Moja wisienka na torcie, creme de la creme mojego londyńskiego pobytu, cel wyjazdu i kolejne ziszczone marzenie. Pierwszy impuls, pierwsza myśl uczestnictwa złapała mnie kilka lat temu, kiedy uczestnicząc w jubileuszowym przedstawieniu Upiora w Operze w warszawskiej Romie, usłyszałam komentarz jednej z uczestniczek przedstawienia stwierdzający z poczuciem wyższości, iż warszawskie przedstawienie nie umywa się do innych, chociażby tego w Londynie (cytuję jesteśmy całe lata świetlne za teatrami na West Endzie). Jako bezkrytyczna (wówczas) bywalczyni warszawskiej Romy w duchu wyraziłam stanowczy sprzeciw przeciwko deprecjonowaniu "narodowej sceny musicalowej", ale prawdę mówiąc nie byłam kompetentną osobą, aby się w przedmiotowej kwestii wypowiadać. Pomyślałam wówczas - a gdyby tak się kiedyś wybrać do Londynu. Pomyślałam i myśl zdusiłam w zarodku, no bo jak to tak. Do Londynu brzmiało w moich uszach niemal jak Na malucha (w znanej scenie z Kingsajz). Do tego siedliska terroryzmu, do miasta, gdzie, o zgrozo ludzie mówią w jakimś dziwnym i nieznanym mi języku (no bo angielski to ja trochę znam, ale obawiałam się, że nie jest to ten sam angielski, którym posługują się Brytyjczycy). Przecież ja sobie nie poradzę w Londynie.
I kiedy nadszedł dzień okrągłych urodzin, w którym miałam wymyślić sobie prezent - padło na Londyn. Pierwszą czynnością związaną z przygotowaniem wakacji (październikowych wakacji) było zakupienie w miesiącu lutym biletu na przedstawienie Les Mis (o moim stosunku do musicalu i paru relacjach pisałam tu i tu i tu a także o filmie tu i o książce tu), napiszę tu tylko dla zbłąkanych gości, że musicale to moja pasja, życie, są dla mnie, jak tlen, bez nich istnienie byłoby pozbawione smaku i barwy, a Les Mis to mój najukochańszy musical wszech czasów.
Ale zanim dojdę do samej wizyty w teatrze słów parę tytułem rozwiania moich (a może nie tylko moich) obaw dotyczących pobytu w Londynie. Jest to piękne miasto i nie wątpię, iż może zachwycić. W moim sercu królują jednak niepodzielnie inne i z nimi Londyn nie mógł stanąć w konkury. Nie zdradziłam ukochanych miast, ale mały romansik - czemu nie. Muszę jednak przyznać, iż Londyn ujął mnie tym, że jest to miejsce bardzo przyjazne dla turysty (przynajmniej w moim odczuciu). Jest świetnie oznakowany (podobnie jak Rzym, czy Paryż, ale o wiele lepiej od nich sprawdza się tu czynnik ludzki. Dla przykładu w Paryżu trzy godziny szukałam kasy biletowej z człowiekiem lub automatu sprzedającego bilety z formą płatności gotówkowej, bowiem oczyma wyobraźni widziałam pożartą przez maszynę kartę płatniczą. Jest to problem dla cudzoziemca, jest to też problem dla osób starszych, a zawodowe zboczenie nasuwa mi myśl o nierównym traktowaniu podmiotów - dyskryminacji nieznających języka i nie korzystających z kart płatniczych osób. Znowuż w Rzymie dość często psują się bramki wpuszczające do metra, a brak obsługi, a raczej ich niedostępność powoduje, że chcesz, czy nie chcesz musisz radzić sobie sam, a to przeskakując przez bramkę, o ile nie są to wysokie szklane drzwiczki, a to wchodząc na plecach osoby cię poprzedzającej, a to wykorzystując wejście dla niepełnosprawnych), spotkałam tu całą rzeszę osób, które zajmują się pomocą zagubionemu turyście tudzież tubylcowi; począwszy od obsługi metra, stacji kolejowych, lotniska a skończywszy na personelu galerii czy obsłudze jadłodajni a nawet policjantach udzielających wskazówek dotarcia do celu. No i kolejne pozytywne zaskoczenie - Londyńczycy (a może jedynie zatrudnieni tu cudzoziemcy) mówią bardzo ładnie po angielsku. Mimo mojej mizerii językowej zrozumiałam niemal wszystko, a czego nie zrozumiałam to wydedukowałam z całokształtu okoliczności. Dzięki Padmo, bo to ty pierwsza uspokoiłaś mnie w kwestii językowej (że prędzej spotkam w Londynie Hindusa, Polaka, czy Turka niż Brytyjczyka).
Teatry na West Endzie
Byłam jedynie w dwóch (Queens oraz Her Majesty) i w obu zauważyłam coś, co niezmiernie mnie zadziwiło. Prawie nikt nie oddawał okryć do szatni. Zapytany o powód pan szatniarz stwierdził, iż zapewne powodem jest zbyt mała szatnia (pomieszczenie dwa na trzy metry). Reszta gości trzyma płaszcze, kurtki, bluzy i swetry na kolanach. Wychowana w epoce przedlodowcowej staram się, (o ile nie idę door to door z pociągu czy samolotu do teatru) ubierać się nieco inaczej niż na co dzień. Nie noszę wieczorowych toalet, ale też nie chadzam tam w dżinsach, czy (o zgrozo) dresach. Tymczasem publika obu teatrów składała się niemal wyłącznie z ludzi, którzy wpadli tu, jakby przez przypadek, idąc z pracy bądź zakupów do domu (co oczywiście nie jest prawdą, bowiem, na dwa dni przed spektaklem, kiedy odbierałam mój pół roku wcześniej wykupiony bilet nie było już ani jednego miejsca na przedstawienie. A trzeba dodać, iż Les Mis grane jest w Londynie nieprzerwanie codziennie od dwudziestu ośmiu lat po dwa spektakle dziennie. Jak to się ma do stołecznej Romy, w której zdjęto przedstawienie z afisza po niecałych dwóch latach grania z powodu małego zainteresowania - nie podejmę się próby udzielenia odpowiedzi). Ale wracając do publiki, salę zajęły osoby ubrane nie tylko mało elegancko, ale nawet dość niechlujnie rozłożywszy na kolanach odkrycia a u nóg siatki z zakupami.
W spodniach od garnituru, wyjściowej bluzce, w butach na obcasie i z make -upem czułam się trochę, jakby nie na miejscu.
Tymczasem
Przedstawienie powitała burza oklasków, nie jakieś marne klap-klap, nie nędzne brawka, ale kaskada połączona z budzącą się energią oczekiwania na wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju widowisko. Taka sama burza oklasków towarzyszyła każdemu świetnemu wykonaniu, a było ich sporo, więc publiczność się nie oszczędzała. Kiedy w antrakcie rozbłysły światła zobaczyłam dookoła mnie już nie panów w rozciągniętych swetrach i bluzach polarowych, już nie zmęczone kobiety w niedopasowanej garderobie z siatkami pełnymi zakupów, a ludzi o śmiejących się oczach, osoby uradowane tym, że miały szczęście znaleźć się tu i teraz, że uczestniczą w czymś pięknym, radosnym, czują uniesienie, że podobnie, jak mnie chce im się tańczyć i śpiewać i nie wyobrażają sobie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, zobaczyłam całą salę pokrewnych dusz. Po zakończonym spektaklu publiczność zerwała się z miejsca (ołów w odwłokach nikomu nie ciążył) i nagrodziła artystów kolejną partią braw a potem wszyscy odśpiewaliśmy Happy Birthday jednemu z wykonawców.
Nie umiem ocenić, które z oglądanych przeze mnie spektakli było najlepsze, w kwestii Les Mis nie jestem obiektywna. Nie mogę powiedzieć, aby londyńska interpretacja, czy wykonanie różniły się znacznie od warszawskiej, (nie było ani gorsze, ani lepsze), ale jedno mogę stwierdzić na pewno, takiej harmonii świetnego wykonania z euforycznym odbiorem publiczności, takiego zjednoczenia ludzi połączonych więzią umiłowania piękna sztuki nie przeżyłam już dawno. Przydarzyło się ono na pierwszym przedstawieniu Upiora w Operze, o czym pisałam tu (pisząc o najbardziej niekomfortowych warunkach odbioru i najbardziej ekscytujących przeżyciach). Zaczynam się zastanawiać, czy radość z odbioru nie jest u mnie odwrotnie proporcjonalna do warunków odbioru.
Scenografia spektaklu przypominała mi trochę obrazy Caravaggia z ich punktowym oświetleniem, ascetyczna i skromna, cała scena pogrążona w ciemnościach, mroku, momentami oparach mgły, jedynie twarze wykonawców oświetlał dyskretny snop światła. Kostiumy tradycyjnie, jak w innych przedstawieniach raczej nędzne niż dekoracyjne. Spektakl zaspokoił moje oczekiwania wokalne i muzyczne. Orkiestra cudowna, sceny zbiorowe i zbiorowe wykonania utworów fantastyczne. Gdybym miała wybrać tylko jednego wykonawcę z całego przedstawienia byłby to Daniel Koek, występujący w roli Jean Valjeana. Ale ja nie jestem chyba obiektywna, ocenę wystawiłam już po wysłuchaniu Look down (pierwszego utworu), w chwili, kiedy pomyślałam - ja tu na pewno wrócę. No i nie muszę wspominać, że mój starannie wykonany make-up spłynął ze łzami podczas wykonania Bring Him Home.
I gdybym miała powiedzieć, co sprawiło mi największą radość podczas moich trzy tygodniowych wakacji (podczas których odwiedziłam poza Londynem, także Paryż, Wenecję, Florencję i Rzym) to byłoby to przedstawienie Les Mis.
I kiedy nadszedł dzień okrągłych urodzin, w którym miałam wymyślić sobie prezent - padło na Londyn. Pierwszą czynnością związaną z przygotowaniem wakacji (październikowych wakacji) było zakupienie w miesiącu lutym biletu na przedstawienie Les Mis (o moim stosunku do musicalu i paru relacjach pisałam tu i tu i tu a także o filmie tu i o książce tu), napiszę tu tylko dla zbłąkanych gości, że musicale to moja pasja, życie, są dla mnie, jak tlen, bez nich istnienie byłoby pozbawione smaku i barwy, a Les Mis to mój najukochańszy musical wszech czasów.
Ale zanim dojdę do samej wizyty w teatrze słów parę tytułem rozwiania moich (a może nie tylko moich) obaw dotyczących pobytu w Londynie. Jest to piękne miasto i nie wątpię, iż może zachwycić. W moim sercu królują jednak niepodzielnie inne i z nimi Londyn nie mógł stanąć w konkury. Nie zdradziłam ukochanych miast, ale mały romansik - czemu nie. Muszę jednak przyznać, iż Londyn ujął mnie tym, że jest to miejsce bardzo przyjazne dla turysty (przynajmniej w moim odczuciu). Jest świetnie oznakowany (podobnie jak Rzym, czy Paryż, ale o wiele lepiej od nich sprawdza się tu czynnik ludzki. Dla przykładu w Paryżu trzy godziny szukałam kasy biletowej z człowiekiem lub automatu sprzedającego bilety z formą płatności gotówkowej, bowiem oczyma wyobraźni widziałam pożartą przez maszynę kartę płatniczą. Jest to problem dla cudzoziemca, jest to też problem dla osób starszych, a zawodowe zboczenie nasuwa mi myśl o nierównym traktowaniu podmiotów - dyskryminacji nieznających języka i nie korzystających z kart płatniczych osób. Znowuż w Rzymie dość często psują się bramki wpuszczające do metra, a brak obsługi, a raczej ich niedostępność powoduje, że chcesz, czy nie chcesz musisz radzić sobie sam, a to przeskakując przez bramkę, o ile nie są to wysokie szklane drzwiczki, a to wchodząc na plecach osoby cię poprzedzającej, a to wykorzystując wejście dla niepełnosprawnych), spotkałam tu całą rzeszę osób, które zajmują się pomocą zagubionemu turyście tudzież tubylcowi; począwszy od obsługi metra, stacji kolejowych, lotniska a skończywszy na personelu galerii czy obsłudze jadłodajni a nawet policjantach udzielających wskazówek dotarcia do celu. No i kolejne pozytywne zaskoczenie - Londyńczycy (a może jedynie zatrudnieni tu cudzoziemcy) mówią bardzo ładnie po angielsku. Mimo mojej mizerii językowej zrozumiałam niemal wszystko, a czego nie zrozumiałam to wydedukowałam z całokształtu okoliczności. Dzięki Padmo, bo to ty pierwsza uspokoiłaś mnie w kwestii językowej (że prędzej spotkam w Londynie Hindusa, Polaka, czy Turka niż Brytyjczyka).
Byłam jedynie w dwóch (Queens oraz Her Majesty) i w obu zauważyłam coś, co niezmiernie mnie zadziwiło. Prawie nikt nie oddawał okryć do szatni. Zapytany o powód pan szatniarz stwierdził, iż zapewne powodem jest zbyt mała szatnia (pomieszczenie dwa na trzy metry). Reszta gości trzyma płaszcze, kurtki, bluzy i swetry na kolanach. Wychowana w epoce przedlodowcowej staram się, (o ile nie idę door to door z pociągu czy samolotu do teatru) ubierać się nieco inaczej niż na co dzień. Nie noszę wieczorowych toalet, ale też nie chadzam tam w dżinsach, czy (o zgrozo) dresach. Tymczasem publika obu teatrów składała się niemal wyłącznie z ludzi, którzy wpadli tu, jakby przez przypadek, idąc z pracy bądź zakupów do domu (co oczywiście nie jest prawdą, bowiem, na dwa dni przed spektaklem, kiedy odbierałam mój pół roku wcześniej wykupiony bilet nie było już ani jednego miejsca na przedstawienie. A trzeba dodać, iż Les Mis grane jest w Londynie nieprzerwanie codziennie od dwudziestu ośmiu lat po dwa spektakle dziennie. Jak to się ma do stołecznej Romy, w której zdjęto przedstawienie z afisza po niecałych dwóch latach grania z powodu małego zainteresowania - nie podejmę się próby udzielenia odpowiedzi). Ale wracając do publiki, salę zajęły osoby ubrane nie tylko mało elegancko, ale nawet dość niechlujnie rozłożywszy na kolanach odkrycia a u nóg siatki z zakupami.
W spodniach od garnituru, wyjściowej bluzce, w butach na obcasie i z make -upem czułam się trochę, jakby nie na miejscu.
Tymczasem
Przedstawienie powitała burza oklasków, nie jakieś marne klap-klap, nie nędzne brawka, ale kaskada połączona z budzącą się energią oczekiwania na wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju widowisko. Taka sama burza oklasków towarzyszyła każdemu świetnemu wykonaniu, a było ich sporo, więc publiczność się nie oszczędzała. Kiedy w antrakcie rozbłysły światła zobaczyłam dookoła mnie już nie panów w rozciągniętych swetrach i bluzach polarowych, już nie zmęczone kobiety w niedopasowanej garderobie z siatkami pełnymi zakupów, a ludzi o śmiejących się oczach, osoby uradowane tym, że miały szczęście znaleźć się tu i teraz, że uczestniczą w czymś pięknym, radosnym, czują uniesienie, że podobnie, jak mnie chce im się tańczyć i śpiewać i nie wyobrażają sobie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, zobaczyłam całą salę pokrewnych dusz. Po zakończonym spektaklu publiczność zerwała się z miejsca (ołów w odwłokach nikomu nie ciążył) i nagrodziła artystów kolejną partią braw a potem wszyscy odśpiewaliśmy Happy Birthday jednemu z wykonawców.
Scenografia spektaklu przypominała mi trochę obrazy Caravaggia z ich punktowym oświetleniem, ascetyczna i skromna, cała scena pogrążona w ciemnościach, mroku, momentami oparach mgły, jedynie twarze wykonawców oświetlał dyskretny snop światła. Kostiumy tradycyjnie, jak w innych przedstawieniach raczej nędzne niż dekoracyjne. Spektakl zaspokoił moje oczekiwania wokalne i muzyczne. Orkiestra cudowna, sceny zbiorowe i zbiorowe wykonania utworów fantastyczne. Gdybym miała wybrać tylko jednego wykonawcę z całego przedstawienia byłby to Daniel Koek, występujący w roli Jean Valjeana. Ale ja nie jestem chyba obiektywna, ocenę wystawiłam już po wysłuchaniu Look down (pierwszego utworu), w chwili, kiedy pomyślałam - ja tu na pewno wrócę. No i nie muszę wspominać, że mój starannie wykonany make-up spłynął ze łzami podczas wykonania Bring Him Home.
I gdybym miała powiedzieć, co sprawiło mi największą radość podczas moich trzy tygodniowych wakacji (podczas których odwiedziłam poza Londynem, także Paryż, Wenecję, Florencję i Rzym) to byłoby to przedstawienie Les Mis.


