Łączna liczba wyświetleń

środa, 19 lutego 2025

Kraków w lutym

A to Kraków właśnie


Lubię to miasto o każdej porze roku, choć muszę przyznać, że nawet w lutym jest tu tłoczno i głośno. Może powinnam napisać, zwłaszcza w lutym. Wszak to okres zimowych ferii, o czym zdaje się zapominać starsza pani, dla której nie ma znaczenia, jaki dzień wita o poranku, bo każdy niesie nadzieję przyjemnego spędzenia czasu, czy to poniedziałek, czwartek czy niedziela, dzień powszedni czy święto. Nie ważne, że tu strzyka, tam drapie, a ucho się zatyka i niedosłyszy.
Tym razem powodem odwiedzin były dwa spektakle w Teatrze Stu. Tak wiem, jechać przez cały kraj, aby pójść do teatru to może się wydawać dziwne. Nie dla mnie. Każdy pretekst jest dobry, aby odwiedzić miły memu sercu gród nad Wisłą.
Hotel mieścił się w białym narożnym budynku
Już zakwaterowanie w hotelu usytuowanym pod samiuśkim Wawelem wywoływało uśmiech na twarzy. Miało ono wiele zalet. Poza tym, że zapewniało całkiem przyzwoite i różnorodne śniadania, taras widokowy na szóstym piętrze z widokiem na zamkowe mury jego lokalizacja dawała bonusy w postaci bliskości miejsc, które zamierzałam odwiedzić, a jednocześnie o tej porze roku nie było tu tak wielu turystów (skupiali się oni raczej na Rynku i odchodzących odeń uliczkach). Sama świadomość nocowania pod Wawelem powodowała że czułam się fantastycznie. Jakoś tak splatały mi się różne nitki powiązań historyczno-artystycznych związanych z tym miejscem (Piastowie, Jagiellonowie, Witt Stwosz, Matejko, Wyspiański, Mehoffer).
Wawel - Tu wszystko jest Polską, każdy kamień i okruch każdy, a człowiek, który tu wstąpi staje się Polski częścią… Otacza nas Polska wieczyście nieśmiertelna. (to cytat z Wyzwolenia). Może i górnolotne to słowa, ale przecież pisane w czasie niewoli. Mające dawać i poczucie przynależności i nadzieję. Nie wiem, czy dobrze pamiętam, czy nie pisał także, że tu bije serce Polski, a może to moja imaginacja. Ale tak to odczuwam.
Uwielbiam takie widoki zza gałęzi drzew

Rzadko bywam w zamkowych wnętrzach, ale Katedrę odwiedzam niemal za każdym pobytem. Jakieś wzruszenie i podniosłość mnie tam ogarniają. Choć nie jestem osobą wierzącą odczuwam sacrum tego miejsca. Tak ważnego dla naszych przodków, naszej historii, naszej państwowości, a jak widać i dla nas samych.

Tutaj koronowano większość władców, tutaj spoczywają ich szczątki, tu składano wojenne trofea, tu modlono się o pomyślność królewskich przedsięwzięć, tu w okresie zaborów była ostatnia ostoja polskości.

Dawniej wizytę w Katedrze rozpoczynałam odwiedzinami nekropolii podziemnej oraz wejściem na dzwonnicę. Dziś wolę być w samej Katedrze, poczuć jej aurę. Bywałam tu wielokrotnie, ale chyba po raz pierwszy miałam ją niemal wyłącznie do swojej dyspozycji. I znowu wychodzi ze mnie egoistka. Ale myślę, że zrozumieją mnie zapaleni podróżnicy. Poza mną znajdowały się jedynie dwie pary. Taki fart. Jakieś pół godziny później widziałam wchodzące do gmachu spore grupy młodzieży. Ja mogłam oglądać przepiękne kaplice w ciszy i skupieniu, jedynie w towarzystwie własnych myśli. O wyobraźni, która podpowiadała przeróżne obrazy zamilknę.
Konfesja Św. Stanisława

Tyle już razy byłam w Katedrze, a dopiero teraz zwróciłam uwagę na konfesję Św. Stanisława. Nigdy nie zwiedzam obiektu w sposób -powiedzmy- kompleksowy, aby zobaczyć wszystko i wszystko zapamiętać, zawsze jest to zwiedzanie wybiórcze. Moja pamięć mimo ćwiczeń coraz słabsza stara się zachować to, co zaciekawiło. Pamiętam słowa jednej z przewodniczek, jeśli zapamiętacie z tego pałacu choćby jedno pomieszczenie to oznacza, że warto było tutaj dotrzeć. Zatem i ja dokonuję selekcji. Do tej pory najczęściej skupiałam wzrok na pomnikach nagrobnych władców, tym razem – może z powodu owego braku zwiedzających – dojrzałam ogromną srebrną trumnę na pod baldachimem. Jest to barokowa konfesja w której spoczęły szczątki Św. Stanisława – patrona krakowskiej katedry. Skrzy się ona w odbiciu słonecznych promieni lub świateł z lampionów i żyrandoli. I jak na barokową konfesję przystało jest niezwykle dekoracyjna. Trumnę zdobną medalionami przedstawiającymi historię życia świętego podtrzymują cztery anioły, a na jej szczycie znajdują się infuła, pastorał i krzyż procesyjny. Miłą dla mnie niespodzianką był fakt, iż twórcą projektu był Gdańszczanin – Piotr von der Rennen. Ten XVII wieczny rzeźbiarz jest też twórcą projektu przepięknego relikwiarza Św. Stanisława znajdującego się w gnieźnieńskiej katedrze. Odkąd obejrzałam jego zdjęcie zamarzył mi się powrót do Gniezna.
Konfesja raz jeszcze tym razem wraz z baldachimem

Początkowo wokół ołtarza składano trofea zdobyczne w postaci nieprzyjacielskich chorągwi, w tym chorągwi spod bitwy pod Grunwaldem. Dziś chorągwi już tam nie ma (zostały zagubione, zrabowane lub zniszczone przez upływ czasu), lecz pamięć pozostała.
Do przechowywanych w pamięci obrazów moich ulubionych kaplic (zwłaszcza tej świętokrzyskiej- ufundowanej przez Kazimierza Jagiellończyka i Elżbietę Rakuszankę, która stanowi miejsce ich wiecznego spoczynku, w której znajdują się piękne XV wieczne polichromie malarzy ruskich w stylu bizantyjskim a także witraże projektu Józefa Mehoffera) dochodzi pewna konstatacja. Już w samej kaplicy Świętokrzyskiej jest pomnik Kazimierza Jagiellończyka, ba jest nawet pomnik biskupa Kajetana Sołtyka nie ma pomnika Elżbiety Rakuszanki (jest jedynie płyta nagrobna). A uwagę na to zwróciłam dopiero wówczas, kiedy stanęłam nad skromną płytą nagrobną upamiętniającą drugą żonę Władysława Jagieły Annę Cylejską (i jej córkę Jadwigę Jagiellonkę). Marmurowa płyta otoczona świecznikami. Nieco dalej stoi pomnik nagrobny pierwszej żony Władysława Jagiełły – Jadwigi Andegaweńskiej (pierwszej kobiety koronowanej w Polsce na króla, a późniejszej świętej kościoła katolickiego). Zastanowiło mnie, skąd taka różnica w upamiętnieniu królowych. Sprawę wyjaśnia tablica informacyjna. Otóż pomnik nagrobny Jadwigi pochodzi z 1902 r. Został wykonany przez Antoniego Madeyskiego (nazwisko wydawało się znajome, przeszukałam zasoby zdjęć i trafiłam na rzeźbę Ból znajdującą się w warszawskim muzeum).
Płyta nagrobna Anny Cylejskiej

Wcześniej szczątki królowej Jadwigi spoczywały pod zwykłą płytą nagrobną posadzki w okolicy ołtarza głównego. Podczas jednej z przebudów kościoła płyta znikła. Szczątki królowej po kilkukrotnych ekshumacjach (jednej w obecności Jana Matejki, który sporządził rysunek kości twarzy Jadwigi) umieszczono w 1949 roku w pomniku nagrobnym i przebywały tam do roku 1987. Następnie szczątki królowej umieszczono w relikwiarzu znajdującym się pod czarnym krucyfiksem po lewej stronie ołtarza. Tym sposobem dzisiaj pomnik nagrobny znajduje się w przeciwległym krańcu katedry do miejsca pochówku.
Pomnik nagrobny Jadwigi z 1902 r. 

Wizyta w Krakowie to szereg spacerów nabrzeżem Wisły, mniej uczęszczanymi uliczkami Starego Miasta no i oczywiście wizyta na Kazimierzu. Poza miejscami, do których wracam często chciałam też odwiedzić nowe. Tym razem była to Pracownia i Muzeum Witraży. Nastawiłam się bardziej na zbiory muzealne, tymczasem okazało się, iż wizyta w pracowni wytwarzania witraży była równie ciekawa. Pani przewodnik opowiadała o procesie tworzenia witraży od momentu powstania, a raczej otrzymania projektu, poprzez przeskalowanie go, wybór faktury i grubości szkła, dobór kolorów z bogatego wzornika, sposób wykrawania szkła, łączenia za pomocą spoin, malowania, utwardzania aż do powstania efektu końcowego. Polecam taką wizytę wszystkim, których podobnie jak mnie fascynuje oglądanie kolorowej, szklanej mozaiki. Oglądając witraże w świątyniach, czy kamienicach nie mamy możliwości przyjrzeć się im z bliska, umyka nam wiele szczegółów, widzimy jedynie całość w postaci barwnej kompozycji, rzadko dostrzegając niuanse, przedstawione nań historie, nad którymi pracowało tak wiele osób. Tutaj możemy dotknąć szkła, poznać jego fakturę, z bliska zobaczyć kilka zrealizowanych przez pracownię projektów tak znanych twórców jak Mehoffera czy Wyspiańskiego, albo mniej znanego Wojciecha Jastrzębowskiego. 
Apollo Wyspiańskiego w Muzeum i Pracowni Witraży

Oczywiście tym co przyciąga do odwiedzenia Pracowni i Muzeum jest realizacja Apolla Stanisława Wyspiańskiego. Byłam przekonana że Apollo znajduje się w Gmachu Towarzystwa Lekarskiego. I jest to prawda, ale .. okazuje się, że pierwsza realizacja Apolla wg oryginalnego projektu została zniszczona w trakcie wojny. Została odtworzona w 1972 r. Z informacji przekazanych przez przewodniczkę została ona odtworzona wg kopii projektu, co spowodowało, iż znajdująca się w Domu Towarzystwa Lekarskiego instalacja ma nieco inne kolory niż te, które znajdowały się na projekcie Wyspiańskiego. Po otrzymaniu oryginalnego projektu ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie Pracownia po raz trzeci zaczęła odtwarzać witraż Apolla i teraz znajduje się on (jak na razie jego część środkowa i najbardziej znana) w Muzeum Pracowni. Sama Pracownia istnieje od 1902 r. a prowadził ją przez jakiś czas Stanisław Żeleński (brat Boya Żeleńskiego). Pracownia zrealizowała większość projektów, które dziś możemy podziwiać w świątyniach czy kamienicach krakowskich.


W Muzeum znajduje się także wystawa witraży z motywami kwiatowymi zaprojektowanymi przez znanych krakowskich artystów. To był niezwykle mile spędzony czas.
No i to, co było pretekstem odwiedzin w Krakowie, czyli wizyty w teatrze Stu. Pierwsza rzecz, jaka mnie zaskoczyła i jednocześnie uradowała to ogromna ilość młodzieży na przedstawieniach. Nawet, jeśli była to młodzież szkolna przyprowadzona przez nauczycieli to chwała tym nauczycielom. Na pierwszym z przedstawień Tartuffe, czyli oszust Moliera – sztuce zdecydowanie lżejszej i dającej mnóstwo powodów do śmiechu młodzież wypełniała niemal całą widownię. Publiczność bawiła się fantastycznie (w pewnym momencie aktorzy również, kiedy Maria Seweryn zamaszyście zdejmując buta kopnęła go w stronę publiczności - niezamierzenie). Mocno się ubawiłam i chyba będę musiała zmienić moje przekonanie, iż ciężko jest mnie rozbawić, bowiem ostatnio zdarza się to coraz częściej. Bardzo podobał mi się sposób przedstawienia sztuki, a brak ostatniej sceny, która wymuszona została koniecznością przypodobania się władcy, sceny w której oficer królewski aresztuje oszusta sprawia, iż sztuka jest bardziej realistyczna. Nikt nas nie wybawi od zła, jeśli sami go nie dostrzegamy. Sztuka przedstawiona została nieco bardziej współcześnie (kostiumy i sposób gry) ale z zachowaniem wierności oryginałowi. Bardzo też podobała mi się gra aktorów; i samego Tartuffa w wykonaniu Radosława Krzyżowskiego i Marii Seweryn jako Elmiry, a także Aleksandry Sroki jako Doryny. Zauważyłam też, że młodzież doskonale reagowała salwami śmiechu, a pewien młody człowiek musiał rękoma zasłaniać usta, by jego radość nie przesłoniła odbioru innym. Jeśli nie znacie układu sceny i widowni w krakowskim Teatrze Stu to muszę napisać, iż scena znajduje się pośrodku, otoczona z trzech stron widownią. Jest dość kameralna, więc aktorów ma się niemal na wyciągnięcie ręki.
Na Kazimierzu

Kolejne przedstawienie to Biesy wg Dostojewskiego. Kto zna powieść, wie, iż przełożenie jej na sztukę wymaga sporej ekwilibrystyki. Przedstawienie z dwoma przerwami trwa niemal cztery godziny. Byłam na nim kilka lat wcześniej i pomna pozytywnych wrażeń, wręcz zachwytu chciałam skonfrontować swe wspomnienia z teraźniejszością. Tym co mnie najbardziej zachwyciło był występ chóru staro-cerkiewno-słowiańskiego w przerywnikach. I o ile kilka lat temu parę osób nie podołało długości sztuki i wyszło po drugiej części przedstawienia, o tyle tym razem wszyscy dotrwali do końca, choć nie wszyscy znali sztukę, czy choćby jej opis na stronie teatru zaczynając owacje po drugiej części i zabierając płaszcze z szatni na pierwszej przerwie. Okazało się, że było to 150 przedstawienie Biesów, a na widowni zasiadł sam reżyser i dyrektor teatru zarazem pan Krzysztof Jasiński. Ponieważ siedział niemal vis a vis mnie miałam okazję obserwowania też i jego reakcji. I albo jest świetnym aktorem, albo naprawdę był zadowolony z gry zespołu. Przedstawienie jest trudne w odbiorze, bo i mentalność rosyjskiego społeczeństwa tak dobrze oddana przez Dostojewskiego może być dla nas mniej zrozumiała. Liczne rozważania, bicie piany, poczucie bezsensu, abnegacja, dużo słów a mało czynów, albo czyny, które bywają odrażające. Nowa obsada znakomicie wywiązała się ze swych ról; jako Mikołaj Stawrogin wystąpił Karol Bernacki, jako młody Wierchowieński Kamil Pudlik, a jako Liza Katarzyna Cichosz. To tylko niektórzy z wykonawców, ale chyba oni najbardziej mi zapadli w pamięć. Oczywiście porównywałam z poprzednią obsadą sprzed lat, kiedy w rolę Stawrogina wcielał się Radosław Krzyżowski a w rolę Lizy Urszula Grabowska. Ale nie umiem ocenić, która kreacja podobała mi się bardziej. Obie były świetne.
Przedstawienie warte obejrzenia, choć trzeba nastawić się na długie siedzenie, co nie każdy dobrze znosi. Chciałam zamieścić zdjęcie widowni niestety są tam widoczne twarze, więc pomysł zarzuciłam. Zamiast tego malutki kawałek Kazimierza, a jakże urokliwy i pusty, co niesamowite dziedziniec wawelski).
Pusty dziedziniec na Wawelu
Z innych atrakcji kulturalnych udało mi się odwiedzić ponownie Muzeum Wyspiańskiego, gdzie główną atrakcją była wystawa poświęcona obrazowi Elizy Pareńskiej. Nie wiem, czy pamiętacie, iż jej siostry Maryna i Zosia zostały uwiecznione w Weselu Wyspiańskiego. Zofia została żoną Boya Żeleńskiego i pozowała do znanego obrazu Macierzyństwo Wyspiańskiego. Eliza od najmłodszych lat odczuwała lęk przed interakcjami społecznymi i dość szybko popadła w alkoholizm i zaczęła mieć problemy psychiczne. Nieobecny wzrok i smutek na twarzy nadają tajemniczości, a skrywają wielką tragedię, której finałem będzie samobójstwo w wieku 35 lat. Niewątpliwie ten obraz przyciąga wzrok. Miała siedemnaście lat, kiedy pozowała malarzowi.
Portret Elizy Pareńskiej 1905 r.

Oprócz portretu Elizy na wystawie pokazano też rysunki dekoracji kościoła Mariackiego. Oczywiście muzeum posiada wiele prac Wyspiańskiego, w tym mój ukochany Poranek nad Wawelem. Taki widok miałam przed oczyma kilkakrotnie podczas lutowego w Krakowie pobytu.
Głowa Chrystusa rysunek Wyspiańskiego frag. ołtarza Wita Stwosza

No i jak tu być w Krakowie nie nawiązując do Wyspiańskiego, Wawelu, historii i sztuki.


Poranek nad Wawelem (albo Planty o poranku)

To tylko wybiórczo parę krakowskich wrażeń. Nie chciałam się powtarzać, a zwłaszcza powtarzać moich ciągłych zachwytów nad tym miastem, ale nie wiem, czy mi się to udało. Oczywiście odwiedzonych miejsc i powodów do zapamiętania jest o wiele więcej, ale kiedy pisanie nie nadąża za życiem trzeba dokonywać selekcji. Wspomnę jedynie, iż udało mi się w końcu dotrzeć do miejsca pochówku Teodora Talowskiego, odwiedzić wystawę drzeworytów japońskich Utamaro w Muzeum Narodowym, napić się kawy w klimatycznej Mleczarni na Kazimierzu, delektować  na tarasie widokowym w hotelu nie tylko widokiem, wejść do kościoła Mariackiego (i jeszcze szybciej zeń wyjść z powodu olbrzymiej ilości ludzi), odwiedzić kościółek romański Św. Andrzeja, zajść na Kleparz w poszukiwaniu blogerki Ady (która niestety w piątek okazuje się na Rynek nie jeździ) i tak całkiem przyziemnie pobuszować w Domu towarowym Jubilat, który bardzo lubię odwiedzać, aby nie było, że tylko sztuka i kultura.

poniedziałek, 27 stycznia 2025

Mojżesz Kisling Lśnienie Montparnasu

Kisling Ingrid 1932 r.
O Willi La Fleur pisałam już dwukrotnie (tu i tu). Tym razem pojechałam na wystawę Mojżesza Kislinga. Po raz pierwszy zetknęłam się z tym nazwiskiem właśnie w Konstancinie. Rzadko zwracam uwagę na portrety, nie jest to mój ulubiony temat malarski, ale portrety Kislinga są wyjątkowe i niezapomniane. Ogromne oczy modelek sprawiają, iż ich spojrzenie pozostaje z nami na długo. Jest to często spojrzenie smutne, zamyślone, melancholijne. Czy takie oczy miały malowane panie, czy takim chciał je widzieć? Raczej to drugie. Patrząc na zdjęcia Mojżesza i jego żony Rene można zauważyć, jak daleko artystyczna wizja odchodzi od rzeczywistości. Nie mniej bez problemu można doszukać się podobieństwa. Jego modelki choć smutne zostały obdarzone przez malarza urokiem, który sprawia, że nawet biedne czy cierpiące mają w sobie dostojeństwo. Może jednym z powodów tego stanu rzeczy jest ich wyrazistość, barwność postaci, ich suknie, chusty, nakrycia głowy, bluzki nawet jeśli są skromne wyglądają bogato i elegancko. Jakby malarz chciał wynagrodzić im pewne niedostatki egzystencji. Wiele bohaterek jego obrazów przybrana jest w narodowe stroje (są tam Polski, Holenderki, Bretonki, kobiety z Prowansji). Mają pięknie ułożone włosy. No i oczywiście ogromne oczy, o kształcie migdałów.
Kisling autoportret
Wpływ Modiglianiego? Być może. W końcu przyjaźnili się, byli dwoma najbardziej rozrywkowymi artystami Montparnasse, jego książętami. To Kisling po śmierci Amadeo oburzony pomysłem pochowania w mogile zbiorowej zajmie się jego pogrzebem. Przechowa też jego maskę pośmiertną. A najbardziej znany z portretów żony Kislinga Rene został wykonany właśnie przez Modiglianiego.

Nie będę przepisywać biografii malarza, ale przytoczę  kilka faktów. Był jednym z niewielu malarzy, którym powiodło się już za życia, miał wielu klientów, którzy chętnie zamawiali jego obrazy, organizowano też jego wystawy nie tylko w kraju, ale i za granicą, głównie we Francji, dokąd wyjechał dość wcześnie aby tam dokończyć edukację, którą rozpoczął w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Józefa Pankiewicza. Tutaj mieszkał na Montrmartrze w w słynnym Bateau Lavoir nawiązując kontakty z tamtejszą bohemą (Chagall, Modigliani, Soutine, Picassem) ale też i polskimi malarzami, którzy przyjechali kształcić się na francuskiej ziemi  (Mutter, Makowski, Zak, Kramsztyk, Mondzain i wielu innych). Podczas I wojny walczył w Legii Cudzoziemskiej. W 1915 r. uzyskał francuskie obywatelstwo, jednak zawsze był obcy, dla Polaków był Żydem, dla Żydów francuskim malarzem, a dla Francuzów cudzoziemcem. Podczas II wojny szybko przeniesiony do rezerwy musiał uciekać z Francji. Schronienie znalazł w Stanach Zjednoczonych zaproszony przez Rubinsteinów. Po wojnie wrócił do Francji, gdzie zmarł w 1953 r.

Kisling Pejzaż prowansalski 1918 r. 
Kiedy ujrzałam pierwsze pejzaże Kislinga od razu skojarzyłam je z pejzażami Cezanne i wzorującego się na nim Mędrzyckiego. Ta sama wyrazistość i nasycenie kolorem, geometryczne formy, gdzie królują różne odcienie zieleni, przechodzące w turkus czy nawet niebieskości w połączeniu z rudością czy czerwienią.

Cezanne W parku Pałacu noir (Oranżeria)

No i moja słabość tematy związane z morzem; łodzie, porty, woda. Obrazy o tematyce marynistycznej są bliskie memu sercu. Widok portu w Marsylii mnie zauroczył. 
Kisling Port w Marsylii 1918 r.
A dwa widoki katedr oczarowały. Katedry w Marsylii i w Paryżu choć są one jedynie ledwie zarysowane (pierwsza jakby rozmyta w tle za wielobarwnymi łodziami na pierwszym planie a druga schowana za przekwitającymi gałęziami drzew) nie budzi najmniejszych wątpliwości, że to są właśnie te katedry (Notre Dame de Garde pod którą można wjechać wagonikami małej kolejki i Notre Dame de Paris widziana z nabrzeża Sekwany od strony dzielnicy Łacińskiej).

Widok na Notre Dame w Paryżu 1936
Port w Marsylii 1918 r.


Martwa natura, która nie zapada tak dobrze w pamięć, jak portretowane wizerunki kobiet, czy nawet pejzaże zachwyciła mnie delikatnym bukiecikiem chabrów (takim niepozornym w porównaniu z buchającymi kolorem obrazami róż czy dalii). Może to znowu moje ukochanie koloru niebieskiego przemówiło. 
Kisling Bukiet chabrów 1932

Kisling Róże
Kisling Dalie

Poprzez swą barwność obrazy Kislinga są niezwykle energetyczne, nawet, jeśli przedstawione tam kobiety mają smutne twarze całość sprawia pogodne wrażenie. W tym nasyceniu barwą ma malarstwo Kislinga coś wspólnego z malarstwem Łempickiej, choć oczywiście sposób malowania jest inny, mniej dekoracyjny, mniej odczłowieczony.
Z wielu przepięknych kobiecych portretów wybrałam tylko kilka, którymi chcę się z wami podzielić. Mam nadzieję, że i Wam się spodobają. 

Młoda dziewczyna z warkoczami 1951

Portret młodej brunetki 1940

Portret pani Guerard 1930 r.

Dziewczyna z Marsylii 1950 r.

Dziewczyna z warkoczami 1930 r.

Portret Ewy Rubinstein 1942 r.



Z wystawy Kislinga wnoszę, że jej autorzy przedstawili na niej reprezentatywne dla malarza obrazy. Malował też mężczyzn, jednak portrety kobiece przeważają, co biorąc pod uwagę sposób przedstawienia postaci oraz jej barwność jest zrozumiałe. Malował różne typy kobiece, ale wszystkie są interesujące (upiększone malarską wizją),. Może w każdej dostrzegał nawet niedostrzegalne piękno. Mają one poważne bądź smutne twarze, pełne uroku, ciekawe, przykuwające wzrok spojrzenie. Nawet w twarzyczce dziesięcioletniej  Ewy Rubinstein jest smutek, co zważywszy na czas powstanie (1942 r.) zdaje się zrozumiałe.
Swoją drogę pani Rubinstein po raz pierwszy po 82 latach obejrzała swój portret na wystawie w Willi La Fleur.
Kisling Akt Kiki

Nie wiem, czy umiałabym wybrać jeden z prezentowanych portretów który szczególnie mnie urzekł, bo podobały mi się prawie wszystkie. Może wam uda się wybrać. Z reguły są one podpisane jako Portret kobiety, młodej kobiety, Polki, Holenderki, Bretonki, z rzadka podpisane są imieniem czy nawet nazwiskiem sportretowanej. Oczywiście wyjątkiem jest Kiki. Kiki z Montparnasse, która współdzieliła przydomek razem z Kislingiem. To ponoć on (a nie jak myślałam Mędrzycki, czy Man Ray) ją odkrył.

Modigliani Madame Rene Kisling 


Kisling z Rene i dzieckiem (źródło)

Miałyśmy szczęście przybyć na wystawę zaraz po  otwarciu galerii (w czwartek, co ma znaczenie, gdyż weekendowe zwiedzanie wiąże się z większą ilością gości). Tym samym udało nam sie obejrzeć ją w towarzystwie zaledwie kilku osób, a z niektórymi obrazami miałyśmy przyjemność bycia sam na sam. . Kiedy opuszczałyśmy poziom minus jeden Wilii La Fleur przed wejściem gromadziły się spore tłumy (jakieś zorganizowane grupy i indywidualni zwiedzający). My mogłyśmy wtedy zasiąść przy jednym z dwóch kawiarnianych stoliczków i przy dobrej kawie i wyśmienitym ciastku delektować się wrażeniami artystycznymi (siedząc w otoczeniu obrazów i patrząc na zdjęcie naszych artystów sprzed stu lat z Paryskiej kawiarni La Rotonde robi się to z większą przyjemnością). A kiedy większość zwiedzających tłoczyła się na wystawie my poszłyśmy  na piętro aby zanurzyć się w malarstwie Meli Muter, Natana Grunsweigha, Józefa Pankiewicza, Władysława Ślewińskiego, Henri Haydena, Szymona Monszajna (Mondzaina), Valentine Prax, Alicji Halickiej a nawet Maurice Utrillo.
Kawa i ciacho w takim otoczeniu smakują wyśmienicie



niedziela, 19 stycznia 2025

Zając o bursztynowych oczach Edmund de Waal (historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie)

Wydawnictwo Czarne rok 2013
Kiedy ponad dekadę temu przeczytałam recenzję książki u Lirael natychmiast ją zamówiłam. Rzadko mi się to zdarza, abym tak bezgranicznie zaufała gustowi drugiego czytelnika, choć akurat zdaniu Lirael można było zaufać. Co sprawiło, że książka wylądowała na półce na długie lata - nie wiem. Lirael wkrótce potem przestała prowadzić bloga, a ja wpadłam w wir innych lektur. Z czasem moje wrażenia z lektury recenzji się zatarły, a książka pokryła kurzem. Wylosowaną w stosikowym losowaniu wzięłam do ręki bez nadmiernych oczekiwań.

Teraz mogę tylko wyrazić żal, że zrobiłam to tak późno. Gdybym przeczytała ją przed podróżą do Paryża, czy do Wiednia mogłabym podążyć śladami jej bohaterów, może nie tak wnikliwie jak autor opowieści, ale zapewne z dużym sentymentem, bowiem książka chwyta za serca i zbliża do bohaterów, których życie było ciekawe, choć momentami tragicznie trudne.
Zając o bursztynowych oczach to historia rodziny opowiedziana przez pryzmat kolekcji japońskich figurek. Autor Edmund de Waal potomek jednej z najbogatszych żydowskich rodzin Ephrussi odziedziczył po stryjecznym dziadku kolekcję netsuke; małych miniaturowych rzeźb z drewna i kości słoniowej przedstawiających figurki zwierząt i postaci.
Były to miniaturowe rzeźby do trzymania w dłoniach, drobiazgi, które dodawały splendoru salonowi czy buduarowi. Gdy oglądam ryciny japońskich przedmiotów widzę, że paryżanie nie bali się nadmiaru materii: kość słoniową przykrywali jedwabiem, jedwab wieszali nad stolikiem z lak, stolik z laki zastawiali porcelaną, na podłodze rozrzucali otwarte wachlarze. Dotyk łaknący nowych doznań, dłonie dokonujące odkryć, przedmioty dotykane z uczuciem, plus caresse [czyli pieszczotliwie]. (str. 68).

Postanowił wówczas opisać ich historię, znaczenie, jakie miały dla swych właścicieli, prześledzić drogę jaką przebyły z Japonii do Paryża, potem Wiednia, Tokio i Londynu. Żeby tego dokonać autor przez kilka lat podróżował śladami kolekcji, ale przede wszystkim śladami swych przodków, odwiedzał miejsca, w których toczyło się ich życie, biblioteki, galerie, archiwa, w których znajdowały się stare gazety, dokumenty, mapy, obrazy, czytał odziedziczone przez ojca listy, dzienniki, zeszyty. Prowadził drobiazgowe śledztwo, aby ustalić co działo się z ze składającą się z 264 figurek XVII wieczną kolekcją począwszy od 1870 roku, kiedy zakupił ją Charles Ephrussi. Dziś nazwisko Ephrussi niewiele nam mówi, ale w drugiej połowie XIX wieku była ona powszechnie znana, była jedną z najbogatszych rodzin żydowskich w Europie. „W roku 1860 rodzina stała się największym eksporterem zboża na świecie. James de Rotschild znany był w Paryżu, jako Le Roi de Juifs [król żydów]. Rodzinę Ephrussich można było określić mianem Le Rois du Ble-Królów Pszenicy. Choć byli Żydami, szczycili się własnym herbem, pszenicznym kłosem i heraldycznym trójmasztowym okrętem pod pełnymi żaglami. Pod okrętem widniała rodzinna dewiza: Quod honestum [to, co szlachetne]. Jesteśmy ponad wszelkim podejrzeniem. Możecie nam zaufać. Zasadniczy plan polegał na tym, by korzystając z rodzinnej siatki kontaktów i powiązań, zbudować i sfinansować gigantyczne przedsięwzięcie gospodarcze: mosty na Dunaju, koleje żelazne w Rosji i we Francji, doki i kanały. Z dobrze rozwijającego się domu handlowego Ephrussi i spółka miało przekształcić się w międzynarodową potęgę finansową. Stworzyć własny bank. Odtąd każda udana transakcja rządowa, każde przedsięwzięcie podjęte wespół ze zubożałym arcyksięciem, każdy klient wciągnięty poprzez swoje zobowiązania w krąg rodziny Ephrussi miały budować splendor tego rodu i stopniowo oddalać od Ukrainy i kolebiących się po jej drogach skrzypiących wozów z pszenicą” (str. 39)

Dom Nany przy Parku Monceau 

Śledząc losy kolekcji podążamy za losami członków rodu. Bogactwo w rodzinie żydowskiej łączyło się  z wykształceniem, znajomością języków obcych, obyciem, kulturą, obracaniem się w kręgach ludzi nie tylko uprzywilejowanych, ale też artystycznie uzdolnionych, to też dobroczynność i gromadzenie dzieł sztuki. Akcja opowieści obejmuje ponad sto lat. Nie będę streszczała fabuły, chciałabym jednak zasygnalizować tylko (może jako zachętę dla osób, którym bliskie są klimaty ludzkiego losu na przestrzeni dziejów oparte na faktach, osadzone w historii, dziejące się w otoczeniu znanych nam nazwisk i w miejscach tak pięknych architektoniczne) historię dwóch pierwszych właścicieli kolekcji.
We wnętrzu Muzeum Camondo (źródło). Nie dysponuję zdjęciem kamienicy Ephrussich w Paryżu (tutaj mógł bywać Charles przynajmniej sporadycznie)

Pierwszym był Charles. Nie musiał nic robić, rodowe pieniądze umożliwiały mu wygodną egzystencję na wysokim poziomie. Interesami zajęli się dwaj starsi bracia, on mógł bywać w kawiarniach, na balach, wdawać się w romanse i wydawać pieniądze. I po części to robił. Ale to mu nie wystarczało, interesował się sztuką, literaturą, pracował w gazecie, był krytykiem sztuki, napisał biografię Durera, był też kolekcjonerem dzieł sztuki, a także  wspierał artystów. Spotykał się z literatami, malarzami, dziennikarzami, a nawet pozował do znanego obrazu Renoira Śniadanie wioślarzy (ten pan w cylindrze odwrócony plecami do widza to Charles), na jego postaci mógł być wzorowany Swann z W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

Będąc w Paryżu (czy potem w Wiedniu) nie znałam historii rodu, jednak nieświadomie wędrowałam śladami rodziny Ephrussich. Otóż jedna z rodowych kamienic/pałaców mieściła się w paryskiej dzielnicy Monceau obok Parku. Zaprowadziła mnie tam paryska blogerka pokazując kamienicę, którą uważano za mieszkanie Nany Emila Zoli. Zwiedziłyśmy też pałacową kamienicę rodziny Camondo (o której wspominałam tu), gdzie usłyszałam pasjonującą historię innej żydowskiej rodziny. Byli oni sąsiadami Ephrussich. Paryskie mieszkanie pierwszego właściciela kolekcji netsuke wydaje się niezwykle odpowiednim lokum dla figurek. Stały pięknie wyeksponowane w towarzystwie innych dzieł sztuki, odwiedzane przez malarzy i pisarzy, brane do rąk, żyjące wraz z gospodarzem i jego gośćmi, były bezpieczne.
Śniadanie wioślarzy Renoir (Źródło) 

W jego mieszkaniu czuje się nie tylko bogactwo, ale i solidne studia. To nie są przypadkowe dzieła kupione przez nuworysza. „Udziela się przyjemność, jaką Charles musiał odczuwać, w obcowaniu z przedmiotami; zaskakujący ciężar adamaszku, chłód emalii, patyna brązu, faktura haftu na gobelinach” (str. 50). Czy wy też doznajecie ekscytacji słysząc słowa adamaszek, jedwab, alabaster, to coś jak fizyczna przyjemność z kontaktu z przedmiotem, bezosobowym wytworem rąk ludzkich, a jednak czymś co ma duszę. Otoczeniem kolekcji japońskich figurek są rysunki i medaliony, renesansowe emalie i szesnastowieczne gobeliny wykonane na podstawie kartonów Rafaela, marmurowa figurka dziecka w stylu Donatella, majolika Luki della Robbia przedstawiająca młodego fauna. To wszystko w muzeum byłoby tylko ekspozycją z tabliczką nie dotykać, gdzie jedyny kontakt przedmiot miałby z delikatną miotełką omiatającą z kurzu, tutaj są to towarzysze życia, umilacze czasu. Jak pisze autor - Są to przedmioty, które kumulują w sobie emocje towarzyszące ich tworzeniu (str.29), a ja dodałabym kumulują emocje towarzyszące ludziom, w których otoczeniu się znajdują. Są niemymi świadkami ich życia. A życie Charlesa było imponujące. Spełniał się w tym co lubił, zajmował tym, co go interesowało. Żył w ciekawych, choć trudnych czasach. Ataki antysemickie nie ominęły i jego, choć w porównaniu z tym co spotkało jego wiedeńskich krewnych były niczym. Pogardliwe miny, napastliwe artykuły, zerwanie stosunków, niepodanie ręki były przykrym doświadczeniem, ale nie tragedią, jaka miała miejsce parę lat później w Wiedniu.
Pałac Ephrussich Wiedeń (Źródło)

Mniej szczęścia miał kuzyn Charlesa - Victor. Był także kolejnym dzieckiem i drugim w kolejności synem. I jego najbardziej interesowała sztuka, a zwłaszcza książki (zgromadził bogaty księgozbiór), jednak z powodu ucieczki starszego brata musiał przejąć rodzinny interes i zająć się pomnażaniem majątku. Wiedeński Pałac Ebhrussich znajduje się przy Ringu, niemal vis a vis Uniwersytetu. Przechodziłam tamtędy codziennie, bowiem znajduje się tam połączenie linii tramwajowej, autobusowej i przystanku metra. Musiałam mijać ten Pałac kilkakrotnie, jednak poza tym, że na parterze znajdowało się Casino nie zwrócił on mojej uwagi. Wiedeń - z jego monumentalną, klasycystyczną zabudową ma tyle ciekawych budowli, że mógł mi umknąć ten, który wydał się jeszcze jednym więcej pałacem – kamienicą, nieco przysadzistym i ciężkim z zewnątrz i niedostępnym dziś dla postronnych wnętrzem. To tam trafiła kolekcja figurek podarowana Victorowi w prezencie ślubnym. Niestety nie było to szczęśliwe małżeństwo, choć nie miało to wówczas większego znaczenia. Małżeństwo miało być trwałe i dać potomków. Piękna żona najbardziej interesowała się strojami, balami, bywaniem w teatrze, operze i zmianą kochanków. Nie podzielała literackich zainteresowań Victora. To do jej buduaru trafiła kolekcja figurek. Odtąd mogły być one świadkami intymnych spotkań, zmian sukni a także towarzyszami zabaw dzieci, którym pozwalano wyjmować figurki z witryny i bawić się nimi.
Okres wiedeński był niezwykle burzliwy w dziejach rodu i dziejach Europy. Narastanie nastrojów antysemickich tonowane przez Franciszka Józefa, zamach na arcyksięcia Ferdynanda, wybuch I wojny, lata kryzysu powojennego, rozczarowanie z powodu przegranej wojny, szukanie winnych, ponowny antysemityzm tym razem podsycany przez władze i tragedia II wojny. Tragedia dla ludzkości, ale przede wszystkim dla rodzin żydowskich, biedni od razu trafiają do obozów koncentracyjnych, bogaci są najpierw okradani z majątku, godności, nierzadko też życia. Jedynie nielicznym udaje się uciec, tym, którzy mają albo środki, albo ustosunkowanych czy obrotnych znajomych.
Najciężej pisze się o książkach porywających, książkach, które budzą w nas emocjonalny stosunek do bohaterów opowieści, a taką książką jest właśnie Zając o bursztynowych oczach. Słowo pisane blednie wobec ogromu buzujących w nas wrażeń. Autor pisze w sposób niezwykle emocjonalny, ale zarazem rzeczowy. Nie ma tu miejsca na fantazjowanie, zapisywanie białych kart rodowej historii. Jeśli nie udało się dotrzeć do faktów, czy zdarzeń autor pozostawia je niedopowiedziane. Poszukiwania źródeł, które początkowo miały mu zająć kilka miesięcy trwały kilka lat. A efekt tych poszukiwań jest fantastyczny. Historia budowania marki małej odeskiej firmy handlującej zbożem poprzez dojście do fortuny wartej miliony koron aż do zmuszenia do wyzbycia się wszystkiego jest niezwykle interesująca. Czytelnik współodczuwa wraz z bohaterami opowieści. Bardzo wzruszyła mnie opowieść o wiernej pokojówce Annie, której pozwolono pomagać nazistom przy sporządzaniu inwentarza majątku Ebrussich, a ona dzień po dniu wynosiła w kieszeni fartucha po jednej malutkiej figurce z kolekcji netsuke, aby po wojnie mieć co oddać dzieciom właścicieli. Rozśmieszyła natomiast historia zakupu obrazu Maneta. Obraz przedstawiał pęczek szparagów związanych źdźbłem słomy. Manet zażądał zań ośmiuset franków, jednak Charles zapłacił mu tysiąc. Tydzień później Charles otrzymał mały obrazek przedstawiający pojedynczą łodygę szparaga z bilecikiem, iż pęczek był niekompletny.

Bohaterowie są silni, nie poddają się, potrafią się pozbierać a nawet odbudować swe życie, a czasem i fortuny w innym miejscu. Przykre jest to, że wciąż muszę od nowa szukać tego swojego, nowego miejsca. A także budzące wewnętrzny sprzeciw i irytację to, iż oprawcy rzadko bywają ukarani. Gorzej, oni śmieją się ofiarom w twarz zajmując zaszczytne miejsca w powojennej hierarchii społecznej. A w Austrii wygląda to wyjątkowo okrutnie, jeśli większość wojennych zbrodniarzy została amnestionowana.

Książka może być i lekcją historii i nauką o przemianach, o stosunkach społecznych, o sztuce i literaturze, ale przede wszystkim jest opowieścią o ludziach i ich emocjach. Opowieść prowadzona przez pryzmat kolekcji figurek to ciekawy zabieg literacki na zbudowanie fabuły. To nie jest smutna książka, choć mówi też o czasach tragicznych bywają w niej zabawne historyjki i wzruszające. Ale przede wszystkim są to historie pasjonujące i prawdziwe. Ponoć autor wzbraniał się przed pisaniem kolejnej sagi rodzinnej o Europie Środkowej. Dla mnie jest to jednak taka saga. Książka przywodzi mi na myśl książkę  Europa w rodzinie czas odmieniony Marii Czapskiej.

Z racji moich pasji najbardziej zainteresowały mnie fragmenty odnoszące się do świata kultury i sztuki; miejsca, w których pojawiają się Degas, Renoire, Zola, Proust, France, Goncourt, Roth, Alejhem. To tylko nieliczni przedstawiciele świata kultury, nie sposób wymienić ich wszystkich.

Dużą zaletą opowieści są zdjęcia pozwalające skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością poprzez osoby bohaterów a także ich otoczenie (obrazy, jakimi się otaczali, przedmioty, kamienice). Nieocenione jest drzewo genealogiczne rodu, do którego sięgałam przez długi czas, dopóki nie zapamiętałam rodzinnych koligacji. Żałuję jedynie, iż zdjęcie kolekcji netsuke jest małe i niezbyt wyraźne, w końcu to ona dała pomysł powstania książki. I znowu przypomina mi się wiersz Szymborskiej, który kilkakrotnie tu cytowałam Muzeum z tym już dziś niestety nieaktualnym fragmentem
Co do mnie, żyję, proszę wierzyć.
Mój wyścig z suknią nadał trwa.

A jaki ona upór ma!
A jakby ona chciała przeżyć!

To one przedmioty po nas pozostają, niemi świadkowie naszego istnienia.

Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania u Anny. Ogromne dzięki osobie losującej. Nie wiem, czy trafi mi się druga tak pasjonująca lektura w tym roku. 
Znowu miałam problem z klasyfikacją. Zaliczyłam do sagi rodzinnej i to mniejszy problem. Jak zakwalifikować autora, który wg Wikipedii jest angielskim artystą - mieszka w Londynie, dziadek pochodzi z Holandii, babka urodziła się w Wiedniu i pochodzi z rodu Ephrussich o korzeniach żydowskich, a praprzodkowie wywodzą się z Odessy (choć urodzeni w Berdyczowie).

czwartek, 2 stycznia 2025

Przeżyjmy to jeszcze raz, czyli jak minął rok

Brugia widok z Mostku Bonifacego na kanały

Drugi już rok wolności spędziłam niemniej owocnie niż rok pierwszy, o czym nie zamierzam przekonywać nieprzekonanych, którzy uważają, że zakończenie czasu zawodowej kariery to smutny etap życia, w którym człowiek czuje się niepotrzebny i czas spędza na oglądaniu seriali i polowaniu na promocje w sklepach.
Nieprzekonani wiedzą swoje i kiedy na pytanie co porabiam rozpoczynam długą wyliczankę moich zajętości, po każdej kolejnej słyszę i co jeszcze i co jeszcze, a na końcu i tak pada stwierdzenie, że jednak nie ma to, jak praca. Pozostańmy zatem każdy przy swoim zdaniu i róbmy to co komu sprawia przyjemność.
A zatem czym zajmowałam się w 2024 r.

Muzeum Instrumentów Muzycznych (Bruksela)
Podróżowałam

Bez podróży nie wyobrażam sobie życia, bez poznawania nowych miejsc, wracania w stare, odkrywania cudów architektury, natury, sztuki i kultury. Poznawania siebie i własnych ograniczeń, chodzenie na kompromisy (jeśli się podróżuje z kimś) i nabywania doświadczeń. Radzenia sobie w różnych sytuacjach (w tym roku musiałam sobie poradzić z internetowym zakupem przez telefon biletów na pociąg do Brukseli, czego wcześniej nie praktykowałam. Ja wiem, że to żaden wyczyn, ale dla mnie nowe doświadczenie i pokonywanie własnych obaw).




Moje podróże dalsze objęły północne Włochy oraz Belgię. We Włoszech (luty) po raz pierwszy po bardzo długim czasie odwiedziłam rodzinę w St. Vincent (tam mieściła się moja baza wypadowa, skąd wyruszałyśmy do Aosty i w jej okolice, a także Mediolanu (żeby wreszcie po raz pierwszy w życiu obejrzeć Ostatnią Wieczerzę Leonardo) i Turynu, aby odwiedzić po raz kolejny Muzeum Egipskie (fantastyczne przeżycie). Następnie już sama pojechałam do Bolonii, Wenecji (z bonusem w postaci wysepki Torcello) i Werony. To były wspaniałe dwa tygodnie na włoskiej ziemi. Po raz pierwszy też odkryłam, że podobają mi się nie tylko duże metropolie z fantastycznymi galeriami sztuki (to wiem od dość dawna) ale też mniejsze i całkiem małe miasteczka ze starymi XIV wiecznymi (a czasem starszymi) świątynkami, pozostałościami z czasów cesarstwa rzymskiego w postaci mostów, bram, łuków, akweduktów, posągów.
Kolejna dalsza podróż miała miejsce w październiku i była to Belgia, którą odwiedziłam po raz pierwszy i chciałabym powiedzieć nie ostatni. Brugia mnie zauroczyła i przeszła najśmielsze oczekiwania a spotkanie z brugijską Madonną Michała Anioła było niezwykle wzruszające (spadła łezka, czy dwie, ale nikogo nie było obok, mogłam więc spokojnie sobie pochlipać). Spacery niemal pustymi bocznymi uliczkami przeniosły mnie w malarską scenerię niczym z XVII wiecznych obrazów Holendrów. Bruksela – nieco zmęczyła nadmiarem ludzi i hałasu. Może źle trafiłam, a może to zderzenie małej, spokojnej (no miałam to szczęście, a pewnie nie zawsze tak bywa) Brugii z wielkomiejską, europejską stolicą spowodowało takie a nie inne odczucia.
We wrocławskim ogródku japońskim

Podróże bliższe rozpoczęła wycieczka do Łodzi (marzec) z moją przyjaciółką Magdą.
Może Łódź nas nie zachwyciła, ale parę miejsc było godnych uwagi i teraz po czasie wspominam z nostalgią. Przed podróżą przeczytałam ponownie Ziemię obiecaną Reymonta, więc byłam wprowadzona w klimat XIX wiecznej Łodzi Fabrycznej, której śladów można się dopatrzeć choćby w architekturze, która szczęśliwie przetrwała czas wojny (jak choćby liczne pałace łódzkich fabrykantów, dziś często pełniące funkcje galerii sztuki).
Nie zdążyłam dobrze wrócić z Łodzi, a już wsiadałam w pociąg do Białegostoku aby obejrzeć i wysłuchać mój ukochany musical Jesus Christ Superstar. I choć odbiegał może nieco od moich oczekiwań, to jednak wspaniała muzyka i całkiem dobre wykonanie utworów było nagrodą za trudy podróży (nie do końca zdrowej podróżniczki).
Po spokojnym kwietniu, w którym dochodziłam do siebie po chorobie (niby zwykła infekcja, która zaczęła się we Włoszech w lutym, a trwała cały marzec) w maju pojechałyśmy z Magdą do Warszawy. Tym razem byłam przewodnikiem mojej przyjaciółki. Naszym głównym celem była wizyta w Konstancinie w Villi La Fleur oraz wizyta w Muzeum Narodowym (Magda była po raz pierwszy i doznała syndromu Stendhala. Ja nie zliczę, ile razy byłam, ale zawsze z przyjemnością wybieram sobie jakiś fragment zbiorów do oglądania, nigdy nie pomijając ulubionego skrzydła na pierwszym piętrze z dziełami polskich młodopolan, zahaczając też zawsze do skrzydła po przeciwnej stronie budynku aby spojrzeć na Widok portu o poranku Verneta). Jak Warszawa to nie obejdzie się bez wizyty w którymś z teatrów a także spaceru po Łazienkach, które odwiedzam prawie za każdym pobytem w stolicy. Wróciłyśmy z postanowieniem powrotu za rok, bo Magda nie zdążyła obejrzeć całości zbiorów muzealnych, no i koniecznie chcemy wrócić do Konstancina.
Widok portu o poranku Vernet

Tydzień po powrocie z Warszawy wybrałam się do Poznania, aby pokazać mojej matce chrzestnej Wrocław. Wiesia starsza ode mnie o ponad dwadzieścia lat jest bardzo pogodnego usposobienia i jest niezwykle mobilną osobą. Jak śmieją się jej córki nie usiedzi dnia w domu, bo wciąż gdzieś lata, a to na spotkania z koleżankami, a to na koncert w osiedlowym domu kultury, a to do teatru muzycznego, a to po prostu pochodzić po sklepach. Wrocław bardzo się Wiesi spodobał, zwłaszcza jego architektura i duża ilość zieleni. To prawda ogrody i parki we Wrocławiu są przepiękne. A to mi uświadamia, że choć pierwsza wizyta we Wrocławiu tego nie zapowiadała, byłam tam już kilka razy, a ponadto Wrocław pokazałam czterem osobom, a z kolejną jestem umówiona na jego zwiedzanie.
Potem nastąpił czerwiec i złamałam sobie nogę. Złamałam ją na tydzień przed wyjazdem do sanatorium w Ustce.
Tygodniowy pobyt nad morzem podlegał sporym ograniczeniom spowodowanym koniecznością noszenia ortezy, a mimo to po wizycie u ortopedy okazało się, że noga nie była dość oszczędzana (robiłam dziennie ok 8 tysięcy kroków i o ile normalnie czasami mam problem z wychodzeniem tylu kroków, o tyle w Ustce wydawało mi się, że niemal nigdzie nie szłam o kroki się mnożyły) i trzeba było bucik nosić dłużej niż pierwotnie zakładano.
Z powodu owej ortezy musiałam zrezygnować z kolejnego już zarezerwowanego wyjazdu (Koszalin, Szczecin i Stargard).
W oczekiwaniu na zrośnięcie kości większość wakacji spędziłam przymusowo w domu – teraz już oszczędzając nogę jak tylko mogłam. Spanie w takim bucie narciarskim to żadna przyjemność. 
We wrześniu nie mogłam wysiedzieć w domu w oczekiwaniu na październikowy wypad do Belgii i razem z Magdą wybrałyśmy się na trzy dni do Elbląga. Miasto bardzo się nam spodobało, jak zauważyłam już wcześniej coraz bardziej podobają mi się małe spokojne miejscowości, gdzie ludzie nie ocierają się o siebie, gdzie nie trzeba się przepychać i gdzie nikt nie wchodzi ci w kadr.
W listopadzie zapragnęłam zobaczyć Pana Englerta w Królu Learze, więc ponownie wybrałam się do Warszawy. Przy okazji była wystawa Chełmońskiego w Muzeum Narodowym. A niemal zaraz po powrocie był wyjazd do Poznania na koncert muzyki musicalowej (Czas na teatr trzecia edycja) Po zeszłorocznym koncercie wiedziałam, że nie mogę opuścić kolejnej  i mam tylko nadzieję, że stanie się on już tradycją poznańskiej sceny musicalowej, w przeciwieństwie do Festiwalu duetów operetkowych i musicalowych, który po dwóch (może trzech) edycjach zniknął.
A potem był grudzień poświęcony ochronie zdrowia (rehabilitacja i kolejna infekcja)

Słodkości u Bliklego
Muzycznie
O musicalu Jesus Christ Super Star już wspominałam wyżej. W zeszłym roku miałam okazję obejrzeć dwukrotnie Mistrza i Małgorzatę; raz w Teatrze Muzycznym w Gdyni, ponownie w Teatrze Buffo. Oba spektakle reżyserował pan Józefowicz i były zrobione podobnie, choć nieco różniły się scenografią, choreografią, no i oczywiście aktorami. Trudno powiedzieć, który mi się bardziej podobał, były sceny lepiej zrobione w teatrze warszawskim, a były też takie, które bardziej podobały mi się w Gdyni. Ale skoro moja siostra po obejrzeniu spektaklu stwierdziła, że zainteresowała ją fabuła i sięgnie po książkę to uważam, że to ogromny plus spektaklu, nawet, jeśli muzycznie nie spełnił jej oczekiwań. W Gdyńskim Teatrze obejrzałam też Quo vadis w reżyserii pana Kościelniaka. Choć nasze pierwsze spotkanie - moje z twórczością pana Kościelniaka nie było udane, zrozumiałam, że spektakle przez niego robione nie mogą być nudne, mogą się podobać, albo nie, ale są zawsze z pomysłem, nowatorskie. Wcześniej oczarował mnie Kombinat w teatrze poznańskim w jego reżyserii.  Quo Vadis jest zrobione w konwencji kabaretu z początków zeszłego wieku. Skojarzenia z filmem Cabaret jak najbardziej uzasadnione. 
Był też festiwal musicalowy w Poznaniu, o którym wspomniałam już wcześniej. No i była też opera. Tym razem wybrałam się na Carmen. Nie jestem fanką opery, no ale Carmen to klasyka, więc warto obejrzeć. Spodziewałam się bardziej energetycznego wykonania, a to było w porządku, ale bez fajerwerków. 
Z trzech spektakli muzycznych musiałam zrezygnować z powodu chorób. Jak tak patrzę na to podsumowanie to widzę, że jest tu pole do poprawy w nowym roku. Muzyka to przecież coś co mnie uskrzydla, a nie było tego zbyt wiele.
Malarsko
Tu jest zdecydowanie lepiej; każda podróż to przynajmniej dwie, jak nie więcej wystaw. Było ich tak wiele, że nie będę zanudzać wymienianiem wszystkich. Największe wrażenie to oczywiście Ostatnia Wieczerza w Mediolanie (przeżycie ogromne. Tak wielkie, iż postanowiłam jej niedługo powtórzyć. Tym razem spojrzeć na parę szczegółów, o których czytałam w książce Ostatnia wieczerza). Równie silne przeżycia towarzyszyły mi podczas spotkania z Brugijską Madonną, czy kolejnej wizyty w Wilii La Fleur w Konstancinie.
Wiejska ulica Nicolae Grigorescu (Pałac Opatów-wystawa czasowa)

Natomiast zupełnie niespodziewanie spodobała mi się wystawa malarstwa rumuńskiego realisty-impresjonisty Nicolae Grigorescu w Pałacu Opatów w Oliwie. Poszłam na nią dla towarzystwa nie mając żadnych oczekiwań. A okazało się, że pan malował także w stylu impresjonistycznym, który bardzo mi odpowiada. Zauroczyły mnie jego pejzaże i dziewczęta na obrazach w przeciwieństwie do zwierząt na pastwiskach (które są poza kręgiem moich zainteresowań). Odwiedziłam też ciekawą wystawę Chełmońskiego w Muzeum Narodowym w Warszawie, choć muszę przyznać, że nie potrafiłam się nimi zachwycać tak, jakbym się zachwycała nie czytając wcześniej artykułu na temat Chełmońskiego i jego paskudnego postępowania względem rodziny. Temat oddzielania człowieka od jego dzieła zawsze budzi dyskusje, czy powinniśmy je oddzielać, czy traktować, jako całość. Ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli ktoś kogo tak bardzo podziwiam, jako artystę okazuje się złym człowiekiem – trudno jest mi wyprzeć się swego zachwytu, natomiast, jeśli dowiaduję się czegoś złego na temat artysty, co do którego nie mam stosunku emocjonalnego – wówczas inaczej zaczynam patrzeć na jego twórczość, jako piękną, ale z pewną niewidoczną skazą. Chełmoński nigdy nie należał do tych przeze mnie hołubionych – może dlatego oglądałam jego obrazy z mniejszym podziwem, choć przyznaję, że niektóre są bardzo ładne. 

Chełmoński a tytuł wcale nie zima, jakby się mogło wydawać, a Sójka

W Brukselskim Muzeum Sztuki zwróciłam uwagę na karmiące Madonny, którym pierś wyrasta niemal spod szyi. A może tylko mnie się tak wydaje.

Madonny z dzieciątkiem Van der Waydena i Memlinga. 
A rok zaczęłam od odwiedzin wystawy obrazów Olgi Boznańskiej w Gdańskim Ratuszu.

Teatralnie
Poza muzycznymi odwiedziłam też parę teatrów zeszłego roku. Największe wrażenie zrobiła na mnie Piękna Zośka w Teatrze Wybrzeże. Sztuka ciężka, bo i historia Zofii Paluch muzy młodopolskich artystów (malowali ją Kossak, Wodziński, Stachiewicz, choć najbardziej znane są obrazy Stachiewicza) była tragiczna. Ale zagrana tak fantastycznie, że oglądałam niemal na wdechu nie roniąc ani słowa. To było prawdziwe katharsis uczestniczenie w tym spektaklu, ale też bardzo wyczerpujące psychicznie (bo rzecz jest o przemocy i zbrodni straszliwej) i fizycznie (bo trwa niemal cztery godziny) przeżycie. Bardzo dobrze też odebrałam spektakl Matka Joanna od aniołów w Teatrze Narodowym w Warszawie. Przyznam, że jak przeczytałam, iż główną rolę gra Małgorzata Kożuchowska nie oczekiwałam od spektaklu zbyt wiele, a tymczasem w mojej ocenie aktorka zagrała swą najlepszą rolę. Była przekonywująca, naturalna, tam gdzie trzeba emocjonalna, a w innych miejscach chłodna. Również wypędzający z niej diabła aktor (zapomniałam nazwiska) był fantastyczny. Cała obsada spisała się świetnie, a i pomysł na inscenizację (choreografię, kostiumy, scenografię) przedni. Ten spektakl również oglądałyśmy (z Magdą) na wdechu. Na przeciwległym biegunie znalazła się kryminalna komedia Lilly w teatrze Och (Warszawa) z panią Jandą. Doceniałam zawsze jej role dramatyczne (podziwiałam w Marii Callas, Białej Bluzce, czy Ucho, gardło nóż, ale nie wiedziałam, że jest tak świetną w rolach komediowych. A ja jestem trudnym odbiorcą komedii teatralnych. Rozbawić mnie to ciężka sztuka, wszelkie komedie typu goło i wesoło z zamianą ról, czy pokazywaniem czterech liter raczej mnie nudzą niż bawią. A tutaj wyszłam z podwyższonym poziomem endorfin.
Król Lear z panem Englertem w roli tytułowej nie tyle mnie rozczarował, co nie spełnił moich oczekiwań. Przyznaję miałam swoją wizję, w którą wizja reżyserska się nie wpasowała. Wszystko (no prawie wszystko) było i świetnie zagrane i przemyślane, ale Lear będący człowiekiem bezsilnym, z demencją, nieporadnym to nie było to czego oczekiwałam. Widziałam pana Englerta w Garderobianym i to był majstersztyk, tutaj mistrz oddał pola innym, sam będąc trochę w cieniu. Jest to jakiś pomysł, pewnie całkiem dobry, ale ja nie byłam doń przekonana. A co mi przeszkadzało? muzyka i śpiew Kordelii (wrzaskliwy, wdzierający się w mózg, natrętny, nieprzyjemny - zapewne taki miał właśnie być, co nie zmienia faktu, iż ciężko mi było wysiedzieć na tych bodajże trzech utworach).
Był jeszcze i Dom otwarty w Teatrze Polskim w Warszawie – niezły, aczkolwiek porównanie z filmem (pierwszy odcinek serialu Z biegiem lat, z biegiem dni) z plejadą krakowskich gwiazd stawiało spektakl na przegranej pozycji, dodatkowo na scenie palono papierosy, o czym nie było mowy na stronie teatru, a co mnie osobiście bardzo przeszkadzało w odbiorze powodując duszności. Teatralnie podobnie, jak muzycznie jest pole do nadrobienia zaległości, choć przyznam, iż śledząc repertuar gdańskiego teatru nie miałam ochoty na obejrzenie żadnej z granych tam sztuk. Te, które obejrzeć chciałam zdążyłam obejrzeć wcześniej. 
Spotkanie koła seniora w Wejherowie
Towarzysko
Tu bilans jest zdecydowanie dodatni. Co najmniej dwa razy w tygodniu mam spotkania z którąś z przyjaciółek, albo też z kilkoma naraz. Spacery, wystawy, czasami koncerty, czy teatry, albo po prostu knajpka i rozmowy. Moje grono zaprzyjaźnionych kinomaniaczek odwiedza ze mną Gdyńskie Centrum Filmowe, gdzie chodzimy na filmy dokumentalne o sztuce. A zainicjowane przeze mnie koło seniora (na razie składające się z trzech członkiń) dwa razy do roku organizuje sobie wycieczki po okolicy.

spotkanie wielbicielek kina w ulubionej kawiarence U Kate

Książkowo
Nie jest źle ale mogłoby by lepiej. Nie zapisuję przeczytanych książek, a że pamięć coraz słabsza (choć staram się ją ćwiczyć, choćby nauką języka) to po czasie nie pamiętam, którą książkę czytałam jeszcze w tym roku, a którą rok wcześniej. Ale i tu postanowiłam zapisywać sobie choćby tytuły, skoro z opisem wrażeń idzie mi średnio (a nawet dość słabo, na 32 zeszłoroczne wpisy tylko dziesięć dotyczyło przeczytanych książek, z czego bodajże trzy to były kryminały Donny Leon). Książek przeczytałam przynajmniej 4 razy więcej, ale jak zapiszę, będę miała pewność.

Zdrowotnie

Zeszły rok nieco mnie doświadczył, bo problemy zdrowotne miałam w zasadzie 4 razy, ale zawsze ciągnęły się tygodniami. Zatem, jeśli miałabym sobie czegoś życzyć w tym roku to mniej infekcji, które się ciągną tygodniami, a przez które muszę odwoływać spotkania, czy wyjścia na wykłady lub do teatru.

Aha wykłady - to też część moich zajętości. Jakkolwiek nie było ich tak dużo jak rok temu to kilka udało mi się „zaliczyć” (cóż za brzydkie słowo, w kilku udało mi się uczestniczyć). Zaledwie kilka bowiem tematy proponowane przez organizatorów bądź też terminy spotkań nie zawsze mi odpowiadały.
Myślę, że to podsumowanie bardziej jest potrzebne mnie, niż czytelnikom. Mogę spojrzeć na to, co chciałabym zmienić, poprawić, a gdzie poluzować. Patrząc jednak na statystyki wejść tematy typu podsumowania cieszą się zwykle sporo większą popularnością niż wpisy o książkach, czy obrazach.

Takie powierzchowne podsumowanie  rozrosło się do rozmiarów całkiem sporych.

Życzę wszystkim realizacji noworocznych zamierzeń i planów i uważam, że mimo wszystko warto je mieć, można je korygować, ale jest jakiś pomysł, i nie trzeba potem zastanawiać się co jeszcze można zrobić poza obejrzeniem telewizji.