Łączna liczba wyświetleń

sobota, 20 czerwca 2015

Co mi zostało z tych lat? Zofia Chądzyńska

Powieść autobiograficzna - więcej kamufluje niż wyjaśnia. Josif Brodski

Motto zamieszczone na wstępie uprzedza, iż dzięki autobiografii dowiemy się o autorce tylko tyle, ile sama zechce nam przekazać, a wydaje się, iż nie ma ochoty na dzielenie się swoim światem wewnętrznym, albo nie widzi takiej potrzeby. Kilka razy podkreśla, iż nie bardzo rozumie, dlaczego jej życie miałoby być na tyle ciekawe, by o nim pisać i dlaczego jest na to pisanie namawiana. A zatem przemawia przez nią skromność i niedocenianie wagi własnej osoby.

Co mi zostało z tych lat? to taka gorzko-smutna refleksja wiekowej damy dotycząca dewaluowania się wagi zdarzeń pod wpływem upływu czasu i niepamięci. Autorka nie ma pewności, czy to, co przepuszczone przez filtr pamięci wydarzyło się naprawdę, czy jedynie figiel pamięci sprawia, iż w jej wspomnieniach zdarzenie nabiera rzeczywistych kształtów i barw. 
Książka została wydana, kiedy jej autorka liczyła już ponad dziewięćdziesiąt wiosen, pisana, kiedy przekroczyła tych wiosen osiemdziesiąt. 
Biografia absolwentki wydziału ekonomii, urzędniczki Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, pracowniczki Orbisu, bywalczyni dyplomatyczno-towarzyskich czy kulturalnych salonów, więźniarki Pawiaka, właścicielki pralni w Argentynie, pisarki i tłumaczki literatury iberoamerykańskiej, osoby, która sporo podróżowała i poznała wiele ciekawych osób nawet opisana z perspektywy czasu i przefiltrowana przez bagaż lat nie może być nieciekawa. Jedynie szkoda, iż pani Zofia była osobą zamkniętą, skrytą, jak sama napisała „splątaną”, nie skorą do „wywnętrzniania się”.
Jak wielokrotnie podkreślała była wyrzucaczką, nie kolekcjonowała zdjęć, książek, listów, bała się obrastania w rzeczy, lubiła wokół siebie minimalizm. To uciekanie od wspomnień, ta niechęć do gromadzenia tego, co mogłoby o nich przypominać sporo mówi o autorce. Wątek ten przewija się także w wywiadzie udzielonym pani Łopieńskiej (Książki i ludzie). 
A jednak pomiędzy migawkami zdarzeń, fragmentami przeszłości, wspomnieniami o ludziach, których spotkała na swej drodze można trochę poznać tłumaczkę Cortazara i Borgesa. Jest tu głęboko skrywane poczucie winy względem rodziców, których (jak się w momencie wyjazdu mogło się wydawać) miała więcej nie zobaczyć (a jak czas pokazał spełniło się to w odniesieniu do ojca), jest też poczucie bycia kimś gorszym; emigrantem-uciekinierem, a może jedynie żal, iż jest się tak postrzeganym. Sporo tu także egzystencjalnych lęków.
Pani Zofia przeszła długą drogę od ukończenia wydziału
ekonomicznego Akademii Nauk Politycznych w Warszawie do podjęcia pierwszych prób literackich w Argentynie. Jak pisze wiele w jej życiu było dziełem przypadku i splotu okoliczności, jak choćby podjęcie decyzji o niewracaniu do kraju z placówki dyplomatycznej w Lyonie, dzięki obejrzeniu pewnej sztuki egzystencjalnej Sartre`a, czy rozpoczęcie pisania pod wpływem rady pewnego lekarza-literata, dla którego (i dla niej także) pisanie miało być terapią na egzystencjalne problemy. Jego radę – pisania codziennie po jednej stronie, niezależnie od wszystkiego co dzieje się wokół, od zmęczenia, zniechęcenia, braku poczucia sensu, traktowania pisania jako terapii- mógłby zastosować każdy. 
Książka wywołała na mnie dwojakie wrażenia; z jednej strony przygnębienie; zapewne kiedy przekroczy się ósmy, a potem dziewiąty krzyżyk radość życia przygasa i wszystko wydaje się spłowiałe i nieważne. A jednak to trochę smutne. Z drugiej – zaciekawienie autorką i jej twórczością, której (z przykrością to stwierdzam) nie znam. Nie czytałam ani jej książek, ani książek, które tłumaczyła.
Odebrałam panią Zofią, jako osobę która całe życie poszukiwała i nie odnalazła tego, czego szukała. Co jest tym bardziej zastanawiające, iż miała życie bogate i wydawałoby się udane. Kiedy patrzę na jej zdjęcia widzę przejmujący smutek w twarzy. Nawet na zdjęciach na których się uśmiecha. 
A jak sama napisała Cztery obywatelstwa. Trzy kontynenty. Trzech mężów. Tak, byłam awanturnicą, ale nie na obecną miarę. Na miarę tamtych lat, dziś oddalonych na jakiś świetlny wiatr. Wiatr wydarzeń, katastrof, postępu, upadku moralnego, zatarcia czy może zacierania się wszelkich kryteriów...
Z lektury pozostają w pamięci migawki przeszłych zdarzeń; jak list, w którym Artur Rubinstein usprawiedliwia się z powodu nie przyjścia na obiad, gotowanie obiadów dla Marszałka, dziwny wojenny ślub, nielegalne przekraczanie granicy, przyjaźń z pewną Gośką, znalezienie Draba, spotkanie z Gombrowiczem, poznanie Cortazara i niepoznanie Borgesa, czy historia pewnej więźniarki, która wolała zginąć, niż żyć w upodleniu, a która zamieniła pobyt we Włoszech w niezwykle nieprzyjemne doświadczenie. 
Generalnie więcej tu o innych, niż o sobie. Wiele niewiadomych i znaków zapytania, pani Zofia przekazała nam tylko to, co uznała za stosowne przekazać. 
Dla mnie, jako dla osoby, której wiedza na temat pani Chądzyńskiej była szczątkowa lektura autobiografii była arcyciekawym jej dopełnieniem.
Twórczość ze strony wikipedii  
Ślepi bez lasek (Czytelnik 1959, 1970); Wznowienia jako: Śpiew muszli (Akapit Press, 1995, 2003), 
Comme l’ombre qui passe: roman Publisher: Paris: Calmann-Lévy (impr. Chantenay), 1960 (pod nazwiskiem Sophie Bohdan),
Chemia (Czytelnik 1962), 
Ryby na piasku (Czytelnik 1965),
Skrzydło sowy (PIW 1967),
Przez Ciebie, Drabie (Nasza Księgarnia 1969, 1972, 1974, 1979, 1984),
Życie za życie (Nasza Księgarnia 1971, 1973; Wydawnictwo Lubelskie 1979 w serii Biblioteka młodych); Wznowienie jako: Rekma, czyli Życie za życie (Akapit Press, 1995), 
Statki, które mijają się nocą (Nasza Księgarnia 1975, 1989, Hamal Books 1994, Akapit Press 2002) 
Wakacje z Zygą (Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1977) 
Wstęga pawilonu (Nasza Księgarnia 1978, 1982, Akapit Press 1996, Siedmioróg 2000; wpisana na Listę Honorową IBBY) 
Dorosnąć (Nasza Księgarnia 1987, Hamal Books 1994, Siedmioróg 2000, Akapit Press 2002) 
Co mi zostało z tych lat (Akapit Press 1996); Wydanie II poprawione pod zmienionym tytułem: Nie wszystko o moim życiu (Akapit Press 2003)
Poza tym tłumaczenia Borgesa i Cortazara (przede wszystkim)

piątek, 5 czerwca 2015

Żar Sandor Marai

Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2011 r. 
Czytając utwory Maraia nie mogę wyjść z podziwu nad umiejętnością opisywania zwyczajnych historii w zajmujący sposób. Choć te historie stanowią jedynie pretekst dla snucia rozważań - w przypadku Żaru  -nad przyjaźnią, miłością, prawdą i niemożnością dotarcia do sedna zdarzeń. 

Gdzieś na uboczu czasu i historii do pałacu starego węgierskiego generała przyjeżdża przyjaciel z lat młodości. Spotykają się, aby zamknąć pewien etap przeszłości. Dokładnie w tym miejscu i w takim samym otoczeniu ponad czterdzieści lat temu widzieli się po raz ostatni. Dręczące latami wątpliwości dotyczące przyczyny zdarzeń sprzed niemal pół wieku poddane zostały drobiazgowej analizie. Dobiegający kresu dni stary generał ma tylko jedno zadanie do spełnienia; uzyskanie odpowiedzi na nurtujące go pytania. Generał od dnia spotkania wiedzie monotonną egzystencję skupioną na oczekiwaniu. 
Człowiek przygotowuje się do czegoś całymi latami. Najpierw się obraża. Potem pragnie zemsty. Potem czeka. Już od dawna czekał. Już nawet nie wiedział, kiedy obraza i żądza zemsty przekształciły się w oczekiwanie.(str. 15)
To spotkanie to szansa na poznanie motywów działania żony i przyjaciela; dwóch najbliższych osób, które tak boleśnie go zraniły. Kiedy czeka się na coś tak długo, uzyskanie odpowiedzi staje się już mniej ważne niż zadanie pytania. A może odpowiedź przestaje w ogóle być istotna. 
Związek, jaki łączył niegdyś dwóch przyjaciół był na tyle głęboki, że w przekonaniu starego człowieka żaden inny związek międzyludzki nie mógł być głębszy. Latami rozważał, co jest istotą przyjaźni.
… czy przyjaźń w ogóle istnieje? Nie myślę teraz o okazyjnej radości, jaką sprawia sobie nawzajem dwóch ludzi, ponieważ się spotkali, ponieważ w pewnym okresie swego życia jednakowo myślą o pewnych problemach, ponieważ mają podobny gust, to samo ich bawi. Ale to nie jest przyjaźń. Niekiedy myślę zgoła, że jest to najsilniejszy związek w życiu… może dlatego taki rzadki. (str. 84)
Żar to powieść niezwykle esencjonalna. Od emocji, od żaru uczuć aż kipi. W spotkaniu uczestniczy dwoje siedemdziesięciolatków oraz wspomnienie nieżyjącej od dawna żony generała. I choć mówi niemal wyłącznie generał w milczeniu i rzadkich odezwaniach jego rozmówcy kryje się może więcej treści niż w rozważaniach Henryka. Atmosfera jest gęsta i duszna. Monolog momentami męczący. Piękny język, oszczędny (bez zbędnych słów) jest niezwykle treściwy, co sprawia, iż ciężko się od lektury oderwać. 
W pokoju, w którym odbywa się rozmowa / monolog żarzy się nie tylko światło świec, ale i iskry uczuć; dawno wygasłych – obudzonych po latach, trawione latami, tłamszone, skrywane wybuchają z wielką siłą; uczucia zawodu, żalu, przyjaźni, zemsty, niepewności, rozgoryczenia, miłości. 
Wydaje się nieprawdopodobne, jak ogromną siłę rażenia miało uczucie przyjaźni, wymagające tak wiele (może nazbyt wiele), ale jednocześnie przebaczające niemal wszystko. 
Książka na zaledwie 167 stronach mieści niezwykłe bogactwo treści. Lektura wymaga cierpliwości i skupienia, ale wynagradza te niedogodności z nawiązką. Wiele tu niedopowiedzeń, nie padają odpowiedzi na wszystkie pytania, wnioski, do których doszedł bohater być może obarczone są błędem, a jednak nie to okazuje się finalnie najważniejsze. 
Widziałem pokój i widziałem wojnę, widziałem nędzę i świetność, widziałem twoje tchórzostwo i moją butę, widziałem walkę i zgodę. Ale sensem każdego naszego postępku, u samego rdzenia życia, być może jednak był ten węzeł, który z kimś nas łączył - węzeł, albo namiętność, nazwij to jak chcesz. … A jeśli to przeżyliśmy, być może nie żyliśmy na próżno. (str. 165)
Życie podobnie, jak literatura pełne jest niedomówień.
Pewnego dnia budzisz się, przecierasz oczy; już nie wiesz dlaczego się obudziłeś. To co pokazuje słońce znasz dokładnie: wiosnę albo zimę, dekoracje życia, pogodę, porządek dnia. Już nie może się zdarzyć nic zaskakującego, nie zaskakuje nawet coś nieoczekiwanego, budzącego grozę, ponieważ znasz każdą szansę, na wszystko już liczyłeś, nie czekasz już na nic, ani na złe, ani na dobre… to właśnie jest starość. Coś jeszcze żyje w twoim sercu, jakieś wspomnienie, jakiś mglisty cel, chciałbyś kogoś ponownie zobaczyć, chciałbyś coś powiedzieć, czegoś dowiedzieć się i wiesz dobrze, że pewnego dnia nadejdzie ta chwila, i wtedy raptem poznanie prawdy i reakcja na nią nie będą już tak ważne, jak sądziłeś w ciągu tych lat oczekiwania. (str. 153)
Polski tytuł powieści jest niezwykle adekwatny do jej zawartości. Żar mogę żarliwie polecić każdemu wymagającemu i wrażliwemu czytelnikowi.

sobota, 23 maja 2015

Dzienniki Marii Dąbrowskiej tom czwarty

Czwarty tom Dzienników czytałam z uczuciem wszechogarniającego smutku. Obejmuje on okres od 1951 do 1957 roku. Dąbrowska jest kobietą ponad sześćdziesięcioletnią, pisarką w okresie kryzysu twórczego, osobą żyjącą w siermiężnej rzeczywistości początków budowy państwa socjalistycznego, widzącą wady funkcjonowania systemu. 

Smutno jakoś i trwożnie żyć na tym świecie (20.01.51 r.), Ach, jakbym chciała jeszcze odzyskać czucie młodości! (16.02.51 r.). Ludzie mnie jakoś nudzą i niecierpliwią. Dokądkolwiek nie pójdę, z kimkolwiek się zobaczę, wracam śmiertelnie znudzona. Marzę o ludziach, z którymi spotkanie uskrzydlałoby i uszczęśliwiało, bo sama też zrobiłam się nudna i postna (10.01.52 r.).
Znów trzy tygodnie sine linea, O Samuelu Pepysie, o, Gouncourcie - dodajcie mi sił, charakteru i wytrwałości, bym na co dzień notowała. Ale tak mam mało już chęci do czegokolwiek. Nie jestem w dobrym stanie ciała, ani ducha. …nie czuję się wcale tak jak ci wspaniali starcy, co zdają się nigdy nie mieć na pamięci bliskiego kresu wędrówki. (12.12.52 r.) 
Jestem jakaś śmiertelnie smutna i zniszczona, a choć zarabiam dosyć na kilka osób, jakie mam do utrzymania i podtrzymania, choć powodzi mi się, a nawet umiem pisać lepiej, niż umiałam - życie nie przedstawia już dla mnie żadnego interesu i nie jest już dla mnie żadną pod żadnym względem przyjemnością. (3.04.54 r.)
Pisanie powieści (Przygody człowieka myślącego) idzie opornie, co pisarka tłumaczy sytuacją w kraju, w którym pisarz nie czuje się wolny. 
Gdybym miała swobodę mówienia wszystkiego, potrafiłabym wyprowadzić nawet z najdrastyczniejszych faktów pozytywne wnioski z dzisiejszej rzeczywistości. (28.02.51 r.). Jakiś rodzaj dna rozpaczy. Mój pierwszy brulion opowiadania dobiega końca, ale jak dotąd nie mogę się w nim dopatrzeć wartości. Jestem .... nieszczęśliwa, a za nieszczęście uważam to, że jestem taka nieszczęśliwa. Nie ma się prawa być aż tak nieszczęśliwym i tak do gruntu zniechęconym. Nawet gdy się poniesie najbardziej niepowetowane straty. A mimo wszystko jeszcze tak chciałabym się odrodzić. (22.11.54 r.).
W to uczucie zniechęcenia wkraczają chwile radości spowodowane udziałem w przedstawieniach teatralnych (można odnieść wrażenie, że Dąbrowska bywała w teatrze przynajmniej raz w miesiącu), czy spotkaniem ciekawego rozmówcy. Ilość osób, które wspomina jest ogromna. Same przypisy z krótkimi notkami biograficznymi zajmują niemal połową Dzienników.
Czas spędza głównie na tłumaczeniach (Czechow, Gorki, poprawki do wcześniejszego tłumaczenia Pepysa), przygotowywaniu artykułów rocznicowych, referatów oraz pisaniu opowiadań. 
Sporo miejsca zajmuje opis realiów społeczno-politycznych i udział pisarki w życiu publicznym. 
Na początku 1952 roku umiera wieloletni przyjaciel, towarzysz życia pisarki Stanisław Stempowski. Wyrzucam sobie, że mu za mało w te lata dawałam z siebie, że nie wszystkie siły ducha i życia zużyłam na to, aby powstrzymać ten proces umierania, no, choćby jeszcze na rok, może przez ten rok doczekałby się, najdroższy, czegoś, co by go ucieszyło. Jakie to dla mnie niepojęte- ja prawie więcej cierpię po Jego odejściu niż po śmierci Mariana [mąż pisarki]. Dłużej z nim żyłam, o całe dwanaście lat. A nadto wtedy byłam młoda i tyle jeszcze nadziei przede mną. A teraz nie mam żadnych. Nie umiem tworzyć, ani zajmować się sprawami ogólnymi, gdy nie mam szczęśliwego życia osobistego. (9.07.52 r.)
W 1954 roku pisarka zamieszkuje ze swoją przyjaciółką (towarzyszką życia) i jej córką. Między wierszami daje się zauważyć napięte relacje łączące obie panie, a kością niezgody wydaje się być córka Anny Kowalskiej, Tulcia. 
Męczy mnie tylko, że Anna cały dzień zajmuje się Tulcią i nie ma czasu pracować. I że, jak Anna mówi, dla Tulci przeniesienie się z Wrocławia jest taką tragedią, że gdyby miała świadomość tego, co się dzieje, popełniłaby samobójstwo. (24.09.54 r.)
Tulcia jest z pozoru łatwym dzieckiem i tzw. grzecznym, a przede wszystkim niehałaśliwym. Ale w istocie rzeczy ma dużo kaprysów, przekory, egoizmu i egotyzmu. […] Ale na punkcie Tulci Anna jest „niedotykalna”. ..Nic nie wiesz, nic nie rozumiesz” odpowiada, gdy ośmielę się zrobić jakąś uwagę. (29.09.54 r.) W całym cytacie najważniejsze jest chyba nie to, co napisane, ale to czego nie ma, trzy kropki w nawiasie. 
Być może przyczyną był stosunek pisarki do dzieci w ogóle. 
Co do mnie nie jestem aż taką apologetką sprawy dzieci. Znam bardzo wymyślne i okrutne sposoby znęcania się dzieci nad rodzicami. Dzieci to na ogół istoty koszmarne w swym egoizmie, instynktach niszczycielskich, oschłości serca. Jak i wśród dorosłych są tylko czarowne wyjątki. Dzieci wymagają opieki, ale nie uważam, żeby były o włos bardziej godne litości czy współczucia jak dorośli. Jak nie istniała dla mnie odrębna sprawa kobieca, tak nie istnieje dla mnie odrębna sprawa dziecka. Istnieje sprawa ludzka. (22.02.55 r.) 
W życiu pisarki pojawiają się też chwile radości. Święta zeszły na niczym, choć czułam się z Anną, Tulcią i naszym tajemniczym cudem-panną Hanią- tak szczęśliwie i dobrze, jak tylko jeszcze mogę i potrafię. Boże Narodzenie, którego żywy, wonny i śpiewny czar dawno zetlał (po śmierci Mariana), odzyskuje w obecnych warunkach nieco nowych rumieńców życia. (1.1.56 r.). 
Dopiero dziś przez cały dzień nie wypaliłam ani jednego papierosa. To świadczy, że jestem szczęśliwa i moje życie nabiera sensu. Zdaje się, że mogę być szczęśliwa tylko żyjąc na wsi. Szkodzi mi wielkie miasto. (19.02.56 r.). 
Jestem teraz w zgoła innym usposobieniu od tego, co mnie niedawno trapiło - od tych nastojów łaknących samotności. Odczuwam nasz dom, jako największe, dostępne mi szczęście, a w nim Annę i Tulcię, jako wcielenie idealnego współżycia. (15.11.55 r.)
Pisanie Dzienników jest dla Dąbrowskiej niezwykle ważne, mają one pozostawić świadectwo czasów. 
… mam do stracenia tylko jedną, ale dla mnie piekielnie ważną rzecz-te moje dzienniki. Nie, aby miały jakąkolwiek wartość literacką, ale że przez nie tylko jestem w stanie wystąpić kiedyś, choćby po śmierci, jako świadek czasów. Dla ich zachowania dałabym bodaj wszystko - nawet życie, a w razie ich utraty – nie warto by mi żyć ani godziny więcej. (10.05.56 r.) Nie znaczy to jednak iż nie dopada jej zwątpienie, czy to notowanie, które zabiera tak wiele czasu ma jakikolwiek sens. Przepisując stare zapiski dochodzi do wniosku, że takie pisanie na gorąco zniekształca osąd rzeczywistości. 
Wynotowałam całe mnóstwo fragmentów, podkreśliłam ich jeszcze więcej. Ale na koniec chciałam jeszcze przytoczyć poniższy cytat.
Czytam Seneki Listy do Lucyliusza- egzemplarz wydany w 1781 roku. Od tego czasu leży tu nierozcięty. Jestem jego pierwszą po 170 latach czytelniczką. … W późnej porze życia zabieram się do starożytności, i o dziwo znajduję w niej wiele pokrewnego sobie. (16.12.56r.)

niedziela, 17 maja 2015

Tydzień sine linea


I znowu minął tydzień bez wpisu. Powoli przestaję się łudzić, że nadejdzie czas, kiedy uda mi się ubrać w słowa te wszystkie wrażenia, które dobijają się o miejsce w pamięci. Miesiąc temu wracając z przedstawienia Idiota z Teatru Soho (wystawianego na deskach Szekspirowskiego) ze wspaniałą Agatą Buzek w roli księcia Myszkina unosiłam się nad ziemią. Tak często narzekałam ostatnio na poziom teatralnych adaptacji, że przestałam już wierzyć, że będę miała okazję obejrzeć dobre przedstawienie. Okazało się, że jest nadzieja dla teatru i można zrobić spektakl będący sztuką, a nie tylko społeczno-towarzyskim skandalem, towarem, który ma przynieść zysk. 
Miałam zaraz po powrocie napisać o tym, niestety w natłoku codziennych spraw nie zauważyłam, kiedy kwiecień stał się majem. Potem wysłuchawszy audiobooka Udręka i ekstaza aż kipiałam od nadmiaru myśli i wrażeń i już miałam się nimi podzielić, kiedy minął kolejny tydzień, a ja oddałam się następnej lekturze. 
Kiedy na blogach jak grzyby po deszczu pojawiały się zdjęcia pięknie kwitnących magnolii moja osiedlowa magnolia była jeszcze w pączkach. Kilka dni później trawa pod drzewkiem została pokryta dywanem z kwiecia. 
Przekwitła szybciej niż zakwitła. 
Z roku na rok czas płynie mi coraz szybciej, a zwykłe czynności dnia codziennego stają się coraz bardziej absorbujące. 
Z dnia na dzień obiecuję sobie, że to się musi zmienić, a kończy się jak zwykle. 
A tak bardzo bym chciała złapać chwilę, a ona wciąż ucieka, czy kiedyś ją dogonię?

19 kwietnia

25 kwietnia
2 maja

Dziś, kiedy przeczytałam u Dąbrowskiej o trzech tygodniach bez linijki pomyślałam, że muszę napisać cokolwiek, aby przełamać okres zastoju.

sobota, 9 maja 2015

Do ilu razy sztuka?

Jeden z Jeńców Boskiego Michała w Luwrze
Kiedy po raz pierwszy zaproszono mnie do udziału w zabawie czułam się wyróżniona, po raz drugi było mi miło, ale pomyślałam, że taka wiwisekcja może okazać się nudnawa dla czytelników, przy trzeciej nominacji pomyślałam do trzech razy sztuka. Potem przestałam już liczyć, jeżeli ktoś zadaje pytania, to w miarę możności staram się na nie odpowiadać (byle nie za często), nawet, jeśli miałaby to być wciąż ta sama bajka bez końca, bowiem odnoszę wrażenie, że nie ma tu niczego, o czym nie pisałabym wcześniej. 


Tym razem o odpowiedź na pytania (udział w zabawie) poprosiła mnie Magda (maniaczytania), a brzmiały one:
1. Która książka o II wojnie światowej zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Beaty Obertyńskiej W Domu Niewoli.
2. Jakim jesteś czytelnikiem - wiernym wybranemu gatunkowi, czy pozwalasz sobie na skoki w bok?
Wiernym, niemal do bólu (klasyka, biografie, powieści obyczajowo-psychologiczne, książki historyczne, wspomnienia podróżnicze, książki o sztuce), ale nie świętym, a zatem zdarzają się małe skoki w bok. Jednak jak dotychczas żaden z tych skoków nie zaowocował romansem, co najwyżej niezobowiązującym flirtem.
3. Czy lubisz literaturę non-fiction? Jeśli tak, poleć mi jeden tytuł
Jeśli zastosować szeroką definicję literatury nie-fikcyjnej, jako dzienniki, biografie, powieści historyczne, reportaże, literaturę wspomnieniową to można powiedzieć, że ten rodzaj literatury u mnie przeważa. Jeden tytuł? Jeśli nie wzdragasz się czytać o ciężkich przeżyciach to polecam W domu niewoli Obertyńskiej, jeśli wolisz coś nieco lżejszego polecam którąś z biografii np. Toulouse Lautreca Julii Frey, ewentualnie Podróże z Herodotem Kapuścińskiego.
4. Z którym bohaterem, bohaterką spędziłabyś wakacje? I nie, nie chodzi mi o książkę, którą ze sobą zabierzesz, tylko 'realnego' towarzysza
Gdybym mogła przenieść się w czasie i zabrać ze sobą na wakacje, byłby to nie tylko bohater literacki wielu książek, ale i całkiem realna postać historyczna. Niestety obawiam się, że dla mojego bohatera wakacje byłyby męczarnią i stratą cennego czasu, a zatem przykucnęłabym sobie w kącie jego pracowni i przyglądała się, jak uwalnia zaklęte w marmurze postaci i przywraca im życie. Kilka dni temu rozbeczałam się, bo Michał Anioł umarł. Wysłuchałam audiobooka Udręka i ekstaza – powieści Stone, którą znam niemal na pamięć i za każdym razem nie mogę się nadziwić pokrewieństwu dusz, za każdym razem wkurzają mnie kolejni zleceniodawcy i za każdym razem zanoszę się szlochem, że odszedł, choć mógł jeszcze żyć i tworzyć. A przecież nadal żyje w swoich dziełach. I gdybym mogła sobie przez chwilkę popatrzeć jak tworzy (ukryta pod męską szatą, bo inaczej nie miałabym szansy dostania się do jego warsztatu) byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. A że jest to niemożliwe udaje mi się czasami spędzać wakacje z Jego spuścizną (w Kaplicy Sykstyńskiej, pod Pietą, Mojżeszem, Dawidem, przy Jeńcach, Bachusie, Geniuszu, Pietą Florencką, w Kaplicy Medyceuszy czy innych dziełach).
5. Czy wolisz grube, opasłe tomiszcza, czy raczej cienkie 'jednorazówki'?
Lubię dobrą książkę, a może nie tyle dobrą, a taką, którą sama uznam za dobrą, która wzrusza, porusza, zachwyca, czasami irytuje zachowaniem bohaterów, czasem wzbudza śmiech lub przeraża, jednym słowem wywołuje emocje. A jej wielkość nie ma znaczenia. Moje najmilsze sercu książki to liczący około tysiąca sześciuset stron Nędznicy Hugo oraz cieniutka książeczka Exuperego Mały książę. 
Rozumiem, że jednorazówki to skrót myślowy, bo książek na jeden raz to ja raczej nie lubię, jeśli nie jest warta, aby ją powtórzyć, to może nie była warta, aby ją przeczytać. 
6. Literatura jakiego kraju to dla Ciebie 'terra incognita'?
Jest parę krajów, których literatura jest mi nieznana, łatwiej byłoby mi wskazać kontynent, nie przypominam sobie, abym czytała coś z literatury australijskiej.
7. Którą z nagród literackich najbardziej cenisz i odgrywa ona jakąś rolę w doborze Twoich lektur?
W zasadzie nie jest dla mnie wyznacznikiem dobrej literatury wyróżnienie jej jakąkolwiek nagrodą, choć miło mi, jeśli dowiaduję się, że książka ceniona przeze mnie została wyróżniona. Uczestniczę w blogowym wyzwaniu Czytamy noblistów, jeśli już mam poznawać nowych autorów to choć nie uważam, aby Nobel zawsze nobilitował, wyznaję zasadę, że łatwiej trafić na dobrą książkę wśród wyróżnionych tą nagrodą niż wśród wyróżnionych innymi. Choć z drugiej strony tkwię tak mocno w pewnym kanonie literackim, że nie orientuję się w tych wszystkich dzisiejszych wyróżnieniach literackich. 
8. Ranek czy wieczór - która pora lepsza na czytanie?
Na czytanie dobra jest każda pora, która pozwala na całkowite oddanie się tej czynności, z powodów prozaicznych najczęściej czytam wieczorami i w nocy.
9. Czy lubisz imprezy 'okołoksiążkowe' - targi, spotkania autorskie?
Mam do nich stosunek ambiwalentny. Byłam na dwóch spotkaniach autorskich; jedno strasznie mnie rozczarowało, drugie było ciekawe, ale …. wolę sama odczytywać książki na swój sposób, nawet, jeśli autor nie zawsze to napisał, o czym wydaje mi się, że napisał. Nie lubię tłumów, zgromadzeń, zaprzyjaźniania się, spotkań składających się z więcej niż trzech osób, hałasu, sweet foci itp. itd. Moją potrzebę wymiany myśli, czy podzielenia się wrażeniami zaspokaja prowadzenie bloga. 
10. Polscy autorzy - za czy przeciw?
I za i przeciw, wszystko zależy kto i co napisał. Przede wszystkim uważam, że zbyt słabo znam rodzimą literaturę, abym mogła zdobyć się na generalizowanie. Kiedy ktoś pyta o ukochane powieści w głowie natychmiast pojawiają się tytuły i są to tytuły powieści francuskiej, amerykańskiej, angielskiej, a nawet rosyjskiej. Co nie znaczy, iż nie mam swoich ulubieńców wśród Polaków. Jednak dopiero, kiedy pytanie będzie dotyczyło literatury polskiej podam kilka lub kilkanaście przykładów. Coś w tym jest, że potrafię wymienić dobre polskie powieści, ale arcydzieła to już nie.
11. Czy jest pisarz, którego wszystkie książki przeczytałaś?
Ileś tam lat temu zaczytywałam się książkami Ericha Segala i przeczytałam wszystkie wydane po polsku, dziś obawiam się konfrontacji ze wspomnieniami, zwłaszcza, że powrót do jednej z nich nie wróży dobrze kolejnym. Chętnie przeczytałabym wszystkie dzieła Zoli, niestety nie mam dostępu do wielu z nich; przeczytałam wszystko, czym dysponuje moja biblioteka.

Jeśli ktoś ma ochotę na taki przerywnik w pisaniu to zapraszam.