Łączna liczba wyświetleń

środa, 13 listopada 2013

Wrażenia z Londynu część 3 - kilka spostrzeżeń oraz Les Miserables w Queens Theatre


Moja wisienka na torcie, creme de la creme mojego londyńskiego pobytu, cel wyjazdu i kolejne ziszczone marzenie. Pierwszy impuls, pierwsza myśl uczestnictwa złapała mnie kilka lat temu, kiedy uczestnicząc w jubileuszowym przedstawieniu Upiora w Operze w warszawskiej Romie, usłyszałam komentarz jednej z uczestniczek przedstawienia stwierdzający z poczuciem wyższości, iż warszawskie przedstawienie nie umywa się do innych, chociażby tego w Londynie (cytuję jesteśmy całe lata świetlne za teatrami na West Endzie). Jako bezkrytyczna (wówczas) bywalczyni warszawskiej Romy w duchu wyraziłam stanowczy sprzeciw przeciwko deprecjonowaniu "narodowej sceny musicalowej", ale prawdę mówiąc nie byłam kompetentną osobą, aby się w przedmiotowej kwestii wypowiadać. Pomyślałam wówczas - a gdyby tak się kiedyś wybrać do Londynu. Pomyślałam i myśl zdusiłam w zarodku, no bo jak to tak. Do Londynu brzmiało w moich uszach niemal jak Na malucha (w znanej scenie z Kingsajz). Do tego siedliska terroryzmu, do miasta, gdzie, o zgrozo ludzie mówią w jakimś dziwnym i nieznanym mi języku (no bo angielski to ja trochę znam, ale obawiałam się, że nie jest to ten sam angielski, którym posługują się Brytyjczycy). Przecież ja sobie nie poradzę w Londynie.
I kiedy nadszedł dzień okrągłych urodzin, w którym miałam wymyślić sobie prezent - padło na Londyn. Pierwszą czynnością związaną z przygotowaniem wakacji (październikowych wakacji) było zakupienie w miesiącu lutym biletu na przedstawienie Les Mis (o moim stosunku do musicalu i paru relacjach pisałam tu i tu i tu a także o filmie tu i o książce tu), napiszę tu tylko dla zbłąkanych gości, że musicale to moja pasja, życie, są dla mnie, jak tlen, bez nich istnienie byłoby pozbawione smaku i barwy, a Les Mis to mój najukochańszy musical wszech czasów.
Ale zanim dojdę do samej wizyty w teatrze słów parę tytułem rozwiania moich (a może nie tylko moich) obaw dotyczących pobytu w Londynie. Jest to piękne miasto i nie wątpię, iż może zachwycić. W moim sercu królują jednak niepodzielnie inne i z nimi Londyn nie mógł stanąć w konkury. Nie zdradziłam ukochanych miast, ale mały romansik - czemu nie. Muszę  jednak przyznać, iż Londyn ujął mnie tym, że jest to miejsce bardzo przyjazne dla turysty (przynajmniej w moim odczuciu). Jest świetnie oznakowany (podobnie jak Rzym, czy Paryż, ale o wiele lepiej od nich sprawdza się tu czynnik ludzki. Dla przykładu w Paryżu trzy godziny szukałam kasy biletowej z człowiekiem lub automatu sprzedającego bilety z formą płatności gotówkowej, bowiem oczyma wyobraźni widziałam pożartą przez maszynę kartę płatniczą. Jest to problem dla cudzoziemca, jest to też problem dla osób starszych, a zawodowe zboczenie nasuwa mi myśl o nierównym traktowaniu podmiotów - dyskryminacji nieznających języka i nie korzystających z kart płatniczych osób. Znowuż w Rzymie dość często psują się bramki wpuszczające do metra, a brak obsługi, a raczej ich niedostępność powoduje, że chcesz, czy nie chcesz musisz radzić sobie sam, a to przeskakując przez bramkę, o ile nie są to wysokie szklane drzwiczki, a to wchodząc na plecach osoby cię poprzedzającej, a to wykorzystując wejście dla niepełnosprawnych), spotkałam tu całą rzeszę osób, które zajmują się pomocą zagubionemu turyście tudzież tubylcowi; począwszy od obsługi metra, stacji kolejowych, lotniska a skończywszy na personelu galerii czy obsłudze jadłodajni a nawet policjantach udzielających wskazówek dotarcia do celu. No i kolejne pozytywne zaskoczenie - Londyńczycy (a może jedynie zatrudnieni tu cudzoziemcy) mówią bardzo ładnie po angielsku. Mimo mojej mizerii językowej zrozumiałam niemal wszystko, a czego nie zrozumiałam to wydedukowałam z całokształtu okoliczności. Dzięki Padmo, bo to ty pierwsza uspokoiłaś mnie w kwestii językowej (że prędzej spotkam w Londynie Hindusa, Polaka, czy Turka niż Brytyjczyka).
Teatry na West Endzie
Byłam jedynie w dwóch (Queens oraz Her Majesty) i w obu zauważyłam coś, co niezmiernie mnie zadziwiło. Prawie nikt nie oddawał okryć do szatni. Zapytany o powód pan szatniarz stwierdził, iż zapewne powodem jest zbyt mała szatnia (pomieszczenie dwa na trzy metry). Reszta gości trzyma płaszcze, kurtki, bluzy i swetry na kolanach. Wychowana w epoce przedlodowcowej staram się, (o ile nie idę door to door z pociągu czy samolotu do teatru) ubierać się nieco inaczej niż na co dzień. Nie noszę wieczorowych toalet, ale też nie chadzam tam w dżinsach, czy (o zgrozo) dresach. Tymczasem publika obu teatrów składała się niemal wyłącznie z ludzi, którzy wpadli tu, jakby przez przypadek, idąc z pracy bądź zakupów do domu (co oczywiście nie jest prawdą, bowiem, na dwa dni przed spektaklem, kiedy odbierałam mój pół roku wcześniej wykupiony bilet nie było już ani jednego miejsca na przedstawienie. A trzeba dodać, iż Les Mis grane jest w Londynie nieprzerwanie codziennie od dwudziestu ośmiu lat po dwa spektakle dziennie. Jak to się ma do stołecznej Romy, w której zdjęto przedstawienie z afisza po niecałych dwóch latach grania z powodu małego zainteresowania - nie podejmę się próby udzielenia odpowiedzi). Ale wracając do publiki, salę zajęły osoby ubrane nie tylko mało elegancko, ale nawet dość niechlujnie rozłożywszy na kolanach odkrycia a u nóg siatki z zakupami.
W spodniach od garnituru, wyjściowej bluzce, w butach na obcasie i z make -upem czułam się trochę, jakby nie na miejscu.
Tymczasem
Przedstawienie powitała burza oklasków, nie jakieś marne klap-klap, nie nędzne brawka, ale kaskada połączona z budzącą się energią oczekiwania na wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju widowisko. Taka sama burza oklasków towarzyszyła każdemu świetnemu wykonaniu, a było ich sporo, więc publiczność się nie oszczędzała. Kiedy w antrakcie rozbłysły światła zobaczyłam dookoła mnie już nie panów w rozciągniętych swetrach i bluzach polarowych, już nie zmęczone kobiety w niedopasowanej garderobie z siatkami pełnymi zakupów, a ludzi o śmiejących się oczach, osoby uradowane tym, że miały szczęście znaleźć się tu i teraz, że uczestniczą w czymś pięknym, radosnym, czują uniesienie, że podobnie, jak mnie chce im się tańczyć i śpiewać i nie wyobrażają sobie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, zobaczyłam całą salę pokrewnych dusz. Po zakończonym spektaklu publiczność zerwała się z miejsca (ołów w odwłokach nikomu nie ciążył) i nagrodziła artystów kolejną partią braw a potem wszyscy odśpiewaliśmy Happy Birthday jednemu z wykonawców.
Nie umiem ocenić, które z oglądanych przeze mnie spektakli było najlepsze, w kwestii Les Mis nie jestem obiektywna. Nie mogę powiedzieć, aby londyńska interpretacja, czy wykonanie różniły się znacznie od warszawskiej, (nie było ani gorsze, ani lepsze), ale jedno mogę stwierdzić na pewno, takiej harmonii świetnego wykonania z euforycznym odbiorem publiczności, takiego zjednoczenia ludzi połączonych więzią umiłowania piękna sztuki nie przeżyłam już dawno. Przydarzyło się ono na pierwszym przedstawieniu Upiora w Operze, o czym pisałam tu (pisząc o najbardziej niekomfortowych warunkach odbioru i najbardziej ekscytujących przeżyciach). Zaczynam się zastanawiać, czy radość z odbioru nie jest u mnie odwrotnie proporcjonalna do warunków odbioru.
Scenografia spektaklu przypominała mi trochę obrazy Caravaggia z ich punktowym oświetleniem, ascetyczna i skromna, cała scena pogrążona w ciemnościach, mroku, momentami oparach mgły, jedynie twarze wykonawców oświetlał dyskretny snop światła. Kostiumy tradycyjnie, jak w innych przedstawieniach raczej nędzne niż dekoracyjne. Spektakl zaspokoił moje oczekiwania wokalne i muzyczne. Orkiestra cudowna, sceny zbiorowe i zbiorowe wykonania utworów fantastyczne. Gdybym miała wybrać tylko jednego wykonawcę z całego przedstawienia byłby to Daniel Koek, występujący w roli Jean Valjeana. Ale ja nie jestem chyba obiektywna, ocenę wystawiłam już po wysłuchaniu Look down (pierwszego utworu), w chwili, kiedy pomyślałam - ja tu na pewno wrócę. No i nie muszę wspominać, że mój starannie wykonany make-up spłynął ze łzami podczas wykonania Bring Him Home.
I gdybym miała powiedzieć, co sprawiło mi największą radość podczas moich trzy tygodniowych wakacji (podczas których odwiedziłam poza Londynem, także Paryż, Wenecję, Florencję i Rzym) to byłoby to przedstawienie Les Mis.

wtorek, 12 listopada 2013

Freski Ghirlandaio w Santa Maria Novella we Florencji



Na myśl, że kiedy po raz pierwszy oglądałam wnętrze kościoła Santa Maria Novella we Florencji bez żadnych wzruszeń, bez szybszego bicia serca, obojętnie jeży mi się dziś włos na głowie. Było to dziesięć lat temu. Doprawdy zadziwiające, jak z wiekiem, przyrostem wiedzy, kształtowaniem się wrażliwości na sztukę zmienia się nasze spojrzenie na świat, smak i potrzeby. Byłam potem we Florencji kilkakrotnie, ale chyba dopiero w tym roku poczułam potrzebę ponownych odwiedzin kościoła, którego nazwa nieodłącznie kojarzy się z tak znanymi nazwiskami przedstawicieli quatro i cinquecenta jak Giotto, Masaccio, Lippi, Ucello, Brunelesci czy Ghirlandaio, żeby wyliczyć jedynie kilku. 
Kaplica ozdobiona przez pracownię Ghirlandaio freskami sławiącymi życie Maryi i Jana Chrzciciela zawdzięcza swą nazwę zleceniodawcy bankierowi Giovanni Tornabuoni. To tutaj pierwsze malarskie szlify zdobywał trzynastoletni Michał Anioł, szlify, które być może przydały się podczas prac w Kaplicy Sykstyńskiej. Jeśli ktoś narzeka na sztywniejący kark podczas oglądania sufitu Capelli Sistiny w Watykanie, to co ma powiedzieć oglądający freski w Capelli Tornabuoni we florenckim kościele Santa Maria Novella. Kaplica, z powodu znacznie mniejszych rozmiarów, braku możliwości odnalezienia właściwego punktu odniesienia oraz wielości fresków znajdujących się na czterech (a właściwie pięciu) poziomach na trzech położonych w sąsiedztwie ścianach sprawia na oglądającym wrażenie, jakby znalazł się on wewnątrz bajecznie, kolorowego kalejdoskopu. Oczy szaleją rozbiegane we wszystkich kierunkach, a wzrok usiłuje odnaleźć punkt zaczepienia. Podobnie, jak przed wizytą w muzeum dobrze jest wcześniej zapoznać się z reprodukcjami, aby móc zabawić się w próby lokalizacji fresków, przynajmniej tak wysoko, jak wysoko wzrok sięga. Te namalowane najbliżej sufitu freski można zobaczyć jedynie podczas prac konserwatorskich oraz na kartach przewodników i sprzedawanych w sklepiku z pamiątkami (w który zaopatrzona jest każda szanująca się świątynia) widokówkach. Aby dać pewne wyobrażenie o wyglądzie jednej ze ścian kaplicy Tornabuoni zrobiłam kolaż z kalendarza, kartek oraz zakładki (przedstawionych na zdjęciu nr 2), a trzeba pamiętać, że jest to zaledwie jedna ze ścian, a dookoła głowy majaczą się jeszcze ta z lewej i ta z tyłu. 

Zrobione z perspektywy nawy głównej zdjęcie (nr 3) wydaje się być zbiorem barwnych plam. Mimo tych wszystkich niedogodności, mimo realnej perspektywy możliwości nabawienia się zeza bądź dostania oczopląsu widok zapiera dech w piersiach. Freski pomysłu Domenica Ghirlandaio przenoszą nas w świat, który choć wypełniony postaciami biblijnymi, jest światem arystokratyczno - dworskim końca XIV wieku, a jego przedstawiciele mają rysy, stroje i pozy żywcem przeniesione z florenckiego dworu. No i oczywiście wszystko dzieje się w bogatej scenerii ówczesnej architektury. Prostota, dekoracyjność i linearyzm charakteryzują freski Domenica, który zamiast złotnikiem został malarzem. Jego mistrzem był Verocchio, on sam w swej pracowni nauczał Michelangelo Buonarotti. W obrazach o treści religijnej przemycał treści współczesne. Obok upozowanych na postacie świętych rodzin zleceniodawców znajdują się postacie zwykłych obywateli florenckich przy prozaicznych codziennych zajęciach; rozmowa, spacer, nalewanie wody z dzbana, niesienie kosza z owocami na głowie, obserwowanie ulicy, podawanie posiłku, czy zawiązywanie butów. Szlachetne materie i bogactwo strojów postaci, dekoracyjność architektury oraz znalezienie się tutaj przedstawicieli rodziny zleceniodawcy to wymóg szczegółowo skonstruowanej umowy, która zakładała między innymi odpowiednie wykorzystanie lapis lazuru i złota (najdroższe z barwników).


Ogarniam wzrokiem całość, aby za chwilę skoncentrować się na szczegółach. Chyba nie ja jedna wybieram sobie fresk Narodziny Maryi. Właściwie sama nie wiem dlaczego, może dlatego, że znajduje się na wysokości wzroku, co pozwala dostrzec więcej detali. Ta jego zaleta nie pozwala na zrobienie udanego zdjęcia, ponieważ brakuje możliwości odnalezienia właściwej perspektywy. Posiłkuję się więc fragmentami pamiątkowych kartek (zdjęcia 4 i 5) oraz zdjęciem z internetu (zdjęcie nr 6). A może mój wybór podyktowany jest charakterem przedstawionej sceny; prostej, rodzinnej, można rzec intymnej. 
W teatralnej scenerii pięknych dekoracji (złocenia, rzeźby i płaskorzeźby, stiuki, fryzy, łuk w głębi) widzimy scenę obmywania nowo narodzonej dzieciny. Trzymane w ramionach opiekunek dziecko zaraz zostanie zanurzone w kąpieli, pielęgniarka nalewa wodę do renesansowej wanienki, wymęczona porodem położnica nieobecnym wzrokiem spogląda gdzieś w dal, u łoża świeżo upieczonej mamy ustawiły się niczym trzej królowie szlachetne panie, aby oddać pokłon (?) a może zaszczycić swą obecnością. Na pierwszym planie córka zleceniodawcy Ludovica Toranbuoni w złoto-diamentowej szacie. Jedyny mężczyzna w tym gronie pojawia się, jako wizja - wspomnienie Anny o jej pierwszym spotkaniu z ojcem dziecka (para na szczycie schodów). Postacie są niezwykle statyczne, poza pielęgniarką z rozwianą suknią nalewającą wodę z dzbana, pozostałe postacie sprawiają wrażenie posągów. Kiedy się patrzy na obraz można się zastanawiać, kto tu gra pierwsze skrzypce; Anna, mała Maryja, czy może córka zleceniodawcy, której dumna postawa i bogata szata podkreślają wysokie urodzenie, a opiekunki dziecka sprawiają wrażenie, jakby zastanawiały się, czy nie powinny pokłonić się dostojnemu gościowi i jego fraucymerowi. Na zdjęciach powyżej (nr 4 i nr 5) po raz kolejny widać różnicę w kolorystyce obrazu. W zależności od stopnia nasłonecznienia w kaplicy tło za plecami opiekunek małej Maryi (narzuta na łożu jej matki Anny) są raz brudno niebieskie, raz żywo lazurowe. I znowu internetowe zdjęcie poniżej blado wypada na tle oryginału o zdecydowanych, żywych kolorach, o których pewne pojecie daje zdjęcie nr 1, a trzeba tu dodać, iż odwiedziłam kaplicę w brzydki, pochmurny dzień. 


Granacci trzymał przy ścianie stary karton z pracowni, a Michał Anioł przy pomocy igły nakłuwał kontury kilku postaci, a następnie wypełnił dziurki węglem drzewnym. Wtedy dopiero Granacci zdjął karton, a jego towarzysz połączył czarne punkty czarną ochrą; gdy przeschła, zdmuchnął węgiel piórkiem. Do pracowni wszedł Mainardi, a zobaczywszy, jak idzie praca zmusił Michała Anioła, by go słuchał. 
-Pamiętaj, że świeża zaprawa zmienia swą konsystencję. Rano musisz pilnować, aby farby były płynne, byś nie zatkał porów ściany. Ku wieczorowi też muszą być płynne, ponieważ zaprawa mniej wchłania. Najlepszą porą na malowanie jest południe. Zanim jednak będziesz mógł kłaść kolory, musisz się nauczyć, jak ucierać farbę. Jak wiesz, jest tylko siedem naturalnych kolorów. Musisz zacząć od czarnego. 
Farby przynoszono z apteki w bryłkach, kształtem przypominających włoski orzech. Na kawałku porfirowego kamienia tłuczono farbę porfirowym tłuczkiem. Chociaż przepisowe minimum tłuczenia wynosi pół godziny, Ghirlandaio nie pozwalał, aby do jego fresków używano farb rozcieranych krócej niż dwie godziny. 
- Mój ojciec miał rację - powiedział Michał Anioł, z rękami czarnymi od farby- być artystą to przede wszystkim pracować rękami.*
Poniżej bardziej słoneczna wersja fresku.


*str.60 I tomu Udręka i ekstaza I.Stone, wyd. Czytelnik, rok 1990.
 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Rzadko na moich wargach (moja refleksja na Święto Niepodległości)



Rzadko na moich wargach -
Niech dziś to warga ma wyzna
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Widziałem, jak się na rynkach
Gromadzą kupczykowie,
Licytujący się wzajem,
Kto Ją najgłośniej wypowie.

Widziałem, jak między ludźmi
Ten się urządza najtaniej,
Jak poklask zdobywa i rentę,
Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.

Widziałem, jak do Jej kolan -
Wstręt dotąd serce me czuje -
Z pokłonem się cisną i radą
Najpospolitsi szuje.

Widziałem rozliczne tłumy
Z pustą, leniwą duszą,
Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej
Resztki sumienia głuszą.

Sztandary i proporczyki,
Przemowy i procesyje,
Oto jest treść Majestatu,
Który w niewielu żyje.

Więc się nie dziwcie - ktoś może
Choć milczkiem słuszność mi przyzna
Że na mych wargach tak rzadko
Jawi się wyraz: Ojczyzna.

Lecz brat mój najbliższy i siostra,
W tak czarnych żałobach ninie,
Ci wiedzą, że chowam tę świętość
W najgłębszej serca głębinie.

Ta siostra najbliższa i brat ten,
Wybrani spomiędzy rzeszy,
Ci znają drogi, którymi
Moja Wybrana spieszy.

Krwawnikiem zarosłe ich brzegi,
Łopianem i podbiałami:
Spieszę z Nią razem, topole
Ślą swe westchnienia za nami.

Przystajem na cichych mogiłach,
Słuchamy, azali z ich wnętrza
Jakiś się głos nie odezwie,
Jakaś nadzieja najświętsza.

Zboża się złocą dojrzałe,
A tam już widzimy żniwiarzy,
Ta dłoń swą na czoło mi kładzie
I razem o sprzętach marzy.

A potem, podniósłszy głowę,
Do dalszej wstając podróży,
Woła: "Miej radość w duszy,
Bo tylko radość nie nuży.

Podporą ci będzie i brzaskiem
Ta ziemia, tak bujna, tak żyzna,
Nią-ci ja jestem, na zawsze
Twa ukochana Ojczyzna".

Jakiś złośliwy złoczyńca
Pszeniczne podpala stogi,
U bram się wije niebieskich
W rozpaczy człowiek ubogi.

Jakaś mordercza zaraza
Z głodem zawiera przymierze,
Na przepełnionych cmentarzach
Krzyże się wznoszą świeże.

Jakoweś głuche tętenty
Wskroś przeszywają powietrze,
Kłębią się gęste chmurzyska,
Czyjaż to ręka je zetrze?

Jakaś olbrzymia rzeka
Wezbrała krwią i rozlewa
W krąg purpurowe swe nurty,
Zabiera domy i drzewa.

Jakoweś idą pomruki -
Drży nie poznana puszcza,
Dęby się groźnie ozwały,
Cóż to za moc je poduszcza?

A nad tą dolą - niedolą
Poranna nieci się zorza,
Na pieśń mą Ojczyzny pełną,
Spływa promienność jej boża.

W mej pieśni, bogatej czy biednej
Przyzna mi ktoś lub nie przyzna
Żyje, tak rzadka na wargach,
Moja najdroższa Ojczyzna.

Jan Kasprowicz Księga ubogich 1916 r.

Chciałam dopisać komentarz, ale niech słowa poety mówią same za siebie, a my możemy odpowiedzieć sobie, czy sto lat później wiersz stracił swą aktualność. 
Kasprowicza odkryłam dzięki przepięknej książce pani Barbary Wachowicz Czas nasturcji.


niedziela, 10 listopada 2013

Kamień i cierpienie Karol Schulz


Sztuka, która nie wywołuje oddźwięku w ludzkim sercu, jest sama głucha, nie jest sztuką. W każdej sztuce jest rytm i rym, na który musisz odpowiedzieć, czy to łzami, czy okrzykiem radości, podziwu, bólu, ale musi w tobie rozbrzmiewać! Nie twoja to wina, jeśli tak nie jest, bowiem nie człowiek stworzony jest dla sztuki, lecz sztuka dla człowieka. Są wprawdzie serca martwe i wyschnięte, których nie rozpłomieni nawet najgorętsza iskra boża. Wystrzegajcie się ich i nie rzucajcie im pereł, wzgardziwszy bowiem perłami na was się rzucą. Dlaczego te serca są martwe? Umarły z nadmiaru rozpusty, grzechu i bluźnierstwa przeciwko duchowi. Są martwe, gdyż nie znają życia. A najważniejszą formą życia jest sztuka, ponieważ jest największą miłością życia.*

Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła podczas lektury to - collage. Kamień i cierpienie to kompozycja różnych opowieści o ludziach i czasach, w jakich tworzył Michał Anioł. Kompozycja, którą spaja osoba bohatera. Przyznam nawet, iż przez pierwsze strony opowieści byłam nieco zdezorientowana tym, że autor tak wiele miejsca poświęcił otoczeniu, a tak mało „mojemu” Michałowi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż dobra biografia (czy powieść z wątkami biograficznymi, jak to ma miejsce w tym przypadku), to biografia głęboko osadzona w historycznych realiach, ale miałam wątpliwości, czy to na pewno jest powieść o życiu i twórczości Michelangelo Buonarroti. Autor poświęca sporo uwagi wielu ciekawych, wybitnych a nierzadko kontrowersyjnym postaciom z przełomu wieków (renesansu i średniowiecza).

Muszę przyznać, że zafascynowana powieścią I. Stone (Udręka i ekstaza), która sprawiła, że Michał Anioł stał się dla mnie kimś niezwykle ważnym i bliskim, z trudem dawałam się przekonać innemu spojrzeniu na geniusza dłuta. Jednak w miarę czytania zarówno pomysł na zaludnienie powieści postaciami artystów, polityków, myślicieli, czy zwykłych przedstawicieli epoki, jak i sama konstrukcja zaczynały mi się podobać coraz bardziej.

Rwany (szarpany) sposób prowadzenia fabuły; przeskakiwanie z Florencji do Rzymu, z Rzymu do Bolonii, aby za chwilę wrócić do Florencji (i nie ma w tym nic z chaosu), towarzyszenie raz Medyceuszom, za chwilę Della Roverom, Pazzim, Sforcom, Bentivoliom aby zaraz spotkać, Machiavellego, da Vinci, Rafaela Santi, kardynała Borgię, Juliusza II, czy któregokolwiek z licznych bohaterów epoki. Tyle, że tutaj nieco inaczej niż w dobrej powieści sensacyjnej przerwany wątek nie będzie (nie w każdym przypadku będzie) kontynuowany. Ten okres historii (i historii sztuki) obfitował w postaci nieprzeciętne, barwne i nierzadko kontrowersyjne.
Wielość wątków i wieloosobowa narracja obok rwanej konstrukcji to największe atuty powieści, umożliwiają one spojrzenie na epokę i jej przedstawicieli z różnych punktów widzenia. Kolejny atut książki to tworzenie klimatu poprzez skupienie się na człowieku i opisywanie epoki patrząc na nią jego oczami i przez pryzmat jego doznań i emocji. Odnoszę wrażenie, że autor dla każdego z bohaterów opowieści żywi ciepłe uczucia; on po prostu lubi ludzi i stara się ich zrozumieć; zarówno tych, którzy na kartach historii zapisali się w jasnych barwach, jak i tych, których historia odsądziła od czci i wiary.

Spotykamy w książce całą galerię znanych postaci: Leonarda da Vinci, Niccola Makiavelego, Bramante, Guliana San Gallo, Savonarole, papieży; Sykstusa IV, Aleksandera VI, Juliusza II. Historia spisku na Medyceuszach przeplata się z rozmowami z Savonarollą, dziejami Borgiów, Della Roverów, Sforców, dzieje Leonardo da Vinci z dziejami Raffaela. Myślę, że dla czytelnika, który nie zna biografii Michała Anioła jest to niezłe źródło informacji na temat geniusza wszech czasów, natomiast dla osoby, która przeczytała już parę książek na temat Buonarrotiego oraz epoki największą zaletą będzie sposób narracji oraz skoncentrowanie na psychice postaci; przy czym niektóre opisy są ledwie zarysowane, inne zaś mocno pogłębione.

Książka głęboko siedzi w czasach przełomu średniowiecza i renesansu, osoby słabo zaznajomione z historią będą miały okazję poznać otoczenie, w jakim żył i tworzył artysta, osoby znające historię będą mogły spojrzeć na najważniejsze wydarzenia z punktu widzenia jej uczestników. Dla urozmaicenia treści autor wprowadza parę fikcyjnych postaci, nie odgrywają one jednak zasadniczej roli, są raczej niezbędnym dodatkiem, wprowadzeniem tego, co prawdopodobne, do tego co rzeczywiste. Sposób opisu moim zdaniem świetnie oddaje klimat epoki, intryg, spisków i układów politycznych. Nieodmiennie zdumienie budzi, jak ta rozdarta wojnami, nękana wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi Italia była w stanie funkcjonować (tak na marginesie, kilka tygodni temu podczas pobytu w Rzymie zadawałam sobie podobne pytanie, jak to możliwe, że ten kraj funkcjonuje, ale to temat na osobny wpis).
Jak tworzyć dzieła sztuki, w czasach, w których człowiek liczy się tak mało; jak nie wojna, tu napad bratobójczy, jak nie spisek, to zaraza, jak nie uwięzienie, to wygnanie.

Jak żyć i jak tworzyć, kiedy wokół tyle krwi i cierpienia, jako pogodzić rozterkę twórczą z cierpieniem człowieka myślącego, jak pogodzić umiłowanie piękna z groźbą wiecznego potępienia.

Każdy szuka własnej drogi. Drogą Michała Anioła była sztuka, bo ona jest najważniejszą formą życia, ponieważ jest największą miłością życia.

Kamień to tworzywo, zaś cierpienie to samotność i niezrozumienie (najwierniejsi towarzysze życia).

Powieść Karola Szulca miała obejmować trzy tomy, niestety śmierć przerwała pracę na początku II tomu. Wielka to szkoda dla wielbicieli artysty i dla czytelników pisarza.

Moja ocena 5/6

*Str. 117 Kamień i cierpienie Wydanie PIW z 1958 r.
Zamieszczone w treści zdjęcie - to kolejne w kolekcji moich zbiorów dzieło Michała Anioła Geniusz ujarzmiający dziką bestię w Palazzo Vechcio we Florencji.

Książkę nabyłam i przeczytałam, dzięki jednemu z komentarzy u Łucji, która pisała o Dawidzie Michała Anioła.
„Recenzja” książkowa nie oznacza, iż cykl wpisów wakacyjnych został zakończony, staram się jedynie nadrabiać zaległości.

środa, 6 listopada 2013

Wrażenia z Londynu-część 2 (Temple)


 
Pierwsza wizyta w nieznanym mieście, mnóstwo obaw związanych z kiepską znajomością języka, cztery dni pobytu, kilka przewodników i kilkanaście podpowiedzi zaowocowały wyborem takich a nie innych miejsc do odwiedzenia. Wśród tych, które okazały się najmilsze memu sercu znalazło się Temple.
Temple – to teren, na którym mieściły się „średniowieczne szkoły prawnicze”. Dziś zaglądając w okna budynków odniosłam wrażenie, że nadal mają tutaj swą siedzibę firmy prawnicze. Jak podaje przewodnik Pascala z 2007 roku przez ten kompleks budowli musiał przejść każdy angielski prawnik zanim uzyskał pozwolenie na wykonywanie zawodu.
Jest to (wg mojej zaledwie kilkudniowej wiedzy na temat miasta) nietypowe miejsce w Londynie. Miasto, które przytłoczyło mnie swą metropolitalnością, zgiełkiem, hałasem, tłokiem (nawiasem mówiąc podobne wrażenie zrobiły na mnie w tym roku wszystkie odwiedzane miejsca), miasto, którego architektura zaskoczyła mnie swobodnym łączeniem przeszłości z przyszłością pokazało mi tutaj inne oblicze; ciche i spokojne, zaludnione jedynie rdzennymi mieszkańcami, pozbawione natłoku turystów, otoczone zielenią. Tutaj odniosłam wrażenie, że czas się zatrzymał, żadnych szklanych i betonowych drapaczy chmur, żadnych futurystycznych budowli, brukowane dziedzińce, ustronne uliczki, nikt nie pędzi, nikt się nie spieszy. I podobno nadal występuje tu oświetlenie gazowe, o czym nie mogłam się przekonać odwiedzając je w świetle dnia.

Czyżby to wpływ dawnych mieszkańców Temple? Nazwa tego miejsca wywodzi się od templariuszy, którzy pod koniec dwunastego wieku byli właścicielami terenów. To tutaj znajduje się pochodzący z połowy szesnastego wieku Middle Temple Hall, budynek łączący niegdyś funkcje sypialni, stołówki i sali wykładowej, budynek, w którym miała miejsce premiera Wieczoru Trzech Króli Szekspira.  (zdjęcia nr 1 i 2) Tutaj też znajduje się dawna świątynia templariuszy, powstały pod koniec dwunastego wieku kościół Temple z charakterystyczną, otoczoną kolumnami, Rotundą naśladującą świątynię Grobu Bożego w Jerozolimie (zdjęcie nr 3,4). Rotunda wygląda jak miniatura rzymskiego Zamku Świętego Anioła. Gdyby nie prostokątna dobudowana nawa kościół w niczym nie przypominałby znanych nam świątyń chrześcijańskich. Dwukrotnie został poważnie zniszczony, po raz pierwszy w trakcie wielkiego pożaru Londynu w 1666 r. (cóż za wymowna data dla zwolenników spiskowych teorii dziejów), po raz drugi w trakcie drugiej wojny światowej. Dwukrotnie też został odrestaurowany. Do dziś zachowały się upiorne rzeźbiarskie dekoracje (gargulców, demonów, ludzkich twarzy -zdjęcie nr 5) zdobiące nagie, surowe ściany wewnętrzne świątyni, a także nagrobki średniowiecznych rycerzy. Przeczytawszy gdzieś, iż ceremonia wtajemniczenia nowych adeptów rozpoczyna się od wejścia do świątyni o świcie poprzez drzwi prowadzące do Rotundy byłam nieco zawiedziona z powodu ich zamknięcia. Nie mogłam złożyć ślubów pobożności, czystości, ubóstwa i posłuszeństwa i nie zostałam wtajemniczona w sekrety zakonu. Wnętrze zadziwia swym ascetyzmem, nic nie rozprasza uwagi uczestników nabożeństwa. Prosty ołtarz ozdobiony jedynie drewnianym krzyżem i dwoma drewnianymi świecznikami, ławki ustawione po obu stronach nawy prostopadle, a nie jak równolegle do ołtarza. Sporo tu drewna; tablice ze spisem mistrzów świątyni, drewniane organy i kazalnica (zdjęcie nr 6).

Najbardziej dekoracyjnym elementem wystroju są kolorowe witraże, choć i one są wyjątkowo skromne. Tym, co najbardziej przyciąga wzrok odwiedzających są kamienni rycerze śpiący w okrągłej nawie Rotundy. Ośmiu Rycerzy z mieczami (zdjęcie nr 7) i w pełnym uzbrojeniu stoi (leży) na straży tajemnic świątyni, która (przynajmniej z zewnątrz) ze względu na solidne, grube mury bardziej przypomina warowną fortecę niż miejsce kultu. Templariusze mieli czego strzec, poza tym, że stanowili zbrojne ramię kościoła, pełnili ważną rolę w ówczesnym życiu politycznym; ich mistrz zasiadał w parlamencie, jako pierwszy baron królestwa, świątynie stanowiły miejsca pobytu królów oraz legatów
papieskich. Tutaj przechowywano złoto podróżnych, bowiem świątynie pełniły też funkcje depozytów bankowych. Przysiadam na kamiennej ławie biegnącej wzdłuż okręgu Rotundy i mam wrażenie, że znajduję się w teatrze, w którym odbywały (a może nadal odbywają się) tajemnicze rytuały. Znikają turyści, dzień przechodzi w noc, wnętrze rozświetlają światła świec i zaludniają postacie w maskach wypowiadające jakieś tajemnicze słowa.