Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 7 maja 2020

Boznańska Non finito Angelika Kuźniak

Biografie artystów to ten rodzaj literatury, jaki bardzo lubię. Przeczytałam ostatnio dwie napisane przez autorkę; ich bohaterkami są  Zofia Stryjeńska i Olga Boznańska. O ile biografia Zofii okazała się interesującym odkryciem, o tyle biografia Olgi rozczarowała. Nie przekonała mnie, ani forma, ani treść. Boznańska Non finito to rodzaj reportażu, w którym autorka prowadzi dziennikarskie śledztwo zbierając zeznania świadków wydarzeń. Nie przekonał mnie ten pomysł, raziły wstawki dotyczące wplatania cytatów i niekonsekwencja narracji, bo raz autorka trzyma się obranego planu reportażu, a innym razem porzuca pomysł. Jak dla mnie mało jest Boznańskiej w Boznańskiej. Wypowiedzi na temat Olgi chyba nie do końca oddają jej osobowość. Nie udało mi się ani poznać malarki, ani jej polubić, a to zdarza się wyjątkowo rzadko. Biografia  sprawiła na mnie wrażenie powierzchownej. Boznańska pozostała nadal osobą ledwie widoczną spod licznych warstw pajęczyny, jakimi  pokryta była jej paryska pracownia. Najodpowiedniejszy wydał mi się tytuł Boznańska Non finito. Coś zostało tu niedokończone, niedopowiedziane.
Najciekawsze cytaty dotyczą obrazów Olgi, to dzięki nim poznajemy lepiej malarkę. 
Portrecistkę psychologa pociąga nie tylko zewnętrzność danej osoby, ale również jej wewnętrzność, którą na światło obrazu wyprowadza za pomocą oczu. Twarz często rozpływa się w nieskondensowanych linjach, w wielkie tło tektury wsiąkają farby, [...] ciemne, wymowne plamy oczu przemawiają za całość. Żeby one mogły panować, Boznańska przytłumia kolor sukni, blask włosów chętnie chowa pod kapelusz (Adam Gerżabek- str. 57)
Boznańska nie maluje oczu, tylko spojrzenie, nie maluje ust, ale uśmiech lub łaknienie, jakie je wykrzywia skurcz okrucieństwa lub wyraz twarzy naiwnej i szczerej (Max Goth- str.58). O pierwszym portrecie Paula Nauena w Kurierze Bawarskim napisano - Młody człowiek, który nie miał nic z życia, bo żył zbyt intensywnie i życia nie zna, bo żyje w sosie własnego światka- krótko mówiąc jest jednym z owych kalek cywilizacji, tych o wychudłych twarzach, rzadkich włosach, zamglonych oczach i cienkich nosach, którzy głoszą fin de siecle, nic przy tym nie głosząc. Siedzi tak przed nami skulony, zziębnięty, z podniesionym kołnierzem płaszcza, na jakiejś kanapie, a jego blada twarz, którą w języku kiczu i podlotków nazywa się interesującą, tknie nędzą naszych czasów. (str.100). Jak wspominała sama malarka bezwiednie oddała charakter człowieka nic o nim nie wiedząc. 

Niestety tych nawiązań do obrazów nie ma zbyt wiele. Podając wyniki badań nad najbardziej znanym z obrazów Olgi Dziewczynka z chryzantemami autorka wskazuje na nieprawdziwość tezy, iż jej obrazy są pozbawione barw.  Kto miał okazję oglądać ten portret w Krakowskim muzeum zdziwi się zapewne, dowiadując, że do jego namalowania użyto dwadzieścia osiem różnych pigmentów. O samym obrazie pisał krytyk berlińskiej gazety ...stworzyła właśnie w portrecie jasnej dziewczynki o dziwnych niepokojących oczach, jakby kroplach atramentu, które zdają się wylewać na chorobliwie bladą twarz, współczesny ideał Maeterlincka.... Jest to dziecko enigmatyczne, które doprowadza do szaleństwa tych, co mu się zanadto przypatrują (str.87). 
Do mnie bardziej przemawia opis obrazu znajdujący się w albumie z serii Wielkie muzea wydawanym przez Rzeczpospolitą poświęconym krakowskim zbiorom. .. w tym portrecie zerwała malarka z obowiązującą w XIX wieku konwencją przedstawiania dzieci - zwykle w salonowych wnętrzach, z lalkami i bukiecikami kwiatów, wystrojonych. Stworzyła niepokojący wizerunek samotnej, nieznanej dziewczynki stojącej na tle srebrnoszarej ściany w sukience stalowej barwy pozbawionej ozdób. W jasnej okolonej rudoblond włosami twarzy świecą ciemne oczy, którymi intensywnie wpatruje się w widza. ...To już nie dziecko, lecz jeszcze nie kobieta. Z obrazu emanuje przeczucie kobiecości, budząca się świadomość i pierwsze wtajemniczenia. Subtelne gradacje szarości oraz kontrast jasnej cery i włosów z czernią oczu, nastrój smutku i tajemnicy sprawiają, że Dziewczynkę z chryzantemami uznano za arcydzieło polskiego modernizmu. 
Reasumując trochę szkoda, że Boznańska pozostanie nadal  nieodkrytą. 
Imieniny babuni MNW
Olgą zainteresowałam się na przełomie 2014 i 2015 r. na poświęconej jej wystawie w krakowskim muzeum. Tamten grudniowy pobyt pozostał w pamięci między innymi za sprawą przeszywającego spojrzenia Dziewczynki z chryzantemami, jakie towarzyszyło mi na każdym niemal kroku za sprawą dużej obecności plakatów reklamujących wystawę. Polecam zainteresowanym malarstwem Boznańskiej zbiory muzeum krakowskiego (a tym, którzy mają do Krakowa za daleko, albo chwilowo nie mogą się tam wybrać odwiedzenie strony  Muzeum). A moim ukochanym obrazem Boznańskiej jest Imieniny Babuni (portret samotności dziecka ignorowanego przez otoczenie, pozbawionego braku zainteresowania). 
Muszę dodać, że dużym atutem tej książki jest ilość zawartych w niej fotografii oraz zdjęcia obrazów. Zwłaszcza te pierwsze są niesłychanie interesujące. Zdjęcia rodzinne i ze znajomymi Olgi.

niedziela, 3 maja 2020

Jędza w domu Cathi Hanauer


Jedna z najszybciej przeczytanych książek i jedna z najkrótszych recenzji. 
Dwadzieścia sześć kobiet opowiada o oczekiwaniach dotyczących życia w związku oraz o ich zderzeniu z rzeczywistością. Próby pogodzenia roli kapłanki domowego ogniska z aspiracjami zawodowymi i chęcią samorealizacji, rozbieżności pomiędzy potrzebą bycia kochaną, bądź obawami przed samotnością a nieumiejętnością pogodzenia się z utratą wolności, swobody, koniecznością wyrzeczenia się pewnej cząstki własnej osobowości. Nieumiejętność formułowania oczekiwań i frustracja związana z tym, że wymarzony mężczyzna nie potrafi odgadnąć naszych myśli. Nieumiejętność radzenia sobie z natłokiem obowiązków związanych z pracą zawodową, administrowaniem gospodarstwem domowym, wychowywaniem dzieci, opieką nad starszymi rodzicami oraz potrzebą samorealizacji czy choćby odpoczynku. Czyli rzecz o problemach, jakie dotykają niemal wszystkich kobiet, a zatem ciekawy pomysł na poznanie, jak sobie z tym radzą inne. Niestety wypowiedzi pań są niczym podsłuchane w maglu wynurzenia, kiepskie literacko i pozbawione głębi. Zdziwiło mnie to, że autorki tych wypowiedzi są dziennikarkami, nauczycielkami, powieściopisarkami, a zatem wykształconymi  kobietami, których narzędziem pracy jest przede wszystkim lub między innymi pisanie. Już po przeczytaniu pięciu wypowiedzi całość scaliła mi się w jedną wypowiedź, mimo, iż każda z pań była w odmiennej sytuacji; jedna marzyła o wyjściu za mąż, inna chciała być w związku z obawy przed samotnością, a jeszcze inna tak bała się utraty wolności, iż zdecydowała się na związek na odległość, kolejna po nieudanych próbach odnalezienia się w związku znalazła ukojenie w byciu singielką. Generalnie pomysł na książkę nie był zły, poznanie doświadczeń innych niż własne jest ciekawy, jednak jego realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Nie polecam, chyba, że lubicie wywiady w czasopismach dla pań, które czyta się u kosmetyczki, aby wypełnić czas i zapomina o nich natychmiast po wyjściu za drzwi.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Komeda Osobiste życie jazzu Magdalena Grzebałkowska

Po biografii Beksińskich bez wahania sięgam po kolejną książkę autorki. Pani Magdalena wypracowała taki sposób snucia opowieści o swoim bohaterze, że odnosi się wrażenie, jakby towarzyszyło mu się idąc równoległą ścieżką i przeżywało emocje, podobne tym, jakie były udziałem pokolenia powojennych jazzmanów. Nie ma tu zbioru faktów i dat, jakie odstręczają od lektury biografii, jest to raczej zapis obrazów z przeszłości, które oddają scenerię narodzin polskiego jazzu.
O tym gatunku muzycznym niewiele wiem, w zasadzie prawie nic. A sam pseudonim Krzysztofa Trzcińskiego (znanego bardziej jako Krzysztofa Komedy) kojarzyłam bardziej z muzyką filmową (Dwaj ludzie z szafą, czy Rosemary`s baby), niż z jazzem.
Historia zaczyna się od przedwojennych lat dziecięcych w dobrze sytuowanej rodzinie urzędnika bankowego, z gosposią, niedzielnymi obiadkami, zimowymi wyjazdami na narty i letnimi nad morze, czytaniem książek, bywaniem w teatrach i na koncertach i z fortepianem, na którym matka Zenobia uczyła grać Krzysia i jego siostrę Irenę. Potem jest tułaczka czasów wojennych, radziecka okupacja i pierwsze okruchy zachodu na polskich ziemiach - muzyka jazzowa.
Krzysztof jest niezwykle skryty, zamknięty w sobie, jak powtarza wielu świadków- osobny. Koleżanka Trzcińskiego - studentka medycyny -zawsze poważny, nie kumpelski, trochę zamknięty w sobie. Czułam się w jego towarzystwie skrępowana. On był poważniejszy od nas wszystkich (str.78). Jerzy Gruza - Krzysztof nie był człowiekiem prostej zabawy (str.92) Krystyna Łubieńska - Krzysiu był zawsze gdzieś z boku, osobny. Miły, spokojny, wyciszony. Młodzież była wtedy taka otwarta….. A on niczym się nie wyróżniał (str. 92). Jerzy Milian - ... myśli i zachowuje się inaczej niż wszyscy. W pokoju na różne kolory pomalował ściany, zawiesił na nich kopie obrazów Picassa. (str.110). To wszystko nie oznacza, iż był outsiderem, czy że nie uczestniczył w szalonych pomysłach kolegów, albo, że stronił od imprez suto zakrapianych alkoholem. On tam był, ale jednocześnie, jakby był gdzieś obok.
Skończył studia medyczne i nawet przez kilka lat pracował, jako wolontariusz medyczny, jednak to muzyka zaważyła na wyborze jego drogi życiowej. Zrezygnował z pracy w klinice laryngologii, kiedy musiał wybierać pomiędzy pracą a koncertami.
Sceneria powojennej Polski to muzycy bez instrumentów (grają na pożyczonych), koncerty bez przygotowania (nie ma sali do ćwiczeń), brak płyt z muzyką (problemy z zaopatrzeniem ludności w podstawowe artykuły wykluczają dostęp do płytoteki, zwłaszcza tej wrogiej ustrojowo), brak pieniędzy, mieszkań i przychylności władzy. Przynajmniej do ponownego powrotu Gomółki w 1956 roku, kiedy to z pozycji wroga ludu grającego muzykę zgniłego zachodu zostają wcieleni w system. Nie oznacza to jednak, iż ich sytuacja ulega poprawie. Nadal (poza zmianą nastawienia do jazzu) nie posiadają nic, poza ogromną pasją do grania. Pokonują biurokratyczne przeszkody, radzą sobie pomysłowością, a to wypożyczając instrument w zamian za remont dachu kurnika, a to nabywając saksofon bez ustnika, a to kupując gitarę, która ma za grube struny, a to korzystając ze wzmacniacza, który buczy i podczas nagrań trzeba go wyłączać, a to ćwicząc w pomieszczeniu bez światła, a to wysyłając dziesiątki podań o możliwość zagranicznego stypendium, czy dostęp do płyt.
Po przeprowadzce z Poznania (gdzie Krzysztof spędził młodzieńcze lata), do Krakowa miasta o większych perspektywach dla rozwoju nowego gatunku muzycznego, zespół Komedy nawiązuje współpracę z Piwnicą pod Baranami. Pierwszy lokal otrzymany do dyspozycji muzyków … to wilgotna, nieduża rudera ze słupem pośrodku (z tego powodu akustyka będzie słaba), do której można się dostać wprost z ulicy po schodkach z dwoma stopniami. Do środka wiodą ciężkie drewniane drzwi. Pod sufitem jest jedno piwniczne okienko. Lokal przechodzi remont generalny (pomaga fan jazzu, inżynier z Nowej Huty), klubowicze sprzątają, wstawiają ławę, stoły, krzesła. Meble maluje Wiesław Dymny, artysta związany z piwnicą pod Baranami. (str.192). Co ciekawe, Piotr Skrzynecki i Joanna Olczak-Ronikier (współzałożycielka Piwnicy) nie byli zachwyceni ściągnięciem do Piwnicy jazzu, nienawidzili modern jazzu, ani operatywności Zosi Lach - Tittenbrun (menedżerki zespołu, partnerki Komedy, która potem zostanie jego żoną). Piwniczanie chcieli występować dla siebie, bez biletów, kart wstępu i bez zysków. W końcu jednak musieli przyznać, iż Zofia była fantastyczną organizatorką, a Piwnica pod jej kierownictwem administracyjnym zaczynała przynosić niewielki, ale dochód.
Grzebałkowska opisuje kulisy pierwszych dwóch festiwali jazzowych w Sopocie (od pierwszego skandalicznego z pochodem przez miasto młodzieży z niecenzuralnym hasłem dupa i drugiego, który przyniósł same straty) a także narodziny Jazz Jamboree w Warszawskiej Stodole.
Pod koniec lat pięćdziesiątych i Kraków zaczyna być prowincjonalny. Większość muzyków przenosi się do Warszawy. Komedowie też jadą, trochę w ciemno. Krzysztof ima się różnych prac związanych z muzyką, aby utrzymać rodzinę. Środowisko rozbawionej Warszawy tworzą studenci, jazzmani, filmowcy, aktorzy, dziennikarze, literaci, plastycy, fotograficy i dzieci dygnitarzy (str.248). Studencka brać czerpie z życia garściami …studiowałem prawo, na trzecim roku byłem z pięć razy, nie po to, żeby je skończyć, ale żeby mieć status studenta. To był sposób na życie. Rano zajęcia, a wieczorem wyjście. Do Stodoły, która była plebejska, na tańce. Do Hybryd, ekskluzywnych, trochę snobistycznych, na jazz, rozmowy, brydża. Wracałem o szóstej rano do wynajętej sutenery - mówi Bogumił Paszkiewicz (str. 248).
Hybrydy wspomina inny z uczestników wydarzeń – Krzysztof Wilski: Klub był nieduży. Potem doszły piwnice. Na parterze znajdowała się duża sala taneczna, mała kawiarnia, sala bilardowa i karciana, na piętrze sala widowiskowa, gdzie był kabaret i klub filmowy. Tam też mieścił się pokoik Hot-Clubu Hybrydy, gdzie Jan Zylber napisał na ścianie „Tu ukradli mi szczotki” i się podpisał. W Hybrydach piło się, ale umiarkowanie, głównie piwo, choć u barmanki pani Hali, byłej ziemianki z dyskretnym sygnetem, był wermut. Kiedy otwarto na piętrze bar, w którym rządził barman Irek, wtajemniczeni mogli dostać koktajle na spirytusie. (str. 249).
Początek lat sześćdziesiątych to pierwsze zagraniczne koncerty, nawiązywanie współpracy z muzykami spoza krajów demokracji ludowej, komponowanie muzyki filmowej, współpraca z Romkiem Polańskim. Robi się coraz bardziej światowo, ujawni się zamiłowanie Komedy do motoryzacji; skutery, samochody coraz lepsze, coraz szybsze.
I coraz większe nieporozumienia z Zofią, której apodyktyczny charakter zaczyna ciążyć już nie tylko znajomym, ale i samemu muzykowi.
Jak powiedział jeden ze znajomych Zosia z chamstwa zrobiła sztukę. (str.349). Kazimierz Kutz - Potwornie go ograniczała, robił wszystko, aby jej nie podpaść. A kobiety bardzo zwracały na niego uwagę. Zosia cały czas czuwała, czy on nie nawiązuje z nimi kontaktu wzrokowego. (str. 350). Jacek Ostaszewski - Zosia była bardzo opiekuńcza w stosunku do Krzysia. I to było dla niego dobre, jak zaczynał. Ona ich utrzymywała, a on sobie grał. Ale z czasem, gdy się usamodzielnił, zaczął się jej wymykać. To było dla nie rozczarowujące: z pozycji menedżerki, osoby decydującej o wszystkim, została odsunięta na boczny tor. Zamiast stać się towarzyszką życia, zaczęła być życiową przeszkodą. (str.351).
Książka jest podwójną biografią. Komedy i początków jazzu. Ileż tu się przewija nazwisk, które przeszły do historii polskiej muzyki jazzowej (i nie tylko); Urbaniak, Karolak, Ptaszyn Wróblewski, Milian, Stańko, Namysłowski, Kurylewicz. A nie wymieniłam nawet połowy tych najczęściej występujących. Szczególnie ciekawy był dla mnie wątek współpracy z Romanem Polańskim przy tworzeniu muzyki filmowej, a zwłaszcza opis poszukiwań wykonawczyni (zakończony znalezieniem wykonawcy) utworu z filmu Prawo i pięść (nim wstanie dzień). 
Dla mnie, co zapewne jest ogromnie krzywdzące dla muzyka, który stworzył wiele wspaniałych kompozycji, Komeda na zawsze pozostanie autorem Kołysanki z filmu Rosmary`s baby. 


Skoro książka jest o narodzinach jazzu to nie może i jego tutaj zabraknąć 

Pani Magdalena Grzebałkowska ma niezwykły dar, umie tak snuć swoje opowieści, że niezależnie od tego, czy ktoś lubi rodzaj uprawianej przez bohaterów sztuki przeczyta biografie z dużą ciekawością i przyjemnością z lektury.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny

Paradoksem ostatniego miesiąca jest to, iż mając więcej czasu (przynajmniej teoretycznie) na czytanie poświęcam temu zajęciu mniej czasu niż wcześniej.

niedziela, 15 marca 2020

Misia Sert Arthur Gold i Robert Fizdale (Kobieta, która odkryła Coco Chanel)

Każdy kto czytał biografie któregokolwiek z przedstawicieli paryskiej bohemy spotkał się z postacią intrygującej Polki Misi Godebskiej, muzy malarzy, pisarzy i poetów, znajomej kompozytorów, osoby, tak wpływowej, że mogła nawet załatwić odroczenie z służby wojskowej (Jean Cocteau), czy zamianę wyroku skazującego na wyrok w zawieszeniu (Eric Satie). Maria Zofia Olga Zenajda Godebska była córką polskiego rzeźbiarza Cypriana Godebskiego i wnuczką belgijskiego wiolonczelisty. Dziadek Adrien -François Servais był nazywany Paganinim wiolonczeli. Matka Misi zmarła przy porodzie, do czego mógł przyczynić się ojciec Misi, zostawiając ciężarną żonę, aby  romansować z jej ciotką. Urodzona w atmosferze skandalu od najmłodszych lat wykazywała zdecydowany, niezależny charakter, czego jednym z pierwszych przejawów była ucieczka z Klasztoru Sacre Coeur w wieku 14 lat do Londynu. Marii nikt nie nazywał inaczej, jak Misia. W wieku 21 lat wyszła za mąż za Tadeusza Natansona, jednego z założycieli literacko - artystycznego czasopisma La Revue blanche. „Chociaż nie była w Tadeuszu szaleńczo zakochana, odczuwała ogromną potrzebę miłości. Podziwiała go, dobrze czuła się w jego towarzystwie, mieli podobne poczucie humoru i bawiły ich te same żarty” (str.51). Ponadto małżeństwo oznaczało dla Misi uwolnienie się od kurateli rodziców i krok ku wolności. Jej niezależna dusza potrzebowała swobody, a towarzystwo, w jakim obracał się Tadeusz doskonale odpowiadało jej potrzebom i zainteresowaniom. Natansonowie prowadzili dom otwarty, w którym spotykali się malarze (Lautrec, Renoir, Bonnard, Vuillard), pisarze (Zola, Proust, Gide, Verlaine, Colette), poeci (Mallarme, Cocteau), kompozytorzy (Debussy, Ravel, Satie). „Wykształcenie Misi było powierzchowne, ale dzięki codziennemu kontaktowi z pismem [wydawanym przez Tadeusza La Revue Blanche”] nabrała intelektualnej ogłady” (str. 77). Pismo było dla niej „niewyczerpanym źródłem poezji, literatury pięknej, wiedzy z różnych dziedzin życia”. Kiedy spojrzy się na listę publikujących w czasopiśmie autorów jest ona imponująca; od Tołstoja, przez Ibsena, Austin, Gide`a, Prousta, do Stendhala, Zoli, Twaina, Wilde`a. A to tylko niektóre nazwiska. Na czym polegał jej fenomen - trudno określić. Nie była ładna, ale miała niezwykły urok, który sprawiał, że nikt nie potrafił jej się oprzeć. Kiedy patrzy się na jej wczesne zdjęcia trudno to zrozumieć; twarz nie wydaje się interesująca,  figura raczej niezgrabna, zaś głowę wieńczy fryzura przypominająca gniazdo os. Jednak już na obrazach Toulouse – Lautreca, Felixa Vallotton, Pierre`a Bonnard czy Auguste Renoire`a wygląda subtelnie, poetycko i interesująco. Szybko zostaje inspiracją literatów: Proust opisał ją, jako księżną Jurbeletiew w książce W poszukiwaniu straconego czasu, zjawiającą się w Paryżu wraz z rozkwitem rosyjskiego baletu, objawiającym nagle Baksta, Niżyńskiego, Benois, geniusz Strawińskiego (str.10). Na niej także wzorował się tworząc portret pani Verdurin, niezbyt sympatycznej parweniuszki, która pozycję zdobyła dzięki łutowi szczęścia i zręcznym manipulacjom (str. 10). Jej postać była też pierwowzorem jednej z bohaterek utworu Jeana Cocteau, a Mallarme poświęcił jej dwuwiersz. O znajomość z Misią zabiegają wszyscy, którzy się liczyli, lub zamierzali wspiąć się na szczyt towarzyskiej śmietanki Paryża. 
Misia z Tadeuszem korzystali z życia zgodnie z zasadą carpe diem. Mogli sobie na to pozwolić. „Byli młodzi, atrakcyjni i mieli pieniądze oraz czas, by się nimi cieszyć. Żyli dla przyjemności, z których największą była radość obcowania ze sztuką, co samo w sobie było ogromnym przywilejem. Bezbłędnie wychwytywali to, co najlepsze w awangardowych prądach artystycznych - znajdowali się w wąskim gronie ludzi zdolnych odczytywać nowoczesne malarstwo tak, jak robimy to dziś. Byli też wyczuleni na wszelkie nowości w muzyce, literaturze i teatrze. Co więcej dogłębnie je rozumieli, w czym wyprzedzali swoją epokę o całe dziesięciolecia. Charakteryzowało ich radosne podniecenie odkrywców, którzy usłyszeli głos nowej sztuki opisujący ich własne emocje. Chociaż sami nie byli artystami, potrafili odczuwać sztukę, jak artyści.” (str.65).
Sielankę przerywa pojawienie się Alfreda Edwardsa, które zbiega się z kłopotami finansowymi pisma Tadeusza. Edwards tajemniczy milioner, władczy i grubiański, brutalny i ordynarny, od chwili kiedy dostrzegł Misię („ponętne krągłości, promienista cera, prowokacyjny dowcip i nieco perwersyjny uśmiech - wszystko to urzekło Edwardsa” – str. 135) został owładnięty jedną myślą zdobycia pani Natanson. Misia, która początkowo broniła się przed zalotami milionera, jednak uległa pokusie; mogłaby zostać jedną z najbogatszych kobiet w Paryżu. „Misia, którą zawsze pociągali silni mężczyźni […] Wyobrażała sobie, że jeśli poślubi smoka (Edwardsa), nie będzie już potrzebowała ochrony. […] Coraz bardziej pociągał ją jego majątek, władza oraz to, że był od niej szesnaście lat starszy. (str.142). Kiedy w końcu związała się z Edwardsem uświadomiła sobie, iż wszystkie klejnoty, jakimi obsypuje ją milioner nie są w stanie zastąpić miłości, ani choćby uczucia przyjaźni, jakie łączyło ją z Tadeuszem. „Nie kochała ani Edwardsa, ani Tadeusza - tak naprawdę nigdy w życiu nie była zakochana. Sama przyznała, że wymieniła uroczego, subtelnego towarzysza zabaw na mężczyznę, który zrobił z niej „najbardziej rozpuszczoną dziewczynkę na świecie” (str. 152). Nic dziwnego, że nie mając oparcia w towarzyszu życia, który nie rozumiał jej potrzeb popadła w depresję. Jak sama pisała „Naprawdę niczego mi nie brakowało. Mimo to pamiętam, jak w niedzielne poranki siadałam w fotelu na biegunach […] powtarzałam wtedy w duchu „O mój Boże! Czy moje życie już zawsze będzie takie nudne i nieszczęśliwe?” (str.157). Pocieszenie znajdowała w sztuce i udzielaniu pomocy artystom. To było jej życie. Kiedy Edwards znudził się Misią i znalazł kolejny obiekt pożądania ta oddała się z całą zachłannością organizowaniu życia artystycznego. Nawiązała znajomość z Diagilewem, który sprowadził do Paryża Balety Rosyjskie, będące połączeniem muzyki, tańca, bogatych kostiumów i oszałamiającej scenografii tworzonej nierzadko przez najbardziej znanych malarzy tego okresu. Obracała się w kręgu kompozytora Igora Strawińskiego, tancerza Wacława Niżyńskiego, malarza Pablo Picasso i wielu innych najbardziej znanych przedstawicieli ówczesnego świata artystycznego; dyrygentów, muzyków, literatów. O jej pasji do muzyki świadczy choćby opisana w książce reakcja na przedstawienie Opery Borys Godunow. „Po półgodzinie od podniesienia kurtyny była tak […] dogłębnie poruszona muzyką i tak wstrząśnięta wspaniałością wielkiego śpiewaka Szalapina, że musiała przez chwilę pobyć sama. Wymknęła się po cichu ze swej loży i uciekła na najwyższy balkon, gdzie siedząc na schodach, wysłuchała przedstawienia do końca. Gdy opuszczała teatr, a w uszach wciąż rozbrzmiewały jej dzwony ze sceny koronacji, wiedziała, że będzie musiała bez końca słuchać tej opery. […]. Za każdym razem (Borysa Godunowa w ciągu pięciu tygodni wystawiono siedem razy) Misia całkowicie zanurzała się w muzyce. Zirytowana widokiem wolnych miejsc w teatrze kupowała pozostałe bilety i wysyłała swoich przyjaciół …” (str. 209-210). Kilka lat wcześniej Misia spotkała hiszpańskiego malarza Jose Maria Serta słynącego z dekorowania publicznych i prywatnych budynków dużymi malowidłami ściennymi. Po dwunastu latach wspólnego z nim życia Misia zdecydowała się na ślub. Nie była kobietą, która mogłaby żyć samotnie. Misia wierzyła, iż będzie umiała postępować z malarzem, choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wierność nie jest jego mocną stroną, czego dawał liczne dowody na długo przed ślubem. Kilka lat przed zawarciem związku małżeńskiego z Sertem Misia poznała Gabrielle Chanel, zwaną potem Coco Chanel. Był rok 1916 r. a Coco z kapeluszniczki utrzymanki starała się przemienić w czołową projektantkę mody. Misia została kompletnie zauroczona nową znajomą. Ich znajomość przetrwała ponad trzydzieści lat. Misia traktowała Chanel, jako swoją własność i domagała się dowodów wdzięczności za to co dla niej zrobiła (wprowadziła do towarzystwa i przedstawiła Diagilewowi i związanemu z nim kręgowi artystów). Ich znajomość pełna była emocji; wspierały się, pomagały sobie, a jednocześnie walczyły ze sobą „..te dwie kobiety tkwiły w uścisku, czasem zdawałoby się miłosnym, a czasem przypominającym śmiertelną walkę. Mimo swej niezależności Misia całe życie poszukiwała tyranów. Bezwzględne i despotyczne traktowanie było dla nie nieodłącznym składnikiem miłości. […] Każdy z (jej) związków oparty był na walce o władzę. Miała niezwykłą potrzebę, by rozbrajać, zniewalać i tyranizować własnych tyranów” (str. 316). W latach dwudziestych XX wieku Misia znajdowała się u szczytu swej potęgi. To ona wyznaczała trendy, jej poglądy były opiniotwórcze, zwłaszcza w kręgu, w którym się obracała. Była arbitrem smaku. W biografii Misi pojawiają się wątki polskie. Podczas I wojny światowej z ożywieniem mówiła o sprawie polskiej i narzekała na obietnice bez pokrycia Rosji wyzwolenia kraju. Kiedy na początku lat dwudziestych do Paryża przyjechał młody polski malarz Józef Czapski wydała bal, aby go wypromować, wcześniej fundując mu stypendium i przedstawiając Picasso i Sertowi. Wielokrotnie zresztą pomagała finansowo paryskim artystom. W drugiej połowie lat dwudziestych zeszłego stulecia Sertowie zaopiekowali się młodą Rosjanką Rusadaną Mdiwani. Tę trójkę połączył fatalny związek, który w 1927 roku doprowadził do rozwodu Sertów. Misia zakochana jednocześnie w mężu i w jego kochance próbowała ratować ten związek za wszelką cenę, obdarowując kochankę męża prezentami, roztaczając nad nią opiekę, a w końcu posuwając się nawet do zorganizowania jej ślubu z swoim byłym mężem. To ona w końcu opiekowała się śmiertelnie chorą Roussy. Przez całe życie kochała Wenecję, tak opisywała swój pierwszy w niej z Tadeuszem pobyt: „To nasz ostatni dzień w Wenecji. Mój drogi Przyjacielu. Chciałabym poświęcić go tym, których kocham. Jakże wspaniałe rzeczy widzieliśmy! […] Wenecja jest nie tylko o wiele ładniejsza, niż myślałam, lecz także przerasta wszelkie wyobrażenie o pięknie jako takim. Zaraz po przyjeździe wskoczyłam do gondoli i na samą myśl, że to wszystko dzieje się naprawdę, że naprawdę siedzę w tej łodzi, odczuwam niemal fizyczny ból. […] Ten tydzień był dla nas istną rozkoszą. Czasami nie byłam w stanie znieść otaczającego mnie przepychu i zamykałam oczy. Nawet najdrobniejsze rzeczy, bez żadnego powodu, sprawiały, że płakałam z radości.” (str. 464). Jednym z ostatnich obrazów w książce jest pobyt Misi w Wenecji w 1947 roku, kiedy niemal całkiem niewidoma (od lat traciła wzrok) oprowadzała po Galerie dell` Accademia swego znajomego opowiadając mu z pasją o swych ulubionych obrazach, których już nie była w stanie dostrzec.
Biografia Misi jest niezwykle cennym źródłem informacji nie tylko o jej bohaterce, osobie, bez wątpienia interesującej, ale także o osobach, których ścieżki życia przecięły się ze ścieżką życia Misi. Tym cenniejszym, iż opartym w dużej mierze na wspomnieniach osób, które bohaterkę miały okazję poznać oraz dzięki zachowanej korespondencji świadków życia jej i jej przyjaciół. Książka ukazuje osobę o złożonym charakterze; pasjonatkę tego co piękne, osobę przekonaną o własnej wyjątkowości, rozpieszczoną bogactwem kobietę, spragnioną miłości, niespełnioną artystką, hojną protektorkę. Jak twierdzili autorzy biografii „Żyła chwilą i uczyniła z tego prawdziwą sztukę”.
Długie milczenie spowodowane trwającą cztery miesiące bezdomnością dobiega końca. Choć teraz wpadłam w pułapkę remontu, który miał się zakończyć dwa tygodnie temu, a trwa i trwa i trwa. A panu majstrowi chyba się u mnie spodobało i wygląda, jakby zamierzał tu zamieszkać. Tak więc nie dość, że "uwięziona w domu" przez wirusa i chorobę nie mającą związku z wirusem, to jeszcze "uwięziona w towarzystwie majstra". Trzymajcie się.
 

piątek, 3 stycznia 2020

Statystyka największe oszustwo świata

Warszawa bezludna- sobotni poranek
W zeszłym roku zamieściłam 23 wpisy, co w odniesieniu do poprzedniego (obejmującego zaledwie 10 wpisów) jest znaczącym postępem. Oczywiście nijak się to ma do początków działalności bloga, kiedy zdarzało mi się dokonywać dwóch wpisów dziennie (nie na darmo pierwszy mój blog nosił miano Z dziennika grafomanki w średnim wieku). 
Nie mniej moje założenie powrotu do pisania nabiera realnych kształtów, choć oczywiście pozostawia wiele do życzenia. Postanowiłam wzorem Piotra (ZWL) sprawdzić, które z wpisów zgodnie z licznikiem wejść odnotowały największe i najniższe zainteresowanie, które był najchętniej komentowane oraz parę innych nikomu i do niczego nieprzydatnych liczb. 
Największym zainteresowaniem czytelników cieszył się wpis
j/w.
Zbrodnia Sylwestra Bonnard Anatola France. Zapewne część czytelników spodziewała się odkrycia nowego autora kryminałów nie podejrzewając nawet, iż Anatol France to pisarz sprzed niemal dwóch stuleci. Drugi w kolejności wpis dotyczył kulturalnego misz-maszu, czy wpisu obejmującego refleksje z trzech przedstawień. Nie podejrzewam, aby zainteresowanie wzbudził spektakl Callas w reż. Jandy w teatrze Och. Głowę dam sobie uciąć, że nie był to także bydgoski Tribute to musical (dziedzina, w której gustuje niewielu czytelników. Pani Ewo jest Pani jak dla mnie chlubnym wyjątkiem). A zatem ciekawość wzbudził Wiedźmin w reż. Wojciecha Kościelnika. Dopiero dalsza informacja, iż ten spektakl to także musical zapewne ostudziła zainteresowanie części odwiedzających. Jak to się można pomylić sugerując się nagłówkiem. Miejsce na podium zamyka wpis zatytułowany List do Van Gogha. Tutaj zapewne łowcy sensacji spodziewali się odkrycia nieznanego listu od brata, albo choćby od któregoś z kolegów po fachu. Najmniejszym zainteresowaniem natomiast cieszył się (a raczej nie cieszył) wpis Miłość jest warta starania. Rozmowy z mistrzami o niezwykle ważnej dla mnie serii wywiadów przeprowadzonych przez Justynę Dąbrowską z artystami i naukowcami na tematy dotyczące istoty życia. 
Ilość wpisów najwyższa na początku roku (zapał, noworoczne postanowienia) spadała w trakcie jego trwania. 
j/w c.d
Najczęściej komentowanym wpisem był poświęcony biografii Iłłakowiczówny. 
W 2019 roku częściej wracałam do wcześniej czytanych książek, niż odkrywałam nowe. Moje czytelnicze odkrycie pokrywa się z największą ilością odsłon i jest to Anatol France ze swoją Zbrodnią, a raczej zbrodnią Sylwestra Bonnard. Niezdecydowanych zachęcam do sięgnięcia po tę miniaturkę powieści, jest niezwykle esencjonalna i taka baśniowa. Kontynuowałam czytanie moich ukochanych biografii. Więcej miejsca na blogu zajęły refleksje dotyczące wydarzeń kulturalnych niż przeczytanych książek. Mniej jest wrażeń typowo
j/w cd.
podróżniczych z powodu mniejszej ilości wyjazdów (jestem na etapie kupowania nowego mieszkania. Po sprzedaży starego chwilowo jestem bezdomna. Może ktoś chciałby przygarnąć do siebie:)) zajmuję niewiele miejsca i pożeram dużo książek, a często mnie nie ma bo latam na różne koncerty, wystawy, teatry itp.). 
Ze starych wpisów największą popularnością cieszyły się wpisy Narodziny Wenus Botticellego oraz Włochy południowe w pigułce (niezmiennie od kilku lat). Jedynym już wyzwaniem, w którym uczestniczę regularnie (choć nie regularnie zamieszczam wpisy) jest stosikowe losowanie u Anny. Z rzadka zdarza mi się coś skrobnąć na temat klasyki, literatury francuskiej, czy Zoli.
Zdjęcia z krótkiego poświątecznego wypadu do stolicy i sobotniego spaceru. Nawet ja, ranny ptaszek, rzadko mam okazję oglądać tak puste ulice stolicy. 
Wypad uzupełnił moją listę wydarzeń kulturalnych o niesamowity spektakl z Natalią Sikorą w roli Piaf (ciary na skórze od pierwszego utworu) oraz o niekontrolowane wybuchy śmiechu na sztuce Trzeba zabić starszą panią, w której panowie Piela, Żak i Borowski dzielnie towarzyszyli pani Kraftównie. 
Dziękuję wszystkim odwiedzającym stale, czasowo, sporadycznie i życzę dobrego nowego roku.