z pomysłem, historia jest przedstawiona od strony jej uczestników - ludzi, którzy mają swe wady, bez mitologizowania, bez patosu a jednocześnie oddaje hołd uczestnikom wydarzeń. Ma też szansę z uwagi na rodzaj muzyki przemówić do młodszego pokolenia, dla którego rok 1989 to czas poznawany z podręczników historii.
Wydarzenie, które pozwoliło mnie (i chyba innym też uwierzyć), że coś się może zmienić (marsz miliona serc)
Dwa najważniejsze wydarzenia tego roku jak klamra go spinające to zakończenie pracy zawodowej (początek roku) i zmiana rządów (koniec roku). Staram się nie poruszać kwestii polityki i mam nadzieję, że będę miała teraz komfort nie zajmowania się nią (choć oczywiście jestem realistką i na zbyt wiele nie liczę). To co się stało 15 października przyjęłam z ogromną ulgą i wzruszeniem i cieszę się, że miałam swój malutki w tym udział. Kilka wyjazdów do stolicy (na własny koszt) w celu zamanifestowania swego sprzeciwu wobec tego, że ktoś mi mówił, iż skoro myślę i czuję inaczej to nie mam prawa do miana obywatela tego kraju nazywając wszelkimi możliwymi epitetami. Robiłam to chociaż nie lubię publicznych zgromadzeń, tłumów, krzyków, pisków, tamburynów, bębenków, piszczałek, gwizdków itp. Ale uważałam, że tak trzeba, to była jedyna dostępna mi forma wyrażenia sprzeciwu i przełamania lęku. Mam świadomość, że nie wszystkich cieszy to co się stało, rozumiem ich smutek i rozpacz, bo towarzyszyły mi one przez osiem lat.

I mała statystyka - dzisiejszy wpis jest 33 wpisem w tym roku, a więc wracam do czasów sprzed roku 2016.

niedziela, 24 grudnia 2023

Życzenia świąteczno-noworoczne

 

Madonna z dzieciątkiem w lesie (Adoracja) Filippo Lippi (w Palazzo Medici)
Kolejny rok blogowania, kolejne życzenia. Zastanawiam się czego życzyć osobom, które są stałymi gośćmi i które tu zajrzą przypadkiem. Powtarzalność życzeń sprawia, iż stają się banalne, ale trudno silić się na oryginalność, gdy idzie o tak ważne sprawy dla każdego człowieka jak pokój, poczucie bezpieczeństwa, zdrowie, spełnienie. Zatem życzę właśnie tego i jeszcze ludzi życzliwych wokół nas i uśmiechu na twarzy. A sobie, aby kolejny rok był tak dobry, jak ten który mija.