Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 14 maja 2023

Po Kazimierzu Dolnym z Kuncewiczami


Willa pod Wiewiórką (Dom Kuncewiczów)
Bardzo lubię odwiedzać miejsca przesiąknięte atmosferą literackich spotkań. Wyobraźnia tworzy obrazy pochylonej nad maszyną do pisania autorki czy autora, a ja imaginuję sobie, że przenosząc się w czasie współuczestniczę w procesie twórczym. A jeśli już nie współtworzę to chociaż mam szansę porozmawiać z twórcą.

Wąwóz Małachowskiego

Dom państwa Kuncewiczów mieści się przy ulicy Małachowskiego 19 w Kazimierzu Dolnym i żeby do niego dotrzeć trzeba pokonać spore wzniesienie. Idzie się ulicą otoczoną z obu stron drzewami, mijając po drodze jeden z licznych tutaj wąwozów (Małachowskiego). Śpiew ptaków, szum drzew, zapach lasu - wymarzone miejsce dla artystycznej duszy. Cisza, spokój, natura. Podczas piętnastominutowej wędrówki pod górę nie minął mnie ani jeden samochód, a ponad dziewięćdziesiąt lat temu, kiedy auta były rzadkością i luksusem musiało to być zupełne pustkowie. Oczywiście nie licząc licznych literatów odwiedzających gościnne progi domostwa.

Przepiękny dom z podmurówką z białego kamienia i dwoma pięterkami z drewna to dzieło Karola Sicińskiego powstałe w 1936 roku. Tego samego architekta, który był twórcą odbudowy Kazimierza Dolnego po I wojnie światowej. Dom powstał, jako letnia rezydencja państwa Kuncewiczów i mieszkali tu do początku II wojny. Było to centrum życia kulturalnego w Kazimierzu, dokąd zjeżdżali się Tuwim, Gałczyński, Iwaszkiewicz. Jeszcze we wrześniu skrywali się tutaj z właścicielami i Tuwimem Słonimski, Grydzewski czy Wierzyński. Kuncewiczowie szybko uznali, iż Kazimierz nie jest bezpiecznym schronieniem i wyemigrowali; najpierw do Francji, a potem dalej do Wielkiej Brytanii i do Stanów. Willa w trakcie wojny została zajęta przez Niemców, potem przez wojska radzieckie, a po wojnie mieścił się tu dom wypoczynkowy Urzędu Bezpieczeństwa. W czasie wojny wyposażenie domu zostało całkowicie zniszczone. Właściciele wrócili tutaj dopiero w 1962 r. Po wyremontowaniu i wyposażeniu Dom Kuncewiczów nadal tworzył centrum kultury goszcząc wielu artystów i poetów. Po śmierci pana Jerzego pani Maria zamieszkała tu na stałe i mieszkała aż do śmierci. Syn właścicieli założył fundację Kuncewiczów. Obecnie mieści się tu muzeum. Zwiedzać można pomieszczenia prywatne znajdujące się na piętrze (kuchnia, gabinet, sypialnia z garderobą) oraz reprezentacyjne pomieszczenia na parterze (hol, salon, pokój z kominkiem).

W kuchni

W gabinecie

Kiedy pani kustosz zachęciła do odwiedzin na piętrze mówiąc proszę iść i sobie pomyszkować w prywatnej przestrzeni państwa Kuncewiczów poczułam się troszkę niepewnie. Cóż to znaczy myszkować po czyimś domu. W dodatku domu tak znakomitych gospodarzy. Szybko jednak zrozumiałam, iż mogę sobie spokojnie przez chwilę pokręcić się po mieszkanku na pięterku. Weszłam jak to się mówi - od kuchni, bo przez kuchnię właśnie.

Na stole stały porozstawiane talerze, na stoliczku czajnik, garnki, a na półeczkach nieopodal proszek do prania, kawa, herbata i inne kuchenne akcesoria. Świeże kwiaty, porcelana z Włocławka, niciane siatki i szydełkowe serwetki. Przedmioty pochodzące z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przypominały mi dzieciństwo i wczesną młodość. Najbardziej wzruszyła mnie metalowa okrągła puszka, stojąca na stole. W takiej samej moja mama przechowywała guziki i nici, a wcześniej zapewne mieściły się tam landrynki albo inny łakoć czasów PRL-u.
W gabineciku na biurku otwarta szuflada z listem do pani Marii z 1955 roku, stary aparat telefoniczny, łóżko nakryte ręcznie robioną kapą i kilimek nad łóżkiem. A wszędzie pełno obrazów (w tym portrety właścicieli pędzla przyjaciela domu pana Antoniego Michalaka), zdjęć, figurek, pamiątek z podróży, porcelany i szkła. Białe ściany i drewniane wykończenia, belki sufitowe, piece kaflowe nadawały przytulny klimat domostwu.
Ilekroć odwiedzam cudze domy, zwłaszcza domy znanych osób, najbardziej interesujące poza biblioteką i kuchnią są dla mnie sypialnie. Są to miejsca niezwykle intymne, do których rzadko miewamy dostęp, może właśnie dlatego bywają tak interesujące.



A może dlatego, że mnie kojarzą się nie tylko ze spaniem, nie tylko z miłością, ale i z czytaniem. Odwieczny rytuał każdego dnia to choćby parę stron przed zaśnięciem.
Sypialnia z nakrytym zieloną, aksamitną kapą łożem w drewnianej wnęce pod małym półokrągłym okienkiem na poddaszu w Wilii pod Wiewiórką to bardzo przytulne miejsce.


Salon

Salonik z kominkiem

Mieszkanko na piętrze zdecydowanie bardziej mi się podobało z uwagi na swój nieoficjalny charakter niż reprezentacyjne gabinety i salon na parterze. Po obejrzeniu wilii miałam możliwość porozmawiania z panią kustosz, która wyczerpująco odpowiedziała na moje pytania dotyczące pana Jerzego. Okazało się, iż był niezwykle interesującą osobą, prawnikiem, politykiem, a raczej społecznikiem-ideowcem, związanym z ruchem ludowym. Był też autorem swoistej autobiografii Wyspy pamięci.No i przede wszystkim był oparciem i podporą dla swojej żony.

Jadąc do Kazimierza zabrałam ze sobą Dwa księżyce. Zostały one napisane i opublikowane w 1933 r. więc na długo przed zamieszkaniem w Willi pod Wiewiórką. Są jednak poświęcone miasteczku i jego mieszkańcom. Dwa księżyce to obraz smutnego polsko-żydowskiego miasteczka z jego nędzą, szarością, codziennością w połączeniu w barwnym światkiem artystycznym, piękną naturą, śladami przeszłości. Dwoistość do której odnosi się tytuł opowiadań. Dwa księżyce; inny dla nas, inny dla nich.

Mena odezwała się: – Księżyc był czerwony, kiedy tamci ludzie szli spać... Teraz jest biały. Zupełnie inny. Czy też tamci wiedzą, jak wygląda biały księżyc? Jeremi odpowiedział: – Może w ogóle są dwa księżyce... Jeden dla tamtych, drugi – tylko dla nas
. (str.9)

Nad Wisłą przed zachodem słońca

Na uliczkach i placykach stała nędza po pas. Ludzie brodzili w niej jak w czystej wodzie. Kobiety cały dzień nawoływały jedną kurę albo płukały jedną koszulę, albo pytały o jedno zdarzenie. Mężczyźni ziewali zginając grzbiet i pluli prostując. Dzieci było więcej niż godzin we wszystkich nocach. Wszędzie leżały nie dotknięte roboty i słowa spleśniałe bez echa. Ale zamek jaśniał w słońcu niemal alabastrowo, rzeka pod nim niosła z polnej oddali gęstą zieleń, płową żółtość, jedwabne szafiry. Przerośnięta skrzepami mielizn, zżarta przez piasek, niby przez złoty liszaj, skręcała się w liniach bogatych. Zza spróchniałych budek przeglądały renesansowe attyki, aż szalone od kamiennego przepychu. Kościół broczył różowo w oplocie akacji, wygiętych jak święci baroku, studnie miały pozór kapliczek, wieśniacy chodzili w szatach i wielkich płaskich kapeluszach ze słomy. W wieczory piątkowe okna drżały od ciepła świeczników, od szaleństwa bród, tałesów i korzennego zapachu. (str. 17)

Fara (na pierwszym planie studzienka na rynku)

Tymczasem malarz krążył po zaułkach, upatrując tematu. (…) Gapił się z podziwem na flaszki-zaśniedziałe i przydymione- opalizujące w niskich oknach jak zjawy...Na suknie kobiet, na gałgany dziewczynek, podobne do ekspresji ubrań teatralnych… Zachwyt nie opuszczał go ani u brzegu gnojówki, gdzie staruchy, rozsiadłe na kulawych stołkach, zażywały wczasu, ani pośród śmietnisk, z których dzieci wygrzebywały- by je tulić do siebie- jakieś przedmioty, które w nursery brano by przez szczypce. Ze szczególną ciekawością oglądał strumień, płynący wzdłuż głównej ulicy. Natura wody była tam odmieniona; ta ciecz migotała tęczowo i tłusto, jak nafta. Picie jej groziło chyba śmiercią. Jednak-zamiast zasypać strugę- opinano ją koślawymi mostkami… A kozy stawały nad nią rozmarzone. (str.49)


Dziś Kazimierz to już zupełnie inne miasteczko, ale nadal jak echo odbijają się w nim ślady przeszłości. Ruiny zamku, targowisko na rynku, studnia, Fara górująca nad miastem, wstęga rzeki, wąwozy lessowe, galerie malarskie, pensjonaty i knajpki.


Ulica Krakowska

I jeśli odwiedziny to koniecznie poza sezonem i poza weekendem.

Bloger dziś dla mnie wyjątkowo mało łaskawy, przemieszcza mi zdjęcia, nie formatuje, zmienia czcionkę. Usuwa tekst. Może to znak. Nic to nie mam już ani siły ani czasu dokonywać zmian, walizka już czeka a na horyzoncie kolejne miasto.


poniedziałek, 8 maja 2023

Vermeer. Blisko mistrza (film dokumentalny)

Nie mogąc odżałować niepowodzenia w zakupie biletów na wystawę obrazów Vermeera udałam się na film dokumentalny o amsterdamskiej ekspozycji. Film Vermeer. Blisko mistrza reż. Suzanne Raes dokumentuje proces przygotowań do jednej z największych wystaw malarskich ostatnich lat. Największej wystawy prac Holendra.

Zaczynają go słowa dyrektora Rijksmuseum, będącego  organizatorem wystawy. Słowa, które mogą się wydać dziwne w ustach mocno dojrzałego człowieka, kiedy opowiada o tym, jak po obejrzeniu swoich pierwszych Vermeerów (jako kilkuletni chłopiec) zemdlał. Przesadzona reakcja? Ja go rozumiem, sama przeżyłam ostatnio napad palpitacji serca i ogromną słabość oglądając wystawę malarzy szkoły paryskiej w Konstancinie Jeziornej. A mam za sobą lata doświadczeń związanych z poznawaniem sztuki.

Film dokumentuje okres od pomysłu wystawienia jak największej ilości dzieł mistrza do dnia otwarcia wystawy; przedstawia negocjacje i próby wypożyczenia obrazów zarówno z galerii państwowych znajdujących się w Europie i Ameryce jak i od prywatnego kolekcjonera, badania, jakim poddano obrazy przed ich ekspozycją prowadzone w celu uzyskania pewności autorstwa, dyskusje nad sposobem prezentacji dzieł. Mamy możliwość obejrzenia i tych obrazów, które udało się sprowadzić do Amsterdamu, jak i tych, które z różnych powodów nie mogły zostać udostępnione. Niektóre są tak delikatnej kondycji, iż nie przetrzymałyby transportu, inne zostały przekazane przez donatorów z zastrzeżeniem nie opuszczania murów galerii, jeszcze inne stanowią cel pielgrzymek turystów z całego świata, więc ich tymczasowi zarządcy nie mogą pozwolić sobie na choćby kilku miesięczną ich nieobecność.

Przy okazji oglądania filmu uświadomiłam sobie, jak mało znam obrazy, które trafiły na drugą półkulę. Wikipedia na 37 obrazów, których autorstwo przypisuje się Vermeerowi (z czego co do kilku istnieją spore wątpliwości) podaje, iż 22 obrazy znajdują się w Europie, a 15 w Ameryce. A zatem ponad jedna trzecia trafiła za ocean.

Kiedy dowiedziałam się o wystawie najbardziej zależało mi na obejrzeniu właśnie tych obrazów. I nawet jeśli nadal moimi ulubionymi są te, które znajdują się w odległości nie dalszej niż pięć godzin lotu to znalazłam parę „amerykańskich” Vermeerów, którym chętnie bym się przyjrzała.

Przerwana lekcja muzyki Źródło
Podczas prac badawczych nad obrazem Przerwana lekcja muzyki (Nowy York) ustalono, iż wisząca w rogu pokoju klatka na ptaki została domalowana na obrazie dużo później i na pewno nie jest autorstwa Johannesa. Ponoć klatce tej przypisywano ważne znaczenie, zastanawiano się nad jej symboliką, a tymczasem to żart, albo autorski pomysł któregoś z naśladowców? uczniów? przypadkowego malarza, który chciał mieć swój udział w historii sztuki.


Moim ukochanym amerykańskim Vermeerem jest Kobieta z dzbanem. Może to zasługa filmu Dziewczyna z perłą, a może delikatność modelki oraz wszelkie odcienie niebieskości, który to kolor bardzo lubię.

Dziewczyna z Dzbanem- Nowy Jork  Źródło
Natomiast nigdy nie darzyłam sympatią ani dziewczyny w Czerwonym kapeluszu, ani Dziewczyny z fletem. Przed samą wystawą podważono autorstwo Vermeera w stosunku do Dziewczyny z fletem. Spowodowało to konflikt pomiędzy pracownikami waszyngtońskiego muzeum (w którym obraz się znajduje) a pracownikami muzeum w Amsterdamie. Konflikt ostatecznie zażegnano, choć autorstwo jego twórcy nadal budzi wątpliwości. Wikipedia podaje w stosunku do obu obrazów wątpliwość co do autorstwa. Ponieważ nie podobały mi się te obrazy nie przeżyłam rozczarowania, jakie stały się udziałem dyrektora Rijksmuseum (przekonanego o autorstwie Vermeera; między innymi z uwagi na podobieństwo obu obrazów oraz zielony pigment użyty do malowania twarzy. Był to znak rozpoznawczy malarza, nikt poza nim nie stosował go do tego celu). 
w czerwonym kapeluszu Źródło
Dziewczyna z fletem- źródło

Zielony pigment wykorzystano także do namalowania tła Dziewczyny z perłą. To co dziś wydaje się czarnym, jednorodnym tłem było ciemnozieloną materią, najpewniej udrapowaną zasłoną, czy kotarą. Badania obrazów przy pomocy dzisiejszego sprzętu (rentgeny, skanery…) pozwalają na odkrycie wielu ciekawostek, obalają pewne teorie, potwierdzają inne.

Dziewczyna z perłą - Haga - Źródło
Pamiętam z jaką radością oglądałam Vermeery w Rijksmuseum. Oczywiście zauroczyły mnie Mleczarka,  Kobieta w błękitnej sukni, podobał się List miłosny, ale i Uliczka przykuwała wzrok. W zasadzie sama nie wiedziałam dlaczego. Wyjaśniła tę kwestię jedna z pracownic muzeum. Jest tam taka czerwona futryna, mocno kolorystyczny akcent, który sprawia, że nie można go minąć obojętnie, ta czerwona futryna ogniskuje wzrok. Kiedy przeglądam zdjęcia z tamtej wizyty w Rijksmuseum sprzed dziesięciu lat nie rozumiem dlaczego nie zrobiłam zdjęć obrazom Vermeera (może był zakaz, a może skupiłam się na kontemplacji, może też wydawało mi się, że zdjęcie nie odda wrażeń, jakich dostarczyło oglądanie, a może zemdlałam?). Pamiętam, jak zaglądałam do otwartych drzwi i furtki przyglądając się kobietom, z których jedna szyła? haftowała, a druga sprzątała?

Uliczka Rijksmuseum - Źródło

W filmie podkreślono rolę, jaką odgrywała camera obskura przy malowaniu przez Vermeera obrazów. Zastosowanie tego urządzenia pozwalało widzieć pewne przedmioty w sposób wyraźny, a inne zamglony, inaczej układało się światło, materia. Nie umiem tego zrozumieć, a tym bardziej wytłumaczyć. Kiedy patrzyłam przez camera obscura widziałam tylko zamazane nieostre kształty. Jednak nałożenie na widziany obraz cienkiej pergaminowej kartki pozwalało na odtworzenie widzianej scenki.

Większość obrazów Vermeera ma niewielkie rozmiary, dla przykładu Dziewczyna z perłą 40 na 46,5 cm, a Koronczarka 21 na 24,5 cm. Nie przeszkadza to jednak, aby trzy małe obrazki mogły zapełnić całą muzealną salę i przyciągnęły uwagę mocniej niż olbrzymie kilku metrowe płótna.

Astronom Luwr
Film Vermeer. Blisko mistrza polecam wszystkim pasjonatom sztuki. Możemy zrozumieć, że nie ma nic dziwnego we wzruszeniu, jakie budzi w nas obcowanie ze sztuką. Tak, przyznam się, iż popłynęły mi łzy, kiedy uświadomiłam sobie, jak blisko byłam spełnienia marzenia i jak mi ono się wymknęło z rąk. Nie wstydzę się tych łez, kiedy patrzę na panów dyrektorów, kustoszy, panie badaczki, którzy ze wzruszeniem dotykają kawałeczka obrazu, będącego w posiadaniu mistrza, czy kiedy mogą stanąć z dziełem sam na sam bez tłumów ludzi, zanim ci zaczną robić sobie z nim selfie.


Chrystus u Marii i Magdaleny
Zrozumiałam też, dlaczego "tak mało" sprzedano na wystawę biletów (przypomnę czterysta pięćdziesiąt tysięcy w ciągu dwóch dni sprzedaży na czteromiesięczną wystawę). Otóż zamysłem organizatorów było zapewnienie komfortu oglądania zwiedzającym, wpuszczanie małych piętnastoosobowych grup, tak, aby każdy mógł swobodnie przyjrzeć się dziełom. 


Ponieważ, jak widać tylko szczęśliwcy mogli i będą mogli doświadczać osobistego spotkania z obrazami swych ulubionych malarzy polecam filmy dokumentalne z serii Wielka sztuka na ekranie. Można je oglądać w sieci kin studyjnych. Niektóre z nich można też obejrzeć w publicznej telewizji (np. na Tvp Kultura). Nie sądziłam, że kiedyś będę zachęcała do oglądania telewizji, a już na pewno nie publicznej, ale jak widać od każdej reguły są wyjątki. 


A jeśli tak jak ja chcielibyście obejrzeć prace Vermeera z bliska to pamiętajcie, że 22 obrazy znajdują się w Europie. Moja  najukochańsza Dziewczyna z perłą znajduje się w Muzeum w Hadze.
Mleczarka Rijksmuseum- źródło

czwartek, 4 maja 2023

Nie tylko poetycki Lublin

Kamienica pod Lwami
Pomysł odwiedzenia Lublina miał swój początek w sierpniu zeszłego roku, kiedy wpadłam tu z krótką wizytą na wystawę malarską Tamary Łempickiej. Zdążyłam ją obejrzeć w ostatnim tygodniu trwania, o czym pisałam tutaj.  Był gorący sierpniowy dzień, niemiłosierny upał, a ja szłam przepełniona bogactwem wrażeń niepozwalających na dodanie do nich kolejnych wynikających z oglądania miasta. Nie przeszkodziło to jednak w zauważeniu jego klimatu, jakże innego od dotychczas odwiedzanych miejsc. Może wynika to z faktu, iż mało znam ścianę wschodnią naszego kraju, a może to Lublin jest miejscem wyjątkowym. W pewnym sensie przecież każde miasto jest wyjątkowe. Spodobała mi się jego architektura – kamieniczki pokryte sgraffito, barwne, z licznymi zdobieniami, ze zdjęciami - portretami w oknach, malunkami poetów. Kiedy szukałam znanych artystów pochodzących bądź działających w Lublinie odkryłam, że Lublin to miasto obfitujące w poetów. Może klimat tego miejsca sprzyja tworzeniu poezji. Koleżanka, z którą podróżowałam po powrocie napisała wiersz poświęcony miastu.
Kamienica czterech poetów


Najmniej nam znani to Biernat z Lublina (poeta, bajkopisarz, tłumacz, wydawca pierwszej drukowanej książki, oczywiście modlitewnika, bo cóż innego w XVI wieku mogłoby być drukowane). Za moich czasów szkolnych jeszcze się wspominało to imię w podręczniku języka polskiego, choć poza imieniem i krótką notką o Raju dusznym przezeń napisanym nic ponadto. Kolejnym poetą, a zarazem wykładowcą Akademii Zamoyskiej, kompozytorem, rajcą i burmistrzem Lublina był Sebastian Klonowic (zwany też z łacińska Acernusem). Kolejne nazwisko znane ze szkoły, choć już poza nazwiskiem nic więcej nie pamiętałam.
Kamienica z sgraffito w hołdzie rysownika A.Kota
Dalej idzie Wincenty Pol, urodzony na początku XIX wieku w Lublinie Polak z wyboru, brał udział w powstaniu listopadowym, odznaczony był krzyżem virtuti militari, geograf, wykładowca na Uniwersytecie Jagielońskim, miłośnik gór, no i literat uprawiający poezję wzorowaną na wielkich romantykach. Choć fragment jego Instrukcji dla Polaków który sobie wynotowałam brzmi mało romantycznie, ale za to patriotycznie.  

Niechaj głodny huci Rus
Szuka swych stepowych muz
Szuka kawiarnianych art
I z ulicznej tłuszczy larw
Gdy mu taki wbijem klin
Musi zmykać sukin syn
Ponad Wołgę, Newę, Boh
Pić czaj, żreć z kapustą groch
A wtedy nasz wolny kraj
Pieśń zaśpiewa Trzeci Maj


Wincenty Pol mieszkał w Lublinie zaledwie kilka lat (będąc dzieckiem). Został jednak upamiętniony wraz z Klonowicem, Biernatem z Lublina i Janem Kochanowskim na jednej z kamienic.
Jana Kochanowskiego zostawiłam sobie na koniec wierząc, iż jest on najlepiej znany z tej czwórki poetów. Jako uczennica szkoły podstawowej uczyłam się na pamięć trenów - utworów żałobnych napisanych po śmierci kilkuletniej córeczki Urszulki.
Rynek 12 kamienica Konopiców

Pamiętam też, jak moja młodsza o dziesięć lat siostra powtarzała po mnie

Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory mojej namilszej cory…


W wykonaniu czterolatki brzmiało to zadziwiająco; połączenie staropolszczyzny z dziecięcym seplenieniem.
Kochanowski zajmował się nie tylko poezją, był też dworzaninem króla Zygmunta Augusta II, brał udział w przygotowaniach do Sejmu Lubelskiego (na którym uchwalono Unię z Litwą - 1569 rok), świadkiem II Hołdu Pruskiego, który opisał w dziele Proporzec, albo Hołd Pruski. Związany był też z dworem Jana Firleja Marszałka Koronnego. Kochanowski wielokrotnie odwiedzał Lublin, tutaj zmarł w poszukiwaniu sprawiedliwości za zabójstwo szwagra.

Pomnik J.Czechowicza Plac Unii Lubelskiej
Kiedy szukałam artystycznych powiązań z Lublinem trafiłam na dwóch wielkich poetów Józefa Czechowicza, poetę, który tu się urodził i tu tragicznie zginął oraz Julię Hartwig, której Victoria tak mocno do mnie przemówiła, że mam ją wciąż w pamięci. A jak wiadomo nie należę do osób, które podążają ścieżką poezji. Victoria (wiersz można znaleźć tutaj wśród kilku innych) doskonale oddaje nastrój rodaków w dniu zakończenia wojny, z jednej strony radość i ulgę, że w końcu znienawidzony Niemiec nie będzie się tu panoszył, mordował, grabił, niszczył, a z drugiej rozgoryczenie, że mimo tak ogromnej ofiary krwi nie my będziemy stanowić o swojej ziemi i przyjdzie nam zgiąć kark przed „wyzwolicielem-okupantem”. Julia Hartwig urodziła się w w Lublinie i przebywała w nim do wybuchu wojny. Była poetką, eseistką, tłumaczką, łączniczką w AK, działaczką życia kulturalnego podziemia. Wydała kilkadziesiąt tomików poezji.
Ku Farze najstarsza uliczka Lublina
 
Poetą, który był związany z Lublinem przez całe swoje życie był Józef Czechowicz, awangardowy poeta dwudziestolecia międzywojennego, który napisał Poemat o mieście Lublinie zaczynający się tak:
Na wieży furgotał blaszany kogucik
na drugiej – zegar nucił.

Mur fal i chmur popękał
w złote okienka:
gwiazdy, lampy.
Lublin nad łąką przysiadł.
Sam był –
i cisza.
Dokoła
pagórów koła,
dymiąca czarnoziemu połać.
Mgły nad sadami czarnemi.
Znad łąki mgły.
Zamknęły się oczy ziemi
powiekami z mgły.


Zaułek Hartwigów
Lublin pamięta o swoich poetach. Julia Hartwig wraz z ojcem fotografem i bratem fotografikiem zostali uhonorowani Urokliwym Zaułkiem, któremu nadano miano Zaułka Hartwigów. Na schodach utrwalono fragment Elegii Lubelskiej (dziś mało czytelny), a na ścianie kamienicy utwór Koleżanki. Tutaj w czasie wojny przebiegała granica getta.
Ja wybrałam inny niż ten wytłoczony na schodach fragment elegii Lubelskiej.

Lublin
jeszcze nie kresy ale już kresy
haftowane ręczniki na stołach święte obrazki na ścianach
na jednych ikony na innych Jezus o płonącym sercu
pienia nabożne w różnych językach
i nieme powietrze w którym zastygł jęk pomordowanych
wepchnięte w gardła zawodzenie a potem cisza
wielka i ostateczna cisza z odorem duszącego dymu
i roznoszonych wiatrem łachmanów

Lampa pamięci Podzamcze

Cisza występująca w obu utworach łączy mi się z latarnią pamięci, która pali się non stop za dnia  i w nocy, a upamiętnia  żydowskich mieszkańców miasta pomordowanych w trakcie wojny (a stanowili oni 1/3 wszystkich mieszkańców Lublina). Piękny sposób na upamiętnienie - pamiętać i nigdy nie zapomnieć.
Nie wiem dlaczego Lublin skojarzył się, nie tylko mnie, z Bruno Schulzem i jego Sklepami Cynamonowymi. Czy to z powodu sklepiku z pamiątkami mieszczącego się w bramie Grodzkiej z jego uroczą panią sklepikarką. Czy z powodu małomiasteczkowego klimatu, jaki w nim odnalazłam. W sklepiku nie oparłam się pokusie zakupu Sklepów cynamonowych, które tuż przed wyjazdem odczytałam na nowo.













Z Lublinem związany jest również mój ukochany pisarz doby pozytywizmu autor Lalki - Bolesław Prus (Aleksander Głowacki). Jako dziecko po stracie rodziców zamieszkał w Lublinie u wujostwa na ulicy Olejnej 8. Chodził do szkoły realnej przy Placu Katedralnym. W związku z udziałem w powstaniu styczniowym przebywał w więzieniu na Zamku Lubelskim. Uczęszczał do gimnazjum przy Narutowicza 12, a w kościele Św. Ducha wziął ślub z Oktawią Trembińską. Jan Mincel występujący w Lalce pryncypał Stanisława Wokulskiego miał swój pierwowzór w Lublinie. Był właścicielem sklepu korzenno-galanteryjnego przy ulicy Krakowskie Przedmieście (z pajacem w oknie). W Lublinie też mieszkał subiekt Morski, który użyczył postaci Rzeckiemu. Był bohaterem wojen napoleońskich, grał na gitarze i był właścicielem pudla. A brat pisarza Leon został przedstawiony jako patriota agitujący do powstania styczniowego młodego Stanisława Wokulskiego. 

Na pierwszym planie po lewej stronie Kościół Św. Ducha, w którym Aleksander Głowacki brał ślub,dalej budynek Nowego Ratusza, a w głębi Brama Krakowska

Zamek Lubelski, pełniący dawniej funkcje więzienia (tu przebywał Aleksander Głowacki za udział w powstaniu styczniowym) dziś Muzeum Narodowe z obrazem Matejki Unia Lubelska




Lublin poza atrakcjami kulturalnymi zaspokoił także nasze potrzeby kulinarne. Wszystkie jadłodajnie, które odwiedziłyśmy dawały jeść smacznie i sporo. Dla przykładu kotlet po lubelsku w jadłodajni na Rynku Sielsko, anielsko nie dość, że ogromny to jeszcze bardzo smaczny.


Kotlet po lubelsku (czyli bez panierki, a w samym jajku)

Jeśli ktoś szuka bardziej wyrafinowanych smaków polecam Cafe Zadora też na Rynku, gdzie zjadłyśmy pyszne Crepes Suzette. Na ich wspomnienie leci mi ślinka.

Mniam
A po tak obfitym posiłku spacer w Ogrodzie Saskim. Tak - w Lublinie znajduje się zarówno Krakowskie Przedmieście, jak i ulica Królewska czy Ogród Saski.

Ogród Saski

To oczywiście tylko mała garść lubelskich impresji, w kolejce do opisania czekają już kolejne miasta i kolejne książki, kolejne wystawy i spektakle. 


wtorek, 2 maja 2023

Do Lublina przez Konstancin (Muzeum Ecole de Paris - Villa la Fleur)


Adam i Ewa Łempickiej - w tle ogród rzeźb
Co łączy Lublin z Konstancinem? W moim przypadku Tamara Łempicka. Rok temu w sierpniu odwiedziłam wystawę jej obrazów na lubelskim zamku. Potem było spotkanie z koleżanką, która także była na tamtej wystawie a owocem spotkania i sierpniowych odwiedzin był między innymi powrót do Lublina i odwiedziny w Konstancinie Jeziornej. Znajduje się tam (Konstancin) prywatna galeria sztuki gromadząca obrazy i rzeźby artystów z początku XX wieku kojarzonych ze szkołą paryską. Muzeum Ecole de Paris - Villa la Fleur składa się z dwóch budynków przedzielonych ogrodem rzeźb. Jego pomysłodawcą jest pan Marek Roefler, którego pasji kolekcjonerskiej zawdzięczamy przepiękne zbiory dzieł polsko - żydowskich artystów związanych z Montparnasse`m.
Nathan Grunsweigh

W galerii prezentowana jest stała wystawa, odbywają się także wystawy czasowe (ostatnia dotyczyła obrazów Tamary Łempickiej, kolejna we wrześniu zostanie poświęcona Zofii Stryjeńskiej). W zbiorach znajdują się obrazy takich artystów, jak wspomniana wyżej Łempicka, a także Mela Muter, Henryk Hayden, Mojżesz Kisling, Władysław Ślewiński, Józef Pankiewicz, Nathan Grunsweigh, Maurycy  Mędrzycki,  że wymienię tylko tych bardziej znanych. A może tych bardziej mnie znanych. Przyznam się, iż odwiedziłam tylko pierwszy z budynków. Nie spodziewałam się takiego ogromu i bogactwa znajdującej się tam sztuki. Doznałam tego, co określa się mianem syndromu Stendhala. Sądziłam, że trafię na trzy-pięć salek z obrazami, a tymczasem zbiory znajdują się na kilku poziomach w kilkunastu, a może kilkudziesięciu salkach.

Poza tym, że obrazy przedstawiały ten rodzaj sztuki, który ogromnie cenię sam sposób ich prezentacji wydał mi się niezwykły. Przyzwyczajona do ciemnych sal muzealnych, często bez okien, ze sztucznym światłem odbijającym się w szybach obrazów tutaj trafiłam na przeszklone, jasne sale a także werandy z prezentowanymi na sztalugach ekspozycjami.

Sztuka zakopiańska
Stoliki i bukiety świeżych kwiatów dopełniały całości. Dzięki temu ta galeria żyła, a nie była jedynie muzealnym zbiorem staroci (nic nie ujmując tradycyjnym muzeom, które także często i chętnie odwiedzam). Sam budynek jest ciekawy architektonicznie, z ogromną przeszkloną salą i werandą na parterze oraz 
stylizowanymi drewnianymi werandami dla zbiorów sztuki zakopiańskiej oraz okrągłą wieżyczką ze schodkami w kształcie ślimaka, z mnóstwem architektonicznych detali. Dzięki licznym przeszkleniom budynek sprawia wrażenie lekkości w przeciwieństwie do znajdującej się obok Villi La Fleur.

Ledwie weszłam natknęłam się na cudownie kolorowe fragmenty miejskiej zabudowy Nathana Grunwseigha, którego kilka obrazów miałam przyjemność oglądać parę lat temu na wystawie w Sopocie. Już wówczas zwróciłam uwagę na to nazwisko, choć na wystawie zaprezentowano też dwa a może trzy obrazy Łempickiej. Ta jednak wówczas mniejsze wywarła na mnie wrażenie. A Grunsweigh nie dość, że malował tak jak lubię, to jeszcze malował to co lubię najbardziej (paryskie widoki- katedrę czy most na Sekwanie).

Portret kobiety Mojżesz Kisling
Z reguły każda wystawa niesie za sobą nowe odkrycie, z każdej wynoszę jakiś obraz, który wzbogaca moją prywatną galerię obrazów (takie MW jak opisywał Łysiak- muzeum wyobraźni). Tym razem moja osobista galeria została wzbogacona o Portret kobiety Mojżesza Kislinga. Na tego artystę zwróciłam uwagę na lubelskiej wystawie Tamary Łempickiej, której towarzyszyły też obrazy i rysunki malarzy tworzących w tym samym co ona okresie. Te ogromne oczy i smutna twarz okolona burzą ciężkich loków przyciągały wzrok z każdego miejsca sali, w której większość obrazów stanowiły portrety kobiece. Mojżesz Kisling utrwalił też wizerunek Kiki z Montparnasse - aktorki, modelki, muzy malarzy z Montparnasse.  W Konstancińskiej galerii sztuki znajduje się jeszcze jeden wizerunek Kiki pędzla Maurycego Mędrzyckiego. 
 Kiki wg Mędrzyckiego
Kiki wg Kislinga
 

 


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Po niedawnej lekturze biografii Meli Muter nie mogłabym nie przyjrzeć się dokładnie obrazom tej artystki.
Fontanna w Awinionie Meli Muter






Dziewczyna z kotem Meli Muter
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jest jeszcze jeden temat malarski, który niezmiernie lubię - są to obrazy marynistyczne. Stąd Łodzie w Porcie Pankiewicza to obraz, który chętnie powiesiłabym w mojej błękitnej sypialni. 
Łodzie w Porcie Józef Pankiewicz

Nie mogło tu zabraknąć najbardziej rozpoznawalnego obrazu Tamary Autoportret w zielonym Bugatti, obrazu, o którym wspominałam tutaj

Jak napisałam wyżej po zwiedzeniu pierwszego z budynków doznałam syndromu Stendhala; przyspieszone bicie serca, słabość, zawroty głowy spowodowane tak dużą ilością wspaniałości zgromadzonych na tak małej przestrzeni. W obawie, aby nie spotkało mnie to co spotkało pisarza, pobyt w Ecole de Paris zakończyłam wizytą w ogrodzie rzeźb. Piękna, słoneczna niedziela w towarzystwie zieleni i rzeźb Bolesława Biegasa działała kojąco na nadmiar wrażeń. Ponieważ nie odwiedziłam budynku Villi La Fleur planuję kolejne odwiedziny we wrześniu. Z ogromną przyjemnością obejrzę wystawę obrazów Stryjeńskiej i zobaczę, jakie atrakcje przygotował właściciel obiektu dla odwiedzających w kolejnym budynku. Trzeba też nastawić się na dłuższą wizytę. Jedyny, jak dla mnie minus tego miejsca to brak kawiarenki, albo choćby automatu z kawą. Po takiej ilości wrażeń przydałby się łyk kofeiny.  
 
Ziemia wg Biegasa                      



Juliusz Słowacki wg Biegasa




sobota, 8 kwietnia 2023

Złożenie do grobu Rafael Santi (o zbrodniarzu na obrazie i złodzieju na tronie) z wielkanocnymi życzeniami


Złożenie do grobu to jeden z moich ulubionych obrazów o tematyce związanej z Wielkanocą. Patrząc nań trudno domyśleć się, jak zbrodniczą była historia która przyczyniła się do jego powstania.

Rafael Santi namalował Złożenie do grobu, jako obraz ołtarzowy do kaplicy rodowej na zamówienie Atalanty Baglioni. Ród Baglioni sprawował władzę w Perugii. Odsunięty od rządów syn Atalanty Grifonetto dokonał okrutnej rzezi na większości członków rodu. Uciekając przed zemstą cudownie ocalałych kuzynów próbował szukać schronienia u matki. Ta jednak wstrząśnięta bezmiarem jego zbrodni odmówiła mu pomocy. Przybyła dopiero wówczas, gdy śmiertelnie ranny konał. Przybyła wysłuchać jego ostatnich słów.

Wstrząśnięta zbrodniczym czynem, ale i zbolała po stracie syna matka złożyła u największego wówczas mistrza sztuki malarskiej Rafaela Santi zamówienie na obraz przedstawiający Złożenie do grobu. Tylko taki temat ukazujący rozpacz matki po śmierci syna mógł ukoić jej ból.


Jedną z postaci na obrazie jest Grifonetto. Został przedstawiony pośrodku obrazu, jako atletyczny młodzieniec w czerwonej koszuli z podwiniętymi rękawami, jak dźwiga ciało martwego Chrystusa. Na obrazie jest żywy i opłakuje Chrystusa, a jednocześnie w podtekście to on jest tym umarłym, którego opłakuje matka.


Trzy postacie przykuwają wzrok na obrazie. Grifonetto, martwy Chrystus z ciałem niczym wyrzeźbiona antyczna rzeźba i Matka Boska zemdlała, pełna bólu i rozpaczy. W domyśle to Atalanta, która straciła syna. Obraz jest przejmujący, pełen cierpienia, a jednocześnie jest w typowo Rafaelowskiej tonacji barw, niezwykle żywy i wyrazisty, choć przedstawia śmierć. Pocieszeniem dla cierpiących ma być wiara w zmartwychwstanie. Ale czy Grifonetto może na nie liczyć, czy wyraził skruchę w godzinie śmierci.

Tematyka obrazu jest dramatyczna, a jednocześnie jak mawia moja koleżanka, Rafael nawet obrazy o wymiarze ostatecznym maluje tak, że one nie są przygnębiające, a mają w sobie jakąś nadzieję i wydźwięk optymistyczny.

Obraz powstał w 1507 roku.

Detal (moją uwagę przykuło obuwie niosących)
Kiedy papież Paweł V z rodu Borghese przybył do Perugii sto lat później nakazał swoim ludziom wykradzenie z kaplicy rodowej Baglionich Złożenia do grobu. Spośród zbrodni popełnianych przez następców Św. Piotra ta nie była największą. Patrząc na płótno musiałam przyznać, iż nie trudno dziwić się pokusie posiadania rzeczy tak wielkiej urody przez człowieka (który sprawował nieograniczoną władzę na ziemi i miał wyrobiony smak artystyczny).


Złożenie do grobu trafiło do kolekcji papieskiego bratanka kardynała Scypiona Borghese. Dziś znajduje się w Galerii Borghese będącej jedną z najwspanialszych galerii sztuki w Rzymie. Znana jest głównie z licznej kolekcji rzeźb Gianlorenco Berniniego, którego kardynał był mecenasem. Dla świątyni San Francesco al Prato wykonana została kopia, której twórcami byli Cavaliere d`Arpino we współpracy z Giovanim Lanfranca. 
Jeśli nie temat, nie historia, nie bohaterowie sceny, to połączenie barw: błękit, żółcień, czerwień oraz odcienie zieleni i brązu już one same przykuwają wzrok. 

Zdrowych, pogodnych i spokojnych Świąt