piątek, 14 marca 2014

Alemusicale w Teatrze Muzycznym Roma, czyli o tym, jak odmłodniałam

Janusz Kruciński, jako Jezus

Alemusicale miały być jedynie dodatkiem do muzycznych przeżyć (koncertu, na który wybrałam się do Warszawy). Odwiedzający tego bloga wiedzą, iż jestem absolutną fanką musicali w ogóle i fanką musicali wystawianych w Romie (od spektaklu Koty po Les Mis). Każdy z nich oglądałam kilkakrotnie i za każdym razem była to cudowna uczta. Trzykrotnie też miałam okazję oglądać przedstawienie oparte na podobnej konwencji, co Alemusicale pod tytułem Najlepsze z Romy. Wydawało mi się, iż wiem, czego mogę spodziewać się po spektaklu. Przedstawienie Najlepsze z Romy zawierało po dwa/trzy utwory z granych w Romie produkcji, repertuar za każdym razem był podobny, acz zdarzały się też miłe niespodzianki, kiedy pojawiała się nowa piosenka. Uczestniczyłam w spektaklu z dużą radością, aczkolwiek bardziej podobała mi się jego druga część, tj. ta która prezentowała utwory z bliższych mi duchowo musicali. Największą zaletą była możliwość poznania utworów (z musicali), które zeszły już z afisza, a których nie zdążyłam obejrzeć; jak Taniec Wampirów, czy Miss Sajgon. Dlatego i teraz nastawiłam się na „przeczekanie” wszystkich tych Greese, Crazy for You, piosenek z musicali dla dzieci i typowej brodwayowskiej produkcji Deszczowej piosenki. Owszem słucha się ich z przyjemnością, aczkolwiek, jak dla mnie, bez uniesień. 
 
Edyta Krzemień, jako Fantine Wyśniłam sen
Tymczasem… Alemusicale choć oparte na podobnej konwencji musicalowego misz-maszu znacznie różniły się od poprzedniego przedstawienia. Po pierwsze składały się nań nie tylko utwory będące wcześniej w repertuarze Teatru Roma, ale także takie, których w Romie (jeszcze) nie wystawiano; jak Nine, Jesus Christ superstar, Jekyl & Hyde, Król Lew, Love Never Dies, Chicago, Księga Mormonów, Mamma Mia i …. uwaga, uwaga Notre Dame de Paris). Po drugie odstąpiono od sposobu prezentacji; od najstarszego tytułu do najmłodszego i przyjęto konwencję przeplatania gatunków; wesołe, radosne, energiczne występowały na przemian ze smutnymi, refleksyjnymi, nostalgicznymi. Ten sposób prezentacji wyszedł spektaklowi na dobre. Jak wiadomo gusta są różne i nawet musicalomaniacy mają swoje bardziej i mniej lubiane spektakle, a dzięki temu sposobowi prezentacji widz był cały czas zaskakiwany. Jedynym pewnikiem już z chwilą wejścia na widownię była Deszczowa piosenka na zakończenie I części, bowiem zdradzały ją foliowe pelerynki na krzesełkach w trzech pierwszych rzędach.
Jedyny minus spektaklu to fakt, iż z większości musicali śpiewano
Sara i van Krolock z Tańca wampirów
po jednym utworze (wyjątkowo dwa). Rekompensatą była natomiast wielość prezentowanych tu spektakli (dla uzmysłowienia ogromu przedsięwzięcia wymienię wszystkie: Koty, Akademia Pana Kleksa, Mała Syrenka, Miss Sajgon, Jezus Christ Super Star, Craizy for You, Grease, Deszczowa piosenka, Les Miserables, Taniec Wampirów, Upiór w Operze, Notre Dame de Paris, Nine, Księga Mormona, Love Never Dies, Newsies, Jekyll & Hyde, Producenci, Król lew, Chicago, Aladyn Jr., Mamma Mia).
Alemusicale rozpoczęły utwory z musicalu Koty; Dachowy song oraz Kocie imiona (Mefistofeles). Są to bardzo energetyczne i widowiskowe utwory; dające duże pole do popisów nie tylko wokalnych i tanecznych, ale i ekwilibrystycznych. Tak więc widownia już od pierwszych taktów została wprawiona w dobry humor. Ja w każdym razie poczułam się częścią przedstawienia, a nie tylko jego obserwatorem, zaczęłam chłonąć muzykę każdym nerwem, siedziałam na wdechu i nawet utwory, które nie zachwycały (a to z powodu wykonania, a to dlatego, iż nie należą do tych, drogich memu sercu), nie były w stanie sprawić rozczarowania. Kolejnym utworem była Meluzyna z Akademii Pana Kleksa w wykonaniu Malwiny Kusior (świetne wykonanie, aczkolwiek odniosłam wrażenie, iż w przedstawieniu Wszystko z  Romy utwór brzmiał  bardziej ekspresyjnie). Nieco zawiedziona byłam z powodu nieobecności mojego ulubieńca Łukasza Dziedzica, którego w wampirowym Na orbicie serc zastąpił Paweł Podgórski, który śpiewał także (między innymi) partię Upiora. Było nieźle, choć dla mnie już na zawsze najlepszym von Krolockiem oraz inspektorem Javertem pozostanie Łukasz Dziedzic. Natomiast Malwina śpiewająca, iż Nadszedł czas nieodmiennie zachwyca i wzrusza. Jest w tym wykonaniu moc i tajemnica i jakieś szaleństwo, które sprawia, że można się w nim zatracić. Mogę tego słuchać wciąż i wciąż.


Malwina Kusior i Łukasz Dziedzic w Na orbicie serc
Z niecierpliwością czekałam na utwory, których wcześniej nie słyszałam w Romie, a znałam z innych interpretacji (Chicago i Jesus Christ Super Star z Teatru Muzycznego w Gdyni, Jekyll & Hyde z Festiwalu Duetów Musicalowych i Operetkowych w Poznaniu, Mamma Mia oraz Nine z filmu oraz NDdP z koncertu w Gdyni i w Paryżu).
Wykonanie Getsemani z musicalu Jezus Christ Superstar powaliło mnie na kolana. Janusz Kruciński był w nim rewelacyjny. To było i zaśpiewane i zagrane. Dialog Jezusa z Ojcem pełen bólu, rozterki, niezgody, wątpliwości. To był majstersztyk tak wzruszający, iż przyznaję, że łezki popłynęły. Natychmiast po powrocie zaczęłam kombinować, czy nie wybrać się do Chorzowa, gdzie występuje pan Janusz w roli Jezusa. W gdyńskim spektaklu w rolę Jezusa wcielił się Marek Piekarczyk i po obejrzeniu trzech, czy czterech spektakli uważałam, że wywiązał się z tego zadania bardzo dobrze, jedynie partie mówione wypadły blado. Dziś chętnie posłuchałabym obu panów.
Jan Bzdawka Les Cathedrales
Najbardziej oczekiwanym przez mnie utworem był utwór z Notre Dame de Paris. Występujący w Les Cathedrales Jan Bzdawka miał bardzo trudne zadanie, zwłaszcza wobec tych słuchaczy, którzy znają oryginalne wykonanie Bruna Pelletiera. Moim zdaniem jedyne, niepowtarzalne, poruszające. Oczekiwania były duże, podobnie, jak obawy. Tymczasem pan Bzdawka sprostał zadaniu i pięknie zaśpiewał Katedry po polsku (nieco słabiej po francusku). Mam takie marzenie (Wyśniłam sobie sen, aby Roma wystawiła kiedyś NDdP).
Podobało mi się także wykonanie Mamma Mia, choć troszkę mało było w nim ognia przy tak ekspresyjnym tytułowym utworze. Jak wyczytałam na stronie teatru trwają castingi do tego musicalu.
O utworach z Upiora oraz Les Mis nie muszę wspominać, ale wspomnę, że nieodmiennie wywołują we mnie dreszcze i słuchanie na wdechu (nie oddycham, abym mi nic nie przeszkadzało w słuchaniu).
Z przyjemnością wysłuchałam także Edyty Krzemień w utworze z Love Never Dies, czyli Upiór w Operze – kontynuacja. Piękna pieśń w pięknym wykonaniu zachęca do poznania całości. Jak zwykle fantastycznie wypadła Ewa Lachowicz, która doskonale radzi sobie w każdym repertuarze.
Janusz Kruciński jako Jesus w Getsemani (na żywo brzmiał jeszcze lepiej)
Wprawiona w świetny humor i tym razem odmłodzona koncertem nawet utworów, które nie należą do moich ulubionych słuchałam bez znużenia, a na Deszczowej piosence (o której już pisałam, że nie przepadam) czy Greese (takowoż) nóżki same podskakiwały.
No i przyznaję, że niektóre utwory podśpiewywałam sobie (cichuteńko, żeby nikomu nie przeszkadzać) razem z aktorami.
Zaletą przedstawienia była scenografia towarzysząca wykonywanym utworom, przy tak częstej konieczności jej zmiany jestem pełna podziwu dla obsługi technicznej, która musiała się mocno uwijać, aby nadążyć ze zmianami.
Ogromne brawa należą się wszystkim wykonawcom, za umiejętność zsynchronizowania wokalu, tańca, muzyki w tak różnorodnym przedstawieniu. Już sama konieczność zmiany kostiumów stanowiła spore wyzwanie.
I tak spektakl, który miał być tylko dodatkiem okazał się tym właściwym koncertem, który uskrzydlił i rozanielił.
Myślę, że  powinien sprawić przyjemność każdemu, kto nie czuje wstrętu do muzyki czy musicali. A dla wielbicieli gatunku to pozycja obowiązkowa. 
Wszystkie zdjęcia ze strony Teatru Muzycznego Roma, filmy z Youtube.

15 komentarzy:

  1. Super koncert! Bardzo się cieszę, że dostarczył tylu pozytywnych wrażeń! Oby tylko takie miłe rozczarowania Cię spotykały. Pozdrawiam wieczornie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się cieszę tym bardziej, że po wcześniejszym koncercie naprawdę pomyślałam, że się zestarzałam i nie potrafię już odczuwać takiej nieskrępowanej radości, jaką potrafi dać muzyka (pewien jej rodzaj), tym bardziej, iż wydawało mi się, że nie jestem zbyt wymagająca w tym względzie. (ale jak wiadomo najtrudniej ocenić samego siebie:)

      Usuń
  2. Ależ ja Ci zazdroszczę.
    Mnie te utwory wszystkie do dzisiaj poruszają. Poczułam to słuchając tych songów, które wrzuciłaś do postu.
    Kocham muzykę prawie każdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi zatem spotkać osobę o podobnym guście muzycznym. Ja także uważam że są niezwykle piękne i są muzyką właśnie. Wiem, że przedstawienie zagości w paru miastach w Polsce, już kupiłam bilety dla mojej mamy i cioci na koncert w Gdyni, a drugą ciotkę z Poznania uradowałam informacją o koncercie w jej mieście. Pozdrowienia i miłej podrózy

      Usuń
    2. O to może ja spojrzę czy w Krakowie też.

      Usuń
    3. Wstyd przyznać, ale ja dopiero teraz pojęłam tytuł tego przedstawienia. Czytając Twój post byłam trochę zdziwiona tą ilością musicali, które wymieniasz a tu tytuł sam wskazuje. Po tej chorobie mam najwyraźniej ociężały umysł.

      Usuń
  3. Szukałam informacji, ale dojrzałam jedynie koncerty w Gdyni i Poznaniu. Może za rok. Ja nie chora, a też miewam kłopoty z koncentracją, nazywam to niepełnosprawnością umysłową w stopniu lekkim (piszę o sobie) :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fantastyczny koncert... Nie jestem zaskoczona, że jesteś absolutną fanką musicali w ogóle i fanką musicali wystawianych w Romie.
    Ja również mogę słuchać godzinami tej przepięknej muzyki.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Każdy taki głos niezmierny mnie raduje. No bo z jednej strony lubimy być indywidualistami, a z drugiej trochę nie lubimy odstawać od innych :)

    OdpowiedzUsuń
  6. "Notre Dame..." i "Nędznicy" to moje ulubione musicale Romy. Chyba nawet wole ich "Nędzników" niż wersję francuską. "Notre Dame de Paris" jest dla mnie cudowne w KAŻDEJ wersji. Włoska wersja była świetna, chociaż z kolei ich charakteryzacja była straszna. :P No i hiszpańska - całkiem dobra, chociaż słyszałam tylko audio. :(
    W sumie to nie znam się na musicalach, słucham tych które mi sie spodobają, bez względu na ich wyższe wartości. :) Czasem mam tylko jeden ulubiony utwór, jak np "Les Rois du monde" w wykonaniu Philippe'a d'Avilla, Damiena Sargue i Grégori Baqueta z "Romeo i Julia". :) Fajnie, że są ludzie zakręceni na punkcie - no nazwijmy to - kultury wysokiej. :) Serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. :) I ja do znawców nie należę, nie jestem nawet muzykalna, ale wiem, co mi się podoba, co wywołuje dreszcze emocji. I każdy taki komentarz sprawia mi wielką radość, bo utwierdza w przekonaniu, iż wiele jest ludzi wrażliwych na ten gatunek sztuki, niezależnie od tego, że nasze indywidualne preferencje często się różnią, jeden uwielbia Koty, inny My fair lady, a ja Nędzników pod wszystkimi postaciami i wersjami językowymi. Notre Dame nie widziałam w Romie (a kiedy to grali w Romie?, bo z mojej znajomości tego teatru wynika, że nigdy nie mieli w repertuarze :() może masz na myśli widowisko Notre Dame de Paris grane w kilku miastach Polski z udziałem kilku artystów z Romy. Te widziałam w Gdyni, wyszłam oczarowana, choć dwóch panów mnie zawiodło, jednak to paryski to cały czas najlepszy koncert, w jakim uczestniczyłam :) Inne wersje znam jedynie z Y-T (ale to zupełnie inne oglądanie, choć oczywiście, jak nie ma możliwości uczestnictwa w koncercie-musicalu to trzeba się ratować, jak kto może i umie :) Królowie świata i Boję się z Romea i Julii to także moje ukochane utwory. Niestety ten spektakl oglądałam jedynie na płycie. Miło, że nazywasz musicale kulturą wysoką, bo mam wrażenie, że wiele ludzi traktuje je po macoszemu, wielbiciele opery i operetki jako gatunek podrzędny, a pozostali, jako nudne pitu-pitu. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  8. O, jak bardzo chciałabym tez zobaczyć ten spektakl! Niestety na to, że pojawi się w Olsztynie, raczej nie ma co liczyć, a do Warszawy nie udało mi się dojechać przed zamknięciem teatru na czas remontu...
    Od jakiegoś czasu poczytuję sobie Twoje wrażenia musicalowe, bo i ja jestem wielką fanką musicali. Dziękuję za każdy wpis - nie zawsze mamy podobne zdanie, ale niektóre Twoje relacje są jak przeczytane w moich myślach - m.in. dokładnie tak samo żałowałam, że nie poszłam na "Taniec wampirów", gdy grali go w Romie. Na szczęście udało mi się go zobaczyć w Berlinie - zresztą w świetnej obsadzie (m. in. Polak Jerzy Jeszke jako Chagall, ale też Thomas Borchert jako von Krolock). Ze względu na znajomość języka niemieckiego lepiej kojarzę spektakle z Niemiec i Austrii - tam też jest wiele do odkrycia dla wielbiciela musicali. Na razie w moim sercu króluje "Rebecca", której niestety już nie grają (znam to tylko z you tube), ale całkiem ostatnio polubiłam bardzo piosenki ze spektaklu "Rudolf. Afera Mayerling" - okazało się, że znakomite polskie wykonanie nagrało Studio Accantus (mają kanał na you tube), można też zobaczyć wykonanie na żywo w Warszawie. Ten koncert, wraz ze spektaklem Musicalove w Rampie to obecnie moje marzenie :). Wierzę, że kiedyś się spełni :)
    Pozdrawiam serdecznie
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu lejesz miód na moje serce. Fani musicali czytający wpisy na tym blogu to zaledwie garstka, czego nieodmiennie żałuję, bowiem kocham podróże, uwielbiam czytać, ale musicale to moje pętanie, szaleństwo, coś, bez czego nie potrafię żyć. A przynajmniej niektóre musicale. Zazdroszczę oglądania i słuchania musicalu Taniec wampirów w Berlinie (pana Jeszke słuchałam dawno temu w Gdyni, kiedy jeszcze nie podejrzewałam, że zrobi światową karierę. Nie znam niemieckiego, ale język muzyki jest uniwersalny i chętnie bym obejrzała choćby po niemiecku. Muszę sprawdzić, czy jeszcze grają. Od czasu do czasu serfuję w sieci i wyszukuję takich ciekawostek, jak na razie udało mi się spełnić marzenie i obejrzeć NDdP w Paryżu i Nędzników (oraz Upiora) w Londynie. Uważam, że Teatr Roma ma także cudownych i utalentowanych artystów. Ubolewam natomiast nad zmianą profilu artystycznego Gdyńskiego Teatru, no bo mam pod bokiem, a nie mogę czerpać radości z przedstawień, które są zupełnie nie w moim stylu. Zaraz poszukam na youtube musicali, o których piszesz, wydaje mi się, że gdzieś już zetchnęłam się z Rudoflem, ale pewności nie mam. Co do przedstawienia Ale musicale myślę, że za rok będzie ich parę. W tym roku byli z objazdem w Poznaniu, Gdyni (wysłałam rodzinkę) i gdzieś na południu Polski. Natomiast co do Musicallove- mam mieszane uczucia, nawet nie chciało mi się napisać recenzji. Po pierwszej części chciałam wyjść, byłam zawiedziona i znużona, lubię tradycyjne wykonania, ale to było dla mnie coś w stylu boys (girls) bandu śpiewającego utwory musicalowe. Druga część znacznie lepsza, ale oczekiwałam czegoś zupełnie innego. Oczywiście wszystko jest kwestią gustu, ale gdybym miała doradzać to albo bym sobie podarowała przedstawienie w Rampie, albo nastawiła się, że to będzie jedynie miły sposób spędzenia wieczoru, bez żadnych wzlotów i szybszego bicia serca, a jeśli okaże się przeciwnie to tylko czysta rozkosz. Życzę spełnienia marzeń Aniu.
    Pozdrawiam Gosia

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli chodzi o Taniec wampirów, to niestety w Berlinie już go nie grają - zszedł z afisza po ponad 10 latach. Obecnie można tam zobaczyć Gefährten (War horse) i Hinterm Horizont (opowieść związana z Murem berlińskim). Jednak niemiecką stolicą musicali jest Hamburg - obecnie na afiszu są Upiór w operze, Rocky (tak, na podstawie filmu z Sylwestrem Stallone), Król lew (to już 12 lat!), a przygotowuje się premiera Die Wunder von Bern. Te produkcje są związane ze spółką Stage Entertainment, ale to tylko jeden z wielu producentów, jeśli chodzi o musicale.
    Dla mnie bardzo ważne są możliwości wymieniania się informacjami o musicalach, bo nie wszystkie produkcje są tak reklamowane, jak te z Romy. Na przykład spektakl "Dźwięki muzyki" oglądałam w Słupsku dzięki informacjom z jednego z portali. Obecnie ten musical grany jest także przez Gliwicki Teatr Muzyczny. Swoje wiadomości o musicalach granych za granicą czerpię głównie z niemieckojęzycznego portalu Musicalfreunde.de - tam można się dowiedzieć, jak kupić tańszy bilet i zobaczyć recenzje musicali z całego świata. Zarejestrowani tam fani musicali to wręcz fanatycy - niektórzy ulubiony spektakl oglądali kilkadziesiąt czy kilkaset razy :))))
    Zadziwiłaś mnie słabą oceną Musicalove - z filmików na internecie miałam wrażenie, że to raczej dobra produkcja... Jak będzie okazja, to postaram się wyrobić sobie własne zdanie :)
    Jeśli chodzi o Ale musicale - jest duża szansa, że się jednak kiedyś uda w Warszawie - na to nie muszę namawiać męża, bo sam chce to zobaczyć :) Na Mamma Mia też nie będę musiała długo namawiać, bo to jeden z jego ulubionych musicali. Dla nas największy problem to konieczność planowania takich wypraw z długim wyprzedzeniem, bo rezerwacja dobrych miejsc w Romie tego często wymaga. Natomiast będąc w Hamburgu po prostu zaszliśmy do teatru z pytaniem, czy mają jeszcze bilety na Tarzana na wieczór i dostaliśmy bilety w I kategorii za cenę tych z V kategorii....
    Życzę wielu wspaniałych odkryć w dziedzinie musicali i pozdrawiam
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  11. A to bardzo żałuję, bo choć, jak napisałam język muzyki jest językiem uniwersalnym, to mogę wysłuchać i obejrzeć musical w nieznanym mi języki, pod warunkiem, że musical znam na pamięć, a w/w do nich nie należą (poza Upiorem w Operze, który i owszem, bardzo, bardzo). Ale zwrócę uwagę i na Hamburg. Co do informacji na temat koncertów czy musicali otrzymuję informacje z platformy ebilet oraz z informatora z londyńskiego west endu, dzięki którym dowiedziałam się o wielu imprezach muzycznych; właśnie o wyżej opisywanej i Musicallove, oraz jestem na bieżąco z repertuarem londyńskim teatrów. Co do Musicallove- myślę, że należy się przekonać osobiście, kłopotów z biletami nie powinno być, bowiem ludzie kupowali nawet przed przedstawieniem (w piątek), wtedy nawet były tańsze bilety. Ja przeczytałam recenzję dość krytyczną już po zakupie biletów i trochę zmieniłam oczekiwania (nie zasugerowałam się recenzją, co właśnie obniżyłam oczekiwania, coby nie poczuć się rozczarowaną), ale myślę, że nawet gdybym tę recenzję przeczytała wcześniej i tak chciałabym zobaczyć, posłuchać i sama się przekonać. Na Mamma mia też się wybiorę i mam nadzieję, że będzie to kolejny musical, co do którego nie poprzestanę na jednym razie. Pozdrawiam cię Aniu.

    OdpowiedzUsuń

Jestem bardzo rada z każdego komentarza, ale nie będę tolerować komentarzy agresywnych, wulgarnych, czy obrażających moich gości (innych komentatorów).