niedziela, 7 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 2, czyli mój pierwszy pobyt w Kazimierzu




Drewniana zabudowa w Kazimierzu


Ruiny zamku w Kazimierzu
W nawiązaniu do części 1 wpisu kontynuuję krótkie wrażenia z wycieczki po kraju. Tak, byłam w Kazimierzu po raz pierwszy i myślę, że nie ostatni, choć podróż nie była komfortowa. Autobus z Warszawy do Kazimierza  jedzie dłużej, niż pociąg z Gdańska do stolicy; jednak urok miasteczka jest w stanie zrekompensować tę niedogodność. 
Wybrałam okres poza sezonem i poza weekendem i to był bardzo dobry wybór, nie musiałam bowiem dzielić swego zachwytu z tłumem turystów, a jak wiadomo każdy prawdziwy podróżnik bywa egoistą i lubi zawłaszczać dla siebie widoki. Z wiekiem coraz rzadziej jakieś miejsce jest w stanie przekonać mnie do siebie; człowiek sporo już doświadczył i niestety traci dziecięcą radość i umiejętność zachwycania się każdą nową rzeczą, bo każda wydaje się jakby znajoma, już wcześniej oglądana. Tymczasem Kazimierz (i jak się potem okazało także kolejne odwiedzone miasteczko) skradł moje serce od pierwszego spojrzenia. Spodobała mi się architektura, krajobraz, klimat. Możliwe, że też przypadek odegrał swą rolę. Przyjechałam wiosennego, słonecznego dnia. Kolejne dwa dni padał deszcz i było dość ponuro. Tak więc, gdybym przyjechała dzień później mogłabym odnieść zupełnie inne wrażenie. 
Zdobienia  pilastrami fasady FARY
Pierwszą budowlą, jaka rzuciła mi się w oczy była Fara (kościół pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja Apostoła), świątynia nieopodal Rynku, która stanowi jeden z najbardziej malowniczych widoków miasteczka, choć trzeba przyznać, że Kazimierz ma takich widoków sporo; od romantycznych ruin zamkowych na wzgórzu, poprzez renesansowe kamieniczki, drewnianą zabudowę aż do lessowych wąwozów i nabrzeża Wisły. 
Nie wiem, czy sprawił to nadmiar wolnego czasu, czy też architektura tego miasteczka ma taki specyficzny urok, ale niemal każda mijana kamieniczka, każda budowla przyzywała spojrzenie i sprawiała chęć uwiecznienia. Wcale nie dziwię się, że Kazimierz jest Mekką artystów- malarzy, a galerie obrazów znajdują się niemal na każdym kroku. 
Fara jest najstarszą świątynią w Kazimierzu Dolnym ufundowaną przez Kazimierza Wielkiego, zbudowaną w stylu gotyckim i rozbudowaną w stylu lubelskiego renesansu pod kierunkiem włoskiego architekta Jakuba Balina. Wzrok przyciągają szczyty świątyni, zdobienia fasady pilastrami i bogatą ornamentyką. 
Jeśli mowa o ornamentyce to nie sposób przejść obojętnie obok
Kamienice Przybyłów
późnorenesansowych kamienic Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów, które łączą cechy renesansu z manierystyczną dekoracją, wpływy niderlandzkie i włoskie z miejscową tradycją budowania. Obie mają identyczną zabudowę; podcienia z arkadami, niezwykle bogato zdobione płaskorzeźbami ludzi, zwierząt, ornamentów roślinnych, wątków obyczajowych, mitologicznych, religijnych fasady (wśród których wyróżniają się święci patroni fundatorów) oraz zwieńczenia dachu pięknymi attykami. 
Ale jeśli chodzi o piękne attyki to Kamienica Przybyłów nie dorównuje kamienicy Celejowskiej (w której mieści się jeden z oddziałów Muzeum Nadwiślańskiego). W trzech zwieńczeniach dachu umieszczono naturalnej postaci figury Jana Chrzciciela, Chrystusa, Matki Boskiej i Św. Bartłomieja. Pod attykami znajduje się rząd nisz wykończonych pięknymi elementami dekoracyjnymi w kształcie muszli. 
Kamienica Celejowska
Kazimierz to nie tylko wspaniała przyciągająca wzrok architektura (poza tą renesansową, także wzorowana na niej dwudziestowieczna nie mniej ciekawa), to przede wszystkim niezwykły klimat, który nadają mu niezliczonej ilości galerie sztuki. 
Co kawałek przyzywają wzrok witryny z różnokolorowymi figurkami rzeźb tudzież wystawione przed frontami budynków obrazy dzisiejszych mistrzów. Kiedy dodać do tego pstrokate straganiki z pamiątkami; wśród których przeważa w różnych postaciach kogut z Kazimierza (od ceramicznego, glinianego, szklanego po ten jadalny z ciasta drożdżowego) oraz kuszące bogato ilustrowanym menu witryny knajpek to mamy obraz
jedna z licznych galerii
miasteczka, któremu nie sposób się oprzeć. Mogę sobie jedynie wyobrazić najazd Hunów, który mógłby skutecznie ostudzić zapał podróżnika do odwiedzenia tego miejsca. Na szczęście pod koniec kwietnia było tu cicho i spokojnie. Dzięki temu miałam niepowtarzalną okazję przejścia wąwozami: korzeniowym i Plebanka zupełnie sama, co niosło ze sobą pewien dreszczyk emocji. Niewielu też turystów towarzyszyło mi podczas spaceru bulwarem nad Wisłą. Padający nieprzerwanie podczas dwóch kolejnych dni deszcz nieco pomieszał plany (nie udało mi się na przykład dojść do Domu Kuncewiczów, czy na cmentarz żydowski). Spacery zapłakanymi uliczkami miasteczka przerywane małym co nieco w kazimierskich knajpkach miały jednak swój urok. A romantyczno-rusycystyczny pokoik hotelowy stanowił doskonałą oprawę niespiesznej lektury przy kieliszku wina.
Korzeniowy wąwóz oraz bulwar nad Wisłą

Poniżej - romantyczny pokoik hotelowy



Studzienka na Rynku Kazimierskim

środa, 3 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 1 Na wystawie japońskich drzeworytów w MNW

Ponieważ nie cierpię tłumów na majówkę wybrałam się w ostatnim tygodniu kwietnia. I był to bardzo dobry pomysł. Pogoda co prawda nie dopisała, ale jak czas pokazał i dziś nie jest cieplej. Na osiem dni poza domem trafiły mi się zaledwie dwa dni deszczowe, co jest całkiem dobrym wynikiem. Kiedy się do tego doda słońce i pozytywne nastawienie to czegóż trzeba więcej.
W Warszawie, która miała być stacją wypadową do Kazimierza, udało mi się zajrzeć do kilku teatrów i na wystawę, której poświęcę ten wpis.
Podróż do Edo Japońskie drzeworyty ukiyo-e z kolekcji Jerzego Leskowicza to wystawa w Muzeum Narodowym trwająca od 25 lutego do 7 maja br. Ze sztuką japońską miałam dotychczas niewielki kontakt. Parę obrazów inspirowanych japońszczyzną u Van Gogha oglądanych w amsterdamskim muzeum, trochę zbiorów z kolekcji Jasieńskiego na wystawie w Kamienicy Szołajskich w Krakowie i trochę japońszczyzny w wystrojach wnętrz zafascynowanych
krajem kwitnącej wiśni artystów (jako pierwszy na myśl przychodzi mi Dom Wiktora Hugo przy Placu Vosges w Paryżu). I zapewne gdyby nie fascynacja Bee sztuką Japonii kolekcję omiotłabym jedynie spojrzeniem, a w pamięci pozostałyby jedynie kolorowe plamy i wrażenie baśniowości. Te niewielkich rozmiarów drzeworyty to małe dziełka sztuki. Na ponad trzystu ekspozycjach ich autorzy (rzuciły mi się w oczy często powtarzające się nazwiska Katsushika Hokusai czy Utagawa Hiroshige) w sposób niezwykle precyzyjny malują otaczający ich świat. Są one zachwycające w swej prostocie, a jednocześnie niezwykle kunsztownie przedstawiają człowieka przy codziennych życiowych zajęciach. Znajdują się tam całe cykle tematyczne (szczególną uwagę zwraca cykl dotyczący podróżowania - kilkadziesiąt drzeworytów zatytułowanych nazwami odwiedzanych Stacji, a zamiast europejskich kawiarni nocą pojawiają się Herbaciarnie). Odbitki pokazują człowieka przy pracy, zabawie, w trakcie podróży, w chwili wypoczynku, podczas odprawiania kultu religijnego. Są tam także wizerunki znanych aktorów, sławnych gejsz, bohaterów
narodowych. Drzeworyty są źródłem wiedzy o życiu Japończyków pod koniec XVIII stulecia i pierwszej połowy XIX wieku. Na wystawie pokazano także sposób powstawania tego gatunku sztuki; było to niezwykle pracochłonne i wymagające współpracy kilku osób zajęcie. Więcej informacji znajduje się pod linkiem Japońskie drzeworyty ukiyo-e Przewodnik po wystawie w MNW
Wielka szkoda, iż moje zdjęcia są tak kiepskiej jakości i nie oddają uroku tych małych klejnocików. 
Wystawa jest ładnie wyeksponowana w pomieszczeniach, które przedzielają ścianki (parawany) a ich oglądaniu towarzyszy stonowana muzyka.
Masowy napływ drzeworytów japońskich spowodował wzrost zainteresowania sztuką wschodu, co odbiło się w twórczości takich malarzy, jak Manet, Whistler, Monet, Van Gogh, Gauguin, Picasso, czy wielu polskich malarzy.

Wystawę odwiedziłam w niedzielę wraz z całym mnóstwem innych zwiedzających, co świadczy, iż cieszy się ona dużym zainteresowaniem. Potrwa ona jeszcze do 7 maja.

Znowu miałam dłuższą przerwę, nie będę nawet zaklinać rzeczywistości, że to się zmieni. Czas pokaże. Do końca miesiąca żyjemy w zawieszeniu w pracy (czy ją nadal mamy, a jeśli tak, to na jakich warunkach) - więc na razie jest trochę nerwowo. 

niedziela, 26 marca 2017

Klasztor i kobieta Stanisław Wasylewski

Pozycja kobiety oddanej pod opiekę klasztoru na przestrzeni wieków (od XI do XVI) jest przedmiotem opracowania Klasztor i kobieta. W przeciągu kilku stuleci przechodzi ona różne koleje losu; od oddanej pod władztwo braci zakonnych niewolnicy spełniającej rolę służebnej w koedukacyjnych klasztorach, poprzez zachłyśnięcie się wolnością mniszek, które poddano pod opiekę jednej z nich (ksieni, przeoryszy, magistry), aż po wykształconą pomocnicę skryby, która pięknie zdobi religijne księgi. I mimo, iż pozycja mniszki w ówczesnym społeczeństwie była nie do pozazdroszczenia, to jednak być mniszką było o wiele lżej niż być kobietą świecką.
Kobieta bowiem w XI wieku była rzeczą, która dała życie i służyła ku pociesze strudzonych wojów. [..]  W kolebce już kupował ją lub z kolebki porywał i wienił, czyli brał we wiano, by to potem hodować ze zwierzem po społu na niewiastę dla siebie czy syna, do którego ona dosięgnie, czyli któremu posag wniesie, gdy podrośnie.  (Str. 6). 
W początkach dziejów klasztorów w Polsce kobieta, która szła za jego furtę zmieniała jedynie pana. Na świecie władał nią mężczyzna – wojownik, człek swój, w eremie mężczyzna –opat, przybyły z daleka, głosu ludzkiego nieświadom. (str.8) W eremie skleconym z drzewa i wikliny, oświeconym w nocy łuczywem z suszonego węgorza, kształci się wiślańska białogłowa XI stulecia. Chodzi na ciężkie roboty z braciszkiem cudzoziemskim, warząc mu strawę wśród karczowanego lasu, dogląda szczepów owocowych, których sekrety przywiózł z sobą, plewi rośliny pastewne i nie widziane dotąd pod polskim niebem warzywa, dziwuje się, gdy benedyktyn szałwią i rutą leczy schorzałe ludzie, a jednego tylko nie rozumie, po co on też na pergaminie kreski kolorowe stawia? (Str.11)
Bo też niemal wszystkie (poza nielicznymi wyjątkami białogłów z wysokich rodów) były niepiśmienne. Nie dziw przeto, iż wykonywały rolę służebną wobec mnichów; pracy, cerowały, sprzątały, gotowały, doglądały obrządku i brały baty za nieposłuszeństwo. A kiedy braciszkom naszła ochota poswawolić nie musieli daleko szukać okazji. 
Los niewiast żyjących w klasztorze uległ zmianie, z chwilą oddzielenia sióstr od braci. Niedługo to jednak trwało. Wkrótce papież Celestyn III ogłosił, iż  odtąd bierze je [siostry z klasztoru w Strzelnie] pod swoją i św. Piotra opiekę, obiecuje chronić przed złymi ludźmi, od powinnych dziesięcin uwalnia, pozwala powiększać zgromadzenie przez nowicjat, a przede wszystkim samorządność panien uznaje. (Str. 24). Aby do beczki dziegciu dołożyć i łyżkę goryczy dodał Ojciec Święty zapis o tym, aby i zakon braci norbertanów założyć tamże. A zatem siostrzyczki na nowo będą musiały toczyć walkę o samodzielne rządy. Przez wiele lat musiały żywić braciszków, których dodano im w bonusie do owej przez papieża nadanej wolności i przywilejów. Pozycja kobiety ulega zmianie dopiero, kiedy ta nauczy się pisać. Odtąd staje się ona niemal równorzędnym partnerem skryby, osobą godną szacunku, potrafi czynić to, co dla wielu jest niezrozumiałe i tajemnicze. 
Dzieje zakonów klasztornych kończy autor w epoce reformacji, która na nowo odwraca rolę kobiety w życiu zakonu. 

Największą zaletą opracowania jest język stylizowany na średniowieczny. To dzięki niemu lektura nabiera lekkości. Choć pewnie dla niektórych czytelników to właśnie ten stylizowany język będzie stanowił sporą trudność. Opracowanie zostało poparte zostało solidną bibliografią. Klasztor i kobieta jest połączeniem naukowego opracowania i literatury pięknej. Doskonałym uzupełnieniem treści są ilustracje drzeworytów z czasów, które stanowią tło opowieści.
Pozycja godna polecenia, zwłaszcza dla osób interesujących się historią.
Kolejna pozycja w stosikowym losowaniu u Anny.

wtorek, 14 marca 2017

Dzienniki z lat wojny 1939-1945 Astrid Lindgren

Prawie każde dziecko zna Astrid Lindgren. Co prawda nigdy nie przepadałam za Pippi Pończoszanką, ale już Dzieci z Bulerbyn były ukochaną lekturą mojego dzieciństwa. To jedna z tych książek, które czytałam wypożyczone ze szkolnej biblioteki ubolewając, iż nie mam jej na własność. Niewiele osób wie, iż Astrid zaczęła pisać książki dla dzieci dość późno. Miała wtedy blisko trzydzieści sześć lat, a pisanie było rodzajem terapii – ucieczką od trudniej do zniesienia rzeczywistości drugiej wojny światowej. Jeszcze zanim wpadła na pomysł pisania dla dzieci zaczęła pisać Dziennik wojenny. Pierwszy wpis nosi datę 1 września 1939 r. „O. Dziś wybuchła wojna. Nikt nie chce w to wierzyć. Wczoraj po południu siedziałam z Elsą Gullander w Vasaparken, dzieci biegały i bawiły się koło nas, a my, nie zostawiwszy suchej nitki na Hitlerze, doszłyśmy wspólnie do wniosku, że wojny nie będzie- a dzisiaj Niemcy z samego rana zbombardowali wiele polskich miast i ze wszystkich stron najechali na Polskę.” Astrid nie pisze Dziennika z potrzeby dzielenia się informacjami, czy przemyśleniami z innymi; pisze dla siebie, ponieważ chce zrozumieć mechanizm wielkiej polityki, która w ciągu jednej chwili potrafi unicestwić istniejący porządek rzeczy. Pisze zarówno o zdarzeniach, które mają wymiar historyczny (wypowiedzenie wojny kolejnym krajom, okupacje coraz to nowych terenów, ruchy wojsk, spotkania na szczycie, bitwy, zawieranie i zrywanie kolejnych sojuszy), ale także o tym co przyziemne; trudnościach dnia codziennego, obawach, zmartwieniach, dramatach pojedynczego człowieka. Do Dziennika wkleja wycinki prasowe i fotografie. Informacje czerpie nie tylko z prasy i radia, ale także wykorzystuje te, które uzyskała podczas pracy w cenzurze korespondencji. Astrid, jak sama pisze jest szczęściarą, bowiem urodziła się w Szwecji, jednym z niewielu krajów, który zachował neutralność (nie opowiedział się po żadnej ze stron w toczących się działaniach wojennych), a co za tym idzie, mieszka w kraju, który podczas wojny nie ucierpiał. Tyle, że poczucie radości z tego powodu miesza się z poczuciem winy i wstydu. Doceniając to co ma, nie potrafi się z tego cieszyć. Autorka jest osobą niezwykle wrażliwą. Potrafi też dostrzec paradoks działania polityki, który sprawia, iż wczorajszy wróg jest dzisiejszym sprzymierzeńcem i odwrotnie, bądź to, że zawiązuje się sojusze z agresorem przeciwko sprzymierzeńcom. Największe trudności ma z oceną działań własnego kraju, być może brakuje jej perspektywy spojrzenia. Poza opisem tragedii narodów i społeczeństw pisze też o prozie życia podczas wojny ze szczególnym upodobaniem do notowania ilości i rodzaju pożywienia oraz informacji na temat prezentów otrzymywanych przez członków jej rodziny podczas świąt, czy urodzin. Niektóre z tych uczt są szczególnie obfite, a otrzymywane przez dzieci prezenty tak różnorodne i bogate, że pojawia się igiełka żalu, kiedy porówna się to z sytuacją na terenach krajów okupowanych. 
Tu w Szwecji Boże Narodzenie świętowane było jak zwykle, o ile wiem. Objedliśmy się niesamowicie, tak samo jak zwykle. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym narodem w Europie, który ma taką możliwość, przynajmniej pod tym względem. (Str. 85) Myślę, że prawie wszyscy tu w Szwecji czują tak samo jak ja w to Boże Narodzenie 1940, że jest to czysta, niezasłużona i niesłychana łaska, że możemy obchodzić Boże Narodzenie w całkowitym spokoju w naszych domach. (Str. 86)
Przedwczoraj Karin skończyła 9 lat. Przyszły Elsa-Lena i Matte. Karin dostała zegarek, tornister szkolny, pudełko czekoladek, 1 książkę, 1 parę spodni drelichowych od nas i wiele książek od innych. Na obiad mieliśmy krewetki, rzodkiewki, sardynki, szynkę, jaja i resztę tortu. (str. 165). Był rok 1943.
Dużą zaletą Dzienników jest szczerość ich autorki. Nadchodzi czwarta wojenna zima i jeśli my tu jesteśmy zmęczeni myślą o niej, jak jest w innych krajach? Kiedy spojrzy się na wojnę wstecz, można w reakcjach ludzi dostrzec różne fazy; po straszliwej rozpaczy, którą odczuwano na początku, nadszedł długi okres relatywnego zobojętnienia, przerywanego jedynie od czasu do czasu gwałtownym szokiem, jak okupacja Norwegii, klęska Francji, itd. A teraz rzeczywiście zaczyna dominować wojenne zmęczenie; człowiek ma tak dość tej wojny, że nie wie, co począć, wszystko jest takie posępne. (str. 143)
Ostatni wpis dotyczy końca roku 1945. Tak oto Nowy Rok nastanie znów! Szybko idzie jeden po drugim. Dwie godne uwagi rzeczy przyniósł 1945 rok. Pokój po drugiej wojnie światowej i bombę atomową. Zastanawiam się, co przyszłość powie o bombie atomowej, czy to wyznaczy nową epokę w życiu ludzi, czy nie. Pokój nie jest niczym pewnym, bomba atomowa rzuca na niego swój cień. (str. 251)
Brak doświadczenia pisarskiego autorki nie umniejsza waloru poznawczego Dzienników. 
Dzienniki nie zachwycają literacko, czy językowo, ale są ciekawym zapisem wydarzeń z punktu widzenia obserwatora, kogoś z zewnątrz. 

sobota, 11 marca 2017

Bezmiar sławy Irwing Stone (biografia Camille`a Pissarro)

Czerwone dachy  (zdobiące okładkę książki Bezmiar sławy)
Czytanie Bezmiaru sławy przypomina trochę odwiedziny w Muzeum Orsay w Paryżu. Każda wizyta w tym najbardziej znanym królestwie impresjonizmu to nie tylko uczta dla ducha i odkrywanie znanych obrazów na nowo, to także spotkanie z ich twórcami.
Stone ma nieprzeciętny dar tworzenia biografii, które nie dość, że dają czytelnikowi ogromną dawkę wiedzy na temat ich bohaterów, to jeszcze pisane są przystępnym językiem, a ich lektura wciąga tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bezmiar sławy to nie tylko biografia ojca impresjonizmu Camille`a Pissarro, ale to także wierny obraz epoki i francuskiej bohemy II połowy dziewiętnastego wieku. Nazwiska, jakie pojawiają się na kartach powieści znamy doskonale z podręczników historii sztuki; począwszy od Fritza Melbye`a, z którym bohater zdobywał pierwsze artystyczne doświadczenia na wyspie St. Thomas, poprzez jego brata Antona, papę Corota, Delacroix`a, Courberta, Guillemeta, Moneta, Whistlera, Morrissot, Degasa, Sisleya, Signaca, Seurata, Maneta, Gaughena, Van Gogha, Rodina, a kończąc na marchandach; Durand - Ruelu, Durecie, Cailebotte, czy Theo Van Goghu. Oczywiście to tylko kilkanaście nazwisk spośród ogromnej ilości tych, które padają na łamach książki. 
Camille`a poznajemy w 1855 r., kiedy przybywszy do Paryża odkrywa zupełnie inne miasto, niż to, które opuścił kilka lat wcześniej. A to, co odkrywa wprawia go w zachwyt. Trwa przebudowa miasta; wąskie uliczki zamieniają się w szerokie aleje, stare rudery są wyburzane, a w ich miejsce powstają nowe, przestronne, widne kamienice, miasto staje się czystsze i bezpieczniejsze dzięki systemowi kanalizacji, pojawiają się nowe środki komunikacji. 
Bulwar Montmartre
„Kiedy był w internacie, przejście przez miasto od Montrmartre`u na lewy brzeg zajmowało mu niemal trzy godziny, głównie z powodu nielicznych mostów na Sekwanie i labiryntu uliczek, ślepych zaułków, zablokowanych ulic, całej niemożliwej do przebycia dżungli dziwacznie skonstruowanych domów, z której nie było wyjścia. Pamiętał długie rzędy małych, ciemnych sklepików, gdzie towary były tak popakowane, jakby chciano je ukryć, nie było też na nich ceny….. Francuscy sklepikarze nie chcieli przyjmować pieniędzy, woleli udzielać kredytu na lichwiarski procent. Teraz wszystko uległo zmianie. Paryżanie nie muszą już robić zakupów w pobliżu swego domu, mogą iść nowymi bulwarami…. Sklepy są teraz większe, widniejsze, na wszystkich towarach umieszcza się dobrze widoczne ceny, a obraca się wyłącznie gotówką. Otwarto dwa wielkie atrakcyjne domy towarowe, pierwsze w Paryżu; Bon Marche przed trzema laty, trochę prowincjonalny, a rok wcześniej Louvre, droższy, ale sprzedający towary z całego świata barwnie i efektownie wyeksponowane. Camille zachwycił się odkryciem, że może za sześć su podróżować omnibusem, w dodatku z przesiadkami. Rue Bergere, pierwsza wyasfaltowana ulica w Paryżu, była cudownie równa. Wszędzie widział robotników wymieniających stare wielkie kamienie bruku na małe kawałki piaskowca, na których pojazdy robiły mniejszy hałas. W zamożnych okolicach Faubourg St.Honore ulice wybrukowano płytami z drewna, po których jeździło się jeszcze równiej i ciszej. Najchętniej jeżdżono po wielkich bulwarach; …des Capucines i … des Italiens, mieściły się tu drogie magazyny z biżuterią, perfumami, torebkami i butami, podczas, gdy reszta miasta składała się ze starych wąskich uliczek zatłoczonych tragarzami, wózkami, obnośnymi sprzedawcami, nosicielami wody; uliczki były tak wąskie, że mógł po nich jechać tylko jeden pojazd, a na chodniki nie mogły się minąć dwie osoby….” Str. 31…. To co zapamiętał ……jako plątaninę uliczek średniowiecznego miasta, któro wyrosło organicznie bez planu czy powodu, odradzało się teraz, jako nowoczesna, świadomie zaplanowana metropolia.” Str. 32.
March Sun, Pontoise
Jednakże oszołomienie, w jakie wprawiła Camille`a przebudowa miasta były niczym w porównaniu z wrażeniem, jakie wywołała ekspozycja Wystawy Światowej. Ponad pięć tysięcy obrazów; jeden obok drugiego, wiszące rzędami niemal od podłogi po sufit, zajmujące każdą cząstkę powierzchni sal, korytarzy i przedsionków, obok wejścia i w pobliżu toalet nie mogło pozostawić obojętnym człowieka, dla którego malowanie miało stać się warunkiem egzystencji. Z jednej strony onieśmielało (skoro jest już tylu malarzy - to po co kolejny), a z drugiej utwierdzało w przekonaniu, że malowanie jest jego przeznaczeniem. „Pogrążony w głębokich rozważaniach na widok tych bogactw światowej sztuki, zadawał sobie pytanie; Skąd bierze się ten głód, który każe niektórym z nas rysować z zajadłością równą jedynie potrzebie oddychania, odżywiania się, przeżycia? Niewątpliwie rodzimy się z tym, rośnie to i rozwija się jak kończyny czy mózg; naturalna potrzeba wbudowana w organiczną strukturę człowieka.” Str. 52
Niestety dla Camille`a jego potrzeba malowania nie zdobyła akceptacji rodziny. O ile ojciec gotów był pogodzić się z wyborem syna, pod warunkiem, że ten osiągnie sukces (zacznie wystawiać obrazy na Salonie, co było przepustką do zdobycia klientów), o tyle matka nie przyjmowała do wiadomości, czym zajmuje się syn. Być może pogodziłaby się z jego wyborem, gdyby znalazł sobie narzeczoną z porządnego, żydowskiego domu i z dużym posagiem, tymczasem Camille związał się z boną zatrudnioną przez jego matkę do pomocy w gospodarstwie domowym, Julie Vellay. Camille wyprowadził się z domu, kiedy na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko i pozostał z Julie do końca życia. 
Las
Bardzo skromne wsparcie rodziny było na tyle duże, że nie pozwalało im umrzeć z głodu, a na tyle małe, że nie dawało możliwości choćby skromnego życia. Dziś, kiedy nie znalazłaby się galeria, która nie chciałaby mieć w swoich zbiorach choćby rysunku, szkicu, czy litografii Pissarra ze zdumieniem czyta się o szyderstwach, obelgach i kpinach, jakimi obrzucano jego (i jego kolegów) dzieła. Podziw budzi samozaparcie i wiara w sens wybranej drogi, niepoddawanie się i kolejne próby organizacji wystaw nowego nurtu pomimo niepowodzeń tychże wystaw, głosów krytyki, braku nabywców obrazów, zalegania z czynszem, braku środków do życia i co najtragiczniejsze dla artysty - brakiem środków na farby, pędzle i płótna. Nawet, kiedy już wydawało się, iż Camille osiągnął powodzenie, jego obrazy miały dobre recenzje, znajdowali się nabywcy zaraz zdarzało się coś, co sprawiało, że karta losu się odwracała (kryzys na rynku, niepewna sytuacja polityczna, wojna z Prusami). A jednak mimo chwilowych zwątpień, mimo chorób, czy straty dzieci, mimo ciosu, jakim było wydziedziczenie najpierw przez ojca, potem pozbawienie wsparcia przez matkę, odwrócenie się brata, Camille nie stracił nadziei, że on i jego przyjaciele malarze zostaną docenieni, oraz że piękno świata, jakim chciał dzielić się z innymi zostanie przez nich dostrzeżone i przyjęte. 
Camille najbardziej lubił uwieczniać naturę, stąd większość jego obrazów to pejzaże. Nie brak wśród nich także widoków Paryża, Londynu czy Rouen, a także scenek rodzajowych oraz portretów. Są takie zwyczajne, pogodne, pełne życia, pastelowo barwne, pełne światła i powietrza; po prostu piękne. Są obrazem tego co widział i tego co czuł oraz tego co chciał w nich dostrzec. Pomimo krótkiego okresu eksperymentowania z puentylizmem był wierny impresjonizmowi, który umożliwiał mu wyrażanie uczuć.

Kobieta i dziecko
Uwielbiam czytać biografie pisane przez Stone: potrafią w doskonały sposób oddać klimat epoki, a także sprawić, aby człowiek, który jest ich bohaterem stał się czytelnikowi bliski i bardziej zrozumiały. Widać, że autor dokładnie się przygotował do pisania książki i przebrnął przez wiele dokumentów źródłowych, a jednocześnie ma odwagę budowania własnej wizji bohatera. A bohater to niezwykły, momentami denerwujący swą niefrasobliwością w niedostrzeganiu spraw przyziemnych, ale częściej budzący podziw w niezłomności w dążeniu do celu i wierności ideałom.  
Biografie Stone`a  gorąco polecam. Bezmiar sławy (liczący blisko osiemset stron) czytałam po raz trzeci i wciąż z ogromną przyjemnością.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie).
Ostatnie dni ciszy blogowej i braku aktywności spowodowane były brakiem dostępu do internetu i kłopotami zdrowotnymi. Te mam nadzieję, już za mną. Nie mogę jednak zaręczyć, że brak aktywności ulegnie zmianie w okresie najbliższych kilku lat, jakie dzielą mnie od najdłuższych wakacji życia. Choć oczywiście bardzo bym chciała. Liczę na wyrozumiałość wiernych czytelników. 

niedziela, 26 lutego 2017

Dymny. Życie z diabłami i aniołami. Monika Wąs

Książkę kupiłam na fali zainteresowania Piwnicą pod baranami, którą odkryłam dla siebie w zeszłym roku. Do dziś żałuję, że tak późno.
O Dymnym wiedziałam niewiele. Dlatego w sensie poznawczym lektura była bogatym źródłem informacji na temat osoby, którą nazywano Leonardem da Vinci czasów powojennych. Ci, którzy go znali,  twierdzili, iż gdyby tylko udało mu się skupić na jednej dziedzinie zainteresowań mógłby dokonać w niej bardzo dużo. Niestety podobnie jak renesansowy geniusz  parał się zbyt wieloma dziedzinami sztuki, żadnej nie oddając się na wyłączność. Pisanie krótkich form, współtworzenie scenariuszy, granie w filmie, występy kabaretowe, rysunki, fotografia, rękodzieło. Książka powstała z rozmów z przyjaciółmi i bliskimi, a także wertowania zasobów archiwalnych Filmoteki Narodowej, Akademii Sztuk Pięknych, zasobów radiowych a nawet IPN. 

Autorka wielokrotnie wspomina, iż pozyskane materiały, wiedza na temat Wieśka często sobie przeczą, ponieważ Wiesiek lubił kreować alternatywną rzeczywistość i tworzył różne wizje własnej biografii. Uwielbiał improwizować, lubił sytuacje niedookreślone, stąd ciężko wyodrębnić, która z opowiadanych przez niego, czy tych, którzy go dobrze znali, historii zdarzyła się naprawdę, a która została wymyślona. 
Czytając biografię przychodził mi na myśl film Wszystko na sprzedaż, w którym wszyscy wspominają nieobecnego aktora, a każde zdarzenie przedstawiane jest z różnych punktów  widzenia.  
Dymny był osobowością niezwykle bogatą i nieszablonową i niemal wszyscy wspominają go z podziwem i sympatią, choć niektórzy przyznają, iż obawiali się jego niepoczytalności, objawiającej się wybuchami agresji. Bywał awanturniczy i groźny, zwłaszcza po alkoholu, z którym miewał problemy. Miał jednak w sobie jakiś urok, który przyciągał do niego ciekawe osobowości powojennego świata kulturalnego i niezwykłe kobiety. 
Autorka przyjęła sobie za cel odnalezienie wszystkich wspomnień, każdego materiału i każdej opowieści o Dymnym i w książce zamieszcza je wszystkie wychodząc z założenia, że każda nawet wymyślona historyjka daje nam obraz niesamowitego człowieka. Być może przydałaby się pewna selekcja, ale rozumiem zamysł autorki.
Postać Dymnego obrosła dziś legendą, przy czym jest to legenda awanturnika i alkoholika, natomiast autorka poprzez dotarcie do przyjaciół, znajomych, rodziny przedstawia go także jako człowieka ciepłego, potrafiącego zatracić się w uczuciu, skromnego, bezkompromisowego, człowieka, który jak tlenu do życia potrzebował wolności i swobody. We wspomnieniach wielu osób pozostał właśnie taki. Pozostał też artystą. Dziś trudno byłoby nam wymienić choćby parę jego artystycznych dokonań; wiele jego dzieł spaliło się w pożarze, filmowe scenariusze były odrzucane, a twórczość kabaretowa żyje tylko we wspomnieniach jej uczestników i odbiorców. Sama nie miałam pojęcia, iż takie utwory, jak Czarne anioły, czy Konie apokalipsy są jego autorstwa. Autorka nie pomija też ciemnej strony jego osobowości. Powstaje portret wielowymiarowy; połączenie legendy z biografią. I mimo, iż autorka darzy swojego bohatera sympatią, to nie jest to obraz wyidealizowany.
Reasumując; ciekawa pozycja o niezwykle ciekawej osobie osadzona w powojennych realiach polityczno-historyczno- artystycznych. Jedyne czego mi zabrakło to stawiania własnych tez dotyczących portretu psychologicznego bohatera, jednak rozumiem, iż autorka wolała oprzeć się wyłącznie na materiale źródłowym. Ciekawym byłaby próba poszukania odpowiedzi, dlaczego był właśnie takim;człowiekiem, który budził sympatię, a jednocześnie odstręczał, którego się bano, ale i podziwiano. Wynik przeżyć wojennych, powojennej tułaczki, wychowania bez ojca, czy może jeszcze coś innego. Życiorys bohatera to gotowy materiał na scenariusz filmowy.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie)

Coraz rzadsza obecność w blogosferze to efekt pewnych zawirowań zdrowotnych, które mam nadzieję, dzięki rehabilitacji, staną się już niedługo przeszłością.

czwartek, 9 lutego 2017

Zazdrośni Sandor Marai

Mimo krótkiej formy (250 stron) Zazdrośni wymagają sporego skupienia, które jednak odpłaca czytelnikowi z nawiązką. 
Peter Garren porzuca intratną posadę i wraca w rodzime strony, aby razem z rodziną czuwać u łoża umierającego ojca. 
Dwie części opowieści to dwa odrębne światy. 
Świat nowoczesności reprezentowany przez bezdusznego Emmanuela, który daje ludziom wszystko poza poczuciem wolności. Jego pracownicy (a może raczej poddani?) żyją niczym w złotej klatce. Z pozoru nikogo się tutaj nie więzi, a jednak każdy czuje się zniewolony. Zapewne dlatego Peter od dawna marzy, aby wreszcie wygarnąć swemu pryncypałowi „wszystko”, a owo wszystko zawiera się w dwóch słowach „dosyć” i „odchodzę”. Rzecz dzieje się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, co jednak nie ma większego znaczenia. Opis stosunków międzyludzkich ma wymiar uniwersalny i równie dobrze mogłyby to być czasy współczesne. Świat Emmanuela jest odhumanizowany, wszystko jest w nim sztuczne, a relacje pomiędzy ludźmi powierzchowne. Jest to świat pozbawiony korzeni, zawieszony w próżni. Emmanuel udziela się w organizacjach pacyfistycznych, a jednocześnie produkuje śmiercionośną broń i uczestniczy w wojnach. 
Emmanuel chciał być dobry, ale w ostatniej chwili zawsze drżała mu ręka; czasami dawał więcej niż wypadało, skutkiem czego, ten kogo obdarował, skonfundowany i urażony kłaniał się uniżenie, jak ktoś, kto czuje, że coś jest nie w porządku, że może pogardzają nim z jakiegoś powodu, albo zastawili na niego pułapkę. (Str.65) Emmanuel uważał, że ludzie są samotni z powodu braku różnych rzeczy, a „dobry kupiec wypełnia tę samotność przedmiotami użytku codziennego, luksusem, marzeniami i zobowiązaniami”. Tyle, że marzenia dla Emmanuela miały całkiem wymierny wymiar. W otoczeniu Emmanuela nikt nie mógł się czuć całkiem bezpiecznie. Nie odprawiał współpracowników bez powodu, starał się być sprawiedliwy, wybaczał pomyłki, hojnie nagradzał pomysły, a jednak bano się go niczym wypadku przy pracy. (str. 67) 
Świat rodzinnego domu/miasta Petera to świat końca pewnej cywilizacji reprezentowanej przez mieszczański układ wartości, w którym tradycja odgrywa bardzo ważną rolę. To ona scala ten świat, podobnie, jak nestor rodu; Gabor Garren, będący uosobieniem tych wartości. Cała rodzina zjeżdża do domu w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytanie o przyszłość, które jak to u Maraia, nie ma wymiaru jednostkowego. 
Ojciec [Gabor Garren] wiedział o świecie, wysiadując w swoim pokoju, wiedział coś, czego nie wiedzieli inni, którzy kręcili się po giełdach, pracowali w zakładach chemicznych Emmanuela, w chłodniach, w fabrykach zbrojeniowych i krążyli na parkietach sal tanecznych. Ojciec wiedział o świecie coś osobistego i pewnego, coś, czego oni nie wiedzieli. Żył w małym świecie, w najwęższym kręgu; ale trwał w łączności z wielkim prawdziwym światem. (str.115).
Rodzina, w której wychował się Peter w mieście nazywana była rodziną artystów, choć nikt nie wiedział w jakiej dziedzinie sztuki specjalizowali się Garrenowie. Mieli sklep, w którym niczego nie sprzedawali, mieli też drukarnię muzyczną, ale nie po to, aby w niej drukować nuty.
…było coś uspokajającego i podniosłego w fakcie, że w mieście działa – a dokładniej, mogłaby działać, gdyby tego chciano i gdyby było na nią zapotrzebowanie – drukarnia nut. … Gabor Garren był bez wątpienia artystą, choć nie lubił czytać, szczególnie zaś czytać nut; sztukę karmił własnym sercem i nerwami, a nade wszystko był człowiekiem niemetodycznym. (Str.134)
Oba te światy są nieco odrealnione, nieco poetyckie i tajemnicze, choć nie brak w nich całkiem realistycznych opisów. Jakże pięknych i niezwykle obrazowych opisów. Drukarnię nut ojciec urządził przed ponad dwudziestu laty w dwóch obszernych pomieszczeniach parterowego skrzydła, pod łukowatymi sklepieniami stało kilka niskich szaf z orzechowego drewna, wypełnionych kolorowymi barwnikami chemicznymi, gładko wyszlifowanymi tablicami z kamienia i cyny, stalowymi dłutami i cennymi płytkami miedzianymi; były tu nawet pojedyncze egzemplarze dawnych nut, które zecer ustawiał w drewnianej ramce. (Str.190). 
Artyści tej epoki nie muszą tworzyć, wystarczy że istnieją, są niepokojącym zjawiskiem, czymś niezdefiniowanym, są tym, co poprzedza epokę człowieka o jednolitych pragnieniach. Dziełem Garrenów było ich życie. Cały świat tej rodziny jest także nierealny; trudno powiedzieć skąd wzięła się ich pozycja społeczna i ekonomiczna.
Autor często posługuje się metaforami, co w połączeniu z obrazowymi opisami tworzy niesamowity klimat. 
Największym atutem są niezwykle wyraziście przedstawione portrety członków rodu Garrenów. Mimo, iż każdy z nich przedstawiony został, jako człowiek niepozbawiony wad i dziwactw to budzą oni sympatię; staramy się ich zrozumieć, a nawet współczujemy. Bohaterowie są niejednoznaczni; Tamas, który pragnie na siebie zwrócić uwagą zamykając się w sobie, Albert odnajdujący w domu rodzinnym rzeczy będące własnością innych i wykorzystujący czas oczekiwania na śmierć ojca jako czas beztroskich wakacji, Anna pełna kompleksów samotna kobieta czekająca na miłość, czy Edgar uważający, iż należy mu się od życia wszystko, co najlepsze. I to wszystko połączone rodzinnym tabu, iż nie mówi się o wadach i ułomnościach w rodzinie. 
Zazdrośni są kolejną częścią cyklu Dzieła Garrenów, myślę jednak, iż można przeczytać książkę jako odrębną całość. Tak też było w moim przypadku.
Nie nazwałabym Zbuntowanych najlepszą książką Maraia, choć z opisu na okładce (o ile można mu wierzyć) sam autor uważał ich za swoje największe dokonanie, ale jest to książka godna polecenia, choćby z uwagi na piękny język Maraia (a może i tłumacza pani Teresy Worowskiej) oraz niezwykle ciekawe portrety bohaterów. 
Książka przeczytana w ramach stosikowego wyzwania u Anny.

niedziela, 29 stycznia 2017

Quasimodo w Gdyni, czyli trwaj chwilo jesteś piękna

Do najcudowniejszych wspomnień urodzinowych (po florencko-rzymskich) dołączyła wczoraj kolejna wizyta w Teatrze Muzycznym na spektaklu Notre Dame de Paris. Nie wiem, czy sprawił to mój nastrój, czy też wczoraj rzeczywiście wszyscy artyści byli w dobrej formie. 
Nieodmiennie zadziwia mnie i wzrusza, że można aż tak emocjonalnie reagować na przedstawienie, które zna się na pamięć, które oglądało setki razy, słuchało jeszcze częściej, a nadal przeżywa się je, jakby to był ten pierwszy raz. 
Może moje zauroczenie sprawia, że bywam czasami bezkrytyczna, bo choć ostatnim razem szwankowało nagłośnienie oraz reflektory świeciły mi prosto w oczy (chyba technik źle je ustawił), co nie było przyjemne to i tak wyszłam z teatru w świetnym nastroju. 
Wczoraj po raz pierwszy trafiłam na pana Janusza Krucińskiego w roli Quasimodo, a czekałam na to od pierwszego obejrzanego spektaklu. Pan Grobelny świetnie odtwarza rolę Dzwonnika i bardzo dobrze śpiewa, ze spektaklu na spektakl coraz lepiej. Dla mnie jednak pan Kruciński nie ma sobie równych. Ten ciepły i niepowtarzalny głos ujął mnie już wówczas, kiedy usłyszałam go jako Jeana Valjeana i to on sprawił, że zaczęłam jeździć nie tyle na przedstawienia, ale także na aktora. Wiedziałam, że pan Janusz poradzi sobie z rolą znakomicie, ale nie spodziewałam się, że to będzie niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju Quasimodo. Przede wszystkim udało mu się stworzyć własną, nie kreowaną na Garou postać nieszczęśliwego garbusa-potwora o gołębim sercu (postać może daleką od Hugowskiego pierwowzoru, ale jakże bliską tej musicalowej). A było to niemałe wyzwanie, gdyż nie tylko każdy wielbiciel musicalu, ale i każdy występujący w spektaklu ma mocno zakodowany sposób wykonania wszystkich partii w paryskim przedstawieniu, a w szczególności partii Dzwonnika. Głos Garou frapował i zachwycał, głos pana Janusza oczarowuje i na pewno zmiękczył niejedno kobiece serduszko. Słuchanie było jedną przyjemnością, a oglądanie garbusa drugą. Ponieważ poza umiejętnościami wokalnymi Quasimodo wykazał się także talentem aktorskim, czyli czymś, co nie często towarzyszy wykonawcom musicalowym, bo też trudno od nich oczekiwać tego rodzaju umiejętności. Jeśli ktoś oczekuje Quasimoda bardziej zbliżonego do wykonania Garou to powinien wybrać się na przedstawienie z panem Grobelnym (tyle, że kierowanie się obsadą w gdyńskim teatrze jest niemożliwe, bowiem bilety kupuje się na kilka miesięcy wcześniej- przynajmniej te lepsze miejsca, a obsada znana jest na kilkanaście dni wcześniej- co uważam za poważny zarzut w stosunku do Teatru). Natomiast kto chciałby posłuchać innej interpretacji Dzwonnika niech wybiera pana Krucińskiego. Ale można zdać się na los, bowiem i jedna i druga są ciekawe i bardzo dobrze wykonane. 
Nawet, gdyby pozostali wokaliści wykonali swoje partie zaledwie poprawnie już byłabym w siódmym niebie. Tymczasem miałam szczęście gdyż trafiłam na obsadę marzenie ("moje marzenie" Kruciński, Gadzińska, Guza, Zagrobelny). W roli Esmeraldy wystąpiła Maja Gadzińska, która ze spektaklu na spektakl jest coraz lepsza. Tym razem jej wykonania ujęły mnie już od pierwszego utworu (Bohemienne, czyli Cyganka), a wspólne z Quasimodo wykonanie Mój dom jest domem twym (Ma Maison C`est Ta Maison) czy też utwory śpiewane w duecie z Frollo w trakcie tortur, czy więzienia mocno wzruszyły. Że o Ave Maria, czy Vivre (Żyć) nie wspomnę. W rolę Frolla wcielił się odkryty przeze mnie (i nie tylko) pan Artur Guza, o którym pisałam we wcześniejszej recenzji z przedstawienia. Nawet Fler de Lis, której rolę odgrywała Kaja Mianowana, co do której wcześniejszego wykonania miałam zastrzeżenia (bowiem moim zdaniem nie udźwignęła roli) tym razem wypadła nieźle. Właściwie trudno jest mi wymienić najlepiej wykonane utwory, bo wszystkich słuchałam z przyjemnością zapominając o Bożym (a może Diabelskim) świecie. Cudownie przetłumaczona Florencja za każdym razem ujmuje i treścią i wykonaniem. Za każdym też razem czuję rozbawienie, kiedy Esmeralda i Fler de Lis śpiewają hymn pochwalny dla ich bóstwa – Le solei (On jak słońce jest). Nie miałam jeszcze okazji posłuchać pana Traczyka w roli narratora - poety, czego żałuję, bowiem, choć pan Maciej Podgórzak śpiewa nieźle, to jakoś nie czuję powera w wykonaniu Katedr.
Fantastyczne są natomiast wykonania zbiorowe – Fatum, Azyl, Bez papierów, czy Wolnym być, są takie energetyczne i uniwersalne w swej wymowie.
Ze spektaklu na spektakl zauważam nowe niuanse. Oczywiście pierwsze przedstawienia to było zachłyśnięcie się tym, że Dzwonnik jest w ogóle wystawiany i to tak blisko (w Gdyni). Podziękowania należą się panu Igorowi Michalskiemu – dyrektorowi teatru. Z tego co wiem uzyskanie zgody na wystawienie spektaklu (i granie go przez kilka lat) było rzeczą niezwykle trudną i "kosztowną". Biorąc pod uwagę frekwencję na przedstawieniach być może koszty się zwrócą. Najbardziej ciekawił na tych pierwszych przedstawieniach wokal. Choreografia wydawała się wówczas czymś drugorzędnym. Tymczasem jest ona kolejny atutem przedstawienia. Mimo zastosowaniu tej samej scenografii, czy kostiumów, co w paryskim wykonaniu gdyńskie jest odmienne w zakresie zastosowania różnych technik nowoczesnego tańca. Uatrakcyjnia to spektakl, a przy ich dużej różnorodności daje możliwość odkrywania nowych układów za każdym kolejnym przedstawieniem. A tancerze wykazują się kosmicznymi wręcz umiejętnościami.
Pełna sala i wyprzedane kilka miesięcy naprzód bilety świadczą o tym, że przedstawienie się podoba. Nie wiem, ilu jest takich opętańców, jak ja, którym ciągle mało i mało, ale cieszę się, że mimo wielości obejrzanych spektakli każdy kolejny cieszy, a niektóre jak ten wczorajszy powodują, iż wracając do domu zapomniałam o swym peselu, a drogę z teatru do domu przebyłam na skrzydłach mając w uszach utwory z NDDP. 
Moje wrażenia to tylko subiektywna opinia laika, który bez musicali nie potrafiłby funkcjonować.  
A wczoraj doznałam uczucia absolutnego szczęścia i osiągnęłam Faustowskie trwaj chwilo jesteś piękna, co przecież nie zdarza się często. 
Zdjęcia ze strony

sobota, 21 stycznia 2017

Świat wczorajszy Stefan Zweig

…przeżyłem już dwie wojny, największe, jakie znała ludzkość, a nawet każdą z nich na innym froncie; jedną po stronie Niemców, drugą po stronie walczącej z Niemcami. Przed wojną poznałem najwyższy stopień i najdoskonalszą postać wolności indywidualnej, a potem najniższy jej poziom od setek lat. Doświadczyłem honorów i pogardy, wolności i niewoli, bogactwa i nędzy. Wszystkie cztery rumaki Apokalipsy przecwałowały przez moje życie; rewolucja i głód, inflacja i terror, epidemia i emigracja. Widziałem jak szerzyły się wielkie ideologie masowe: faszyzm we Włoszech, hitleryzm w Niemczech, a z drugiej strony bolszewizm w Rosji - a przede wszystkim owa straszna zaraza, nacjonalizm, która zatruła kwiat naszej kultury europejskiej. Musiałem być bezbronnym i bezsilnym świadkiem cofnięcia się ludzkości do barbarzyństwa, uważanego za bezpowrotnie minione, wysuwającego świadomie i programowo dogmat antyhumanizmu (str. 8-9)*.
Im człowiek starszy tym większy ogarnia go sentyment dla lat młodości, tym chętniej wraca do wspomnień, starając się je ocalić, bo tym samym ma wrażenie, jakby jego życie miało głębszy wymiar. Zweig twierdzi, iż pisząc Świat wczorajszy chciał dać świadectwo gigantycznych przemian, które cofnęły Europę i świat cywilizacyjnie o kilka wieków wstecz. Myślę jednak, iż chciał ocalić jakąś cząstkę własnego współuczestniczenia w tych czasach, a samo pisanie mogło być rodzajem ucieczki od chaosu, w którym pogrążyła się Europa i cały świat z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej. Pisze pozbawiony dostępu do źródeł, notatek, listów, dochodząc do wniosku, iż pamięć sama dokona selekcji pozostawiając po latach to co naprawdę istotne, a zacierając to co błahe. 
Wspomnienie świata dzieciństwa i młodości ożywia dawno utracone poczucie bezpieczeństwa. Ale też czasy młodości autora były okresem stabilności i przewidywalności. Kto posiadał majątek, ten mógł dokładnie wyliczyć, ile przyniesie mu odsetek rocznie, a urzędnik czy oficer wiedział, że w kalendarzu dokładnie oznaczony jest rok, w którym otrzyma awans lub pójdzie na emeryturę. Rodzina z góry miała ustalony budżet, wiedziała ile może wydać na mieszkanie i jedzenie, na wakacje i na rozrywki… (str. 12-13) Nie bez znaczenia jest to, że autor wychowywał się w Wiedniu mieście, „którego sens i kultura opierały się na… internacjonalizmie umysłowym”. Jego mieszkańcy czuli się Europejczykami, co dawało im wolność od przesądów i poczucie braterstwa z innymi narodami. „Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu…. A tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną” (str. 38 i 39).
Autor dostrzega ciemne strony czasów dzieciństwa i młodości. Pierwszą była kwestia wychowania i to zarówno szkolnego - nudnego, scholastycznego polegającego na tępym wkuwaniu liczb, wzorów i dat (zresztą, czy dziś jest inaczej? Za czasów mojej młodości wyglądało to podobnie), jak i wychowania w domu. Jedno i drugie miało wpoić młodemu człowiekowi poszanowanie istniejącego porządku i całkowite podporządkowanie nauczycielom, rodzicom, starszym. Tym metodom wychowawczym (wpojenie poczucia całkowitego posłuszeństwa) zawdzięcza autor towarzyszące mu całe życie pragnienie swobody i nienawiść do wszelkich narzuconych odgórnie autorytetów. W swoistym buncie przeciwko skostniałym metodom nauczania młodzież szkolna dokonywała własnych odkryć; uczestniczyła w teatralnych premierach, czytała, dyskutowała o literaturze i sztuce. „Czytaliśmy, co tylko wpadło nam w ręce. Z każdej biblioteki publicznej przynosiliśmy książki, pożyczaliśmy sobie nawzajem wszystko, co udało nam się zdobyć.” (Str. 54). „W szkole, w drodze do szkoły i ze szkoły, w kawiarni, w teatrze, na spacerach nie robiliśmy latami całymi nic innego, tylko dyskutowaliśmy nad książkami, obrazami, muzyką, filozofią” (Str. 57).
Po latach spojrzy na te młodzieńcze pasje z krytycyzmem, ale i zdziwieniem.
Dziś zdaję sobie naturalnie sprawę, ile głupoty tkwiło w tym entuzjazmie bez wyboru, ile w nim było wzajemnego małpowania, sportowej ambicji prześcignięcia innych, dziecięcej próżności, aby dzięki sztuce wznieść się ponad przyziemny świat krewnych i nauczycieli. Ale i dziś jeszcze ogarnia mnie zdziwienie, gdy pomyślę, ile my, młodzi chłopcy, wiedzieliśmy wówczas, dzięki tej wyolbrzymionej pasji literackiej, jak wcześnie wyrobiliśmy w sobie krytycyzm dzięki nie kończącym się dyskusjom i dociekaniom” (str. 59). 
Można tylko żałować, iż dzisiaj bunt młodzieży przyjmuje zupełnie inną postać. 
Inną ciemną stroną czasów przełomu wieków było zakłamanie w sferze spraw życia seksualnego. Strach przed wszystkich co cielesne, traktowanym jako brudne, grzeszne i niemoralne, powodował rozwój instytucji, które zaspakajały naturalne potrzeby młodych panów w sposób nie zawsze bezpieczny, a na pewno mało romantyczny. „Tak jak w mieście pod brukiem czystych, schludnych ulic z pięknymi luksusowymi sklepami ciągnie się sieć podziemnych kanałów, do których spływają nieczystości kloaczne- tak samo całe życie seksualne młodzieży miało odbywać się pod moralną powierzchnią życia „towarzystwa” (str.102).
Zaciekawiły mnie zwyczaje panujące na austriackich i niemieckich uniwersytetach tych czasów. Były to miejsca, w których studentom przysługiwały szczególne prawa; rodzaj nietykalności i prawo do obrony honoru w drodze pojedynku. Przy czym poczucie honoru było pojęciem dość płynnym, często pretekst do bójki był prowokowaną przez agresora błahostką, a pokiereszowana twarz stanowiła nobilitację dla uczestnika zajścia. Istniały całe korporacje studentów, które zajmowały się bijatykami i załatwianiem korzystnych synekur. „Widok tych brutalnych, zmilitaryzowanych band, tych pokiereszowanych twarzy i bezczelnie wyzywających twarzy obrzydził mi uczęszczanie na uniwersytet” (str. 119).
Zweig wybierając kierunek studiów brał pod uwagę przede wszystkim to, aby zajęcia na uczelni pozostawiły mu czas na naukę życia, bowiem, jak pisze „doznawałem nawet skrycie- i po dzień dzisiejszy wyzbyć się nie mogę- pewnej nieufności do wiedzy akademickiej. Twierdzenie Emersona, że najlepszy uniwersytet to dobre książki, uważam za niewzruszenie prawdziwe i nadal jestem przekonany, że można być znakomitym filozofem, historykiem, filologiem, prawnikiem i Bóg wie czym nie mając doktoratu, a nawet matury. (Str. 120). Dlatego o wyborze kierunku zadecydowało nie to co odpowiadało mu najbardziej, a to co najmniej miało mu ciążyć pozostawiając jak najwięcej czasu na prawdziwe pasje. Wybrał filozofię, a pierwsze lata uniwersytetu bez uniwersytetu wspominał, jako najszczęśliwszy w życiu okres. Był młody, niezależny i całkowicie wolny. A poczucie wolności było dlań największą wartością. Dość wcześnie udało mu się zadebiutować publikując swój felieton w prestiżowym czasopiśmie. Propozycje dalszej współpracy posypały się szybko; felietony, nowelki, pierwsze próby dramatów na potrzeby sceny. Jednak z publikacją powieści wstrzymywał się długo mając świadomość niedoskonałości warsztatu. Jak wielu innych pisarzy sporo tłumaczył. Dużo podróżował wyznając teorię, iż podróżowanie to najlepsza (po książkach) szkoła życia. Szczególnie ciepło wspomina podróż do Paryża, które to miasto darzy ogromnym uczuciem. „Tu bowiem piękno kształtów, łagodność klimatu, bogactwo i tradycja stają się zadziwiającą ich afirmacją. Każdy z nas młodych, wsysał w siebie cząstkę tej lekkości, i przykładał własną cegiełkę… Nie było w niczym przymusu, każdy mógł mówić, myśleć, śmiać się, kląć, jak mu się chciało, każdy żył, jak chciał, sam lub we dwoje, rozrzutnie, lub oszczędnie, luksusowo lub po cygańsku. Tu uwzględniano każdą odrębność, przewidywano wszystkie możliwości”.(Str. 158). Jak o własnych pragnieniach czytałam o chęci poznania Paryża z czasów, w których tam przebywał, ale i Paryża czasów Henryka IV, Ludwika XIV, Napoleona i Wielkiej Rewolucji, Paryża wielkich pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, myślicieli, to szukanie ulic, postaci i wydarzeń. „Czułem tu wyraźnie, jak zawsze we Francji siłę nieśmiertelności, jaką daje swemu narodowi wielka i służąca prawdzie literatura. Nim zobaczyłem Paryż, wiedziałem właściwie o nim wszystko, co można było wiedzieć przedtem dzięki plastyce i obrazowości opisów, które wyszły spod pióra poetów, powieściopisarzy, historyków dziejów i obyczajów Francji. To wszystko nabierało życia w zetknięciu się osobistym, oglądanie na własne oczy stawało się tylko rozpoznawaniem, rozkoszą poznania…” (str. 165).
Opisów podróży zarówno po Europie, jak i poza nią (Ameryka, Azja, Afryka) jest wiele. Jako najważniejszy czynnik poznawczy wskazuje Zweig ludzi, z którym się spotykał, rozmawiał, a nierzadko zawierał przyjaźnie. Ilość literatów, ludzi sztuki, polityków, z jakimi się spotkał, jest ogromna, a opis każdego spotkania niezwykle zajmujący. Może czasami wspomina poznane osoby troszkę przez różowe szła okularów, a może takimi je wówczas odbierał, lub to pamięć zatarła to, czego pamiętać nie chciał. Trzeba wziąć pod uwagę, że kiedy pisze wspomnienia zewsząd docierają informacje o kolejnych aktach agresji, dewastacji, zezwierzęceniu oprawców i tragedii ofiar. 
Najmocniej utkwiła mi w pamięci wizyta w Rodina, podczas której rzeźbiarz dostrzegając niedoskonałość którejś z rzeźb zabrał się za jej ulepszanie z taką pasją, że zapomniał o gościu i niewiele brakowało, aby zamknął go w pracowni. 
Niezwykle sugestywny jest opis ostatnich lat przed największymi kataklizmami ubiegłego wieku. Jakże momentami wydaje się znajomy; obawy, strach, niedowierzanie, wiara, że jednak nie stanie się to, co stać się musiało, opis pewnych z pozoru nieistotnych zdarzeń, których konsekwencje okazały się tak brzemienne w skutkach. 
Czytając żałowałam, iż tak małą pojemność ma umysł czytelnika; książka jest bogatą skarbnicą wiedzy o ludziach i czasach, w dodatku napisana prostym, a zarazem pięknym językiem. Opowiada o czasach, które choć są mi dość dobrze znane, to opowiada w sposób ciekawy i wciągający. Momentami można odnieść wrażenie, że autor mógłby dalej kontynuować historię jednej czy drugiej znajomości, jednak jak sam podkreślał zawsze dążył do lapidarności opisów i nawet w najlepszej literaturze chętnie dokonałby korekty i powyrzucał z niej zbędne fragmenty tekstów. Sam pisząc najpierw przygotowywał się solidnie do poznania tła historycznego, obyczajowego i społecznego (zwłaszcza pisząc biografie), potem to opisywał, a następnie usuwał wszystko co zbędne, aby nie nużyć drobiazgowością szczegółów, nadmiarem informacji, pewnego rodzaju pychą w przekazywaniu wiedzy. 
Historia kończy się w dniu trzeciego września 1939 roku, kiedy autor wysłuchawszy (w Londynie) informacji o wypowiedzeniu wojny przez Anglię Niemcom po raz kolejny pakuje walizki, aby szukać bezpiecznej przystani. Paradoksalnie, on pacyfista, działacz na rzecz porozumienia narodów z czasów I wojny, osoba, której książki trafiły w Niemczech na indeks ksiąg zakazanych, on, który musiał uciekać z Austrii w obawie przed hitlerowskimi represjami staje się wrogiem Anglii, jako pozbawiony obywatelstwa bezpaństwowiec. 
Książka godna polecenia.
*Wydawnictwo PIW rok 1958 (wydanie pierwsze). Książka nabyta w antykwariacie za 12 złotych.
I znowu problem z klasyfikacją- nie jest to typowa biografia, aczkolwiek elementy takowej zawiera, literatura austriacka - wszak Zweig był Europejczykiem, obywatelem świata.
Inne przeczytane książki Zweiga 
Dziewczyna z poczty,
Niecierpliwość serca,
Balzac -biografia,
Maria Stuart,
Maria Antonina