niedziela, 30 grudnia 2012

Podsumowanie roku - pisane w Krakowie


Napisałam przed chwilą długi wpis i mi go zeżarło. Napiszę więc króciutko jeszcze raz. Wzorem koleżeństwa z blogosfery chciałam podsumować mijający rok. Jaki był, co sie udało zrealizować, co przyniósł dobrego, a co złego. Nie był to rok idealny, trochę w nim było smutków, ale też sporo radości, wiele pięknych odkryć, wrażeń, spełnionych marzeń, szczęśliwych chwil. Jednym z milszych zdarzeń tego roku  poznanie nowych wirtualnych znajomych, dzięki którym odkrywałam nowe, nieznane mi lądy. Moja przyjaciółka mawia - męża wybrałam sobie takiego, aby mnie ciągnął w górę, a nie w dół, abym dzięki niemu poznawała świat piekniejszy i bogatszy. I tak też postrzegam moich nowych znajomych. Nie ma przecież dwóch osób o takich samych zainteresowaniach, upodobaniach, poglądach, ale jeśli dzięki moim znajomym odkrywam nowe obszary to i ja mam nadzieję wznoszę się wyżej. I za to Wam wszystkim dziękuję. A co ważniejsze poza wartościami poznawczymi spotkałam wiele osób, które okazały mi serce (a to pożyczyły książkę, a to ugościły, a to poświęciły swój czas, a to podarowały mi jakiś drobiazg, albo podarowały książki.
Ile książek przeczytałam nie będę pisać (kto ciekaw zajrzy do zakładki przeczytane w 2012 roku). Była to ilość porównywalna z zeszłoroczną. Ważnejszym jest dla mnie to, że dzięki Wam odkryłam takich pisarzy, jak Szabo, Ronikier-Olczak, Lessing, Saramago. Dzieki waszym rekomendacjom sięgnęłam po Zolę, Remarque, Kuncewiczową, z których dwaj pierwsi powiększyli grono moich ulubieńców. Dzięki blogowym wyzwaniom poznałam pisarzy do których pewnie, gdyby nie wyzwania  bym nie zajrzała (Kraszewski, Kuncewiczowa, paru noblistów), sięgnęłam po nowe gatunki (Trójka E-Pik), no i przeczytałam więcej książek z mojej ukochanej klasyki i literatury francuskiej.
To był także bardzo dobry podróżniczo rok. Zaczął się  od musicalowych wyjazdów do Warszawskiej Romy. Potem były cudowne święta Wielkanocne w Rzymie i Florencji, fantastyczne wakacje w Paryżu (poznanie Czary i Holly), niezapomniane wycieczki do Arles i Awinionu i nieco rozczarowująca wycieczka do Marsylii. No i końcówka roku w moim ukochanym Krakowie. O Krakowie mam nadzieję napisać więcej, choć nie w tej chwili. Okazauje się, iż próba zamieszczania zdjęć (korzystając z Wi-Fe) jest próbą dość karkołomną, a wpisy o podróżach bez paru choćby zdjęć mijają się z celem. Jeśli czegoś mi zabrakło  w mijającym roku to; koncertów (zero), musicali (trzy), przedstawień teatralnych (pięć). Mam nadzieję, że kolejny rok przyniesie więcej wydarzeń kulturalnych, pomijając odwiedziny muzeów i galerii, których w tym roku nie zabrakło. 
Rok 2012 był rokiem moich pierwszych i mam nadzieję ostatnich tak ścisłych kontaktów z służbą zdrowia.
Nie lubię planować, nie chcę planować, żadnych założeń na przyszły rok, niech będzie on jak czysta biała kartka, którą każdy zapełni jak potafi najładniej. I tego wam życzę - abyście tę kartkę zapełnili, jak najładniej potraficie.
Przepraszam za chaotyczny wpis, ale piszę w gorączce.

środa, 26 grudnia 2012

Mikołaj się spisał

Tegoroczny Mikołaj nie zawiódł w przeciwieństwie do atmosfery wigilijnej, która z roku na rok coraz bardziej napięta i delikatnie mówiąc "przykra". Moje dojrzewanie do spędzania świąt poza domem niedługo wyda owoce. Jak na razie odważyłam się jedynie na wielkanocne wagary. Ale ... spuszczę zasłonę milczenia i będę się cieszyć, że przeżyłam, choć nie bez szwanku na zdrowiu.
Na osłodę pod choinką znalazłam całkiem sporą kolekcję książek, które zamówiłam sobie (wysyłając list do jednego z Mikołajów), tym sposobem uniknęłam prezentów nietrafionych.
 
I tak znalazły się tam dwa tomy Malarstwa białego człowieka W.Łysiaka (t.1 i 3 - jako uzupełnienie otrzymanego rok temu t.2), Alan Riding A zabawa trwała w najlepsze oraz Georges Simeon Paryski ekspres (w klimacie Paryża) a także Z.Herbert Martwa natura z wędzidłem i Josif Brodski Znak wodny (te ostatnie sprezentowałam sobie sama).

Z tematem świąt łączy się temat kartek świątecznych, które jak listy odchodzą w przeszłość. Coraz ich mniej wysyłamy, coraz mniej otrzymujemy. Z tym większą radością pochwalę się paroma kartkami, które otrzymałam w tym roku. Niewiele, ale każda bardzo dla mnie ważna, bo od miłych korespondentów.
 Serdecznie dziękuję za każdą karteczkę z życzeniami.
Tegoroczny Mikołaj był dla mnie wyjątkowo łaskawy. Pisałam już kilka dni temu o pięknych podarunkach otrzymanych od blogowych przyjaciół. A dziś chciałam jeszcze dodać, iż dzień po opublikowaniu wpisu dotarła do mnie przesyłka z Włoch zawierająca lekarstwo na smutki. Edyta dziękuję Ci jeszcze raz. 

Moje spostrzeżenia na temat świąt opisałam już dwa lata temu 
i rok temu   Ponieważ tegoroczne byłyby jeszcze bardziej gorzkie nie będę ich opisywać. 
Tym serdeczniej dziękuję wszystkim, którzy sprawili mi radość życzeniami, pamięcią, podarkami.
A teraz dzę pakować walizkę :) aby i moje święta były piękne.
 

sobota, 22 grudnia 2012

Panie, ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak

                               Modlitwa Bułata Okudżawy
Gdyby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki można było spełniać życzenia na ten nadchodzący, piękny czas nadziei i wiary w zwycięstwo Dobra nad Złem życzyłabym wszystkim odwiedzającym (stale i sporadycznie), aby dostali to, czego im w życiu brak. Chorującym zdrowia, samotnym bliskości drugiego człowieka, smutnym radości, głodnym pożywienia, cierpiącym braku cierpienia, poniżanym godności, niechcianym przynależności do grupy, nierozumianym zrozumienia. 
Ponieważ Święta nie są jednak gwiazdką z nieba życzę wam moi drodzy dobrych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia. Tylko tyle i aż tyle.



czwartek, 20 grudnia 2012

Przybieżeli aniołowie (i książka), czyli Mikołaj jednak istnieje



Po raz pierwszy w życiu otrzymałam przesyłki, których się zupełnie nie spodziewałam. I wiecie co muszę przyznać, że  uwielbiam niespodzianki. Pierwszą przesyłkę otrzymałam w poniedziałek. Ta co prawda została zapowiedziana, ale i tak sprawiła mi ogromną radość. Książka Paryż - miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque. Uwielbiam Paryż, belle epoque, sztukę no i miłość oczywiście też uwielbiam. Ale największą przyjemność sprawiło mi to, że książkę otrzymałam od jej współautorki w podarunku. Marto stokrotnie Ci dziękuję. Chciałam zostawić ją sobie pod choinkę, ale nie wytrzymałam z ciekawości i otworzyłam wcześniej, aby się podelektować chociaż fotografiami. Oglądałam książkę wcześniej w księgarni, czytałam recenzję u montgomerry i jestem przekonana, że  mi się ona spodoba. Pisałam już Marcie, iż moja siostra chciała mi ją kupić pod choinkę, na co mogłam odpowiedzieć z dumą - nie kupuj, książkę dostanę od autorki :)
Natomiast wczorajsza i dzisiejsza przesyłka to kompletne zaskoczenie. Ponieważ na jedną z nich otrzymałam awizo gubiłam się w domysłach, o jakim tym razem zamówieniu zapomniałam, przejrzałam pocztę, sprawdziłam historie zamówień i nic. Tymczasem okazało się, że przybyły do mnie niespodziewanie aniołki z życzeniami od momarty i lirael.  Obok cudowne aniołeczki (świeczki) i karteczka z jakże by inaczej aniołkiem Santiego przybyły do mnie od momarty. Natomiast poniżej ciasteczkowy aniołek, karteczka i śliczny reniferek od lirael. No i niech tylko ktoś powie, że nie ma Mikołaja na świecie, albo, że nie ma aniołów. Przyznam się, że aż mi łezki poleciały ze wzruszenia, że ktoś o mnie pomyślał i wpadł na tak uroczy pomysł. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że prowadzę (współtworzę bloga pod nazwą Pod skrzydłami aniołów).  Chyba każdy z nas miewa chwile zwątpienia, zastanawia się, czy ta nasza pisanina ma sens, a takie gesty i te przemiłe życzenia potwierdzają słuszność podjętej kiedyś decyzji, żeby dzielić się z innymi swoimi nad światem zachwytami i z rzadka smuteczkami.
Życzę wszystkim takich cudownych niespodzianek.
A ja jeszcze będę napawać sobie oczy tymi odruchami serca.
Dziewczyny jesteście kochane - bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję.




wtorek, 18 grudnia 2012

Hurtowo po raz kolejny i nie ostatni


Chciałabym zakończyć ten rok bez zaległości recenzyjnych, a jedyny sposób to kolejna hurtownia książek. Odnoszę wrażenie, że najlepiej pisze mi się o książce na świeżo po lekturze. Natomiast upływ czasu zdecydowanie zaciera obraz i stępia emocje. Przynajmniej w odniesieniu do niektórych lektur.

Lot nad kukułczym gniazdem powieść Kena Keseya z 1962 r. (audiobook)

Wysłuchana jeszcze w sierpniu. W momencie lektury budziła jeśli nie zachwyt, to coś w rodzaju podziwu dla warsztatu pisarza. Tymczasem kilka miesięcy później zastanawiając się, co zapamiętałam z lektury doszłam do wniosku, że niewiele. Do szpitala psychiatrycznego zostaje przysłany nowy pacjent, McMurphy; oszust i cwaniak udający szaleńca dla uniknięcia odsiadki w więzieniu. Okazuje się jednak, iż pobyt w szpitalu daleki jest od jego oczekiwań i kto wie, czy nie gorszy od pobytu w więziennej celi. Powieść odczytuję metaforycznie nie tylko jaki obraz chorej służby zdrowia, ale także, jako obraz otaczającej autora chorej rzeczywistości. Obywateli uwięzionych w świecie zakazów, układów, pozorów, jednostki nieprzystosowane, niepasujące do społeczeństwa i rządzących w imię idei. Powieść ciekawie napisana, choć nieco drażniły mnie postacie jej głównych bohaterów; bezdusznej siostry Ratchet oraz wojującego o prawo do godności i człowieczeństwa dla chorych pacjentów nie przystosowanego do życia w grupie McMurphyego. Moim zdaniem nieco przerysowane. Ciekawym zabiegiem było natomiast uczynienie narratorem głuchoniemego Indianina, u którego zaciera się granica pomiędzy wyobraźnią a rzeczywistością, więc do końca czytelnik nie wie, czy to co się dzieje, dzieje się na prawdę, czy jest jedynie snem Indianina. Moja ocena 3,5/6

Niedziela nad Sekwaną Susan Vreeland  (powieść z 2011 r.)Przeczytana we wrześniu. Kolejna książka na fali mody na pisanie powieści z malarzami w tle. Nie wiem, czy pisarze, a może wydawcy odkryli dobrą koniunkturę na pisanie książek, w których wystarczy uczynić obiektem westchnień młodej panienki któregoś z wielkich, aby książka dobrze się sprzedała. W każdym razie książek z impresjonizmem w tle coraz więcej. Różnorakiej wartości. Nie, nie zamierzam zamienić się w recenzenta - krytyka i pisać, że są to książki dla niewyrobionego czytelnika, czy też perełki dla koneserów, bo jak wiadomo są gusta i są też inne gusta. Niedziela nad Sekwaną w mojej ocenie plasuje się gdzieś pośrodku. Doceniam to, że pisarka poświęciła sporo miejsca malarzowi, a nie skupiła się wyłącznie na wątku romansowym. Choć wątek ten zajmuje sporo miejsca i może zadowolić czytelniczki, które gustują w powieściach z miłością w tle. Niedziela nad Sekwaną jest próbą uchwycenia zmagań Augusta Renoira podczas pracy nad jego wielkim dziełem Śniadanie wioślarzy. Jest w niej (powieści) coś z aury XIX wiecznego Paryża, są autentyczne postacie; modelek i przyjaciół malarza, jest jego przyszła żona. Jest ciężki proces tworzenia, walka z materią, przeciwnościami losu, brakiem funduszy, są rozterki artysty. Książkę czyta się z przyjemnością i choć fabuła ulatuje z pamięci dość szybko to zostaje coś z klimatu tamtych spotkań i próby zatrzymania w czasie niepowtarzalnej chwili. I dla tego klimatu warto przeczytać. Moja ocena 4/6

Wszyscy jesteśmy podejrzani Joanna Chmielewska (audiobook 1966 r.)

Przeczytana w październiku. Do czego może prowadzić nadmiar wyobraźni – przekonuje się bohaterka powieści. Pracująca w biurze projektów Joanna pisze powieść, w której uśmierca kolegę z pracy niebieskim paskiem od szlafroka. O swoim pomyśle informuje wszystkich łącznie z niedoszłym nieboszczykiem i całe biuro zabawia się w odgadywanie sprawcy oraz motywów zbrodni. Nazajutrz okazuje się, że wymyślona historia zamienia się w rzeczywistość, a Joanna staje jedną z głównych podejrzanych. Dla oczyszczenia się z winy z jednej strony wspomaga ona w działaniach przystojnego kapitana milicji (czy na pewno jest to milicjant?, czy może osobnik nie z tego świata), z drugiej gmatwa dochodzenie niemożebnie podrzucając fałszywe tropy. Wszyscy jesteśmy podejrzani należy do wczesnej prozy Chmielewskiej, która bawi absurdem, groteską, humorem. Ponieważ rzecz dzieje się w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia mamy do czynienia z klimatem czasów PRL-u; milicja prowadząca śledztwo, kombinacje i układy pracowników biura projektowego, braki w zaopatrzeniu, machlojki będące następstwem  chorych przepisów, kłopoty finansowe pracowników i pomysłowość obywateli potrafiąca obejść bzdurne wymysły urzędników. A wszystko to opisane z sympatią i uśmiechem. Dodatkową przyjemnością było wysłuchanie książki w doskonałej interpretacji pani Ireny Kwiatkowskiej.
Moja ocena 4/6
Tym sposobem została mi jeszcze jedna książka listopadowa i mogę już pisać o grudniowych lekturach.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Oddam w dobre ręce-czyli komu książkę

Pomysł odchudzania biblioteki o książki, co do których mam pewność niepowrotu narodził się już jakiś czas temu. W pierwszej partii prawie same książki jednokrotnego czytania; poza czytaną dwa razy  Pod mocnym aniołem oraz dość sfatygowanymi Dwoma królowymi.
I tak w zamian za koszt przesyłki oddam:
1) Józef Ignacy Kraszewski Dwie królowe ,
2) Yogo Ogawa Muzeum ciszy,
3) Jerzy Pilch Pod mocnym aniołem,
4) Cecelia Ahern PS. Kocham Cię,
5) J.M.G.Le Clezio Onitsza,
6) Maja Wolny Dom tysiąca nocy,
7)  E.S.Fitzgerald Wielki Gatsby

Propozycja jest skierowana do blogerów.
W razie braku chętnych książki trafią do zakładki Oddam w dobre ręce i tam będą oczekiwać na nowy dom.
Chętnych proszę o pozostawienie komentarza pod wpisem.

niedziela, 16 grudnia 2012

Rok temu, czyli Florencja w Paryżu



Rok temu uczestniczyłam w koncercie, który nazwałam koncertem życia. Czy teraz, gdy ostygły emocje a upływ czasu zatarł nieco wspomnienia też nazwałabym koncert Notre Dame de Paris w paryskiej hali widowiskowo-sportowej Bercy koncertem życia. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. O koncercie pisałam tu. Dla nie wtajemniczonych Notre Dame de Paris to musicalowa adaptacja powieści Wiktora Hugo (Katedry Najświętszej Marii Panny w Paryżu, zwanej też Dzwonnikiem z ND).

Kocham wszystkie utwory z tego musicalu, ale utworem, który darzę szczególnym sentymentem jest Florence (Florencja). Jest to muzyczny dialog pomiędzy poetą Gringoire a archidiakonem Frollo. Frollo prosi poetę, aby opowiedział mu o Florencji i o tych nowinkach, które nadchodzą z wielkiego świata i napawają z jednej strony ciekawością, z drugiej przerażeniem.

Utwór Florence uosabia wszystko co kocham. Mówi o mieście, które na zawsze pozostało dla mnie nośnikiem nowych idei i symbolem duchowej przemiany człowieka, nawet, jeśli dzisiaj uważane jest za miasto muzeum. Florence mówi o mieście z przełomu wieków, mieście, które było jutrzenką zmian, jakie wyprowadziły Europę z nocy średniowiecza w czasy nowożytne. Florencji malarzy, rzeźbiarzy, kamieniarzy, rzemieślników, budowniczych, mecenasów sztuki i finansistów. Mówi o odrodzeniu nauki i sztuki, o wielkich odkryciach geograficznych, wynalezieniu druku, próbie zmian skostniałych struktur kościoła, o obawach związanych z końcem wieku.

Ten utwór wyraża moją miłość do miasta, do epoki i do muzyki wreszcie. A słuchanie o jednym mieście ukochanym w drugim mieście ukochanym to uczta nad ucztami. I choć jak pisała Pawlikowska – „Gdy się miało szczęście, które się nie trafia; czyjeś ciało i ziemię całą, a zostanie tylko fotografia, to –to jest bardzo mało…” to ja mogę napisać, że mnie zostały nie tylko fotografie, została mi też muzyka i nadzieja, że się jeszcze kiedyś trafi to szczęście. Ponieważ nie znalazłam dobrej jakościowo wersji wykonania z Bercy dołączam pierwotne nagranie.

Mów mi o Renesansie
O Florencji, otwarcie
O stylu Bramantego
I o "Piekle" Dantego
Mówią dziś we Florencji
Że ziemia jest okrągła
I że na naszym świecie
Mogą być inne lądy
Okręty w drogę swą z portu ruszyły już
Aby do Indii szlak odnaleźć pośród mórz
Ewangelię od nowa Luter pisać chce
Świat, który jeden był, w strzępy rozerwie się
Machina Gutenberga
Oblicze świata odmieni
Rzeka słów z Norymbergi
Rozleje się po ziemi
Poemat, satyra, wiersz
Ludzkość w przód robi krok
Nowych myśli to wiek
Stare odejdzie w mrok
Bo zawsze mała rzecz przynosi wielkiej kres
Pisane słowa to architektury zmierzch
Czarny przemieni druk katedry w gruzów stos
I Bogu swemu człek zgotuje ten sam los
Wszystkiemu przyjdzie kres
Okręty w drogę swą z portu ruszyły już
Aby do Indii szlak odnaleźć pośród mórz
Ewangelię od nowa Luter pisać chce
Świat, który jeden był, w strzępy rozerwie się
Wszystkiemu przyjdzie kres
Wszystkiemu przyjdzie kres

A oto co mówią narrator i bohater Hugo na temat wynalezienia druku.

W piętnastym wieku wszystko się zmienia. Myśl ludzka odkrywa sposób, by uwiecznić się nie tylko trwalej i mocniej niż w architekturze, ale i prościej, jaśniej, łatwiej. Architektura zostaje zdetronizowana. Miejsce kamiennych liter Orfeusza zajmą ołowiane litery Gutenberga. K s i ę g a z a b i j e g m a c h. Wynalazek druku jest największym wydarzeniem w historii. To matka rewolucyj. Sposoby wyrażania się ludzkości odnawiają się zupełnie, myśl ludzka porzuca jeden swój kształt i przywdziewa inny, ów wąż symboliczny, który od Adama jest znakiem rozumu, całkowicie i ostatecznie zmienia skórę. Pod postacią drukowanego słowa myśl ludzka jest bardziej niż kiedykolwiek niezniszczalna; jest lotna, nieuchwytna, wieczna. Frunęła w przestworza. Za czasów architektury stawała się górą, obejmowała w posiadanie jedno stulecie i jedno miejsce. Teraz staje się stadem ptaków, rozlatuje się we wszystkie strony i znajduje się równocześnie we wszystkich miejscach powietrza i przestrzeni.
To te przeklęte dzisiejsze wynalazki gubią ludzkie dusze. Armaty, serpentyny, bombardy, a nade wszystko - druk, najgorsza zaraza z Niemiec idąca. Nie ma już manuskryptów, nie ma już ksiąg. Druk zabija księgarstwo. Zbliża się koniec świata.

Zdjęcia z koncertu 16.12.2011 r. Bercy 

 

piątek, 14 grudnia 2012

Dolina trwogi Artur Conan Doyle (audiobook)

Dolina trwogi, w innym przekładzie Dolina strachu Artur Conan Doyle (audiobook)
Kolejna książka o przygodach Sherlocka Holmesa. Wydana niemal sto lat temu (ok 1915 r.). Holmes po raz pierwszy pojawił się w powieści Studium w szkarłacie. Conan Doyle napisał łącznie o Holmesie cztery powieści (z których trzy już poznałam; Studium w szkarłacie, Pies Baskerwillów i Dolina Trwogi, została mi jeszcze Znak czterech) i 56 opowiadań.
Do Holmesa i jego nieodzownego pomocnika Watsona przychodzi zaszyfrowany list od Freda Polocka podwładnego Moriatiego (określanego przez Holmesa geniuszem zbrodni). Dzięki inteligencji detektywa drogą dedukcji odkrywa on, że niejaki John Douglas zostanie wkrótce zamordowany. W chwilę potem mieszkanie na Baker Street odwiedza inspektor Scotland Yardu i informuje o śmierci pana Douglasa. Jeśli sądzicie, że zdradziłam puentę to jesteście w błędzie. Niebawem się okazuje, że nic nie jest takim, jakim się być wydaje. Bohaterowie przenoszą się na miejsce zbrodni, gdzie błyskotliwy detektyw wkrótce odkrywa kto i jak, pozostaje jedynie pytanie dlaczego. Przy okazji po raz kolejny możemy obserwować butę i zarozumiałość stróżów prawa, żeby nie powiedzieć pewien rodzaj głupoty, który każe im ogłaszać z fanfarami każdy kolejny trop, by za chwilę się z niego wycofać.
Dolina trwogi, podobnie, jak wcześniej poznane Studium szkarłatu to dwie powieści w jednej; część pierwsza przedstawia kulisy zbrodni aż do momentu złapania „winnego”, druga to retrospektywna opowieść o jej genezie (zbrodni). Zwolenników Holmesa może rozczarować fakt, iż w tej drugiej (o wiele dłuższej i treściwszej) opowieści Holmes występuje jedynie, jako osoba stawiająca kropkę nad „i”. Mnie jednak ta druga część podobała się bardziej, pozbawiona była żmudnych etapów pracy policji i ich kolejnych pomyłek.  Muszę przyznać, że dość szybko odgadłam, kto był "ofiarą" w części pierwszej i kto był nowo przyjętym członkiem Stowarzyszenia Masonów, w części drugiej. I tutaj pojawia się odwieczny dylemat, czy skoro ja – osoba, która nie potrafi nie tylko odgadnąć mordercy w niemal żadnym z czytanych przez siebie kryminałów, a nawet zapamiętać go i czytając po raz kolejny wciąż się głowi, kto zabił, czy skoro taka osoba odgaduje zarówno w pierwszej, jak i w drugiej części niemal wszystkie elementy układanki, to czy jest to wynik chwilowego olśnienia umysłu, czy też powieść jest nieco słabsza. Pozostając jednak nadal pod urokiem kryminałów Doyle uznałam, że był to fuks. Ponadto, to co najistotniejsze czyli finał okazał się i dla mnie nieprzewidywalny.
Druga część, której akcja dzieje się w działającej pod przykrywką Masońskiego Stowarzyszenia – mafii, jak nic przypomina mi Gomorrę Roberta Saviano, choć nie ma w niej tak drastycznych opisów zbrodni, to mechanizm początków mafii jest przedstawiony całkiem realistycznie.
Książkę wysłuchałam w ramach wyzwania Trójka E-pik (powieść zachodniego autora z dreszczykiem).

 No to ukończyłam wyzwanie :) a teraz lecę piec keksa :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Dwie królowe Józef, Ignacy Kraszewski


Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1960 rok, stron 422
Kraszewski przyzwyczaił mnie (po przeczytaniu siedemnastu jego większych i mniejszych dzieł), iż co jak co, ale jego powieści historyczne nie zawodzą.

Lubię powieści historyczne, powieści z historią w tle, lubię, kiedy przez karty powieści przemykają znane z podręczników historii postacie, kiedy papierowa postać władcy czy narodowego bohatera ożywa i staje się bliska czytelnikowi. Tymczasem po lekturze Dwóch królowych (rzecz o królowej Bonie oraz jej synowej królowej Elżbiecie) jestem nie tyle wstrząśnięta, co zmieszana. Od pierwszych stron coś mi zgrzytało podczas lektury. Nie jestem wielbicielką królowej Bony, ale sposób potraktowania postaci budzi moje wielkie ubolewanie. Ta doskonale wykształcona, niezwykle gospodarna, mądra o silnej osobowości i dużym wyczuciu sytuacji politycznej władczyni została przedstawiona, w sposób karykaturalnie jednostronny i krzywdzący. Wychowywana na dworze Sforzów, przebywająca na dworze Lukrecji Borgii, będąca świadkiem krwawych i bezwzględnych rządów monarchów przybyła do nieznanego jej kraju owiana legendą trucicielki, jej polityczne aspiracje i rządy silnej ręki budziły sprzeciw i możnowładców i szlachty, jej mądrość i wykształcenie budziły zawiść mniej uczonych panów polskich. Do tego nie najłagodniejszy charakter Włoszki powodował, iż nie cieszyła się ona sympatią ani poddanych, ani nawet rodziny.

Bonę poznajemy w chwili, kiedy na Wawelu oczekuje się przybycia Elżbiety Habsburżanki – przyszłej żony Zygmunta Augusta. Zajadła przeciwniczka Habsurgów nie potrafi pogodzić się z myślą, iż żoną jej syna zostanie Niemka. Bona obawia się także, iż żona mogłaby zawładnąć sercem jej Zygmunta i pozbawić ją wpływu na jego decyzje, a tylko dzięki zachowaniu tego wpływu może nadal władać Koroną.  
Monarchini, która nie była osobą łagodną i która miała iście włoski, wybuchowy temperament została przez Kraszewskiego przedstawiona, jako niezmiernie antypatyczne babsko, intrygujące, wymuszające na otoczeniu zachowania zgodne z jej oczekiwaniami; a to pieniędzmi, a to oszczerstwami, a to znieważaniem, a to płaczem, histerią i rzucaniem się na podłogę. Do tego Bona Kraszewskiego to osoba dość ograniczona, nie potrafiąca logicznie myśleć, kłamiąca, kłótliwa, myśląca wyłącznie o sobie i swoich potrzebach. Intrygantka szkodząca interesom Rzeczpospolitej. Chyba dla równowagi młodą, niedoświadczoną, chorowitą, niezbyt bystrą królową Elżbietę przedstawił Kraszewski, jako dziewczę anielskiej cierpliwości, ogromnej pokorności, dobrotliwości, niewinną dzieweczkę szczutą na każdym kroku przez teściową. Ciekawa jestem, co było przyczyną ukazania tak nieprawdziwego wizerunku jednej z najlepszych polskich władczyń. Jedyną logiczną odpowiedzią, jaka mi się nasuwa była potrzeba pokazania bohaterki, która stanowiłaby tło dla tej w gruncie rzeczy romansowo-obyczajowej opowieści. Bo tak prawdę mówiąc historii w Dwóch królowych niewiele. Można natomiast poznać tło obyczajowe epoki; warunki życia na Wawelu, ceremoniał zaślubin, zwyczaje panujące na dworze, a także intrygi, rywalizację, tworzenie się koterii i stronnictw.

Jednak Dwie królowe to przede wszystkim romansidło z historycznymi postaciami w tle. Zdecydowaną większość fabuły zajmują miłosne intrygi, jakie snują kochanka Augusta - Dżemma, aby zatrzymać przy sobie młodego króla, Bona, aby odciągnąć go od nowo poślubionej żony, Pietrek Dudycz, aby zdobyć piękną Dżemmę, która byłaby doskonałym nabytkiem dla nieatrakcyjnego starego kawalera i zabezpieczeniem jego pozycji na królewskim dworze.

Osobiście nie przepadam za romansami, może dlatego (oraz z powodu stronniczości Kraszewskiego) książka nie przypadła mi do gustu. Nie mogę jednak powiedzieć, że jej lekturę uważam za czas stracony, jest w niej historyczne tło, jest nakreślenie sytuacji na dworze, no i dzięki niej nabrałam ochoty na poznanie prawdziwych losów królowej Bony Sforzy, a to wcale niemało.

Moja ocena 3,5/6
Książkę przeczytałam w ramach trzech wyzwań; stosikowe losowanie u Anny, Trójka E-pik u Sardegny (książka, którą chciałam przeczytać w 2012 roku), wyzwanie Kraszewski.
Na zdjęciu nagrobek królowej Bony (za XII wiecznym cyborium) w Bazylice Św. Mikołaja w Bari autorstwa Santi Gucci (tzn. nagrobek jego autorstwa. Zdjęcie moje)