Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 29 stycznia 2017

Quasimodo w Gdyni, czyli trwaj chwilo jesteś piękna

Do najcudowniejszych wspomnień urodzinowych (po florencko-rzymskich) dołączyła wczoraj kolejna wizyta w Teatrze Muzycznym na spektaklu Notre Dame de Paris. Nie wiem, czy sprawił to mój nastrój, czy też wczoraj rzeczywiście wszyscy artyści byli w dobrej formie. 
Nieodmiennie zadziwia mnie i wzrusza, że można aż tak emocjonalnie reagować na przedstawienie, które zna się na pamięć, które oglądało setki razy, słuchało jeszcze częściej, a nadal przeżywa się je, jakby to był ten pierwszy raz. 
Może moje zauroczenie sprawia, że bywam czasami bezkrytyczna, bo choć ostatnim razem szwankowało nagłośnienie oraz reflektory świeciły mi prosto w oczy (chyba technik źle je ustawił), co nie było przyjemne to i tak wyszłam z teatru w świetnym nastroju. 
Wczoraj po raz pierwszy trafiłam na pana Janusza Krucińskiego w roli Quasimodo, a czekałam na to od pierwszego obejrzanego spektaklu. Pan Grobelny świetnie odtwarza rolę Dzwonnika i bardzo dobrze śpiewa, ze spektaklu na spektakl coraz lepiej. Dla mnie jednak pan Kruciński nie ma sobie równych. Ten ciepły i niepowtarzalny głos ujął mnie już wówczas, kiedy usłyszałam go jako Jeana Valjeana i to on sprawił, że zaczęłam jeździć nie tyle na przedstawienia, ale także na aktora. Wiedziałam, że pan Janusz poradzi sobie z rolą znakomicie, ale nie spodziewałam się, że to będzie niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju Quasimodo. Przede wszystkim udało mu się stworzyć własną, nie kreowaną na Garou postać nieszczęśliwego garbusa-potwora o gołębim sercu (postać może daleką od Hugowskiego pierwowzoru, ale jakże bliską tej musicalowej). A było to niemałe wyzwanie, gdyż nie tylko każdy wielbiciel musicalu, ale i każdy występujący w spektaklu ma mocno zakodowany sposób wykonania wszystkich partii w paryskim przedstawieniu, a w szczególności partii Dzwonnika. Głos Garou frapował i zachwycał, głos pana Janusza oczarowuje i na pewno zmiękczył niejedno kobiece serduszko. Słuchanie było jedną przyjemnością, a oglądanie garbusa drugą. Ponieważ poza umiejętnościami wokalnymi Quasimodo wykazał się także talentem aktorskim, czyli czymś, co nie często towarzyszy wykonawcom musicalowym, bo też trudno od nich oczekiwać tego rodzaju umiejętności. Jeśli ktoś oczekuje Quasimoda bardziej zbliżonego do wykonania Garou to powinien wybrać się na przedstawienie z panem Grobelnym (tyle, że kierowanie się obsadą w gdyńskim teatrze jest niemożliwe, bowiem bilety kupuje się na kilka miesięcy wcześniej- przynajmniej te lepsze miejsca, a obsada znana jest na kilkanaście dni wcześniej- co uważam za poważny zarzut w stosunku do Teatru). Natomiast kto chciałby posłuchać innej interpretacji Dzwonnika niech wybiera pana Krucińskiego. Ale można zdać się na los, bowiem i jedna i druga są ciekawe i bardzo dobrze wykonane. 
Nawet, gdyby pozostali wokaliści wykonali swoje partie zaledwie poprawnie już byłabym w siódmym niebie. Tymczasem miałam szczęście gdyż trafiłam na obsadę marzenie ("moje marzenie" Kruciński, Gadzińska, Guza, Zagrobelny). W roli Esmeraldy wystąpiła Maja Gadzińska, która ze spektaklu na spektakl jest coraz lepsza. Tym razem jej wykonania ujęły mnie już od pierwszego utworu (Bohemienne, czyli Cyganka), a wspólne z Quasimodo wykonanie Mój dom jest domem twym (Ma Maison C`est Ta Maison) czy też utwory śpiewane w duecie z Frollo w trakcie tortur, czy więzienia mocno wzruszyły. Że o Ave Maria, czy Vivre (Żyć) nie wspomnę. W rolę Frolla wcielił się odkryty przeze mnie (i nie tylko) pan Artur Guza, o którym pisałam we wcześniejszej recenzji z przedstawienia. Nawet Fler de Lis, której rolę odgrywała Kaja Mianowana, co do której wcześniejszego wykonania miałam zastrzeżenia (bowiem moim zdaniem nie udźwignęła roli) tym razem wypadła nieźle. Właściwie trudno jest mi wymienić najlepiej wykonane utwory, bo wszystkich słuchałam z przyjemnością zapominając o Bożym (a może Diabelskim) świecie. Cudownie przetłumaczona Florencja za każdym razem ujmuje i treścią i wykonaniem. Za każdym też razem czuję rozbawienie, kiedy Esmeralda i Fler de Lis śpiewają hymn pochwalny dla ich bóstwa – Le solei (On jak słońce jest). Nie miałam jeszcze okazji posłuchać pana Traczyka w roli narratora - poety, czego żałuję, bowiem, choć pan Maciej Podgórzak śpiewa nieźle, to jakoś nie czuję powera w wykonaniu Katedr.
Fantastyczne są natomiast wykonania zbiorowe – Fatum, Azyl, Bez papierów, czy Wolnym być, są takie energetyczne i uniwersalne w swej wymowie.
Ze spektaklu na spektakl zauważam nowe niuanse. Oczywiście pierwsze przedstawienia to było zachłyśnięcie się tym, że Dzwonnik jest w ogóle wystawiany i to tak blisko (w Gdyni). Podziękowania należą się panu Igorowi Michalskiemu – dyrektorowi teatru. Z tego co wiem uzyskanie zgody na wystawienie spektaklu (i granie go przez kilka lat) było rzeczą niezwykle trudną i "kosztowną". Biorąc pod uwagę frekwencję na przedstawieniach być może koszty się zwrócą. Najbardziej ciekawił na tych pierwszych przedstawieniach wokal. Choreografia wydawała się wówczas czymś drugorzędnym. Tymczasem jest ona kolejny atutem przedstawienia. Mimo zastosowaniu tej samej scenografii, czy kostiumów, co w paryskim wykonaniu gdyńskie jest odmienne w zakresie zastosowania różnych technik nowoczesnego tańca. Uatrakcyjnia to spektakl, a przy ich dużej różnorodności daje możliwość odkrywania nowych układów za każdym kolejnym przedstawieniem. A tancerze wykazują się kosmicznymi wręcz umiejętnościami.
Pełna sala i wyprzedane kilka miesięcy naprzód bilety świadczą o tym, że przedstawienie się podoba. Nie wiem, ilu jest takich opętańców, jak ja, którym ciągle mało i mało, ale cieszę się, że mimo wielości obejrzanych spektakli każdy kolejny cieszy, a niektóre jak ten wczorajszy powodują, iż wracając do domu zapomniałam o swym peselu, a drogę z teatru do domu przebyłam na skrzydłach mając w uszach utwory z NDDP. 
Moje wrażenia to tylko subiektywna opinia laika, który bez musicali nie potrafiłby funkcjonować.  
A wczoraj doznałam uczucia absolutnego szczęścia i osiągnęłam Faustowskie trwaj chwilo jesteś piękna, co przecież nie zdarza się często. 
Zdjęcia ze strony

sobota, 21 stycznia 2017

Świat wczorajszy Stefan Zweig

…przeżyłem już dwie wojny, największe, jakie znała ludzkość, a nawet każdą z nich na innym froncie; jedną po stronie Niemców, drugą po stronie walczącej z Niemcami. Przed wojną poznałem najwyższy stopień i najdoskonalszą postać wolności indywidualnej, a potem najniższy jej poziom od setek lat. Doświadczyłem honorów i pogardy, wolności i niewoli, bogactwa i nędzy. Wszystkie cztery rumaki Apokalipsy przecwałowały przez moje życie; rewolucja i głód, inflacja i terror, epidemia i emigracja. Widziałem jak szerzyły się wielkie ideologie masowe: faszyzm we Włoszech, hitleryzm w Niemczech, a z drugiej strony bolszewizm w Rosji - a przede wszystkim owa straszna zaraza, nacjonalizm, która zatruła kwiat naszej kultury europejskiej. Musiałem być bezbronnym i bezsilnym świadkiem cofnięcia się ludzkości do barbarzyństwa, uważanego za bezpowrotnie minione, wysuwającego świadomie i programowo dogmat antyhumanizmu (str. 8-9)*.
Im człowiek starszy tym większy ogarnia go sentyment dla lat młodości, tym chętniej wraca do wspomnień, starając się je ocalić, bo tym samym ma wrażenie, jakby jego życie miało głębszy wymiar. Zweig twierdzi, iż pisząc Świat wczorajszy chciał dać świadectwo gigantycznych przemian, które cofnęły Europę i świat cywilizacyjnie o kilka wieków wstecz. Myślę jednak, iż chciał ocalić jakąś cząstkę własnego współuczestniczenia w tych czasach, a samo pisanie mogło być rodzajem ucieczki od chaosu, w którym pogrążyła się Europa i cały świat z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej. Pisze pozbawiony dostępu do źródeł, notatek, listów, dochodząc do wniosku, iż pamięć sama dokona selekcji pozostawiając po latach to co naprawdę istotne, a zacierając to co błahe. 
Wspomnienie świata dzieciństwa i młodości ożywia dawno utracone poczucie bezpieczeństwa. Ale też czasy młodości autora były okresem stabilności i przewidywalności. Kto posiadał majątek, ten mógł dokładnie wyliczyć, ile przyniesie mu odsetek rocznie, a urzędnik czy oficer wiedział, że w kalendarzu dokładnie oznaczony jest rok, w którym otrzyma awans lub pójdzie na emeryturę. Rodzina z góry miała ustalony budżet, wiedziała ile może wydać na mieszkanie i jedzenie, na wakacje i na rozrywki… (str. 12-13) Nie bez znaczenia jest to, że autor wychowywał się w Wiedniu mieście, „którego sens i kultura opierały się na… internacjonalizmie umysłowym”. Jego mieszkańcy czuli się Europejczykami, co dawało im wolność od przesądów i poczucie braterstwa z innymi narodami. „Żyło się dobrze, łatwo i beztrosko w owym starym Wiedniu…. A tolerancji nie uważano wówczas, tak jak dziś za miękkość i słabość, lecz ceniono wysoko jako wartość etyczną” (str. 38 i 39).
Autor dostrzega ciemne strony czasów dzieciństwa i młodości. Pierwszą była kwestia wychowania i to zarówno szkolnego - nudnego, scholastycznego polegającego na tępym wkuwaniu liczb, wzorów i dat (zresztą, czy dziś jest inaczej? Za czasów mojej młodości wyglądało to podobnie), jak i wychowania w domu. Jedno i drugie miało wpoić młodemu człowiekowi poszanowanie istniejącego porządku i całkowite podporządkowanie nauczycielom, rodzicom, starszym. Tym metodom wychowawczym (wpojenie poczucia całkowitego posłuszeństwa) zawdzięcza autor towarzyszące mu całe życie pragnienie swobody i nienawiść do wszelkich narzuconych odgórnie autorytetów. W swoistym buncie przeciwko skostniałym metodom nauczania młodzież szkolna dokonywała własnych odkryć; uczestniczyła w teatralnych premierach, czytała, dyskutowała o literaturze i sztuce. „Czytaliśmy, co tylko wpadło nam w ręce. Z każdej biblioteki publicznej przynosiliśmy książki, pożyczaliśmy sobie nawzajem wszystko, co udało nam się zdobyć.” (Str. 54). „W szkole, w drodze do szkoły i ze szkoły, w kawiarni, w teatrze, na spacerach nie robiliśmy latami całymi nic innego, tylko dyskutowaliśmy nad książkami, obrazami, muzyką, filozofią” (Str. 57).
Po latach spojrzy na te młodzieńcze pasje z krytycyzmem, ale i zdziwieniem.
Dziś zdaję sobie naturalnie sprawę, ile głupoty tkwiło w tym entuzjazmie bez wyboru, ile w nim było wzajemnego małpowania, sportowej ambicji prześcignięcia innych, dziecięcej próżności, aby dzięki sztuce wznieść się ponad przyziemny świat krewnych i nauczycieli. Ale i dziś jeszcze ogarnia mnie zdziwienie, gdy pomyślę, ile my, młodzi chłopcy, wiedzieliśmy wówczas, dzięki tej wyolbrzymionej pasji literackiej, jak wcześnie wyrobiliśmy w sobie krytycyzm dzięki nie kończącym się dyskusjom i dociekaniom” (str. 59). 
Można tylko żałować, iż dzisiaj bunt młodzieży przyjmuje zupełnie inną postać. 
Inną ciemną stroną czasów przełomu wieków było zakłamanie w sferze spraw życia seksualnego. Strach przed wszystkich co cielesne, traktowanym jako brudne, grzeszne i niemoralne, powodował rozwój instytucji, które zaspakajały naturalne potrzeby młodych panów w sposób nie zawsze bezpieczny, a na pewno mało romantyczny. „Tak jak w mieście pod brukiem czystych, schludnych ulic z pięknymi luksusowymi sklepami ciągnie się sieć podziemnych kanałów, do których spływają nieczystości kloaczne- tak samo całe życie seksualne młodzieży miało odbywać się pod moralną powierzchnią życia „towarzystwa” (str.102).
Zaciekawiły mnie zwyczaje panujące na austriackich i niemieckich uniwersytetach tych czasów. Były to miejsca, w których studentom przysługiwały szczególne prawa; rodzaj nietykalności i prawo do obrony honoru w drodze pojedynku. Przy czym poczucie honoru było pojęciem dość płynnym, często pretekst do bójki był prowokowaną przez agresora błahostką, a pokiereszowana twarz stanowiła nobilitację dla uczestnika zajścia. Istniały całe korporacje studentów, które zajmowały się bijatykami i załatwianiem korzystnych synekur. „Widok tych brutalnych, zmilitaryzowanych band, tych pokiereszowanych twarzy i bezczelnie wyzywających twarzy obrzydził mi uczęszczanie na uniwersytet” (str. 119).
Zweig wybierając kierunek studiów brał pod uwagę przede wszystkim to, aby zajęcia na uczelni pozostawiły mu czas na naukę życia, bowiem, jak pisze „doznawałem nawet skrycie- i po dzień dzisiejszy wyzbyć się nie mogę- pewnej nieufności do wiedzy akademickiej. Twierdzenie Emersona, że najlepszy uniwersytet to dobre książki, uważam za niewzruszenie prawdziwe i nadal jestem przekonany, że można być znakomitym filozofem, historykiem, filologiem, prawnikiem i Bóg wie czym nie mając doktoratu, a nawet matury. (Str. 120). Dlatego o wyborze kierunku zadecydowało nie to co odpowiadało mu najbardziej, a to co najmniej miało mu ciążyć pozostawiając jak najwięcej czasu na prawdziwe pasje. Wybrał filozofię, a pierwsze lata uniwersytetu bez uniwersytetu wspominał, jako najszczęśliwszy w życiu okres. Był młody, niezależny i całkowicie wolny. A poczucie wolności było dlań największą wartością. Dość wcześnie udało mu się zadebiutować publikując swój felieton w prestiżowym czasopiśmie. Propozycje dalszej współpracy posypały się szybko; felietony, nowelki, pierwsze próby dramatów na potrzeby sceny. Jednak z publikacją powieści wstrzymywał się długo mając świadomość niedoskonałości warsztatu. Jak wielu innych pisarzy sporo tłumaczył. Dużo podróżował wyznając teorię, iż podróżowanie to najlepsza (po książkach) szkoła życia. Szczególnie ciepło wspomina podróż do Paryża, które to miasto darzy ogromnym uczuciem. „Tu bowiem piękno kształtów, łagodność klimatu, bogactwo i tradycja stają się zadziwiającą ich afirmacją. Każdy z nas młodych, wsysał w siebie cząstkę tej lekkości, i przykładał własną cegiełkę… Nie było w niczym przymusu, każdy mógł mówić, myśleć, śmiać się, kląć, jak mu się chciało, każdy żył, jak chciał, sam lub we dwoje, rozrzutnie, lub oszczędnie, luksusowo lub po cygańsku. Tu uwzględniano każdą odrębność, przewidywano wszystkie możliwości”.(Str. 158). Jak o własnych pragnieniach czytałam o chęci poznania Paryża z czasów, w których tam przebywał, ale i Paryża czasów Henryka IV, Ludwika XIV, Napoleona i Wielkiej Rewolucji, Paryża wielkich pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, myślicieli, to szukanie ulic, postaci i wydarzeń. „Czułem tu wyraźnie, jak zawsze we Francji siłę nieśmiertelności, jaką daje swemu narodowi wielka i służąca prawdzie literatura. Nim zobaczyłem Paryż, wiedziałem właściwie o nim wszystko, co można było wiedzieć przedtem dzięki plastyce i obrazowości opisów, które wyszły spod pióra poetów, powieściopisarzy, historyków dziejów i obyczajów Francji. To wszystko nabierało życia w zetknięciu się osobistym, oglądanie na własne oczy stawało się tylko rozpoznawaniem, rozkoszą poznania…” (str. 165).
Opisów podróży zarówno po Europie, jak i poza nią (Ameryka, Azja, Afryka) jest wiele. Jako najważniejszy czynnik poznawczy wskazuje Zweig ludzi, z którym się spotykał, rozmawiał, a nierzadko zawierał przyjaźnie. Ilość literatów, ludzi sztuki, polityków, z jakimi się spotkał, jest ogromna, a opis każdego spotkania niezwykle zajmujący. Może czasami wspomina poznane osoby troszkę przez różowe szła okularów, a może takimi je wówczas odbierał, lub to pamięć zatarła to, czego pamiętać nie chciał. Trzeba wziąć pod uwagę, że kiedy pisze wspomnienia zewsząd docierają informacje o kolejnych aktach agresji, dewastacji, zezwierzęceniu oprawców i tragedii ofiar. 
Najmocniej utkwiła mi w pamięci wizyta w Rodina, podczas której rzeźbiarz dostrzegając niedoskonałość którejś z rzeźb zabrał się za jej ulepszanie z taką pasją, że zapomniał o gościu i niewiele brakowało, aby zamknął go w pracowni. 
Niezwykle sugestywny jest opis ostatnich lat przed największymi kataklizmami ubiegłego wieku. Jakże momentami wydaje się znajomy; obawy, strach, niedowierzanie, wiara, że jednak nie stanie się to, co stać się musiało, opis pewnych z pozoru nieistotnych zdarzeń, których konsekwencje okazały się tak brzemienne w skutkach. 
Czytając żałowałam, iż tak małą pojemność ma umysł czytelnika; książka jest bogatą skarbnicą wiedzy o ludziach i czasach, w dodatku napisana prostym, a zarazem pięknym językiem. Opowiada o czasach, które choć są mi dość dobrze znane, to opowiada w sposób ciekawy i wciągający. Momentami można odnieść wrażenie, że autor mógłby dalej kontynuować historię jednej czy drugiej znajomości, jednak jak sam podkreślał zawsze dążył do lapidarności opisów i nawet w najlepszej literaturze chętnie dokonałby korekty i powyrzucał z niej zbędne fragmenty tekstów. Sam pisząc najpierw przygotowywał się solidnie do poznania tła historycznego, obyczajowego i społecznego (zwłaszcza pisząc biografie), potem to opisywał, a następnie usuwał wszystko co zbędne, aby nie nużyć drobiazgowością szczegółów, nadmiarem informacji, pewnego rodzaju pychą w przekazywaniu wiedzy. 
Historia kończy się w dniu trzeciego września 1939 roku, kiedy autor wysłuchawszy (w Londynie) informacji o wypowiedzeniu wojny przez Anglię Niemcom po raz kolejny pakuje walizki, aby szukać bezpiecznej przystani. Paradoksalnie, on pacyfista, działacz na rzecz porozumienia narodów z czasów I wojny, osoba, której książki trafiły w Niemczech na indeks ksiąg zakazanych, on, który musiał uciekać z Austrii w obawie przed hitlerowskimi represjami staje się wrogiem Anglii, jako pozbawiony obywatelstwa bezpaństwowiec. 
Książka godna polecenia.
*Wydawnictwo PIW rok 1958 (wydanie pierwsze). Książka nabyta w antykwariacie za 12 złotych.
I znowu problem z klasyfikacją- nie jest to typowa biografia, aczkolwiek elementy takowej zawiera, literatura austriacka - wszak Zweig był Europejczykiem, obywatelem świata.
Inne przeczytane książki Zweiga 
Dziewczyna z poczty,
Niecierpliwość serca,
Balzac -biografia,
Maria Stuart,
Maria Antonina

sobota, 24 grudnia 2016

Wigilia w wymarzonym domku Ani (a nawet dwóch)

Początkowo Ania i Gilbert myśleli o tym, aby pojechać na Boże Narodzenie do Avonlea, ale po namyśle postanowili zostać w Czterech Wiatrach.
-Pierwsze Boże Narodzenie w naszym wspólnym życiu chciałabym spędzić w Czterech Wiatrach-zapowiedziała uroczyście Ania. 
W rezultacie Maryla, pani Małgorzata Linde i para bliźniąt zjechali na Boże Narodzenie do małego domku. Maryla miała taką minę, jak gdyby objechała cały glob. Nigdy przedtem nie oddalała się ponad sześćdziesiąt mil, a Wigilii nigdy nie spędzała poza Zielonym Wzgórzem. Pani Małgorzata przywiozła sporządzony własnoręcznie olbrzymi pudding. Nikt nie był w stanie jej przekonać, że absolwentka wyższej szkoły, należąca do młodszej generacji, mogłaby upiec należycie świąteczny pudding. Jednocześnie jednak pochwaliła domek Ani.
-Ania jest dobrą gospodynią- powiedziała do Maryli w gościnnym pokoju w wieczór ich przyjazdu. Wszędzie zaglądałam- i do komórki, i do spiżarki, i do szuflad. Po tym, jaki tam panuje porządek, wydaję moje zdanie o gospodyni. W spiżarce nie znalazłam suchych kromek chleba, a w komórce - nic takiego, co by się nadawało do wyrzucenia. To prawda, żeś ty ją nauczyła porządku, ale nie trzeba zapominać, że potem pojechała do szkoły. Poza tym na łóżku widzę moją kapę w tabaczkowe pasy, a przed kominkiem twój dywanik domowej roboty, to mi zupełnie przypomina dom. 
Pierwsze Boże Narodzenie w Wymarzonym Domku wypadło tak wspaniale i przyjemnie, jak tylko można było sobie życzyć. Wieczór był piękny i jasny. Pierwszy śnieg spadł w Wigilię i pokrył cudownym, białym kobiercem pola i wzgórza. Przystań jednak nie zamarzła i migotała w promieniach słońca.

Tym fragmentem z Wymarzonego Domku Ani L.M. Montgomery mam nadzieję udało mi się wpisać w świąteczny nastrój. Życzę wszystkich zaglądającym 

pogodnych, spokojnych i miłych świąt (może bez gości zaglądających do szuflad i komórek) i znalezienia pod choinką tego, czego ostatnio tak bardzo nam brakuje; czasu i poczucia bezpieczeństwa

A sama biegnę do wymarzonego domku innej Ani i jej bliźniaków, aby razem z nimi i jeszcze paroma osobami spędzić miłe chwile.

sobota, 12 listopada 2016

Wakacje z perspektywy czasu (czyli słów kilka o Wrocławiu, albo dziękuję Bee)

Widok na Katedrę na Ostrowiu Tumskim
Pisać o wakacjach, kiedy dawno są już tylko odległym wspomnieniem to chyba nie najlepszy pomysł. A jednak. Czasami lepiej widać z perspektywy. Przez ostatnie kilkanaście lat każdy wolny dzień wykorzystywałam na poznawanie bliższych i dalszych zakątków Europy, zachłannie nadrabiając zarówno wcześniejszą niemożność podróżowania, jak i ówczesny strach przed lataniem. W tym roku, z różnych przyczyn, urlop spędziłam zwiedzając południowe i zachodnie regiony naszego kraju. Jednym z etapów moich wojaży był Wrocław. 
Byłam tam po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni. Tyle się o
Pergola wokół fontann
tym mieście nasłuchałam, że nie mogłam sobie odmówić chęci skonfrontowania cudzych opowieści z własnym postrzeganiem. Popełniłam jednak jeden, ale zasadniczy błąd. Nie byłam kompletnie przygotowana do tych odwiedzin. Tzn. wiedziałam, jakie są punkty must see, ale nic ponadto. W głowie kompletna pustka; ani literackich, ani filmowych odniesień, ani nazwisk bliskich mi postaci, ani nawet jakiegoś obrazu, który szczególnie chciałabym obejrzeć. Oczekiwałam na cud, a cud się nie wydarzył. Czekałam, że miasto samo mnie zauroczy, tymczasem ono oczekiwało ode mnie podjęcia jakiegokolwiek wysiłku, aby je polubić. Dostrzegałam piękny, przestrzenny Rynek, wrażenie zrobiła na mnie Panorama Racławicka, podobały mi się miejsca zieleni, dobrze się czułam na Ostrowie Tumskim, ale… no właśnie, wszystkiemu towarzyszyło jakieś ale. Może to niesprzyjająca pogoda (trochę padało i nie było najcieplej), a może miejsce zamieszkania (w mało atrakcyjnej i nie najbezpieczniejszej dzielnicy miasta), a w końcu może to, że ten tegoroczny urlop przypadł w najmniej odpowiednim momencie, kiedy mentalnie nie byłam gotowa, aby się nim cieszyć (choć przecież powinnam, w końcu to co mi się przydarzyło dla wielu byłoby powodem do radości, a nie zmartwienia). Miałam wrażenie, że wszystko jest nie tak. I mimo bardzo sympatycznego spotkania z Bee, która pokazała mi swój Wrocław wciąż nie potrafiłam się nim cieszyć. 
W ogródku japońskim
Kilka dni temu zaczęłam tęsknić za Wrocławiem, a to uświadomiło mi, jak mało doceniłam to miasto. Dopiero teraz, po czasie dostrzegłam jego urok i cieszę się, że za rok będę mogła pokazać go dzieciom. 
Kiedy o nim myślę, to w pamięci pokazują się obrazy pełne zieleni. Leżę na obramowaniu fontann w pobliżu Hali Stulecia otoczona przecudnej urody pergolą, słoneczko świeci, ja pozwalam sobie przenieść się do Krainy bez-myślenia i czuję się lekko i dobrze. Pochylam się nad wodą stojąc na drewnianym mostku niczym z obrazów Moneta w Ogródku Japońskim, podziwiam ogromne słoneczniki w Ogrodzie Botanicznym nieopodal Katedry na Ostrowie Tumskim, czy też brodzę pomiędzy porośniętymi trawą i krzewami nagrobkami na Cmentarzu Żydowskim. Taki tam wszędzie spokój, taka cisza, taki raj utracony. Jak mogłam tego wcześniej nie dostrzec. 
W Muzeum Narodowym, mieszczącym się w bardzo ciekawym
Słoneczniki w Ogrodzie Botanicznym
architektonicznie neorenesansowym budynku z czerwonej cegły porośniętym winobluszczem, który zmienia kolor w zależności od pory roku (we wrześniu był on soczysto-zielony) podziwiam Bruegla Pejzaż zimowy z łyżwiarzami i klatką na ptaki, który to obraz (a raczej jedną z jego wersji) oglądałam kilka lat wcześniej na wystawie w MNG. Tam też dostrzegam niesamowity Las podczas powodzi nad jeziorem Starnberskim Lovisa Corinth. Ten ostatni przyciągał mój wzrok jakimś magnetyzmem i nie pozwalał odejść. Kolejny artysta ocierający się o impresjonizm - tym razem z Niemiec. Moje prywatne zbiory zataczają coraz szersze kręgi. Żałuję, że przegapiłam muzealny sklepik z pamiątkami, bowiem kupiłabym sobie każdej wielkości reprodukcję, o ile byłaby do nabycia. Ku własnemu zdumieniu wdaję się w pogawędkę z panią opiekunką sali na temat Maurycego Gotlieba, ucznia Matejki, na którego obrazy zwracam uwagę od czasu, kiedy przeczytałam biografię malarza. Do tej pory widziałam jego obrazy jedynie w MNW. 
Las  podczas powodzi nad jeziorem Starnberskim 
Na wrocławskim rynku zadziwiającym swą wielkością (nie widziałam w Polsce tak dużego rynku), a co za tym idzie tak dużej ilości kolorowych kamieniczek w sali Ratuszowej oglądam fantastyczną wystawę 100 na 100 – czyli 100 fotografii na setne urodziny fotografika Stefana Arczyńskiego. Kolejne nieznane mi nazwisko, które wzbogaca skarby mojej pamięci, a które odkrywam dzięki nieocenionej Bee. Czarno-biała fotografia z podróży przez życie; jest tu i Wrocław oglądany z wysokości (dachów jego najwyższych kamienic), są zdjęcia z zagranicznych wojaży, są też zdjęcia żony. Z pewnością wybór zaledwie stu fotografii z ogromnego dorobku był dla twórcy dużym wyzwaniem. U oglądającego ilość fotografii wywołuje wzruszenie umiejętnością patrzenia i dzielenia się tym patrzeniem na świat z innymi i pewien niedosyt niewielką jak na tak długie życie ekspozycją. Z tych zdjęć emanuje radość dostrzegania w otaczającym nas świecie piękna, a także duże poczucie humoru. 
Fotografia żony S.Arczyński
Bee zawdzięczam jeszcze jedno odkrycie - piękny neogotycki kościół pod wezwaniem Św. Michała Archanioła, z ciekawą historią (świątynia była pierwszym miejscem oporu przeciw kulturkampf po wcieleniu miasta do Prus, była także miejscem modlitwy Edyty Stein, patronki Europy) i nie mniej ciekawą architekturą (z dwiema nierównej wysokości wieżami (z powodu wcześniejszego zawalenia się jednej z wież) pięknym sklepieniem żebrowo-krzyżowym, witrażami o niebieskiej (niebiańskiej) poświacie i ciekawą dekoracją posadzki.
Teraz uświadomiłam sobie, że znam już osobę, której śladami będę mogła  przemieszczać się po Wrocławiu, jest to wspominana tu kilkakrotnie Bee, która pokazała mi swoje miejsca we Wrocławiu. Napisałam jedynie o kilku i to dość powierzchownie, tradycyjnie mając nadzieję powrotu do tematu, kiedyś, za jakiś czas, może na emeryturze do której niestety ciągle jeszcze wciąż tak samo daleko. 
To tylko kilka wrażeń, które być może kiedyś pozwolą na pełniejsze potraktowanie tematu mojego Wrocławia.
Cmentarz żydowski we Wrocławiu niczym Tajemniczy ogród wyłaniają się nagrobki pośród oceanu zieleni

Parę zdjęć miejsc, o których piszę (lub powinnam napisać) więcej;

Piękna secesyjna kamienica przy ul. Prusa

Obrośnięty winobluszczem budynek Muzeum Narodowego


Sala Ratuszowa, w której eksponowane były fotografie pana Arczyńskiego

W ogrodzie botanicznym

Nawa główna kościoła Św. Michała Archanioła


Kościoły św. Krzyża i św. Bartłomieja od strony Ogrodu


Zegar ratuszowy

Perełka Patrick Modiano - będzie krótko

Pierwsze spotkanie z noblistą i …. Nie wiem co napisać, bo nie było to oczarowanie, ale nie było też rozczarowanie. Książkę przeczytałam jakiś czas temu w trakcie dwugodzinnej podróży pociągiem, wciągnęła mnie swym klimatem, może nawet w pewien sposób zauroczyła, ale za miesiąc już o niej nie pamiętałam. Postanowiłam dać drugą szansę i przeczytałam ponownie. I znowu szybko poszło. Po tygodniu mam jakieś mgliste wspomnienie niesamowitego klimatu. Oniryczny. Tak chyba można go nazwać. Wszystko dzieje się, jak we śnie. Trudno określić z przekonaniem, czy bohaterka spotkała kobietę, którą znała dawno temu, a która była jej matką, czy tylko przypadkowe spotkanie wywołało lawinę wspomnień, nie wiadomo także, czy znalazła pracę, w której spotyka swoje alter ego sprzed lat, czy też to jej wyobraźnia podpowiada taki właśnie scenariusz. Tak samo nierzeczywisty wydaje się przyjaciel lingwista czy farmaceutka. 

Therese jest młodą dziewczyną, która widząc w paryskim metrze kobietę w żółtym płaszczu rozpoznaje w niej niewidzianą od lat matkę. Matkę, która porzuciła ją jako małą dziewczynkę. Od tej chwili bohaterka próbuje dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecie, która ją urodziła. Zbiera okruchy wspomnień, strzępy informacji z pożółkłych fotografii, zapisków w notesie, rozmów z osobami, które mogły znać kobietę. Therese, zwana dawniej Perełką próbuje odnaleźć jakiś stały punkt, dzięki któremu „życie przestanie być takim ciągłym unoszeniem się…, aby zaprzestać tego „uczucia niesienia prądem, gdy niczego nie można się uchwycić”. Zatrudnia się, jako opiekunka siedmioletniej dziewczynki. Historia dziecka, którego rodzice wcale nie zauważają przypomina jej własną. A każde wspomnienie z lat dzieciństwa powoduje strach.. „paniczny strach, który potrafi dopaść na ulicy i obudzić nagle koło piątej nad ranem”, dlatego dziewczyna postanawia „zburzyć mosty”, zmierzyć się ze swoją przeszłością, ale każda kolejna ścieżka prowadzi w ślepy zaułek. Niedopowiedzenie, melancholia, nostalgia. Nie potrafię powiedzieć, czy mogę polecić z całym przekonaniem. Myślę, że zaryzykuję jeszcze jedno spotkanie z pisarzem-noblistą chociażby dla tego niesamowitego klimatu. 
Przeczytana w ramach stosikowago losowania u Anny.