Łączna liczba wyświetleń

sobota, 15 lipca 2023

Cicho, jak we śnie Donna Leon (lato z kryminałem)

Wydawnictwo Noir Sur Blanc z 2001 r.
Koleżanka, która podarowała mi książkę o weneckich tropach w powieściach Donny Leon zaraziła mnie zainteresowaniem dochodzeniami komisarza Brunetti. Poza oczywistym tłem i możliwością przeniesienia na place, mosty i wody Wenecji polubiłam Guido i jego żonę Paolę, nabrałam sympatii dla sierżanta Vianellego, podziwem obdarzyłam sekretarkę vice questore Patty signorinę Elettrę. Ze smakiem czytam opisy spożywanych przez rodzinę komisarza potraw i z ciekawością zaglądam do czytanych przez niego i jego żonę książek. Jedyne, co mnie martwi to fakt, iż po lekturze pozostaje pewien smutek wynikający z faktu, iż choć sprawca zbrodni zostaje wykryty to sprawiedliwości nie zawsze staje się zadość. A wszystko z przyczyn, na które ani komisarz, ani jego współpracownicy nie mają wpływu (koneksje przestępców w najwyższych kręgach władzy lub niedoskonałość systemu prawnego, który nie pozwala ukarać sprawcy).

W powieści Cicho, jak we śnie Brunettiego odwiedza młoda zakonnica, która kilka miesięcy wcześniej zajmowała się matką komisarza w jednym z domów opieki. Siostra Imolata opowiada o dziwnych (jej zdaniem) przypadkach śmierci starszych pensjonariuszy. Wydają się one jej podejrzane, choć sama nie potrafi tego uzasadnić, bo w końcu starzy ludzie umierają, a to, że zapisują swe majątki także opiekunom z domów opieki nie musi stanowić powodu do niepokoju.

Autorka, zgodnie z internetowymi informacjami, nie zgadza się na publikację swych książek we Włoszech z uwagi na to, iż mocno krytykuje skorumpowanie władzy i sieć powiązań, która sprawia, iż ustosunkowani prawie nigdy nie zostają pociągnięci do odpowiedzialności. Myślę, że opis panujących na półwyspie Apenińskim stosunków nie odbiega od tych, które rządzą dzisiejszym światem.

Nie przeszkadza to jednak komisarzowi podejmować wszelkie działania, które jeśli nawet nie doprowadzą do ukarania sprawcy, to mogą doprowadzić do ukrócenia procederu przestępczego.

W Cicho, jak we śnie negatywnym bohaterem są przedstawiciele kościoła katolickiego. Chciałam napisać, iż mamy do czynienia z łamaniem ostatniego przykazania dekalogu, ale jest to nieco bardziej skomplikowane. Które przykazanie łamie dorosły wykorzystujący dziecko, a które osoba żerująca na nieporadności, naiwności, bądź wierze osób starszych, a które organizacja z przestępczymi mackami sięgającymi Watykanu i wpływami sprawiającymi, że na sam dźwięk jej nazwy cierpnie skóra. Pomysłowość współczesnych sprawiła, że dekalog stał się zbyt ubogi, aby pomieścić całą gamę ludzkich niegodziwości.

Oczywiście nie mogło zabraknąć opisów Paoli pogrążonej w lekturze.

(Guido) Zastał ją (Paolę), tak jak się spodziewał, w ulubionym wysłużonym fotelu; siedziała z jedną nogą podwiniętą, w prawej ręce trzymała długopis, w lewej otwartą książkę. Oderwała od niej wzrok, kiedy wchodził i przesłała mu całusa, ale zaraz znów pogrążyła się w lekturze. Brunetti usiadł naprzeciwko żony na kanapie, po chwili jednak postanowił się położyć. Ugniótł dwie aksamitne poduszki i wsunął je sobie pod głowę. Utkwił wzrok w sufit, zamknął oczy; wiedział, że Paola będzie gotowa poświęcić mu uwagę, gdy tylko doczyta do końca interesujący fragment. (str.100) Chwilę dalej komisarz opowiada zaskoczony żonie, iż zastał jej matkę nad lekturą, a zdziwiło go nie tyle to, że czyta, ale co czyta (Podróż na okręcie Beagle Darwina). Przyznam, że również zdziwiła mnie ta lektura, zdziwiła, ale i zainteresowała.
Tak to zwykły kryminał poza swą warstwą rozrywkową (lektury lekkiej, łatwej i dość przyjemnej mimo skażenia zbrodnią) może nieść wartość poznawczą. Kto wie, może i ja sięgnę po Darwina.
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.
 

niedziela, 18 czerwca 2023

Ocalić sztukę Bożena Fabiani (Włochy podczas II wojny światowej)

Mojżesz Michała Anioła
Tematyka ratowania dzieł sztuki w trakcie dziejowych kataklizmów jest bliska wszystkim pasjonatom sztuki. Na co dzień odwiedzając galerie rzadko zastanawiamy się, jakim sposobem to czy inne dzieło przetrwało do naszych czasów. Myśli  nachodzą nas w obliczu takich dramatów, jak powodzie, trzęsienia ziemi, pożary, rewolucje, akty terroru czy wojny.

Autorka (podobnie jak Robert Edsel autor książki Na ratunek Italii) skupia się na kwestii ratowania zabytków znajdujących się na terenie Włoch. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem na terenie tego państwa znajduje się niezwykłe bogactwo niematerialne ludzkości; dziedzictwo kulturowe pokoleń o bezcennej wartości, która ma też wymiar materialny liczony w kwotach, od których można by dostać zawrotu głowy.

I choć lektura może momentami wydawać się nużąca, kiedy wyliczane są po kolei dzieła znajdujące się na terenie działań wojennych, sposób ich zabezpieczenia, bądź brak podjętych działań, nazwiska osób zaangażowanych w ich ochronę, a potem opisy bezmiaru zniszczeń wojennych i strat w tychże dziełach to jest to działanie zamierzone. Pokazuje ono, jak wielką pracę musieli wykonać zarówno obrońcy zabytków, jak i zwykli ludzie, dla których ocalenie piękna było zadaniem ważniejszym czasami niż własne życie.
David Donatella


Książka zawiera kilka dygresji artystycznych dotyczących ratowanych dzieł sztuki. Jedna z nich dotyczy Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci.
Cud ocalenia był cudem połowicznym, bowiem fresk uległ nieodwracalnym zniszczeniom. Narażony na działanie pleśni (szczelnie osłonięty workami z piaskiem) wymagał natychmiastowej konserwacji. Niestety osoby, które się nią zajmowały działając pod presją czasu, braku właściwych środków, nie zawsze dostatecznie biegłe w swym fachu spowodowały, iż to co możemy dziś oglądać w refektarzu jest jedynie cieniem dzieła Leonardo.

Tu pozwolę sobie na dość obszerny cytat z notatek Kennetha Clarka (członka ekipy obrońców zabytków, który przywołuje też autorka)

Św. Piotr o zbrodniczo niskim czole jest jedną z najbardziej niepokojących postaci z całego malowidła, gdy tymczasem kopie ukazują, że pierwotnie jego głowa była odchylona do tyłu i widoczna w dużym skrócie. Twórca przemalowań nie mógł dać sobie rady z tym trudnym rysunkowo skrótem i potraktował go jako deformację. Podobnie nie udało mu się uporać z niezwykłym upozowaniem głów Judasza i św. Andrzeja. Na podstawie kopii wiemy, że Judasz był początkowo przedstawiony en profil perdu (z profilu zaledwie widocznego z głową uciekającą w bok), co potwierdza także rysunek samego Leonarda znajdujący się w Windsorze. Podczas konserwacji namalowano go w w pełnym profilu i wpłynęło to niekorzystnie na wyraz tej złowrogiej twarzy. Św. Andrzej widoczny był w niemal doskonałym profilu, który przemalowanie zmieniło w konwencjonalne en trois quart (w trzech czwartych), a w dodatku przekształciło dostojne oblicze starca w odrażającą maskę małpiej hipokryzji. Głowa Św. Jakuba całkowicie dziełem konserwatora i w pełni świadczy, jak nie dorastał on do tego zadania. (str. 307)
Chory Bachus Carravaggio


… Przepadło bardzo wiele, także stroje. Leonardo nie chciał, żeby ubiory apostołów kojarzyły się z ich rzemiosłem, z rybołówstwem. Chciał, żeby podkreślały ich misję apostolską. Był zarówno przeciwnikiem aktualizacji w sztuce sakralnej, jak i antykizacji, i ubrał ich po swojemu: „stwarzałem moje suknie, moje płaszcze i ich fałdy, podług moich ciał!”-napisał. Powstaje pytanie, dlaczego wobec tego trwają kosztowne starania o ocalenie dzieła tak skażonego? Sam mistrz pewnie by się śmiertelnie przeraził, gdyby zobaczył dzisiaj, co się zrobiło z jego dzieła. Więc dlaczego tak o nie walczymy?

Dlatego, że mimo wszystko nadal jest to arcydzieło, błysk talentu. Pozostało tu coś, czego ani wodom gruntowym, ani konserwatorom sprzed lat, ani powojennej pleśni nie udało się zniszczyć; koncepcja i klimat malowidła z dwunastoma postaciami wielkości ponadnaturalnej, ukazanymi inaczej, niż to zrobiło wielu artystów przedstawiających ten sam temat. ….(str. 308).

Leonardo …. podłożył dynamit pod zebranych apostołów, wpadł na pomysł, żeby oprzeć treść obrazu na słowach Jezusa zapowiadających, że jeden z was mnie wyda”. Można wyobrazić sobie, jakie to wywołało poruszenie! Jeden z nas? Kto na miłość boską? Malarz wsadził kij w mrowisko i zamienił go w pędzel. Studiował w miarę możliwości duszę każdego z apostołów z osobna, żeby odgadnąć jego reakcję, do tego dobierał gesty, zeby widz łatwo mógł odgadnąć z ich ruchów myśl ich ducha”, jak napisał, a wszystko notował słowami i rysunkami. O Piotrze wiedział, że miał temperament porywczy, więc zerwał go ze stołka z nożem w ręce i nachylił ku Janowi nad Judaszem (bo zdrajcę posadził między nimi) z prośbą, by spytał, kto to taki, a on już się z nim porachuje! Jan z natury łagodny, posmutniał i- jak wiemy z Ewangelii- zadał pytanie Rabbiemu i uzyskał odpowiedź. (str. 309).
 Piza Plac Cudów


Tu wyjaśnia się zagadka pozornie niczyjej ręki z nożem (dzieła nieudolnego konserwatora).

O trudnościach na jakie napotykali obrońcy sztuki pisałam w poście dotyczącym książki Roberta Edsela (o braku samochodów, paliwa, skrzyń do przewozu, materiałów do osłony, konserwacji, zakwaterowania, żywności, przepustek, zezwoleń, o nalotach, ostrzałach, indolencji, głupocie, braku wiedzy, świadomości, pazerności i chęci przypodobania się zwierzchnikom, naiwności i wadze przypadku, który raz obracał bezcenne dzieło sztuki w nicość, a innym razem sprawiał, że tuż obok doszczętnie zburzonej ściany świątyni ostał się nietknięty obraz czy rzeźba.

Jest też mowa o paradoksach historii jak stawianie pomników złodziejom, zapominanie o bohaterach, czy brak odpowiedzialności zbrodniarzy. Jest taka scenka wspominana przez jednego z obrońców dzieł sztuki, kiedy oni tułają się bez zakwaterowania i wyżywienia, a niemieccy oficerowie w galowych mundurach w najlepszych ocalałych hotelach piją szampana z okazji zakończenia wojny, którą przegrali. Zamieszczone w książce ilustracje (mimo, że słabej jakości) dają wyobrażenie zniszczeń i cudem wydaje się to, że tak wiele dzieł zdołano uratować. Książkę kończy wzruszająca scena powrotu dzieł sztuki do domu, do galerii, w których do dziś możemy je podziwiać. I choć od zakończenia wojny minęło prawie osiemdziesiąt lat do dziś nie odnaleziono zagrabionych wówczas 1653 dzieł-rzeźb, arrasów, mebli, wyrobów rzemiosła artystycznego i przede wszystkim obrazów. To kolejna książka, którą dobrze mieć na półce, aby od czasu do czasu do niej zerknąć, może przy kolejnym wydaniu przydałby się indeks nazwisk i dzieł sztuki, aby łatwiej można było odszukać interesującą w danej chwili pozycję. I choć książka zawiera ogrom informacji czytałam jednym tchem i z wielkim zainteresowaniem.
freski Ghirlandaio w Santa Maria Novella

Bo jak napisał Leonardo da Vinci sztuka leczy z nieokrzesania pierwotnego. A ja dodam sztuka nadaje sens naszej egzystencji, dlatego tak ważne jest aby wiecznie trwała.
Dzięki uprzejmości kolegi Tomka dostałam namiar na film będący ilustracją działań Obrońców sztuki (Monuments Man). Polecam (poza treścią wspaniała obsada)
Cytaty z książki Ocalić sztukę Bożena Fabiani Wydawnictwo PWN rok 2019
Książka przeczytana w ramach wyzwania stosikowe losowanie u Anny

niedziela, 11 czerwca 2023

Sindbad powraca do domu Sandor Marai


Wydawnictwo Czytelnik rok 2008 (seria z Nike

Czy ja już pisałam, że uwielbiam tego człowieka? Jeśli nie to niniejszym to czynię. Zakochałam się czytając Żar, W podróży  mnie uwiodły. Każde kolejne spotkanie to była uczta duchowa. Potknęłam się na Zielniku, który może zbyt zachłannie chciałam poznać.

Sindbada wzięłam tak trochę przez przypadek, szukałam na bibliotecznych półkach czegoś lekkiego, bo dwie wcześniej wybrane książki były dość ciężkie, a ja miałam mały plecak. Miniaturowe wydanie Czytelnika z serii Nike ma jednak zawartość o wiele większą niżby wskazywały na to rozmiary książeczki. W zasadzie, gdyby ktoś zapytał o czym to jest - tak jak pytają najczęściej laicy musiałabym powiedzieć o wszystkim; o człowieku dojrzałym i jego powrocie do tego, co było, a co już przeminęło, ale nadal jest w nim i w tych wszystkich ludziach, których podróż bliższa jest celu niż początku, a których wrażliwość pozwala dostrzegać to co niewidzialne dla zwykłych zjadaczy chleba. O Węgrach – narodzie dumnym i odważnym, ale nie pozbawionym wad. O kobietach, które nadają sens egzystencji mężczyzn. O słowach, które kreują rzeczywistość. O smakach, bez których życie byłoby mdłe. O barwach, które czynią świat bardziej wyrazistym. O przemijaniu i o trwaniu, o miłości i o człowieku. O wrażliwości i o duchowości, a jednocześnie jest bardzo osadzone w realnej rzeczywistości, takie swojskie z kuflem piwa, tłuszczykiem ze słoniny i palinką ze śliwek.

O tym, że Marai potrafi pisać pięknie to ja wiedziałam od dawna. Jednak do tej pory znałam go bardziej jako mistrza portretów psychologicznych. Te jego minipowieści, gdzie poznajemy bohatera poprzez jedną rozmowę, te portrety ledwie naszkicowane a tak pełne i dogłębne sięgające jądra rzeczy. Tutaj poznajemy Maraia – mistrza słów. Powrót Sindbada do domu to przepiękny namalowany słowem obraz człowieczej wędrówki. Każde zdanie mogłoby być zaledwie przyczynkiem do napisania kolejnej opowieści. Każde zdanie kryje w sobie tak wiele treści i bogactwa, że z żalem przechodzi się do następnego. 

Nie jest to powieść dla osób, które szukają fabuły, akcji, dialogów. Bohater jest literatem, który pod presją musu twórczego popartej koniecznością opłacenia rachunków pisze artykuł do gazety. Kiedy drukarz niesie go do redaktora pyta z niedowierzaniem, czy coś z tego będzie, bo w zasadzie nic się tam nie dzieje, jakiś facet przez cały czas je rybę. To zdanie można by odnieść do powieści. W zasadzie Sindbad jedynie wyszedł z domu, aby napisać artykuł do gazety, tu przysiądzie tam wymieni parę słów z redakcyjnym kolegą, tu zagada do kelnera, czy dorożkarza.

Ileż spokoju i pogodzenia się ze światem zawiera poniższy fragment.

..Najpiękniejsza rzecz w życiu, przeżyć raz jeszcze majowy poranek, zanurzyć twarz w zmysłowych zapachach i oparach wiosennego słońca, wiedzieć, że życie mamy za sobą i nic nas już nigdy więcej nie zaboli, kobiety mogą sobie kłamać ile chcą, mężczyźni zdzierać pieniądze i zaprzątać głowę podłymi machinacjami, ale już my wiemy, że życie obojętnie toczy się dalej, z nami i bez nas, i wszystko przez co cierpimy, rozpłynie się w czasie i słonecznej przestrzeni tak samo, jak pod wpływem majowego słońca rozpływa się wisząca nad Dunajem mgła... (str. 29).
 
Nie wiem dlaczego, ale poniższe zdanie przypomina mi pewien wieczór poetycki, na którym czytano dzieła romantyków, a nam wówczas licealistom roiły się bohaterskie czyny i śpiewaliśmy ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie.

I widział dawny, zadymiony i niespokojny panteon, ów niezwykły, podekscytowany Olimp, gdzie w lożach na piętrze i w cieniu spiralnie zakręconych kolumn przysiadało, dyskutowało, marzyło, snuło plany i oczekiwało na coś pokolenie, którego największym zmartwieniem - poza dzienną porcją papierosów i sumą potrzebną na kolację - była jednak węgierska kultura, wiersz i proza, sen i upojenie, owo święte, nieziemskie odurzenie, które z rojeń, dymu papierosowego, przeżyć, losu, chorób i gorączkowych zamiarów, kultury i pomysłów ulepiło zamek z marzeń, wieczne i nieprzemijające Święte Węgry. [Albowiem Sindbad i dawni pisarze uważali swoją ojczyznę za świętą, ze wszystkimi jej grzechami i obrzydliwościami, podobnie, jak Dostojewski, dla którego święta była jego Rosja]. (Str. 75)

Wszyscy oni byli tu jeszcze wczoraj, w tych salach, pomiędzy śmiesznymi dekoracjami wytartej barokowej pompy, tu popijali gorzką kawę, pogryzali przekąski „literatki”, wspominali prowincjonalne zmierzchy i paryskie świty, dyskutowali o pieniądzach, Wiktorze Hugo i prawach Tiborca (postać z dramatu węgierskiego), szumieli i robili interesy, pisali i marzyli, i tak razem zachowywali i wyrażali coś, co było treścią i sensem Węgier. (str. 83)

Sindbad jak jego miano wskazuje to żeglarz - podróżnik. Jednak Sindbad nigdy nie był za granicą. O obcych krajach czytał tylko w ilustrowanych magazynach, bo był zdania, że dżentelmen nie powinien włóczyć się po świecie, gdzie podają podejrzane wina i potrawy przyrządzane z niewiadomych produktów, a kobiety kłamią w niezrozumiałym języku (str.126)

Jest taki opis spożywania obiadu w restauracji Londyn, (gdzie z biciem serca wszyscy oczekiwali na werdykt gościa dotyczący degustowanego trunku), niezwykle smakowity a przy tym zabarwiony nostalgią. .... Choć szef Londynu tym razem przeszedł samego siebie - szczęśliwie znalazł jeszcze kawałek mięsa z kością, które do niej ściśle przylegało, otaczało ją, było wystarczająco soczyste i zawierało spore kawałeczki tłuszczu, jak żeglarz lubił, a ponadto do wołowiny podał jeszcze wyciskającą łzy, ostrą drobną zieloną paprykę w occie - tym jednak razem karmił się bardziej wspomnieniem niż obiadem. Albowiem uczucie, które tego dziwnego majowego dnia ani na chwilę nie opuszczało serca żeglarza - że coś się kończy, jakiś styl, jakiś tryb życia, a może samo życie w ogóle?...-towarzyszyło mu również w czasie obiadu. Jadł z tym drążącym go, skrywanym niepokojem, i kilkakrotnie pogłaskał pod marynarką miejsce serca, bo w środku coś go bolało i pulsowało. (str. 162)

A po dobrym obiedzie musi być dobre wino. Niestety prawie już nie ma dawnych winiarni. A tylko tam Sindbad lubił kosztować wino.  Sindbad lubił wino tylko tam, gdzie poważnym mężczyznom nie przeszkadzają hałaśliwi ludzie, chichoczące i wprowadzające zamieszanie niewiasty ani zagadujący człowieka przygodni alkoholicy. Podobnie, jak bardzo mądre kobiety, które nie lubią, gdy podczas pieszczot i pocałunków mężczyzna przemawia do nich, co jest zupełnie niepotrzebne, ponieważ mowa jedynie odwraca uwagę od miłości, tak samo Sindbad nie lubił, gdy w winiarni nazbyt rozmowni sąsiedzi przy stoliku zakłócali próżnymi opowieściami i bezmyślnym wielosłowiem ten wyjątkowy, milczący, pełen godności i skupienia stan ducha, jaki charakteryzował nastrój człowieka popijającego wino (str.170). .. Wino było dla Węgra druhem, jak rumak i broń, towarzyszyło mu w zmaganiach życiowych, jak niegdyś giermkowie rycerzowi, wino pomagało znieść beznadziejność i bezsensowność życia, węgierskie wino zachowało w sobie coś z zapachu ziemi uprawianej krwią, potem i odwieczną pracą, walką i rozpaczą, lecz także światłem słońca, kiedy jego jesienne promienie okrywają złotym welonem obficie obsypane pomarszczonymi gronami winnymi, pachnące słodyczą wzgórza Tokaju czy Badacsony. (Str. 173)

Sindbad powraca do domu to najlepsza książka Maraia, jaką do tej pory przeczytałam, a przeczytałam ich kilka. Książka, którą chce się mieć na własnej półce. Niestety brak jej w księgarniach, a cena na allegro jest bardzo wysoka, ale nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się ją kupić.

A ja cóż? Ciągle w podróży, jeszcze nie wracam do domu. Jeszcze się łudzę i roję, jeszcze kleję połamane skrzydła ... A jutro wyruszam na kolejną krótką wyprawę.

wtorek, 30 maja 2023

Wiwisekcja Patrick White, czyli bardzo krótka recenzja subiektywna

Poprzednie spotkanie z Noblistą (Przepaska z liści) wysoko podniosło poprzeczkę oczekiwań w stosunku do autora. Zachwyt nad językiem, wspaniałe studium psychologiczne bohaterki, dylematy moralne zmuszające do zadawania trudnych pytań, piękno australijskiej przyrody, wyraziste postacie drugoplanowe scharakteryzowane czasami zaledwie jednym zdaniem - to wszystko zawierała w sobie lektura Przepaski z liści.

Wiwisekcja (czyli wg definicji szczegółowa analiza czyjejś osobowości albo doświadczenie na żywym organizmie) to studium postaci malarza Hurtle'a Duffielda, który jako kilkuletnie dziecko został przez swych rodziców odsprzedany bogatej rodzinie Courtneyów. Matka sądziła, iż w ten sposób zapewni mu lepsze życie, da możliwość rozwijania talentów. Hurtle finalnie staje się rozpoznawalnym i cenionym malarzem, choć jego obrazy są dość kontrowersyjne. Hurtle maluje to co brzydkie, dziwne, wstydliwe. Jest malarzem awangardowym, którego sztukę rozumie niewielu, a jednak osiąga sukces. Nie potrafiąc nawiązać żadnych relacji z ludźmi szuka sensu w sztuce, chce znaleźć w niej prawdę o życiu i człowieku poprzez obnażanie jego słabości. Mam mieszane uczucia związane z tą lekturą. Z jednej strony napisana jest pięknym literackim językiem, przyjemnie się to czyta jeśli uda się skupić na lekturze, bo jest ona wymagająca, moim zdaniem o wiele bardziej niż Przepaska z liści, gdzie słowa płynęły wartkim potokiem. Przy lekturze Wiwisekcji trzeba uważać, aby niesione nurtem wód myśli nam nie odpłynęły, a my wraz z nimi gdzieś daleko poza kręgi powieści. A jest to powieść obszerna liczy osiemset stron. Jej lektura zajęła mi sporo czasu właśnie z powodu owego odpływania myśli poza nurt główny. A z drugiej strony poczułam jakiś zawód, że tym razem autor skupił się na brzydkiej stronie życia, tym co wynaturzone, kalekie, wstydliwe. Doskonale rozumiem to, że tacy jesteśmy, takie jest życie, niemniej zawsze, a ostatnio jeszcze intensywniej skupiam się na jasnej stronie życia i to ona mnie bardziej pociąga. Jest w tej powieści artyzm w opisie twórczych zmagań bohatera i jego prób wypowiedzenia się przez sztukę, ale ten artyzm do mnie nie przemówił. Reasumując, jeśli nie znacie twórczości White to nie polecam Wiwisekcji na książkę pierwszego kontaktu. Natomiast, jeśli już czytaliście noblistę, to koniecznie spróbujcie, bo warto przekonać się samemu, czy książka was bardziej zachwyci,  rozczaruje, a może znuży.

sobota, 27 maja 2023

Majowy Wrocław

W japońskim ogródku
Z góry przepraszam za długość wpisu. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Wrocław siedem lat temu nie sądziłam, że będę doń wracać tak często i chętnie. W połowie maja odwiedziłam go po raz czwarty. Tym razem wybrałam się z koleżanką, co ma swoje plusy (poza tak oczywistymi, jak wspólne świata oglądanie, czy towarzystwo przy posiłkach większa ilość zdjęć piszącej. Zdjęć tych nie publikuję, chronię prywatność, niemniej przyjemnie się je ogląda i pokazuje bliskim)



Ogrody Japoński i Botaniczny i przyległości Mamy różne gusta, jeden lubi poznawać miasta przyglądając się im z najwyższych punktów widokowych, inny lubi poznawać je poprzez puby, są tacy którzy lubiąc odwiedzać Zoo, inni aquaparki, a jeszcze inni kościoły, są i tacy, którzy biegają po galeriach.. handlowych. Ale miejscem które pogodzi wszystkich są parki i ogrody, a te we Wrocławiu są szczególnie piękne.

Ogródek japoński w Parku Szczytnickim jest może mały, ale za to bardzo klimatyczny. Jeden mały mostek, kilka pomostów, fontanna, parę kamiennych latarenek, parę rybek w stawie i kilka bonzai i cały ogrom roślinności we wszelkich kolorach i rodzajach. Miałyśmy szczęście odwiedzając go we wtorkowy poranek, kiedy nie ma jeszcze tłumów. Poza wycieczką młodzieży szkolnej oraz grupką japońskich turystów (czego Japończycy szukali w Ogródku Japońskim we Wrocławiu?) byłyśmy same. My i słońce. I to był niezwykle miły czas.
W ogródku japońskim

Będąc w Parku Szczytnickim nie da się przeoczyć Hali Stulecia. Ten modernistyczny budynek od pierwszego spotkania nie wzbudził mojej sympatii. Jednak fakt, że istnieje od początku ubiegłego wieku a powstał w stulecie zwycięstwa Prus nad Napoleonem w bitwie Narodów (pod Lipskiem) – budzi szacunek dla budowli. Szacunek, jaki darzymy historię i wiekowość (ludzi i rzeczy). W momencie powstania Hala była jedną z najbardziej nowoczesnych budowli na świecie. I choć osobiście nie przepadam za modernizmem (zwycięstwem funkcjonalności nad dekoracyjnością) to doceniam prostotę. W połączeniu z Pawilonem Czterech Kopuł Hala Stulecia tworzy spójną całość. Pawilon odwiedziłyśmy w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłybyśmy odpocząć i napić się kawy po wizycie w Ogródku i obejrzeniu wystawy, o której poniżej.

Nie spodziewałam się, iż wewnątrz wiekowej budowli znajdzie się tak ciekawa przestrzeń. Pawilon będący łącznikiem pomiędzy salami usytuowanymi pod czterema kopułami to ogromna przeszklona hala, cała na biało, białe ściany (no prawie białe), białe podłogi, białe krzesełka. Ten monochromatyzm przełamuje jedyny kolorowy element - sporej wielkości dmuchane gwiazdy, mnie skojarzyły się z palmami (stanowiące część wystawy Otto Piene. Gwiazdy). Może szkoda, że nie odwiedziłyśmy tej wystawy, ale dopiero co wyszłyśmy z innej.

Pawilon Czterech kopuł
To miejsce idealne na wypoczynek. Kawa i małe co nieco dopełniały przyjemności tego słonecznego, pięknego dnia.

W Ogrodzie Botanicznym na Ostrowie Tumskim pierwsza refleksja była taka, że aby obejrzeć całość należałby wykupić całoroczny karnet. Ogród ma powierzchnię ponad siedmiu hektarów. Moim ulubionym zakątkiem jest ta jego część, która leży najbliżej kolegiaty Św. Krzyża i Św. Bartłomieja. Rosną tam kwiaty sezonowe. Podczas poprzedniej wizyty trafiłam na festiwal dalii, tym razem zaczynały przekwitać tulipany. Nadal jeszcze cieszyły wzrok swą różnorodnością. Najbardziej spodobał mi się Vincent Van Gogh – barwy ciemno bordowej z postrzępionymi płatkami kwiatów. W tym roku zwróciłam też uwagę na tulipany o bardziej pełnych koronach (jak Copper Image). Żałowałam natomiast, że moje kochane piwonie były jeszcze w pączkach. 

Ogród botaniczny

Tulipany Vincent Van Gogh

 

Tulipany Copper Image

W ogrodzie botanicznym

W ogrodzie botanicznym

Wystawy

Impresjoniści multimedialnie. Tę wystawę odwiedziłyśmy będąc w Parku Szczytnickim. Są to tak modne ostatnio wyświetlane na ścianach i podłodze obrazy impresjonistów, które mają sprawiać wrażenie wejścia w obraz. Widz jest nimi otoczony ze wszech stron, zanurza się w świecie sztuki, staje się jego częścią. Oglądałam z dziesięć lat temu wystawę Van Gogh multimedialnie i wyszłam z niej ogromnie rozczarowana, bowiem nie poczułam się ani częścią dzieła sztuki, ani zanurzona w obrazie. Postanowiłam jednak dać szansę ponownie zakładając, iż być może tracę coś cennego, skoro opinie (w tym moich znajomch) są entuazjastyczne. Ekranem dla obrazów były ściany ogromnej hali i jej podłoga, przy czym nie na wszystkich pokazywano ten sam obraz, było ich kilka, więc najlepiej było oglądać leżąc na ziemi na specjalnych pufach. Wystawa dotyczyła kilku najbardziej znanych malarzy i ich najbardziej znanych obrazów (Monet, Degas, Renoire, Signac, Lautrec, Rousseau, Van Gogh, Pissarro). No cóż nie jest to obcowanie ze sztuką, jaką możemy oglądać w galeriach, ale nie o to w tym chyba chodzi. Jest to pomysł na rozpowszechnianie sztuki i jej przekazywanie w odmienny sposób. Myślę, że większość z oglądających nie znała ani nazwisk twórców ani ich dzieł (co może się wydać niepojętym, ale przecież nie każdy musi się znać na sztuce, nawet w tak podstawowym zakresie), miała ona zatem wartość poznawczą. Słyszałam zdania szczerego zachwytu; jakie to ładne, ale piękne, popatrz tylko na te kwiaty, drzewa. To było budujące, w pewnym momencie złapałam się na tym, że nie oglądam doskonale mi znanych dzieł, a reakcje oglądających. Finalnie przyznałam, że ta krótka (półgodzinna prezentacja) sprawiła i mnie przyjemność. Miło się leży w otoczeniu ładnych obrazów. Nawet jeśli to tylko doznania wirtualne.


Na wystawie mój ukochany migdałowiec Van Gogha

Miro i Dali w Muzeum Miejskim oraz malarze śląscy Choć ani Miro, ani Dali nie należą do szczególnie lubianych przeze mnie malarzy nie mogłam sobie odmówić odwiedzenia wystawy grafik pierwszego oraz ilustracji do książek drugiego. Grafiki Miro nie przypadły nam do gustu, ale ponieważ wzbudziły w nas pewne uczucia (nawet jeśli były to uczucia niepochlebne twórcy) cel tworzenia został osiągnięty. Ilustracje Dalego były ciekawe, zwłaszcza ilustracje do Boskiej Komedii i Don Kichota. Trudno było mi ustosunkować się do ilustracji do Gargantui i Panatgruela, bowiem jest to dzieło znane mi jedynie z tytułu. Wystawa Dalego miała miejsce w sali Ratusza co dodawało jej dodatkowego uroku. 


Idąc na wystawę Miro niejako przy okazji obejrzałyśmy niektóre zbiory Muzeum w Pałacu Królewskim. I te obrazy oglądane przy okazji okazały się naszym odkryciem. Najpierw niewielka, ale ciekawa wystawa pana Stanisława Kukli (z Sokołowskiem w roli głównej), potem pejzaże i fragmenty architektury namalowane przez śląskich malarzy (uroczy widok Uniwersytetu czy Rynku) i w końcu przecudnej urody Krajobraz leśny z wodnym młynem Roberta Śliwińskiego. W internecie znalazłam tylko kilka jego obrazów, a żaden tak uroczy jak ten znajdujący się w Pałacu.

Krajobraz leśny z wodnym młynem Robert Śliwiński


Dzielnica Czterech Wyzwań Nowa Giełda Pewnego poranka idąc na spacer przed śniadaniem trafiłam za Narodowym Centrum Muzyki na ciekawy budynek, który okazał się budynkiem Nowej Giełdy. Moją uwagę jeszcze tego samego dnia zwrócił znajdujący się przy placu Solnym budynek, który okazał się budynkiem Starej Giełdy.

Budynek Nowej Giełdy
W konkursie na budowę Nowego budynku Giełdy (1863 r.) wybrano projekt architekta Karla Ludecke, a właściwie dwa projekty tego pana. Jeden w stylu neogotyckim, drugi neorenesansowym i zażyczono sobie, aby połączyć oba w jednej budowli. Tym sposobem powstał budynek o nieco dziwnym, acz ciekawych stylu. Zwrócił moją uwagę, zastanawiałam się, czy mi się podoba, czy też nie i doszłam do wniosku, że jest interesujący. Nie wiem dlaczego przypominał mi florencką świątynię Orsanmichele, czyżby dlatego, że i tamten budynek służył do handlu, a może z powodu kształtu okien i rzeźb postaci. Tyle, że tam byli to święci, tutaj personifikacje rolnictwa, pasterstwa, handlu i żeglugi, które zdobią fronton fasady. Handel ma twarz architekta Karla Ludeckego. Na skrajach balustrady umieszczono personifikacje górnictwa i hutnictwa. W budynku koncertował Ignacy Paderewski, o czym przypomina tablica pamiątkowa. Na pobliskiej Promenadzie Staromiejskiej znajduje się popiersie tego wybitnego muzyka i męża stanu.

Stara Giełda Mieściła się w dawnej rezydencji rajcy Rehdigera, który w drugiej połowie szesnastego wieku w miejscu dwóch gotyckich kamienic nakazał wznieść budowlę w stylu włoskiego renesansu. W połowie wieku XVII przebudowany pałacyk został zakupiony przez gildię kupiecką. Na początku XIX wieku dokonano przebudowy pałacyku w stylu neorenesansowym i neoklasycystycznym, wg projektu Carla Ferdinanda Langhansa, który dodał portyk wejściowy, cztery kolumny korynckie podpierające ozdobny balkon i cztery orły w narożach dachu. W herbie budynku widnieje W oznaczające Wratysława założyciela miasta, lecz brakuje innych elementów miejskiego herbu, na znak sprzeciwu przeciw władzom miejskim, które wymuszały płacenie podatków.

Kryształowa Planeta

Kryształowa Planeta Podczas poprzedniego pobytu we Wrocławiu zachwycił mnie pomnik Angelusa Silesiusa na dziedzińcu Ossolineum, o którym wspominałam tutaj. Nie zwróciłam wówczas uwagi na nazwisko twórcy pomnika. Tym razem szukając informacji na temat autorki pomnika Kryształowa Planeta pani Ewy Rossano trafiłam na informację o jej autorstwie pomnika Anioła Ślązaka. Kryształowa Planeta to kobieta, której suknią jest kula ziemska. Kryształowa Planeta ma symbolizować jedność współczesnego świata mimo jego różnic. Nie na darmo stanęła w miejscu nazywanym bramą dzielnicy Czterech wyznań, gdzie znajdują się świątynie katolicka, ewangelicka, prawosławna i żydowska.

Wyznanie judaistyczne reprezentuje Synagoga pod białym bocianem, projekt Carla Ferdinanda Langhansa, tego samego architekta, który zaprojektował budynek Starej Giełdy, a także Opery Wrocławskiej. Ciekawostką jest fakt, iż Carl był synem Carla Gotharda Langhansa, architekta, który zaprojektował Bramę Brandenburską w Berlinie.


Narodowe Centrum Muzyki


W Narodowym Centrum Muzyki

Podczas poprzedniej wizyty w mieście odkryłam NCM będąc na koncercie, który niespecjalnie przypadł mi do gustu, natomiast budynek mnie zachwycił. Z zewnątrz nie wydaje się specjalnie ciekawy, ot taka prosta współczesna, minimalistyczna w formie bryła. Należy jednak wejść do środka, aby obejrzeć piękny, dostojny wygląd, w którym przeważa biało-czarny wystrój przypominający klawisze fortepianu. Ściany i balustrady pokryte są idealnie gładką materią, której odbijające światło nadaje połysk, co sprawia ciekawe wrażenia wizualne. W Centrum mieszczą się cztery sale koncertowe, a choć główna ma ponad 1800 miejsc nie sprawia wrażenia wielkiej hali, a raczej przytulnej salki koncertowej. W pobliżu Centrum znajduje się rzeźba krasnoludkowej orkiestry, jak dla mnie najciekawsza z krasnoludkowych rzeźb, choć wszystkie są urokliwe.

Krasnoludkowa orkiestra
Kulinarnie

Nie wiem, jak wy, ale ja lubię odkrywać nowe miejsca także poprzez kulinaria. Podobnie, jak podczas poprzedniego pobytu w Lublinie, tak i ty razem trafiłyśmy z Asią na bardzo smakowite potrawy. Zarówno ravioli w sosie truflowym w Jatkach.2.0, zupa krem ze szparagów we Lwiej Bramie, jak i kopytka w Konspirze były przepyszne. Konspira to zresztą ciekawa knajpa z nawiązaniami do czasów PRL-u i stoliczkiem z przytwierdzonymi doń łańcuchami łyżkami rodem z Misia. Niemniej najsmaczniej i najmilej wspominam śniadanie składające się z past fasolowej, z suszonych pomidorów i orzechów nerkowca w klubokawiarni Mleczarnia (siostrze krakowskiej Mleczarni na Kazimierzu). Tam też skonsumowałyśmy przepyszny serniczek z lawendą.

Śniadanko w Mleczarni

To znowu tylko mały wycinek z podróży do Wrocławia. Wspomnę tylko o wizycie w budynku Uniwersytetu. Udało mi się w końcu odwiedzić Leopoldinę (po zakończeniu prac konserwatorskich). Jest to niezwykle widowiskowa sala reprezentacyjna o wystroju barokowym. Przy okazji byłam w sali Oratorium (i tak barok kapał ze ścian) i na wieży matematycznej, aby popatrzeć na Wrocław z góry. Największe wrażenie zrobił na mnie fakt, iż w Oratorium koncertował mistrz Paganini. Zastanawiałyśmy się, czy słuchacze mogli się skoncentrować na muzyce mając wokół siebie tyle bodźców wzrokowych. I po raz kolejny złudna nadzieja, że jeszcze do opisu wrażeń wrocławskich powrócę. 


Spotkanie z Bee Tradycyjnie we Wrocławiu spotykamy się z Bee z bloga Tokio, Paryż,  Wrocław, czyli nektar żywota. To dzięki niej spacerowałyśmy Dzielnicą Czterech Wyznań i odkryłyśmy parę ciekawych wrocławskich kamieniczek. Bardzo ci za to z Asią dziękujemy i za miłe spotkanie kawiarniane także.

Włodkowica (z widokiem na Mural Aarona