środa, 8 listopada 2017

Sąd ostateczny Memlinga – czyli kto komu „buchnął” obraz?

fragment obrazu Sąd Ostateczny Hansa Memlinga
O ile wiele osób słyszało o Damie z łasiczką Leonardo da Vinci znajdującej się w krakowskich zbiorach, o tyle Hans Memling wydaje się twórcą mało znanym i nierozpoznawalnym. Tymczasem jego Sąd Ostateczny uważany jest obok wspomnianej Damy z łasiczką za drugie najcenniejsze w polskich zbiorach dzieło dawnego malarstwa zachodnioeuropejskiego. 
Skąd Memling znalazł się w Polsce i dzięki jakim zrządzeniom losu nadal się tutaj znajduje.
Jest rok 1446 r. w londyńskiej filii Banku Medicich pracuje cieszący się zaufaniem mocodawców trzydziestoletni Angelo di Jacopo Tani. Cztery lata później, po przyjeździe do Brugii otrzymuje odpowiedzialne zadanie - realizację dużej pożyczki dla księcia Burgundii. Pięć lat później zostaje oficjalnym przedstawicielem Banku Medicich na Niderlandy. W tym czasie jego podwładny Tommaso Portinari w liście do brata żali się na brak zaufania ze strony Medyceuszy, którzy udzielają posłuchu wyłącznie Taniemu. (jak pisze on woli żyć skromnie, niż pędzić życie pod rozkazami nieprzychylnego mu Angela*). Łaska pańska na pstrym koniu jeździ i dziesięć lat później (jest rok 1465) to właśnie Portinari otrzymuje kierownictwo brugijskiej placówki. 
Tani jest rozgoryczony. Niedawno się ożenił z osiemnastoletnią panną Katarzyną Tangali, (sam ma lat pięćdziesiąt), nadszedł czas odcinania kuponów, tymczasem sprawuje podrzędne stanowisko pod kierownictwem byłego podwładnego. W akcie swoistej zemsty zamawia tryptyk przedstawiający scenę Sądu Ostatecznego. Będzie to jego oskarżenie pod adresem rywala, nie mogąc już liczyć na sprawiedliwość ziemską pociesza się nadzieją na sprawiedliwość pozaziemską, gdzie jego krzywdy zostaną wynagrodzone, a rywal osądzony. 
Jest kwiecień 1473 r. trwa wojna angielsko-hanzeatycka. Sprzymierzony związek miast (do którego należał także Gdańsk) hanzeatyckich, które popierały się na polu ekonomicznym utrudniał, w sposób nie zawsze pokojowy, pracę kupcom nienależącym do związku. Kiedy gdański kaper (usankcjonowany prawnie pirat) Paweł Benecke, kierujący karawelą Piotr z Gdańska, zauważa wielki galeon płynący pod neutralną flagą Burgundii kierujący się w stronę angielskiego brzegu atakuje go, wietrząc w tym świetny interes. Na pokładzie znajdują się należące w większości do Portinariego tkaniny, płótna, skóry, jedwabnie obicia przetykane złotem, kosztowności i ałun*. Znajduje się tam ponadto niezwykłej urody obraz, tryptyk (rozmiarów 242 na 180 i 242 na 90 (x 2) centymetrów) zamówiony przez Angelo di Jacopo Tani. Łupy zostają rozdzielone pomiędzy Pawła Benecke, jego załogę oraz trzech współwłaścicieli statku, natomiast obraz Sąd Ostateczny ofiarowany do kościoła Marii Panny w Gdańsku. Zawisł tam w kaplicy Świętego Jerzego na długie lata. 
Oczywiście zabór mienia nie pozostał bez echa. Interweniowali w sprawie zwrotu łupów władca Burgundii, przedstawiciel Portinariego, poseł księcia Burgundii, legat papieski, ba nawet papież Sykstus IV. Proszono, grożono, wyklinano i potępiano. A obraz, który zawisł w jednej z największych wówczas europejskich świątyń zyskiwał coraz większe uznanie gdańszczan. W przeciągu kolejnych stuleci tryptyk wzbudzał zainteresowanie koronowanych głów przejawiające się propozycjami nabycia, próbami wyłudzenia czy konfiskaty. Obrazem zainteresowany był Cesarz Rudolf II (proponujący odkupienie obrazu) oraz car Piotr Wielki (zlecający pozyskanie obrazu w drodze kontrybucji). Bezskutecznie.
No i nastał rok 1807. Po zajęciu Gdańska przez armię napoleońską wkracza na teren miasta baron Vivant Denon, dyrektor Muzeum Napoleona. Dziś jego nazwiskiem nazwano jedną z części Muzeum Luwru. Rutkowski w swych Paryskich ulicach niezbyt pochlebnie wyraża się o podróżniku, archeologu, egiptologu. No cóż, czynił on to, co czyniło wielu przed nim i wielu po nim, ograbiał z dzieł sztuki ziemie podbite, aby wzbogacić zbiory mocodawcy i unieśmiertelnić własne imię. 
Możemy mieć za złe Denonowi, iż Sąd Ostateczny został na jego polecenie odtransportowany do Paryża i tam umieszczony w salach Luwru. Tyle, że gdyby nie grabież dokonana prawie 350 lat wcześniej przez gdańskiego pirata obraz nie znalazłby się w kościele Marii Panny. Po upadku Napoleona w 1815 r. obraz trafia w ramach rewindykacji skonfiskowanych dzieł sztuki na wystawę do Berlina. Po długich negocjacjach i próbach przehandlowanie tryptyku min. za kopię Madonny Sykstyńskiej Rafaela oraz propozycję ufundowania nowego ołtarza Sąd Ostateczny powraca do Kościoła Mariackiego w Gdańsku. Wisi tam spokojnie przez ponad sto lat.
Ponownie zostaje zrabowany przez hitlerowskich najeźdźców w czasie II wojny światowej i ukryty w górach Rohn w Turyngii. Następnie przejęty przez Armię Radziecką w 1956 r. zostaje zwrócony Polsce. Widocznie radzieckie władze nie były tak zafascynowane obrazem, jak Piotr Wielki, dzięki czemu dziś stanowi on od ponad sześćdziesięciu lat największy skarb Muzeum Narodowego w Gdańsku, gdzie jest przechowywany od czasu powrotu do kraju. W kościele Mariackim znajduje się jego kopia. 
Co ciekawe przez lata nie było znane nazwisko jego twórcy. Dzieło przypisywano braciom Van Eyckom, Rogerowi Van Weydenowi, że nie wspomnę innych pomniejszych nazwisk padających przez lata w dyskusjach i sporach dotyczących autorstwa dzieła. 
Co ma w sobie Sąd Ostateczny, że wzbudził takie zainteresowanie. O tym, w kolejnym wpisie.
* cytaty z opracowania  Hans Memling Sąd Ostateczny Michał Walicki Auguria Oficyna Wydawnicza 1990 r. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe Warszawa (otrzymanego na pamiątkę z poprzedniego miejsca pracy). 

niedziela, 5 listopada 2017

Wywiad z samą sobą Oriana Fallaci

Wydawnictwo Cyklady rok. 2005 str.169
Idąc za ciosem po przeczytaniu Kapelusza całego w czereśniach zakupiłam kolejną książkę Oriany, niewiele wiedząc czego się po niej spodziewać. Albo raczej spodziewając się po niej czegoś zupełnie innego, niż tam znalazłam.
Już przebrnięcie przez Przedmowę/ wstęp było doświadczeniem niezwykle trudnym. Oriana dedykuje swoje książki wszystkim tym, którzy zginęli zamordowani przez islamskich terrorystów/morderców nie pomijając szczegółów ostatnich chwil życia i tortur, jakim ofiary zostały poddane. Rozumiem intencję; tak obrazowe przedstawienie kaźni wywiera skutek, ale … no właśnie, jest cholernie trudne do przebrnięcia i choć później tych obrazów jest w tekście nieco mniej, to i tak lektura momentami bywa trudna. Wiem, że odwracanie głowy i zamykanie oczu nie sprawi, że zjawisko zniknie, ale rozumiem osoby, które w literaturze szukają czegoś innego, nawet, jeśli to coś nie maluje świata, takim jakim jest. Ja w każdym razie uświadomiłam sobie, iż błędem z mojej strony było myślenie, że żyjemy w świecie cywilizowanym, a średniowiecze to przeszłość, do której nie ma powrotu. Tak, jak błędem jest myślenie, że jesteśmy w przededniu wojny,  bo ona trwa już od kilkunastu lat. Na pytanie jak walczyć z wrogiem Oriana przyznaje, iż nie wie, ale na pewno nie można udawać, że go nie ma, nie wolno też ignorować problemu, bo to doprowadzi do powolnego godzenia się na zagładę naszej cywilizacji.
Autorka pisze książkę z pełną świadomością odchodzenia, co może także rzutuje na jej widzenie świata. W każdym razie to co pisze ma dość pesymistyczny wydźwięk, mimo, iż puentuje wywiad deklaracją „Żarliwie kocham Życie […] jestem absolutnie pewna, że życie jest piękne, nawet, kiedy jest straszne, że narodziny to cud nad cudami, że życie jest najpiękniejszym z darów. Nawet, jeśli to dar bardzo trudny, bardzo uciążliwy.” (Str. 168). W tym momencie przypomina mi się Vito Corleone, który żegna świat doczesny słowami Życie jest takie piękne. 
Oriana występuje w dwóch rolach; pytającej i odpowiadającej. Jako zadająca pytania próbuje łagodzić ostrość sądów odpowiadającej, jest bardziej zdystansowana do przedmiotu rozmowy w przeciwieństwie do niezwykle emocjonalnie wypowiadającej się bohaterki wywiadu. 
Wywiad jest rozmową na temat sytuacji politycznej Europy i świata sprzed 13 lat. Z tym, że Europa przybiera nazwę Eurabii, tworu, który zatracił swą kulturową odrębność i który stał się zakładnikiem islamistów terrorystów. Bo Europę zżera nowotwór, nazywany Obcym, który podobnie, jak choroba (która toczy pisarkę) rozlewa się na coraz większe obszary (organizmu) kontynentu. 
Genezy toczącej się wojny upatruje dużo wcześniej, ale cezurą, która podzieliła świat na wczorajszy i dzisiejszy jest 11 września. 
Każda ludzka istota (niezależnie od rasy, religii czy przekonań politycznych) jest zdolna do wszystkiego (tu – do bezbrzeżnego okrucieństwa) podkreśla autorka. 
Oriana opowiada o włoskiej polityce, o najbardziej wpływowych ludziach II połowy XX wieku; o Bushu, Bin Ladenie, Papieżu Janu Pawłe II, Saddamie Husajnie czy Chomeinim. Opowiada o braku wielkich osobowości naszych czasów. O wielu swych bohaterach pisze bardzo krytycznie,  co nie przeszkadza jej docenić zalety politycznych przeciwników, czy ludzi, których nie darzy szacunkiem. Sporo pisze o rozczarowaniu polityką Unii Europejskiej, politycznej poprawności i pułapkach demokracji.
… przez równość demokracja rozumie równość wobec prawa, która wywodzi się z uświęconej zasady „Prawo jest jednakowe dla Wszystkich.” Nie równość umysłów i sumień, równość wartości i zasług. Nie równość zasług osoby inteligentnej i osoby głupiej, równość osoby prawej i osoby nieuczciwej. Taki rodzaj równości nie istnieje. […] Bieda w tym, że demokracja pomaga głupim i pysznym zaprzeczać tej prawdzie, owej oczywistości. Pomaga im poprzez wybory, w których głosy się liczy, a nie waży, czyli zawierza się ilości, nie jakości. Pomaga im swoją retoryką, demagogią i populizmem. W rezultacie każdy nicpoń albo niedołęga może kandydować i zostać wybranym. Może nawet zwyciężyć ogromną przewagą głosów. (str. 57)
Mówi też o pułapkach liberalizmu, który sprawia, iż w imię jego zasad pozwala się na tolerowanie zła w obawie przed posądzeniem o naruszenie tejże zasady liberalizmu. 
Oriana to przede wszystkim dziennikarka, obserwatorka historii, choć, jak sama pisze;
Według mnie dziennikarstwo niemal nigdy nie odzwierciedlało platońskiej idei tego rzemiosła, nie było w stanie sprostać wyobrażeniu, które sobie wytworzyłam. I chociaż poświęciłam mu większą część życia, chociaż jemu zawdzięczam, to, że żyłam w samym sercu Historii mojej epoki, czuję się bardziej sobą w samotności pisarza. Nieprzypadkowo najszczęśliwsze lata przeżyłam nie wtedy, kiedy kręciłam się po świecie i pisałam do gazet, lecz wtedy, kiedy przebywałam sama z sobą i pisałam powieści. (Str. 11) 
Kiedy mocno chora wywiesza narodową flagę narodową (włoską) Proszę spojrzeć, czy nie jest piękna? Jeśli ktokolwiek ją ruszy, poślę mu kulkę z dubeltówki. Ech! Chociaż moje Włochy to Włochy wyimaginowane, Włochy nieistniejące, które istniały być może jedynie podczas Risorgimento, biada, jeśli ktoś zrani moją patriotyczną dumę. (Str. 19) to widzę moją biało-czerwoną stojącą na parapecie od kilku miesięcy. 
Kiedy pisze o wyborcach, którzy dokonali niemądrych wyborów uczucie pogardy miesza się z litością, czy to ich wina, że zostali oszukani przebiegłością, populizmem, prostactwem startujących w wyborach. 
Wiele opinii Oriany można przenieść na rodzimy grunt. Choć Oriana pisze bardzo krytycznie o lewicy, pisze także …. nigdy nie potrafiłabym się sprzymierzyć z drużyną futbolową, która nosi imię Prawicy. Nigdy nie potrafiłabym także sprzymierzyć się z tymi pobożnymi duszyczkami, które wierzą, że rozwiążą problem rozdając jałmużnę, oddając się dziełu miłosierdzia ….. Jej sądy można odnieść równie dobrze do innych formacji politycznych, bo niemal wszyscy są identyczni. Począwszy od tych, którzy kwestionując Historię, a wręcz żądając napisania jej na nowo, mieszają młodym w głowach swoimi bajeczkami. (Str. 75) 
poprzez tych, dla których;
Pranie mózgu, które funduje ludziom, wmawiając im, że kto nie gra w jej drużynie futbolowej, jest kretynem, a nawet dinozaurem, reakcjonistą, istotą godną pogardy i skazaną na Piekło.( Str. 79) 
I chociaż nie wszystkie poglądy Oriany podzielam to pod poniższymi stwierdzeniami podpiszę się obiema rękoma.
Poza pięknem i zdobyczami Nauki nie znajduję w otaczającym mnie świecie niczego, co by mi się podobało. Nie podoba mi się nawet wyobrażenie o rewolucji, jakie ma ten świat. Rewolucja to nie gilotyna na placu Zgody. To nie zdobycie Pałacu Zimowego w Petersburgu. To nie gwałtowny i brutalny przewrót, który niszczy albo obala, tak że kiedy wszystko jest już zburzone albo obalone, pozostający na placu boju dziedziczą ruiny. […] Rewolucja jest dla mnie cierpliwością, rozwagą. Jest bezkrwawą metamorfozą gąsienicy, która nie wyrządza nikomu zła, nikomu, nawet samej sobie, i zmienia się w motyla. I unosi się w górę. (str. 159)
Brzmi to ogromnie idealistycznie i … naiwnie. Ale i ja tak to odczuwam.
A jedyną ideą, co do której nigdy nie zmieniła zdania - jest Wolność… rozważna ... nie będąca nieograniczoną swobodą, rozpasaniem, przemocą, czy egoizmem (Str. 159)

środa, 1 listopada 2017

Wtedy O powojennym Krakowie Joanna Olczak – Ronikier

Pierwsze powojenne lata w Krakowie widziane z perspektywy kilkuletniego dziecka to efekt żmudnej analizy pozostawionych przez matkę Hanną Mortkowicz-Olczak i babkę Janinę Mortkowiczową umów, notatek, listów i dokumentów. 
Autorka - wychowana w rodzinie z literackimi tradycjami (dziadek - założyciel przedsiębiorstwa wydawniczo - księgarskiego Mortkowiczów, babcia – pisarka i tłumaczka literatury dziecięcej i mama – poetka i pisarka) obracała się w kręgach poetów, pisarzy i wydawców. Przeszłość opisała tak, jak ją zapamiętała starając się oddzielić zdobytą później wiedzę od tego, co dziecku wydawało się najistotniejsze. Trudno jednak pozbyć się bagażu doświadczeń lat późniejszych. Pani Joanna musiała też dyscyplinować siebie sprzed lat, aby historia nie zamieniła się w niekończącą się opowieść dziecka, które kreowało sobie świat równoległy oglądając jedynie to, co chciało oglądać (świat ciastek z różową pianką, zabaw z przyjacielem, cyrkowych przedstawień, zakradania się na jabłka do ogrodu Mehoffera). 
Mała Joasia od grudnia 1942 r. do początku czerwca 1945 r. przebywała u sióstr niepokalanek żyjąc w przeświadczeniu, iż nie ma już rodziny. Na swój dziecięcy sposób pogodziła się z tym. Kiedy została niespodziewanie dla siebie odnaleziona przez mamę i zabrana do prowizorycznego mieszkania w Krakowie próbowała ukarać najbliższych za lata rozłąki; samotności, strachu, niepewności. Dlatego też sprawiała matce i babci spore kłopoty wychowawcze rekompensując sobie lata wojennej tułaczki. 
Najwcześniejsze wspomnienia mieszkania znajdującego się na ulicy Krupniczej w Domu Literatów to wspomnienia wspólnej stołówki, pokoju mającego służyć zarówno za sypialnię, salon i miejsce pracy, łazienki z prowizoryczną kuchenką, zabaw odbywanych między trzepakiem a śmietnikiem, diabelskiego młyna, toczenia metalowej obręczy po bruku, wspólnych spacerów po plantach ze Staffem, szaleństw na wrotkach i dziecięcych przyjaźni, które nie przetrwały próby czasu.
Sporo miejsca poświęca ludziom, wspomnieniu tych, którzy w jakiś sposób przecięli drogę życia rodziny Mortkowiczów, tych, o których dziś mało kto pamięta.  
Ani przybysz, ani przechodzień. Może właśnie o to chodzi. By temat Żydzi nie powodował albo ataków, albo usprawiedliwień, w najlepszym razie zażenowania, ściszania tonu, jakby się mówiło o czymś nieprzyzwoitym. By Polska nie była widziana wyłącznie, jako miejsce zbrodni, żydowskie cmentarzysko, przypadkowe miejsce postoju, ale także jako wspólny dom, budowany wspólnym wysiłkiem. By doceniony został ogromny wkład Żydów w polską kulturę materialną i intelektualną. By nie zginęli z polskiej pamięci „prawi synowie tej ziemi”. Altenbergowie, którzy w czasach niewoli, we Lwowie, wydawali w ozdobnej edycji Pana Tadeusza, z ilustracjami Andriollego, i ryciny Grottgera. Napoleon Telz z Krakowa, przyjaciel i edytor młodopolskich artystów. Maurycy Fajans, który parostatkami woził pokolenia warszawiaków po Wiśle. (str.148)
Chęć utrwalenia tamtych powojennych miesięcy miesza się z chęcią opisywania kolorów, zapachów, smaków, radości dziecka z odkrywania uroków świata, który dorosłym jawi się w pozbawionej kolorów i smaków tonacji. 
Pisze o pierwszych wydawanych przez reaktywowane przez mamę i babcię wydawnictwo utworach; norwidiana odnalezione cudem w zburzonej kamienicy przy Mazowieckiej w Warszawie, wiersze Leśmiana, utwory i przedmowy Staffa. 
Niezwykle ciekawe są fragmenty korespondencji, jakie prowadziły matka z babką. Mnie przypadła do gustu opowieść matki o wizycie w Stanach. 
Biegałam po muzeach i galeriach artystycznych, by odrobić lata rozłąki ze sztuką.- We wtorek rano umówiłam się z Halą Sterling w Metropolitan Museum - po prostu cuda […] – byłam w kilku galeriach prywatnych, gdzie oko po prostu bieleje na widok Renoirów i Utrilów […] Pojechałam na cudowną wystawę iluminacji średniowiecznych w Morgans Library […] 
- W Waszyngtonie jestem od wtorku [..] Dziś rano z Miłoszami w pięknej rezydencji Washingtona Mount Vernon, potem w Mellons Gallery - prywatna galeria pełna arcydzieł… takich Rembrandtów, El Greców, impresjonistów dawno nie widziałam. 
- Więcej chodzę do muzeów niż do sklepów, cóż to za cuda i co za męka właściwie - bo nie można objąć, ani zapamiętać wszystkiego… Kupuję reprodukcje, pocztówki, będzie co oglądać… w domu. (str. 272-273)
Mogłabym napisać o moich wakacyjnych wizytach; w Białymstoku – muzeum w ratuszu z ciekawą kolekcją młodopolskich malarzy, szczególnie zapamiętanym autoportretem Witkacego a także wystawa fotografii Ludzie Litwy Antanasa Sutkusa, w Opolu – Muzeum Śląska Opolskiego – wspaniała kolekcja porcelany, ciekawe zbiory farmaceutyczne oraz galeria malarstwa polskiego z przełomu wieków XIX i XX, w Sopocie – wystawa Jana Ciąglińskiego – polskiego impresjonisty, niezwykła kolekcja Fleur de Paris z cudownymi obrazami Nathana Grunsweigh. Ach i kiedy ja zdołam o nich napisać. Tyle, że ja mam do dyspozycji jeszcze aparat robiący zdjęcia, co trochę ułatwia sprawę. 
Ale wracając do książki; tego typu wspomnieniowo - refleksyjne pisanie wywołuje podobne do odczuć pani Hanny odczucia; nie sposób zapamiętać wszystkiego, ile przewija się tutaj osób, które tak bardzo chciałoby się zapamiętać, aby uczynić zadość idei lektury, ile historii wartych zapamiętania.
Dziś, kiedy od przeczytania minął ponad miesiąc w pamięci zostały okruchy. Jednym z nich jest historia Walusia, towarzysza dziecięcych zabaw autorki i współczytelnika wszystkiego co wpadło w ręce; od gazet, satyrycznych rysunków, felietonów po książki, co najmniej jednej dziennie. Jakże te obrazy czytających dzieciaków mnie rozczulają. Waluś po wyjeździe z rodzicami do Brazylii listownie pyta swą przyjaciółkę, co czyta i czy lubi Wiktora Hugo. I może dzięki wspomnieniu Hugo Waluś przetrwał w mej pamięci. 
Inną zapamiętaną historią jest ta o odnalezionej i uratowanej przed zniszczeniem dziecięcej korespondencji. Wywłaszczony majątek ziemski w Nagłowicach przekazany po wojnie na potrzeby Związku Literatów odwiedziła autorka z babcią. Tutaj w poszukiwaniu książek trafiły na strych, gdzie walały się sterty papierów; dziewiętnastowieczne czasopisma, urzędowe dokumenty, pudła pełne fotografii, listy. 
Olśnieniem stały się wielobarwne motyle, które wyfrunęły z którejś teki- małe koperty i złożone na pół stroniczki, zapisane dziecięcym pismem. Dziś nie ma już takich delikatnych kolorów, jak tamte. Lawendowy, bladoniebieski, cytrynowy, seledynowy, herbaciany, lilaróż. Na cieniuśkich, jedwabistych arkuszach papieru listowego dla dzieci, produkowanego na zamówienie w najlepszych firmach świata, widniały znaki wodne; herby oraz inicjały właściciela. W tło wtopione były widoczki miast: Paryż, Berlin, Wiedeń, Londyn. Czasem sceny rodzajowe jak z holenderskich kafelków, girlandy z kwiatów, obrazki z bajek La Fontaine`a. W życiu nie widziałam nic równie pięknego. (str. 125).
Korespondencja została zwrócona wywłaszczonej z Pałacu rodzinie Radziwiłłów, jednakże chłodna reakcja arystokratycznej damy mocno rozczarowała małą Joasię. 
Wtedy O powojennym Krakowie to kolejna książka Joanny Olczak – Ronikier którą warto przeczytać. 
Zaletą książki są zamieszczane na jej kartach fotografie; ludzi, miejsc, dokumentów a także indeks nazwisk. Bardzo sobie cenię te wydania, w których znajdują się indeksy, o ile łatwiej jest potem odszukać interesujący fragment.
Ze zdumieniem oglądałam fotografię tramwaju na Floriańskiej

sobota, 28 października 2017

Deszczowe wakacje w Opolu

Most Groszowy z 1903 r.
Tegoroczny wrześniowy urlop nie rozpieszczał pogodą. Dni dzieliły się na te, w których mżyło, te w których padało od czasu do czasu i te, w których lało. Takie zakrapiane deszczem dni mogą mieć swój urok. Przede wszystkim na ulicach  jest mniejszy tłok, a zdjęcia stają się ciekawsze, choć mniej folderowe. I jeśli tylko opadom nie towarzyszą wichury, a deszcz nie siecze po twarzy spacer może być przyjemnością, zwłaszcza, gdy w perspektywie czeka filiżanka aromatycznej kawy i pyszne ciacho w klimatycznej knajpce. Drugim (po Białymstoku) etapem mojego urlopu było Opole (Warszawy w zasadzie nie liczę, była jedynie krótką przerwą na spotkanie z Melpomeną). O ile Białystok mnie nie urzekł, o tyle Opole przypadło do gustu, pomimo tego, że przywitało lejącymi się z nieba strugami deszczu. Walizka w jednym ręku, parasol i notesik z informacjami dotyczącymi dojazdu do hotelu w drugim ręku - w takiej chwili raczej trudno o stoicki spokój. Jednak zaraz po zakwaterowaniu się i wypiciu kubka gorącej herbaty z cytryną wybrałam się na spacer. 
Opolska Wenecja nad Młynówką

Pierwszym miejscem, jakie zobaczyłam idąc gdzie nogi poniosą była leżąca nad Młynówką - starym korytem Odry kolorowa zabudowa nazywana Opolską Wenecją. Oczywiście nazwa mocno na wyrost, ale miejsce rzeczywiście urokliwe. Wygląda równie pięknie za dnia, jak i po zmierzchu, kiedy światło nocy nadaje kamieniczkom większej wyrazistości. Początek ciągu kamieniczek daje budynek Szpitala Św. Aleksego. Jest to najstarsza opolska lecznica, której historia niezwykle ciekawa i burzliwa sięga 1400 roku. Wówczas to opolski mieszczanin przekazał należące doń słodownię wraz z podwórzem pod budowę szpitala. W archiwach miejskich znajduje się dokument wystawiony przez Władysława Opolczyka, który potwierdza fundację. Przez ponad 600 lat w tym miejscu pełniono podobne funkcje - sprawując opiekę na chorymi i potrzebującymi. Zobowiązywał do tego Święty Aleksy, patron ubogich włóczęgów, pielgrzymów. Sam budynek wielokrotnie padał ofiarą pożarów, kilkakrotnie podlegał rozbiórkom i był przebudowywany. W swoich
Na pierwszym planie po lewej stronie dawny szpital Św. Aleksego
murach gościł zarówno schorowanych staruszków, dziewczęta pobierające nauki, weteranów napoleońskich kampanii, jak i radzieckich żołnierzy. Nieopodal w pobliskim domu parafialnym mieszkał papież Pius XI, który przed objęciem pontyfikatu przebywał w Opolu, jako urzędujący w Warszawie nuncjusz watykański. Odprawiał wówczas nabożeństwa w pobliskiej świątyni. Dzisiaj wśród zabudowań nad Młynówką sprawia wrażenie najmniej efektownego budynku z najbardziej imponującą historią. 
Opolska Wenecja od strony ul. Piastowskiej z budynkiem dawnego szpitala w głębi.

Obecnie mieści się w tutaj Dom Pomocy Społecznej. Minąwszy Młynówkę wchodzi się na ulicę Katedralną, przy której za fragmentem dawnych murów obronnych znajduje się kościół katedralny pod wezwaniem Świętego Krzyża. Według tradycji ustnej pierwsza świątynia drewniana została wzniesiona w tym miejscu w 1005 r. jako fundacja Bolesława Chrobrego. Nazwa jej miała upamiętniać otrzymane przez polskiego władcę od wrocławskiego biskupa relikwie świętego krzyża. Pierwsze pisemne źródła potwierdzają istnienie w tym miejscu romańskiej świątyni z początku XIII wieku.  Dziś ma ona charakter gotycki i jest remontowana. Najbardziej spodobał mi się zapraszający do niej szyld Mój Dom jest też twoim domem. Przyjdź. Jakkolwiek niestosownie to zabrzmi skojarzył mi się z przepięknym utworem śpiewanym przez Quasimodo Mój dom jest domem twym
Zaproszenie do odwiedzenia katedry
Spiżowe drzwi katedry



Z Katedry na Rynek idzie się kilka minut. A tam oprócz neorenesansowego budynku Ratusza wzorowanego na florenckim Palazzo Vecchio  cały ogrom ciekawych architektonicznie i kolorystycznie kamieniczek. Nawiasem mówiąc to przyrównywanie Opola do włoskich pierwowzorów jest trochę na wyrost, co nie przeczy temu, iż jest to ładne i ciekawe miasto. I choć opolskiemu ratuszowi daleko do florenckiego Palazzo to nie można mu odmówić podobieństwa. 




Rynek opolski stanowi wdzięczny obiekt fotografii, a także chętnie przez turystów uczęszczane miejsce. Nawet przy niepogodzie.








Idąc ulicą Świętego Wojciecha można dotrzeć do barokowego gmachu dawnego kolegium jezuickiego, w których mieści się dziś Muzeum Śląska Opolskiego, a w nim niezwykle ciekawe zbiory. Mnie zainteresowała zwłaszcza porcelana, a także galeria malarstwa polskiego z przełomu wieków (XIX i XX). Sam gmach wygląda niezwykle smakowicie, koloru kremu z dodatkiem białych i czerwonych dekoracji. Minąwszy go kierując się schodkami do świątyni Matki Boskiej Bolesnej i Św. Wojciecha można dojść na wzgórze uniwersyteckie. Uważam je za najważniejsze odkrycie mojego pobytu w Opolu. Zwane Górą (Górką) Wapienną stanowi oazę zieleni w centrum miasta, przyozdobioną pięknymi rzeźbami i pomnikami. A sąsiedztwo Uczelni i świątyń stanowi ciekawe tło dla otaczającego je niewielkiego parku. Jest to niezwykle klimatyczne miejsce z widokiem na dziedziniec Collegium Minus oraz Mały Rynek. 
Mnie urzekła wąziutka alejka z posągami czterech pór roku oraz zakątek z rzeźbami muz.





Podobały mi się także pomniki artystów siedzących na ławeczkach i krzesełkach. Zdecydowanie bardziej do mnie przemawia ten sposób upamiętnienia ludzi, którzy schodząc z cokołów stają się bliżsi potomnym. Jako ostatni w parku pojawił się pan Wojtek Młynarski, usiadł na przeciwko Agnieszki Osieckiej i myślę, że mają sobie wiele do powiedzenia. Gdyby jednak zabrakło tematów całkiem niedaleko przysiedli Starsi Panowie dwaj a także Marek Grechuta, a w zasięgu głosu przystanęli Czesław Niemen z gitarą i Jerzy Grotowski.

Lubiłam także przechadzać się wzdłuż Młynówki w okolicy Mostu Groszowego, zwanego też Zielonym, albo Mostem Zakochanych (przymykam oko na szpecące go kłódki, które szybko pokryją się rdzą. Udaję, że ich nie dostrzegam.) Położona w pobliżu Mostu Crepeteria Grabówka to kolejny malowniczy punkt na mapie Opola. 



A kiedy już wędrowiec przemoknie do suchej nitki snując się uliczkami i pobrzeżem Młynówki




dobrze jest udać się do jakiejś miłej knajpki na małe co nieco. 
Moim odkryciem jest kawiarenka Lwowska, gdzie oprócz przepysznych ciastek można też czasami wieczorami posłuchać muzyki. Jest trochę oddalona od historycznego centrum, ale była na mojej trasie do hotelu. Niestety nie załapałam się na koncert w kawiarni, gdyż w dniu występu artysty uczestniczyłam w koncercie Edyty Geppert w Filharmonii Opolskiej. Bo to on był pretekstem do odwiedzenia Opola. I jedno i drugie było tych odwiedzin warte. 




sobota, 21 października 2017

Kloszard

Widuję go od kilku miesięcy. Zapewne nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie fakt, iż to co robi, tak bardzo mi nie pasuje do postrzegania osób o jego wyglądzie. Jest zaniedbany, zarośnięty, ubranie ma poszarpane, wymięte i poplamione a wygląda tak, jakby przed chwilą wyszedł z altanki śmietnikowej. Podejrzewam też, że niezbyt ładnie pachnie. Czasami siedzą razem z nim inni, podobni mu panowie, niezbyt czyści i niezbyt trzeźwi. Rozmawiają, spierają się, kłócą. Nie jest to zatem człowiek stroniący od towarzystwa. Coś jednak go wyróżnia. Najczęściej widuję go samego, siedzącego na osiedlowej ławeczce; na nosie ma okulary, na ziemi stoi ortalionowa, granatowa torba, obok niego znajduje się termos, czasami coś do jedzenia, a w rękach ma … książkę. Pogrążony w lekturze nie zważa na otoczenie, siedzi i czyta, choć podejrzewam, że tak naprawdę to go tam nie ma. Jest gdzieś daleko, w innym miejscu i czasie, z innymi ludźmi. Może błąka się po paryskich uliczkach, może bierze udział w bitwie morskiej, a może zdobywa górskie szczyty. Książki w jego rękach się zmieniają, mają inny format, objętość, kolor okładki. Tylko raz, udało mi się dojrzeć tytuł. Był to Biały kieł Jacka Londona. Jestem bardzo ciekawa historii tego człowieka i listy jego lektur, tego jak żyje i skąd ma książki, ale brakuje mi odwagi, aby do niego podejść. Często zastanawiam się, czy nie jest to ten człowiek, który kiedyś zaczepił mnie w autobusie zachęcając do lektury książki, którą niedługo później zakupiłam. Ale zawsze, gdy go widzę chciałabym też usiąść na ławce i zanurzyć się w innym świecie. I w takich chwilach naprawdę mu zazdroszczę. Choć to przecież niemądre. Ja mam dom i pracę, czyste, pachnące świeżością ubranie, pełen brzuch i poczucie bezpieczeństwa. Względnego bezpieczeństwa. I tylko permanentny brak czasu i wyrwane z życia parę godzin bezsensu przez kilka dni w tygodniu. 
Nie ośmieliłam się porozmawiać, tym bardziej nie miałam odwagi zrobić zdjęcia, wydawało mi się to niestosowne. Dlatego posłużyłam się znalezioną w necie fotografią. 
źródło zdjęcia 



niedziela, 15 października 2017

Kot Georges Simenon

Żyli więc obok siebie, ale osobno, drażniąc się nawzajem każdym gestem, każdą intonacją (Str.90)
Ten cytat doskonale oddaje klimat opowieści.
Dwoje starych ludzi mieszka w jednym domu; ona krucha, dystyngowana, właściciela kilku domów, wdowa po muzyku Opery Paryskiej, on emerytowany murarz, lubiący dobrze zjeść i od czasu do czasu zabawić się z kobietą, także wdowiec. Od kilku lat przestali ze sobą rozmawiać, porozumiewają się wyłącznie za pomocą karteczek z krótkimi komunikatami. Każde ma własny kredens i samo przygotowuje sobie posiłki i choć bacznie się obserwują, kiedy to drugie nie patrzy, to do perfekcji opanowali sztukę unikania się, tak, aby żadnej czynności nie wykonywać wspólnie, tak, aby nigdy się nie dotknąć. Skąd ta obojętność podszyta nienawiścią. Każde zna (lub wydaje mu się, że zna) doskonale myśli i niewypowiedziane słowa drugiego. Będący zarzewiem tego tragikomicznego konfliktu kot (jedyny przyjaciel Emila), czy papuga (powiernica Małgorzaty) stanowili jedynie pretekst. Narastająca od kilku lat gęsta atmosfera w domu Małgorzaty i Emila nieuchronnie prowadziła do wojny. 
Ona – żyła we własnym, nierzeczywistym świecie, który ubarwiała po swojemu. I nagle okazało się, że musi znosić mężczyznę z krwi i kości, hałaśliwego, o ciężkim chodzie, który pali cuchnące cygara i wydziela zwierzęcy zapach. (str. 90).
On – po ślubie poczuł się, jak tania siła robocza, służący, który naprawi cieknący kran, narąbie drewna, rozpali w kominku i bezszelestnie zniknie z pola widzenia.
Zachowanie dwojga staruszków jest irytujące, ile lat można tak chować urazę. Emil nie daje nawet dojść do głosu Małgorzacie. Naprawdę nie wiadomo, czy kobieta dopuściła się tego, o co oskarża ją mąż. Tylko, czy może to jeszcze mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kot stanowi doskonałe studium dwojga ludzi, którzy choć się nienawidzą nie mogą bez siebie żyć. Z przyzwyczajenia? strachu? uzależnienia, a może jakiegoś rodzaju miłości? 
Warto poświęcić kilka godzin, aby przeczytać tę 140 stronicową mini powieść. 
Simenon potrafi doskonale zagłębić się w psychikę swych bohaterów, co można też zauważyć czytając inną mini powieści tego autora Premier
I znowu problem z kwalifikacją (literatura francuska czy belgijska; z pochodzenia Belg, pisał po francusku).
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.


niedziela, 8 października 2017

Twój Vincent najbardziej malarski obraz, jaki oglądałam w kinie

Vincent
O filmie słyszeli pewnie już niemal wszyscy. Powstały w polsko-brytyjskiej koprodukcji film z dużymi szansami na nominacje do Oskara, w dodatku film, który nie podzieli rodzimej widowni (choć tutaj niczego nie można być pewnym), to nieczęste ostatnio wydarzenie.
Film animowany stworzony techniką malarską, co oznacza, iż gra aktorów (ucharakteryzowanych na sportretowane przez Vincenta postaci mu współczesnych) została namalowana farbami olejnymi w stylu twórczości Vincenta. 65 tysięcy obrazów namalowanych przez ponad 100 malarzy składa się na przepiękny obraz całości. Bohaterowie poruszają się wewnątrz autentycznych obrazów Vincenta; dla przykładu w kawiarni nocnej, pod rozgwieżdżonym niebem Arles, na topolowej alejce wiodącej na stare cmentarzysko Alyscamps, na żółtozłotych polach Prowansji, pod kościołem w Auvers i w wielu innych dobrze znanych wielbicielom Van Gogha
Armand Roulin syn przyjaciela Vincenta naczelnika poczty Josepha Roulin
miejscach. Obrazy ożywają na ekranie, aktorzy sprawiają wrażenie, jakby byli wciąż od nowa malowani. Oglądamy aktora, aby za chwilę oglądać jego portret, który porusza się, mówi, żyje. A wszystko nasycone barwami, pulsujące, wirujące, w ruchu, jakby malowane na naszych oczach tylko w przyspieszonym tempie. Oglądanie tego filmu to prawdziwa uczta duchowa, myślę, że nie tylko dla wielbicieli sztuki, a dla nich absolutne must see. Dla osób, które trochę znają dzieła Van Gogha dodatkową atrakcją będzie rozpoznawanie obrazów wykorzystanych w filmie, a dla podróżników odnajdywanie namalowanych przez Vincenta widoków Prowansji. 
Co do warstwy fabularnej ta jest zdecydowanie słabsza. Malarz został przedstawiony dość jednowymiarowo, jako; wrażliwy, subtelny, zalękniony, introwertyk, niezwykle osamotniony. Zupełnie pominięto te cechy malarza, które charakteryzują jego osobę w powszechnym odbiorze; furiata, awanturnika, pijaka, bywalca burdeli. Rozumiem motyw działania pomysłodawców, skupienie się na człowieku i jego dramacie niezrozumienia przez otoczenie, ale jednak taki obraz jest nie do końca prawdziwy. Tylko, myślę, że pomysłodawcom nie o to tutaj chodziło. Nie o

Armand w kawiarni nocą w Arles
tworzenie psychologicznego portretu Vincenta, a raczej złożenie hołdu malarzowi poprzez ożywienie jego twórczości, zaciekawienie osobą twórcy, ocieplenie funkcjonującego w świadomości powszechnej obrazu szaleńca, obrazu także nieprawdziwego, bo Vincent to przecież postać dużo bardziej złożona i wymykająca się prostym etykietom. Ponadto pomysłodawcy filmu chcieli skupić się na próbie wyjaśnienia zagadkowej śmierci malarza, dlatego fabuła opiera się na detektywistycznej historii poszukiwania adresata ostatniego listu Vincenta przez Armanda Roulin. Rzecz dzieje się dwa lata po śmierci Vincenta. Młody człowiek początkowo nie darzy sympatią nieżyjącego malarza (jak większość mieszkańców miasteczka uważa go za wariata i dziwaka, niezasługującego na szacunek), zostaje jednak przekonany przez ojca, aby spełnić ostatnią wolę Vincenta. Udaje się na poszukiwanie; najpierw Theo, potem doktora Gacheta, a w końcu Jo Van Gogh. Spotykając się z ludźmi, którzy znali malarza próbuje wyjaśnić zagadkę tajemniczej, samobójczej (?) śmierci artysty. Tyle, że poznając kolejne hipotezy wcale nie przybliża się do rozwiązania zagadki. Niemniej każda z przedstawionych hipotez wydaje się prawdopodobna i do nas należy, w którą uwierzymy.
Adeline Ravoux
Jak wspomniałam fabuła jest dosyć prosta, co pozwala w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu. Osoby zaznajomione z biografią malarza nie dowiedziały się z filmu niczego nowego, jednak dla osób, które nazwisko malarza kojarzą jedynie ze słonecznikami, gwieździstą nocą i obciętym uchem będzie to okazja do lepszego poznania jego historii.
Wśród aktorów wystąpił w roli tytułowej jedyny Polak w obsadzie Robert Gularczyk. Kolejne polskie akcenty to reżyser Dorota Kobiela (we współpracy z Hugh Welchman). Ta dwójka wraz z Jackiem Dehnelem są twórcami scenariusza. Należy także wspomnieć przepięknie harmonizującą z opowiadaną historią muzykę Clinta Mansella. 
O ile staram się nie używać określenia magiczny, które uważam za nadużywane w blogosferze, tak tym razem zrobię wyjątek. Twój Vincent jest dla mnie obrazem magicznym, a jego magię może oddać w pełni jedynie duży ekran kinowy. Ogromna (tytaniczna) praca twórców (artystów) przyniosła wspaniały efekt. 
Gorąco polecam, zwłaszcza, iż ze zdziwieniem zauważyłam, że drugiego dnia emisji sala kinowa w sobotę wypełniona była jedynie w około 30 procentach. Za mała reklama, czy też etykieta filmu animacyjnego? 
Zwiastun filmu

Poniżej jak zmieniał się wizerunek aktora grającego Josepha Roulin na potrzeby filmu

Powiązane wpisy - Listy Vincenta do brata
Lektury Van Gogha - cz.1  (czyli co czytał i myślał na temat książek)
Lektury Van Gogha - cz. 2
Kobiety w życiu Van Gogha
Biografia I. Stone Pasja życia
W Muzeum Van Gogha w Amsterdamie
Śladami Van Gogha w Arles

Polecam też publikowane w Płaszczu zabójcy przez Piotra fragmenty listów Vincenta 

poniedziałek, 2 października 2017

Kapelusz cały w czereśniach Oriana Fallaci

Wydawnictwo literackie, wydanie pierwsze, rok 2012.
Kapelusz cały w czereśniach to wielopokoleniowa saga rodu Fallacich oraz wszystkich przodków ze strony matki, których geny dały życie i ukształtowały autorkę. Saga obejmuje okres od 1773 roku do dnia samobójczej śmierci prababki Oriany - Anastazji w 1889 rok, choć opowiadana historia wykracza poza sztywne ramy czasowe i momentami zazębia się ze zdarzeniami współczesnymi. Historia zaczyna się od wspomnienia przedmiotów znalezionych w przekazywanej z pokolenia na pokolenie skrzyni posagowej zawierającej najcenniejsze rodzinne pamiątki, a należącej do spalonej na stosie Ildebrandy. To owe pamiątki, albo raczej ich wspomnienie (bowiem sama skrzynia zaginęła w 1944 r. podczas działań wojennych) stanowią asumpt to poszukiwań w kronikach, dokumentach, księgach parafialnych, prasie sprzed wieków i coraz bardziej szwankującej pamięci najbliższych historii praszczurzyc i praszczurów. Oriana w niezwykle ciekawy sposób opowiada historię swych krewnych twierdząc, iż sama doskonale pamięta pewne zdarzenia z przeszłości, tak jakby była po części każdym ze swoich wcześniejszych wcieleń, tak jakby uczestniczyła w tych bolesnych i wzniosłych wydarzeniach, w których przyszło im brać udział. Przeczytawszy książkę doszłam do wniosku, że historia mojego kraju, mimo jej powikłania i wielu bolesnych kart, nie była aż tak skomplikowana i pokręcona, jak historia Włoch. Dziesiątki władających oddzielnie państewek włoskich, napadających na siebie nawzajem i napadanych przez obcych agresorów, ciągłe najazdy, powstania, rewolucje, zamieszki, bitwy, wojny, tumulty, wzajemne mordowanie się i zamykanie w więzieniach. Początek historii rodu wywodzi się od Carla Fallaci, młodego rolnika, wyjątkowo jak na koniec XVIII wieku wykształconego, bo potrafiącego czytać i pisać. Carlo miał ambicje zmienić swoje życie, uciec od ciasnych poglądów bogobojnych rodziców do Ameryki, poznać inny świat i rozpocząć nowe życie. Niestety splot okoliczności sprawił, iż chłopak pozostał w rodzinnej wiosce Panzano i związał swe dzieje z Cateriną, dziewczyną równie wyjątkową. Caterina szła pod prąd swoim czasom, jako wnuczka Ildebrandy nienawidziła księży i religii, zgodziła się oddać swoją rękę tylko takiemu człowiekowi, który nauczy ją czytać i pisać. 
Pisarka dokonała olbrzymiej pracy w poszukiwaniu źródeł dla odtworzenia historii rodu. Zbieranie materiałów oraz pisanie sagi, będącej rodzajem autobiografii zajęło jej dziesięć lat. Historia każdego z przodków osadzona jest w historii miasta/ państwa. Każda obejmuje rys historyczny, społeczny i obyczajowy, otoczenie, w którym żyli przodkowie pisarki nabiera kolorytu w taki sposób, że przenosi kilka wieków wstecz: na wybrzeża morskie, gdzie mieszkają ofiary pirackich napaści, na pokłady statków, na których jedni drugim gotują haniebny los niewolników, do miasteczek, w których purytańskie obyczaje skazują ludzi niepokornych na tułaczkę i poniewierkę, w sam środek bitew i rozlewu krwi, czy wreszcie na drugi kontynent, gdzie dogasa wojna północy z południem, a Indianie skalpują poszukiwaczy złota. 
Każda z historii mogłaby dostarczyć materiału na odrębną opowieść i z wszystkich tych opowiadań trudno byłoby wybrać najciekawszą. Bo jak porównać los Francesco, którego ojca porwali algierscy piraci robiąc zeń niewolnika, który odbył morderczą służbę na statku, aby stać się żeglarzem, a następnie stracił czterech synów, z losem rzeźbiarza Giobatty, uczestnika krwawych bitew, z losem nieślubnego dziecka polskiego bojownika walk o niepodległość. Tak, bo w żyłach Oriany płynęła też domieszka polskiej krwi. Stanisław, który nie dowiedział się o posiadaniu córki był prapradziadkiem Oriany. 
Historia przodków przeplata się z historią Włoch za czasów Napoleona, Garibaldiego, Wiktora Emanuela II. Przyznam, iż szczegółowość opisu owego historycznego tła, wielość nazwisk, potyczek, zdarzeń (istotnych dla ich uczestników, ale już mniej ważnych dla potomnych) nadawała realizmu opisu, ale momentami powodowała zmęczenie czasami bezowocną próbą przyswojenia informacji. Trud przebrnięcia przez te meandry opisów został wynagrodzony czytelnikowi odtworzeniem klimatu czasów, w jakich żyła Oriana w wszystkich swych wcześniejszych wcieleniach.
Autorka szczególną estymą darzy swoją prababkę Anastazję. Była ona nieślubnym dzieckiem Stanisława i Marguerite. Na jej życiorysie zaważył fakt, iż była osobą, która formalnie nie istniała, gdyż jako nieślubne dziecko musiała żyć w ukryciu. Jako młodziutka baletnica powiela historię swojej matki; ona także w ukryciu rodzi nieślubne dziecko i podrzuca je do przytułku (po latach odzyska córkę i będzie próbowała zrekompensować małej stracony czas). Następnie płynie do Ameryki, gdzie po wielu perypetiach (między innymi uniknięciu losu piątej żony Mormona, czy po napadzie Indian na wiozący ją dyliżans) prowadzi dom publiczny, zbiwszy majątek wraca do Włoch odzyskać córkę, stracić fortunę oraz zobowiązać kochanka do poślubienia przyszłej babki Oriany. Historie przodków Oriany aż proszą się o sfilmowanie. 
W opowieści zachwyca także opis drobiazgów, które dało tło opowieści, jak np. opis podróży Anastazji z Turynu, do Ceseny, dokąd ciężarna kobieta jechała urodzić swe nieślubne dziecko, z dala od wścibskich oczu znajomych.
Z Turynu do Ceseny można było dojechać bardzo dobrym pociągiem, który wyruszał o siódmej czterdzieści pięć rano. Przez Asti-Alleksandrię-Piacenzę-Parmę_Reggio_Emilię docierał o drugiej czterdzieści po południu do Bolonii, tutaj trzeba było przesiąść się do pociągu jadącego przez Imolę- Faenzę-Forli-Cesenę do Rimini, i docierało się do celu o szóstej po południu. Komfortowe były … wagony pierwszej klasy, wybudowane na wzór pociągów Bitish Railways. Bardzo eleganckie. W każdym przedziale, odizolowanym od innych, bo dostępnym tylko z zewnątrz, znajdowały się cztery miękkie czerwone fotele z podgłówkami, ozdobionymi brukselską koronką. Przed każdym fotelem stoliczek z dzbankiem świeżej wody, szklankami i serwetką. Na wykładzinie w stylu Aubusson szkandela z gorącą wodą, aby złagodzić zimno, i błyszcząca mosiężna spluwaczka. Na ścianach wyszukana mahoniowa boazeria. U sufitu żyrandol. W oknach muślinowe firanki. (str. 588). 
Jedyne uwagi, jakie mam do książki tyczą się wydawcy. Po pierwsze książka liczy ponad osiemset stron, co czyni ją szalenie nieporęczną w czytaniu. Trudno zabrać ją w podróż, jest ciężka i mdleją ręce od jej trzymania. Po drugie zabrakło mi rozpisania rodowodu – drzewa genealogicznego. Z posłowia wynika, iż w oryginale znajduje się rodowód rodu Fallacich. Liczne odniesienia w treści do wątków pobocznych mogły sprawić, iż poszczególne gałęzie rodu trochę się rozjechały.

Polecam lekturę.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

czwartek, 28 września 2017

Doktor Żywago w Białymstoku, Edukacja Rity w Warszawie i Ewa z Supraśla

Fragment budynku OFP
Kilka miesięcy temu obejrzałam w warszawskim teatrze Ateneum spektakl Edukacja Rity. Ta uwspółcześniona wersja Pigmaliona, gdzie w rolę nauczyciela wcielił się Piotr Fronczewski (genialny pan Piotruś), zaś pojętną uczennicę zagrała Katarzyna Ucherska (i to jak zagrała) wywarła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie. Może dlatego, że rzadko ostatnimi czasy zdarza mi się trafić na dobrze zagraną i choć nie zmuszającą do wysiłku intelektualnego, to przecież niegłupią komedię. Taką, w której widownia nie ryczy ze śmiechu oglądając ograne gagi, a jednak wychodzi z teatru rozbawiona. 
Ona, młoda fryzjerka marzy o awansie społecznym, chce czegoś więcej niż tylko codziennej rutyny u boku prymitywnego małżonka. On, nadużywający alkoholu profesor, niespełniony poeta bez entuzjazmu przyjmuje zadanie przekształcenia prostej dziewczyny w intelektualistkę. A w tle cudowna muzyka w wykonaniu Szczepana Pospieszalskiego - trzeci z bohaterów przedstawienia. Mocno zapadły mi w pamięć profesorskie wywody na temat omawiania książek. Otóż, kiedy mówisz o książce nikogo nie interesuje, jakie wrażenie ona na tobie wywarła, to, czy się tobie podobała, czy też nie, musisz dokonać oceny treści, formy, stylu, popierając argumentację nazwiskami uznanych autorytetów. Na skutek edukacji Rita wtapia się w świat ludzi kulturalnych i staje jedną z wielu potrafiących wypunktować atuty i wady każdej lektury tracąc po drodze świeżość spojrzenia (nieco naiwną, wyrażaną niewyszukanym językiem, ale niepowtarzalną). 
Czemu o tym piszę? Ponieważ oglądając przedstawienie pomyślałam sobie, że moje pisanie jest pisaniem niewyedukowanej Rity. Nie oceniam, a jedynie opisuję wrażenia, czasami odnosząc je do swoich przemyśleń, skojarzeń czy przeżyć. Kogo to obchodzi. 
Podczas tegorocznego urlopu spotkałam się z prowadzącą bloga Naprzeciw szczęściu Ewą i ku zaskoczeniu ale i radości dowiedziałam się, iż najbardziej podobają się jej w moim pisaniu osobiste wstawki oraz wrażenia wywołane procesem poznawczym. Dlatego zdecydowałam się dalej pisać te moje osobiste, czasami naiwne, czasami egzaltowane, czasami odmienne od uznanych opinii spojrzenia na świat. Może nawet uda się zamknąć oczy i uszy na medialny szum i zatopić w całkiem innym świecie pozbawionym polityki (do czasu, kiedy ta nie zapuka do naszych drzwi).
Pierwszym etapem wrześniowego urlopu było uczestniczenie w przedstawieniu Doktor Żywago w Operze i Filharmonii Podlaskiej. To dzięki musicalowemu opętaniu odwiedziłam Białystok, spotkałam się z Ewą i odkryłam Supraśl, o czym mam nadzieję napisać kiedyś.
Małe co nieco w antrakcie
Historię Doktora Żywago znałam jedynie z dwóch filmowych adaptacji (tej bardziej znanej z Omarem Sharifem oraz tej bardziej krwawej z Hansem Mathesonem). Magnesem dla mnie było nazwisko tłumacza tekstów; pana Daniela Wyszogrodzkiego, z którego tłumaczeniami musicali Koty, Taniec wampirów, Upiór w Operze, Les Miserables, Deszczowa piosenka oraz Mamma mia! spotkałam się w teatrze Roma. Równie zachęcająco, jak nazwisko tłumacza, wyglądała obsada. 
Doktor Żywago to historia jednostki uwikłanej w zawieruchę rewolucji w Rosji, człowieka postawionego przed dramatycznymi wyborami, jak przeżyć i zachować człowieczeństwo. Głowni bohaterowie; dwie kobiety zakochane w Żywago (Lara i Tonia) i troje mężczyzn (Żywago, Komarowski i Strielnikow), którzy stracili głowę dla Lary zostali rzuceni na fale rodzącego się bolszewizmu. Zrobione z rozmachem epickiej epopei widowisko wzrusza i urzeka. Magia teatralnego przedstawienia uzyskana dzięki scenografii, kostiumom oraz wykorzystaniu sceny obrotowej (która umożliwia śledzenie akcji na dwóch planach jednocześnie) sprawia, iż widz zanurza się w inny świat; straszny i bezduszny, ale też w pewien sposób urzekający siłą jednostki. Człowiek, który w zalewie nienawiści, głupoty i okrucieństwa potrafi zachować się przyzwoicie budzi podziw i chęć naśladowania. 
Kiedy doda się do tego przepiękną muzykę i dobry wokal to czegóż trzeba więcej. Może troszkę szkoda, że w przedstawieniu brakuje utworów, które wpadałyby w ucho na tyle mocno, że widz nuciłby je po wyjściu z budynku. Choć może to tylko moja nieznajomość tekstów i muzyki sprawiła, iż żaden z utworów nie wrył mi się na tyle mocno w pamięć. Jednak przyznaję, iż spektakl potrafił wbić widza w krzesło, tak że losy wspomnianej piątki śledziłam z zapartym tchem chwilami zasłuchana w liryczne brzmienia, żeby za chwilę dać się wzruszyć tragicznym losem człowieka będącego igraszką w biegu dziejów. Efekty specjalne; wybuchy, egzekucje, nocne sceny czy jadąca wprost na widownię lokomotywa wprowadzają dreszczyk emocji, chwilami robi się nieprzyjemnie. Nie ma dosłowności, czy epatowania brutalnymi scenami, co nie znaczy, że przedstawienie nie porusza. 
Spacer  po przedstawieniu (Cerkiew Św. Mikołaja)
W spektaklu wykorzystano ciekawą choreografię, partiom wokalnym towarzyszą partie taneczne (te wydały mi się dobrym, acz nie nowatorskim rozwiązaniem- wykorzystano je np. w Notre Dame de Paris, czy Romeo i Juliet) a także partie ruchu scenicznego (jak w scenie szpitalnej wijące się w egzorcyzmach siostry- rozwiązanie ciekawe, aczkolwiek do mnie nie przemawiające).
No, ale to co najważniejsze dla mnie, czy muzyka i wokal- nie zawiodło. W roli Żywago wystąpił Łukasz Zagrobelny, którego chyba nie doceniałam do tej pory. Miałam okazję słuchać go w Nędznikach w roli Enjolasa oraz w Notre Dame w roli Clopina, które wydawały mi się bardzo dobrze zaśpiewane, ale nie chwyciły za serce. Dopiero w roli Żywago aktor przedstawił całe spektrum umiejętności, byłam pod wrażeniem jego głosu i jego wykonania (jak np. w utworze Kim jesteś, czy Decyzja). Bardzo podobała mi się w roli Lary (etatowa, jak sama mawia Christine Dae z Upiora w operze) Paulina Janczak delikatna, a jednocześnie silna bohaterka. Nie zawiodła mnie także Monika Bestecka, jako prostolinijna i dystyngowana, jak na arystokratkę przystało, Tonia. Zwróciłam uwagę na tę wokalistkę w przedstawieniu Doktor Jekyll i Mr Hyde w poznańskim teatrze. Nieco rozczarował mnie Tomasz Steciuk (nawiasem mówiąc jeden z moich ukochanych wykonawców, ale być może miał gorszy dzień) w roli Komarowskiego; wydał mi się mało wyrazisty, za mało cyniczny, za mało despotyczny. Natomiast moim nowym odkryciem był pan Marcin Wortmann, jako Pasza Strielnikow. Cóż za przepiękny, wyrazisty głos. Jak przystało na ideowca-fanatyka, kiedy trzeba brzmiał rewolucyjnie, kiedy trzeba groźnie, okrutnie, a w końcowej scenie budził nawet pewien rodzaj sympatii i żalu (jako ofiara rewolucji, która pożera własne dzieci). 
Podlaski przysmak- kartacze z mięsem
O ile nie zapadły w pamięć poszczególne utwory, o tyle klimat niektórych z nich spowodował, że nadal mam przed oczami niektóre sceny; ślub Paszy i Lary najpierw liryczny, majestatyczny z towarzyszeniem cerkiewnego śpiewu, ikony i popa, potem huczne weselisko z przyśpiewkami i najbardziej wzruszającą scenę spowiedzi Lary, niezapomniane wykonanie pieśni Lary i Toni (dwie kobiety kochające Żywago - skojarzenie z Esmeraldą i Fler de Lys zakochanych w kapitanie Febus nasuwa się samo, choć charakter utworu zupełnie inny), czy pieść na pięć głosów, gdzie do Lary wzdycha troje zakochanych w niej mężczyzn, a dwie panie wyśpiewują swoje uczucia do Żywago. Ale takich scen; wzruszających, przejmujących, przerażających jest całe mnóstwo, bowiem akcja toczy się szybko, sceny przechodzą jedna w drugą bez chwili zatrzymania, jak czas biegnie bezlitośnie i zmienia układ dziejów. Jeśli napiszę, że chciałabym zobaczyć raz jeszcze to będzie to moja najlepsza rekomendacja. 
Doktor Żywago to stosunkowo młody musical, jego prapremiera miała miejsce 19 lutego 2011 r. w Sydney. Muzykę napisała Lucy Simon, libretto Michael Weller, a teksty piosenek Michael Korie i Amy Powers. Na potrzeby podlaskiej Filharmonii spektakl wyreżyserował Jakub Szydłowski, scenografią zajął się Mariusz Napierała, choreografią Jarosław Staniek a kostiumami Anna Chadaj.
Piosenka promująca musical 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Powrót do bezsennych nocy Dzienniki Józef Hen

Pamiętam, jak dobre wrażenie zrobiły na mnie Dzienniki - Nie boję się bezsennych nocy. Kiedy zobaczyłam książkę, która w tytule nawiązuje do tamtej pozycji bez wahania ją kupiłam. 
To oczywiste, że w literaturze nie szukamy wyłącznie lustrzanego odbicia własnych myśli, czy przeżyć, ale przecież lubimy się w niej przejrzeć i znaleźć potwierdzenie tego, że nie jesteśmy osamotnieni w naszym postrzeganiu świata. Powrót do bezsennych nocy obejmuje zapiski od początku 2014 roku do pierwszych tygodni 2016 roku. Mimo braku dat opis bieżących wydarzeń politycznych pozwala na umiejscowienie ich w czasie. I choć zapiski zdominowała sytuacja polityczna to można w nich znaleźć wiele smaczków literackich, ciekawych wątków historycznych, czy zwykłych spostrzeżeń. 
Proza życia przeplata się z poezją, poszukiwanie kabla do telefonu, z udziałem w kręceniu filmu dokumentalnego, a męka samodzielnego wyjścia z domu z relacją ze spotkania z czytelnikami. I tutaj podobnie, jak we wcześniejszych Dziennikach jedno wspomnienie wywołuje łańcuch innych z nim powiązanych, jedno nazwisko, tytuł książki, jakiś obraz przenoszę w odległą przeszłość. Może to też za sprawą wieku skłonność do dygresji sprawia, że wszystko się z czymś kojarzy. Indeks nazwisk występujących we wspomnieniach jest imponujący; od znanych pisarzowi osobiście literatów, poetów, dziennikarzy, polityków, działaczy po autorów czytanych książek, filozofów, postaci historycznych, które go zafascynowały. I tak, jak przy wcześniejszej lekturze pojawiła się chęć przeczytania Pod wulkanem, tak teraz chętnie zapoznałabym się z biografiami Michała z Montaigne czy Stanisława Augusta autorstwa pana Józefa. 
I wciąż ta myśl uparta towarzysząca autorowi - Czy zdążę? Wciąż ktoś mi wykrada godziny. A tyle by się chciało odnotować na bieżąco… (str. 33) pisze 91 letni człowiek. 
Czytając słowa Ignorowany przez pewne opiniotwórcze kręgi, muszę sam siebie przekonywać (i moich czytelników), że dla pewnych ludzi jest to moje pisanie coś warte, że ma sens żałuję, iż nie mogę zapewnić autora, jak wiele ono dla mnie znaczy. Jak często w jego wspomnieniach, czy refleksjach odnajduję własne. Z jaką przyjemnością czytam jego relacje.
Obok filozoficznych rozmyślań, obok całego szeregu literackich odwołań pojawia się obserwacja i obrazki nie wymagające komentarza. Jak ta o zwiedzaniu cmentarza Monte Cassino. 
Dzieci obsiadły dużego kamiennego orła. „Zrób bardziej z profilu”. Pstryk. „Teraz tylko tata”. Pstryk. A babcia? „Zrób zamyśloną minę”. Pstryk. … Ucałowania rączek. Najlepsze są hamulce firmy tej i tej i nie pożałują Państwo.. Szczepanowski kupił opla… A państwo teraz dokąd? Na obiad do Gaety…(str. 110).
Przypomina mi to pewien letni wieczór, kiedy po niezwykle pięknym koncercie, kiedy rozedrgane emocje we mnie aż buzowały, towarzysząca mi osoba zaproponowała wstąpienie do hurtowni z odzieżą. I wstąpiła. Ona wstąpiła...
Zwróciłam uwagę na zwiedzanie przez autora Galerii Borghese w Rzymie. Może dlatego, iż mnie samą przywiodły tam rzeźby Berniniego. Pan Józef pisze o popiersiach cesarzy, które mnie zupełnie umknęły oraz rzeźbie hermafrodyty, którą ja umiejscawiam w Luwrze. 
Nie uda mi się prowadzić życia intelektualisty, pochłoniętego lekturami, gryzmolącego uwagi na marginesach książek, a tego najbardziej bym chciał. Nie nadaję się na spokojnego emeryta. (str.123). Pisarz mimo swego dostojnego wieku prowadzi bardzo aktywne życie; uczestnicząc w spotkaniach z czytelnikami, udzielając wywiadów, występując w filmie, pisząc Dzienniki. 
Jest tu jakże mi bliskie zawłaszczanie przestrzeni. Tam, gdzie byłem – notuję - gdzie przysiadłem się, napiłem się kawy, zjadłem w barze, pogadałem – po włosku, angielsku, francusku- gapiłem się - to już jest moje, nowa mała ojczyzna, coś przyswojonego, coś za czym się tęskni. Nie mogę już wybierać się za granicę, odwiedzać (nie zwiedzać), ale pospacerowałbym przez via Sistrina, Barberini, aż do via Veneto, stałbym przed Signorią we Florencji. Mój już na zawsze Paryż. I Lwów, z pasażem Mikolascha, jakże teraz inny. Wystarczy. A Samarkanda? Dzisiejsza? O nie! Tamtą naszą Samarkandę odwiedzam we śnie. (str. 125). 
Jakże niedawno pisałam do kogoś o tęsknocie, która rozdziera mi serce, tęsknocie za Wenecją, moją Wenecją, jakże chciałabym pospacerować wąziutkimi uliczkami, mostkami, zaułkami, posłuchać szumu fal Canale Grande rozpruwanych przez vaporetto.
Mimo dużego krytycyzmu do otaczającej go/nas rzeczywistości jest w pisarstwie autora wiele pogody. Jest ironia i wyszydzanie głupoty, ale nie ma chęci odwetu. Jest też szacunek względem osób, których poglądów się nie podziela i jest też przestroga. Powrót do bezsennych nocy zdominowała sytuacja polityczna. Jest to może najsłabszą literacko częścią Dzienników, ale też trudno się dziwić tak wytrawnemu obserwatorowi rzeczywistości i doświadczonemu człowiekowi, że nie może pozostawać obojętnym wobec tego, co dzieje się w naszej Ojczyźnie. Wolałbym, żeby mój »Powrót do bezsennych nocy« nie był przeciążony przez to, co się dzieje w świecie politykierskim. Ale jak się ustrzec? Jak uciec do książek, do lektur, do rozważań literackich, psychologicznych, obyczajowych? Politykierzy wtargnęli buciorami w moje życie i w życie bliskich mi osób. To klęska. Moja osobista – i Polski. Wiele tu komentarzy odnośnie bieżących wydarzeń, komentarzy, które sprawią, że zwolennicy „dobrej zmiany” nazwą pisarza zdrajcą, czy lewakiem (żeby nie cytować bardziej dosadnych określeń). 
A puentą Dziennika są dla mnie dwa cytaty;
Obudziłem się. Żyję. Trwam. Zajmuję się sobą. Żyję, aby żyć, bo wolę to od nieistnienia. Ale jaki jest sens w tym życiu? Jaka jego treść, cel, pragnienie? Jestem zabytkiem. Dla niektórych. Pocieszam się, że są jednak tacy, którzy chętnie obcują z tym, co piszę. (Str. 167).
oraz Śmiejmy się! Kto wie, czy za sto milionów lat świat będzie jeszcze istniał (str. 280).
Panie pisarzu kochany (zakładając, że nie kokietuje Pan czytelnika) - ja bardzo chętnie obcuję z Pana dziennikami i życzę dużo siły (na powstanie kolejnego tomu) i uśmiechu (mimo wszystko i wbrew wszystkiemu).
Powrót do bezsennych nocy Dzienniki. Józef Hen Wydawnictwo Sonia Draga rok wydania 2016. 
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego wyzwania u Anny. 
Coraz dłuższe przerwy w pisaniu. Coraz bardziej przytłoczona nierzeczywistością zdarzeń. Ale nadal nie tracę nadziei na cdn..  

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Majówka pod koniec kwietnia, część 3 czyli powrót po latach do Ustki

Kiedy maj już dawno przeszedł w czerwiec u mnie wciąż jeszcze kwiecień. A mając na uwadze to, iż za chwilę nadejdzie lipiec, w którym nastąpi druga część urlopu należałoby jak najszybciej uporać się z jego częścią pierwszą. 
W Ustce lata temu spędzałam każde wakacje. Dwa letnie miesiące dzieliłam pomiędzy Ustkę, w której mieszkała mama mojej mamy i Poznań, w którym mieszkała rodzina taty. Babcię ustecką odwiedzałam często także w czasach, kiedy wakacje spędzałam już w zupełnie inny sposób i w zupełnie innym towarzystwie. Ustka to dziesiątki wspomnień, jakże przyjemnych, bo beztroskich, choć wtedy nie zawsze takimi się wydawały, zwłaszcza, kiedy pokłócona z chłopakiem wyczekiwałam jego pociągu na dworcu a peron kolejowy oglądałam w smutnym kolorze blue. Ale Ustka to przede wszystkim słońce, plaża i morze, to zbieranie jagód i borówek w lesie, włóczenie się po wydmach, pierwsze samodzielne wypady do kina na filmy od szesnastu lat, przejście przez cmentarz o północy i lody w najlepszej usteckiej lodziarni U Chomczyńskich. Nie byłam tam od czasu, kiedy zabrakło babci, czyli prawie dwadzieścia lat.
Podróż sentymentalna była powrotem do wspomnień, a nie do miejsc zapamiętanych sprzed kilkudziesięciu lat bowiem tych miejsc już prawie nie ma.  Z malutkiej, urokliwej, ale mocno prowincjonalnej mieścinki zmieniła się Ustka w nadmorski kurort. Wizytówką miasta - pierwszym miejscem, w którym turysta spotykał się z miasteczkiem był od końca XIX wieku dworzec kolejowy łączący je ze Słupskiem. Dziś nieczynny z powodu remontu, kiedyś pamiętający czasy, kiedy przywożące gości składy liczyły i trzydzieści wagonów. 
Z czasem coraz częściej docierałam do Ustki autobusem, który miał tę zaletę, iż zatrzymywał się vis a vis domu mojej babci, co pozwalało zaoszczędzić kilka jakże cennych minut, kiedy czas wakacji wyciskało się, jak cytrynę, do końca, do ostatniej kropelki. Pomalowany na żółto jednopiętrowy budynek wciąż jeszcze stoi, choć w okienku na piętrze nie ma już babci, która z niecierpliwością wyczekiwała przyjazdu wnuczki. 
Za czasów mojej młodości to stąd (ulicą Marynarki Polskiej) ruszało się na plażę; po drodze mijając piekarnię z gorącymi jeszcze, prosto z pieca sprzedawanymi drożdżówkami, ciepłymi bułeczkami szwedkami i chlebem z chrupiącą skórką, dwa sklepy rybne, gdzie można było nabyć rybę prosto z kutra (a przynajmniej tak głosił ówczesny marketing) a także księgarnię, której witryna kusiła wyborem literatury o niebo bogatszym niż w Trójmieście. Ach te książki odbijające słońce i pełne piasku pochłaniane przy szumie fal. Ach to zatracenie się w czasie, to zapomnienie. 
Dzisiaj do Portu czy na plażę można wybrać się bardziej malowniczą trasą poprzez portowe nabrzeże zabudowane licznymi hotelami, pensjonatami, knajpkami. Pachnących świeżością drożdżówek już się nie dostanie, ale świeżą rybę można skonsumować w prowizorycznych punktach gastronomicznych położonych przy brzegu morza. A jeśli jest się na promenadzie to obowiązkowo należy skosztować gofra z bitą śmietaną. Pycha. Choć może to tylko wspomnień czar; mnie najlepiej smakują one nad morzem (no i jeszcze w parku Łazienkowskim). 
Spacerując wzdłuż brzegu można podziwiać kutry i wsłuchiwać się w odgłosy mew i bijące o brzeg fale. 
Wzrok przyciąga jedna z największych ostatnio usteckich atrakcji – biała kładka na drugi brzeg Słupi otwierana w regularnych odstępach czasu na kilkanaście minut. Zapewne niewiele osób wie, co znajduje się na drugim brzegu, ale niemal wszyscy z niecierpliwością wyczekują jej otwarcia, po to, aby „zaliczyć” tę właśnie atrakcję. Na drugim brzegu znajdują się cztery poniemieckie żelbetonowe bunkry wraz ze schronami i podziemnymi korytarzami. Bunkry Bluchera są dziś atrakcją turystyczną, można je zwiedzać, a na ich terenie odbywają się pikniki militarne połączone z nauką żołnierskich piosenek, degustacją grochówki oraz pokazami historycznymi i konkursami. Podczas wojny mieściło się tam jedno działo kaliber 105 mm i cztery mniejsze. Zapewne gdyby nie lektura Tak trzymać niewiele by mnie obeszło, jaki kaliber miało ustecki działo, ale po opowieściach kapitana Jazowieckiego na temat uzbrojenia gdyńskiej floty nie mogłam pozostać obojętną wobec takiej informacji. A co zapewne ciekawsze, dla laika, z działa można było wystrzelić pocisk o wadze 20 kg na odległość 17 kilometrów. 
Dochodząc do nadmorskiej promenady mija się budynek z czerwonej cegły z białą wieżyczką. Latarnia morska to znak rozpoznawczy miasteczka. Stoi tu od końca XIX wieku. Kiedyś jej światło dawało znaki widoczne z odległości kilku kilometrów, dziś widać je z odległości nawet trzydziestu.  
Jako dziecko większość czasu spędzałam na plaży (może wówczas wyczerpałam swój przydział plażowania, bowiem dzisiaj nie przepadam za leżeniem na słońcu). Zamiłowanie do spacerów brzegiem morza pozostało jednak do dziś. Najbardziej lubię wczesne poranki, kiedy ludzi jest niewielu, a słońce dopiero nieśmiało przegląda się w wodach zatoki. 
Kolejnym rytuałem były spacery na falochronie, zwłaszcza wówczas, kiedy na plaży powiewała czarna flaga, a Bałtyk przelewał swe fale ponad kamiennym wysuniętym w morze jęzorem. Niebo było ciężkie od chmur, a wiatr rozwiewał włosy. Jakże wówczas człowiek czuł się mocny i niezwyciężony. 
Ustka oferuje wiele atrakcji; poza domami o charakterystycznej szachulcowej zabudowie, nowo powstałe muzea; jak Muzeum chleba, Ziemi Usteckiej, mineralogiczne i Bałtycką Galerię Sztuki Współczesnej a także pomniki z najbardziej znanymi Usteckiej Syrenki oraz ławeczkę Ireny Kwiatkowskiej.
Jednak tym, co przyzywa tutaj turystów jest plaża, słońce i morze; kojący szum fal, poszukiwanie muszelek i bursztynu oraz klimat wakacji, nawet, jeśli są to wakacji nieco chłodniejsze niż nad morzem Śródziemnym.