Łączna liczba wyświetleń

piątek, 26 grudnia 2025

Podsumowanie roku 2025

 


Od razu uprzedzam będzie nieprzyzwoicie długi wpis. Choć skracałam go już trzy razy nadal nie chce być krócej. 
Raistag - kopuła

Podróże
O tym, że lubię podróżować nie muszę pisać. Odkrywanie nowych miejsc sprawia mi niezmierną radość. Każda podróż łączy się ze zwiedzaniem galerii malarstwa, oglądaniem cudów architektury i spacerami po obszarach zielonych; parki, skwerki, nadmorskie promenady i ścieżki biegnące wzdłuż jezior i rzek. Każda podróż też to pretekst do poszerzenia wiedzy o miejscach, do których zmierzam, ludziach je zamieszkujących, poznawania kulinarnych smaków miast i miasteczek. Podróży dalszych było w tym roku niewiele, ale udało mi się odwiedzić dwa kraje (były to Niemcy i Włochy). W lutym odwiedziłam z Asią Berlin i Drezno. Oba miasta widziałam po raz pierwszy. Berlin – nie wzbudził we mnie natychmiastowej chęci powrotu, choć nie mogę powiedzieć, aby mi się nie podobał. Być może wypad był zbyt krótki, aby poznać miasto i się z nim zaprzyjaźnić. Poza galerią malarstwa największe wrażenie na mnie zrobiła wizyta na przeszklonej kopule Raistagu. Inaczej było w Dreźnie, które sprawiało wrażenie miejsca bardziej kameralnego i bardziej mi odpowiadającego jeśli idzie o architekturę.
Drezno dziedziniec Stalhofu

Podróż odbyłyśmy koleją, chcąc wypróbować inny od lotniczego sposób pokonywania większych odległości (zwłaszcza wskazany dla osób obawiających się podróży lotniczych). Aby uniknąć zbyt długiej podróży powrót z Drezna do Gdańska podzieliłyśmy na dwa etapy z przerwą na nocleg w Poznaniu. Kolejna wyprawa do Włoch miała miejsce na przełomie marca i kwietnia. Termin został wybrany tak, aby jeszcze nie było zbyt dużo turystów, a już zaczynało robić się wiosennie. A ponieważ głównym celem podróży było „zdobycie” Mont Blanc liczyłam na dobrą widoczność na górze i przyzwoitą temperaturę. Pierwszy etap podróży obejmował Mediolan, w którym po zeszłorocznej wizycie czułam niedosyt. Poza Ostatnią wieczerzą był tylko spacer wokół katedry, ale to wyglądało trochę jak na zorganizowanej wycieczce (zbyt krótko i pobieżnie, być pod katedrą i nie wejść do środka to dla mnie jakbym w ogóle tam nie była). Oczywiście Ostatnia Wieczerza już sama w sobie jest wystarczającym powodem, aby odwiedzić Mediolan, kto wie, czy nie najważniejszym, ale żeby wyrobić sobie zdanie o mieście dobrze byłoby poznać je nieco lepiej, choćby powierzchownie. No to poznałam troszeczkę podczas trzech dni pobytu. 
Pierro della Francesca w Pinakotece

I napiszę tak, jest tam wiele ciekawych miejsc do obejrzenia, ale miasto jako całość (podobnie jak Berlin) nie skradło mojego serca. Myślę, że wrócę, bo nie udało się obejrzeć Piety Michała Anioła w Zamku Sforzów (tegorocznego celu wizyty w M. poza Pinakoteką). Okazało się, że w dniach mojego pobytu w Mediolanie Pieta akurat była niedostępna do oglądania. Kolejnym etapem była Dolina Aosty, z punktem noclegowym u rodziny w Saint Vincent. I tu po raz kolejny delektowałam się urokami malutkiego miasteczka w Alpach z widokiem na Mont Blanc. Co więcej udało się nam wjechać na punkt widokowy i to przy wyśmienitej słonecznej pogodzie, pięknej z doskonałą widocznością. Ubrana na cebulkę (na szczycie miało być grubo poniżej zera) podczas zjazdu na pierwszy poziom rozbierałam się z kolejnych warstw odzieży, aby do samochodu wsiadać już ubraną wiosennie. 
Monte Bianco

 Przy okazji pobytu u wujostwa odwiedziłyśmy Aostę oraz Castello Issogne (pięknie ozdobiony freskami średniowieczny zamek). Ostatnia w tym roku dalsza podróż (a zarazem pierwsza w przyszłym roku) dopiero przede mną. I będą to znowu Włochy, gdzie poza doskonale mi znanymi Rzymem i Florencją odwiedzę po raz pierwszy Arezzo. Jak wielokrotnie wspominałam coraz bardziej podobają mi się mniejsze miejscowości, gdzie nie jest tak tłoczno, jak w dużych metropoliach. Te duże miasta będę odwiedzać nadal głównie z powodu niezwykle bogatych galerii malarskich, ale te małe są dla nich dobrą alternatywą na krótki wypoczynek. 
Podróży bliższych było nieco więcej i podczas kilku z nich miałam przemiłe towarzystwo. Rok zaczęłam od styczniowej wyprawy do Warszawy. Pojechałyśmy z Beatą, a naszym celem nie była Warszawa, jako taka, a raczej Konstancin i tamtejsza galeria z wystawą Mojżesza Kislinga. Villa La Fleur była w tym roku odwiedzona przeze mnie trzykrotnie 😊 co wywołuje ogromny uśmiech na twarzy, bo zawsze sprawiają mi te odwiedziny wielką radość. Obcowanie ze sztuką tego rodzaju to dla mnie przyjemność, miło jest oglądać rzeczy piękne. 
Boticelli MNW

Oczywiście będąc w Warszawie zawsze wykorzystuję okazję do odwiedzenia zarówno tamtejszych galerii jak i teatrów. W lutym byłam już sama w Krakowie, mieście, które muszę odwiedzić przynajmniej raz w roku. Oczywiście Kraków via Warszawa, aby skrócić długą podróż i zahaczyć w stolicy o teatr. W Krakowie było bardzo mroźno i tłoczno, bo to okres szkolnych ferii, o czym zapomniałam. Nie przeszkadzało to jednak w przyjemnym spędzeniu czasu o poranku na Wawelu, wieczorami w teatrze, a w ciągu dnia w Muzeum Witraży, na Kazimierzu czy Muzeum Wyspiańskiego. 

Najczęściej odwiedzanym przeze mnie miastem jest Warszawa, która zaczyna mnie męczyć swą wielkomiejskością, zatłoczoną komunikacją, korkami na drogach i brakiem miejsc w kawiarniach. Czy uwierzycie, że podczas ostatniej wizyty w środku tygodnia o godzinie 13 w dwóch kawiarniach nie znalazłam ani jednego wolnego stoliczka, na szczęście znalazłam go w trzeciej, której specjalnością był serniczek baskijski, co osłodziło mi wcześniejsze rozczarowanie.
Krakowski Kazimierz

Warszawa ma jednak zalety, po pierwsze jest najbliżej położonym od Gdańska miasta, które oferuje aż tyle atrakcji kulturalnych, jest miastem wypadowym do odwiedzin Konstancina-Jeziornej (z jego galerią sztuki) i często bywa etapem w dłuższej podróży. Trzeci już pobyt w Warszawie w maju był ponownie miejscem wypadowym dla odwiedzin Konstancina. Tym razem byłyśmy z Magdą, którą zachwycił musical Wicked w Romie i ponowna wizyta w Konstancinie. 
Gmach BUW z ogrodami na dachu Warszawa


Miałyśmy szczęście, bo spora część obrazów Kislinga była nadal prezentowana, a dodatkowo na zachętę do kolejnych odwiedzin sporo było dzieł Bolesława Biegasa. W moim przypadku zachęta zadziałała. Miałam już sobie zrobić przerwę w odwiedzaniu konstancińskiej galerii, ale słysząc o kolejnej wystawie nie umiałam się powstrzymać (byłam na niej w grudniu). Oczywiście, jak to my nie mogłyśmy sobie odmówić ponownej wizyty w Muzeum Narodowym. Magda obejrzała zbiory sztuki średniowiecznej, a ja poszłam oglądać zbiory europejskie (z Botticellim na czele) i przepiękne płytki z Limogenes, zajrzałam też do zbiorów malarzy młodopolskich. Magda towarzyszyła mi także w podróży do Wrocławia w czerwcu. Tam spotkałyśmy się z Bee i ardiolą. Było to przemiłe spotkanie czterech blogerek. Fajnie spotkać osoby, które mają podobne zainteresowania (poza pisaniem wszystkie lubimy kulturę i sztukę). Poza tym miałam możliwość pokazania Magdzie „mojego” Wrocławia. Byłam tu po raz kolejny i po raz kolejny pokazywałam go innym (teraz ja, jak kiedyś Bee- robiłam za przewodniczkę). Oczywiście Wrocław ma wiele atrakcji, ale zgadzam się z moją mamą chrzestną, że najbardziej odpowiada mi jego ciekawa architektura i to, że ma tak dużo miejsc zielonych (od pierwszych wizyt za każdym razem odwiedzam Ogród botaniczny i Park Szczytnicki z Ogródkiem Japońskim). Ponieważ byłam z Magdą, która sztukę malarską kocha jak ja mogłyśmy sobie pozwolić na kolejną wizytę w Muzeum Narodowym. 
Ostrów Tumski Wrocław

W czasie kiedy Magda zwiedzała Panoramę Racławicką (na której ja byłam już dwukrotnie) odwiedziłam Muzeum Arcykatedralne, aby obejrzeć oryginał Madonny pod jodłami Cranacha. Okazało się jednak, że Muzeum w tym czasie wystawiało kopię obrazu (z sobie znanych powodów). Moje rozczarowanie było spore. Lipiec i sierpień to okres wakacji od podróży - za ciepło i za tłoczno dla mnie, pozostawiam ten czas ludziom aktywnym zawodowo, dzieciom i młodzieży, a ja nadrabiam czytelnicze zaległości. Jeszcze pod koniec czerwca wybrałam się na jednodniową wycieczkę busem zatytułowaną szlakiem Lęborskich dworków. Niestety przed wycieczką nie otrzymałam informacji o programie (wycieczkę rezerwowali moi przyjaciele, którzy też nie znali jej celu). Był to jeden wielki niewypał, jak dla mnie siedem godzin w busiku z przerwami na jakieś w sumie dwie i pół godzinny łącznych przystanków po drodze, z których największą atrakcją był obiad w odrestaurowanym starym dworku, dziś przeznaczonym na miejsce rodzinnych ceremonii, czy zawodowe eventy. Z podróży przywiozłam dwie pamiątki- duży słoik miodu i kleszcza w łydce. We wrześniu wybrałam się na jednodniową wycieczkę do Pelplina i zwiedzałam tamtejszą katedrę oraz muzeum katedralne z Biblią Gutenberga; w katedrze nie było zbyt wielu zwiedzających, a w muzeum byłam całkiem sama. 
Katedra Pelplińska

Następne dwa wypady do Gniezna i do Poznania, a następnie Warszawy i Lublina odbyłam sama. Wycieczka do Lublina była nieplanowana wcześniej. Kiedy usłyszałam, że Beata wybiera się na wystawę malarstwa kobiecego na Zamku pozazdrościłam jej i nie mogłam pozwolić, aby mnie owa wystawa przeszła pod nosem, a kiedy jeszcze wyczytałam, że pan Englert reżyseruje Żar Maraia w Teatrze Polonia natychmiast zarezerwowałam bilety. 
Portret młodej kobiety z papierosem Zofia Stryjeńska wystawa Co babie do pędzla Lublin

Alicja Halicka autoportret 1910 (j.w)

W październiku wybrałyśmy się z Magdą do Grudziądza, gdzie odkrywałyśmy uroki ceglanej architektury i uliczki Kolorowej, która okazała się najczęściej fotografowanym fragmentem miasta (z uwagi i na kolorowe parasolki i na mnóstwo zieleni, a także różne elementy dekoracyjne w postaci dyni, instrumentów muzycznych, skrzatów, żab itp.). 
Ulica Kolorowa Grudziądz

W listopadzie ponownie byłam w Poznaniu – tym razem na corocznym (od kilku lat organizowanym przeglądzie utworów musicalowych wystawianych w ciągu roku w całej Polsce). W grudniu byłam na wspomnianej już wystawie Bolesława Biegasa w Konstancinie via Warszawa, o której to wystawie może uda mi się napisać coś w styczniu. 
Biegas Taniec wiatru 1927-1928 wystawa Villa La Fleur grudzień 2025

Muzycznie – rok temu czułam w tej dziedzinie spory niedosyt (trzy musicale i jedna opera. Nie pisałam nic o koncertach, chyba zapomniałam). W tym roku było zdecydowanie lepiej (sześć musicali; z czego trzy w rodzimym gdyńskim teatrze Baduszkowej i wszystkie trzy w reż. Kościelniaka, co zawsze mnie bardzo śmieszy, kiedy przypomnę sobie z jaką niechęcią wyrażałam się na temat Lalki tego reżysera. Lalki, którą tym razem obejrzałam po raz drugi (nadal nie zaliczę jej do musicali, które chciałabym oglądać wiąż i wciąż, ale obejrzałam bez wstrętu). Wiedźmin i Chłopi każde w zupełnie innym stylu, ale każde interesujące; Wiedźmin dla zwolenników nowych rozwiązań w teatrze z trzema bardzo ciekawymi utworami muzycznymi (szkoda, że tak niewiele) i świetnymi pomysłami scenograficznymi, kostiumowymi, choreografią i Chłopi dla wielbicieli bardziej tradycyjnego teatru musicalowego z fantastyczną Karoliną Trębacz w roli Jagny. Tą samą która dała czadu na przeglądzie musicalowym w Poznaniu, była tam największą gwiazdą. Kolejne musicale to wspomniany wyżej Wicked w warszawskiej Romie, Cabaret w Teatrze Muzycznym w Poznaniu (ten niestety nie wpasował się w moją estetykę, nie spodobała mi się ani kostiumografia, ani wykonanie i co zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu wyszłam w połowie przedstawienia) oraz bardzo ciekawie zrobiona Piplaja (rzecz o Stefanii Grodzieńskiej w warszawskiej Syrenie). O przeglądzie musicalowym wspominałam wyżej. Poza tym były koncerty Edyty Gepert, Piwnicy pod baranami, Alicji Majewskiej, musicalowy Brodway. A zatem muzycznie jest nieźle.
Piwnica pod baranami-koncert w Filharmonii Bałyckiej

Teatralnie
w porównaniu z rokiem poprzednim (pięć spektakli) nastąpił znaczny progres; udało mi się obejrzeć 13 spektakli. Pisałam o Żarze w Teatrze Polonia i niewątpliwie zaliczam go do jednej z najlepiej zagranych sztuk, jakie oglądałam w życiu. Nie mniej większość oglądanych spektakli była co najmniej dobra, wyróżnię jednak kilka Kopenhaga – kameralne spotkanie dwójki naukowców fizyków jądrowych, wcześniej przyjaciół, którzy podczas wojny musieli stanąć po dwóch stronach i podejmować niezwykle istotne decyzje bardzo obciążające psychicznie, a to co na pierwszy rzut oka wydawało się jedynie słuszną drogą,  po poznaniu argumentacji drugiej strony okazuje się wcale nie było tak czarno - białe. Spektakl zmuszający do myślenia, stawiający trudne pytania, na które żadna z odpowiedzi nie jest właściwa do końca. Bardzo mi się ta sztuka podobała, podobnie jak gra aktorska. Spektakl wystawiał Teatr Miejski w Gdyni. Po obejrzeniu trzech przedstawień tego teatru wyrobiłam sobie o nim dobrą opinię, teatru, który nie stosuje udziwnień, nie chce szokować, ale szuka ciekawych pomysłów i dobrze im to wychodzi  (oglądałam tam także Dziady oraz Jądro ciemności). Bardzo ciekawe przedstawienia oglądałam w krakowskim teatrze Stu; Biesy (grane od dziesięciu lat obchodziły swój jubileusz. Pamiętam, iż oglądałam je jeszcze w pierwszej obsadzie i wyszłam z teatru zachwycona) oraz Tartuffe czyli oszust (sztuka na której ubawiłam się setnie). Na obu krakowskich przedstawieniach zaskoczyła mnie przewaga młodych widzów. Około dziewięćdziesiąt procent widowni nie przekroczyło lat dwudziestu, a to naprawdę napawa optymizmem. Nie wszyscy młodzi ludzi zajmują się rolowaniem telefonów i spędzaniem czasu na lajkowaniu postów na fb czy hejtowaniu. O ile rozumiem obecność młodzieży na Tartuffe o tyle Biesy są sztuką trudną, wymagającą i długą (ponad trzy i pół godziny). 
Plakat z przedstawienia

Bardzo dobrze też bawiłam się na My way – monodram Krystyny Jandy (było i śmiesznie i smutnie, i refleksyjnie i nostalgicznie. No i kobieta lat 70 całe przedstawienie w pozycji stojącej na wysokich szpilkach na scenie. No jestem pod wrażeniem. Ogromnym popisem gry aktorskiej był również Kochany, mój najukochańszy (teksty Myśliwskiego) wykonanie Grażyna Barszczewska w Teatrze Polskim (przy skromnym udziale Andrzeja Seweryna). Pozostałe tytuły to Fredro jubileuszowy oraz Sonata jesienna w Narodowym w Warszawie, Faust, Brytanik i Memling czyli wizja końca świata w gdańskim teatrze Wybrzeże. Ostatnie przedstawienie jest bardzo malarskie, scenografia w wielu miejscach nawiązuje do znanych obrazów, sztuka nieco groteskowa, trochę jakby w stylu Monty Pytona (za którym nie przepadam, ale to przedstawienie mi się podobało. Nie będę nawet wydziwiać na goliznę (co często mi przeszkadza w dzisiejszym teatrze, no ale w ubraniu na Sądzie Ostatecznym to jakby nie uchodzi). 
Kisling Olga Duvivier 1942 Konstanin Villa La fleur

Malarsko było fantastycznie, cudownie i bosko podobnie, jak rok temu. Nie wyliczę tu wszystkich wystaw, w których uczestniczyłam (zaczynając od wystawy Kislinga w Konstancinie i kończąc na Biegasie w Konstancinie rok zamknął się klamrą, a pomiędzy były wystawy w Warszawie, Krakowie, Berlinie, Dreźnie, Mediolanie, Poznaniu, Lublinie, Wrocławiu, Gdańsku. O paru jeszcze wciąż mam nadzieję, że uda mi się choćby wspomnieć. 
Posiłek przed seansem filmowym

Towarzysko
– nadal aktywnie uczestniczę w spotkaniach naszego kółka kinomaniaczek, spotykam się z dziewczynami z byłej roboty (i tymi już szczęśliwymi i tymi, które jeszcze muszą trochę poczekać), ponadto z Magdą, Asią, Beatą, Gosią widujemy staramy się widywać przynajmniej raz w miesiącu i czasami ustalenie dogodnego terminu nastręcza sporo trudności, bowiem terminarze mamy dość mocno wypełnione. Wykłady - nadal uczestniczę w wykładach na temat sztuki (najczęściej właśnie Memlingowskich).
Seniorki albo starszaki na 6 spotkaniu 

Zdrowotnie – nic sobie w tym roku nie złamałam, poza połamanymi okularami podczas upadku, przy którym nabiłam guza a wokół oka wielką śliwę, która schodzi już trzeci tydzień. Rehabilitacja szczęki która miała zlikwidować klikanie w uszach wydrenowała kieszeń (jest to chyba jedna z droższych rehabilitacji) a efektu nie przyniosła. Ale życzyłam sobie, aby w tym roku nie unieruchomiła mnie żadna infekcja i życzenie moje się spełniło. W zasadzie nie chorowałam, choć z służbą zdrowia nie uniknęłam spotkań. Książkowo - obiecywałam sobie zapisywanie przynajmniej tytułów przeczytanych książek, na obietnicach się skończyło. Tak więc znowu nie mogę podeprzeć się bardziej szczegółowymi danymi, myślę, że przeczytałam mniej więcej podobną ilość książek, jak rok temu (około czterdziestu), ale doszły do tego audiobooki, których wysłuchałam pewnie drugie tyle. Cieszy mnie to, że udaje mi się skupić na słuchaniu, muszę co prawda zająć ręce jakimiś gierkami internetowymi ale dzięki temu poznaję dużo więcej interesującej literatury. Chyba największe audiobookowe odkrycie to był Faraon Prusa. Zawsze mi się wydawało, że to nudna książka, filmu nie oglądałam, bo nie lubię pana Zelnika (ten typ męski mi się nie podoba) i nie pomyślałam, aby się z powieścią zapoznać, a niesie tak uniwersalne treści dotyczące mechanizmów władania ludem – aktualne w starożytnym Egipcie, aktualne i dzisiaj i to, że najlepsze chęci i zapał bez wsparcia doświadczeniem i mądrością nic nie zdziałają. Choć jak patrzę na niektórych polityków to najgorsze zapędy mimo braku doświadczenia mogą wiele złego uczynić. 
A zatem podsumowując ten rok był on niezwykle udany pod każdym względem, jeśli idzie o kulturę i sztukę i nawet zdrowotnie całkiem niezły, oby tak dalej i oby nadal się chciało to wszystko robić. A Wam życzę, abyście realizowali swoje plany.

środa, 24 grudnia 2025

Radujmy się kto chce i może

Szopka Krakowska Walenty Malik 1923 r. 
Zdrowych, spokojnych i dobrych Świąt wszystkim czytelnikom i przypadkowym gościom życzę, 
aby spełniły się wasze życzenia
i żeby każdy świętował tak jak lubi i chce

Dziękuję jeszcze raz tutaj za wszystkie świąteczne kartki, których w tym roku wyjątkowo dużo dostałam. 

Nie oczekuję komentarzy i życzeń zwrotnych, bo tyle już ich od Was otrzymałam, że niechby się spełniła choć cząstka mała już byłabym szczęśliwa  :)



 

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Blask Montparnass‘u Sylwia Ziętek


Zdjęcie z Villa La Fleur kawiarni La Rotonde z artystami szkoły paryskiej


Kolejna (po Polkach na Montparnasse) książka pani Ziętek i kolejna pasjonująca opowieść o życiu artystów ze szkoły paryskiej w stolicy świateł na początku XX wieku.

Pisałam niedawno o mniej udanej moim subiektywnym zdaniem książce Lunia i Modigliani, jeśli idzie o Blask Montarnasse‘u dałam się uwieść opowieścią od pierwszego rozdziału. Autorka zastosowała podobny zabieg jak w przypadku Polek na Montparnassie; opowieści o artystkach i artystach przeplatają się, a spaja je chronologia dziejów.

Skąd wzięli się Polacy w Paryżu? W tym czasie, kiedy na ziemiach polskich istniało niewiele szkół artystycznych, a ich programy nauczania skutecznie opierały się płynącym z Europy nowym trendom studia za granicą były jedynym wyjściem dla chcącej się rozwijać artystycznej braci. Można było pojechać do Monachium czy Wiednia, jednak to Paryż miał opinię najbardziej awangardowego miejsca. Dodatkowo przyciągał dużą tolerancją i to zarówno w kwestiach moralnych, jak i narodowościowych. Kobiety niezamężne posiadające dzieci nie musiały obawiać się ostracyzmu towarzyskiego. Zaś Żydzi (kiedy przebrzmiała już afera Dreyfusa) cieszyli się swobodą, jakiej nie mieli ani na ziemiach polskich, ani w Rosji (przynajmniej w latach dwudziestych. Lata trzydzieste to już zupełnie inna historia). Szkoła paryska obejmowała głównie przybyszów z ziem pod zaborami oraz posiadających pochodzenie żydowskie mieszkańców Europy wschodniej (Rosja, Białoruś, Litwa, Ukraina). Nie wymagano od nikogo zezwoleń, a tożsamość poświadczano na podstawie zeznań dwóch świadków (o francuskim obywatelskie. Przy czy zdarzało się, iż poświadczającymi byli sklepikarz czy konsjerżka).
Marie Marevna Martwa natura z owocami 1930 Villa La Fleur

Najsłynniejszy wówczas polski malarz, dyrektor Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (Matejko) niechętny był nowym trendom, a inny z profesorów akademii (Józef Pankiewicz) sam zachęcał studentów do wyjazdu do Paryża, twierdząc, iż w Krakowie nie nauczą się niczego nowego. Kobiety nie miały w ogóle możliwości kształcenia w wyższej szkole artystycznej do czasu, kiedy powstała warszawska wyższa uczelnia artystyczna. W Krakowie taką możliwość zdobyły dopiero w 1920 r.

Dlatego właśnie, każdy, kto posiadał talent, albo kto marzył a karierze artystycznej marzył też o osiedleniu się w Paryżu. Byle tylko zdobyć trochę pieniędzy na podróż, a potem już jakoś to będzie. A bywało różnie. Dla przykładu Chaim Soutine kiedy przyjechał do miasta nie miał ze sobą ani pieniędzy, ani dobytku, nie znał też języka, w dodatku był zamkniętym w sobie aroganckim dzikusem, który niechętnie odzywał się nawet w jakieś sobie jedynie znanej odmianie jidysz (pochodził z Białorusi). A jednak po kilku godzinach błądzenia po mieście trafił do La Ruche, czyli Ula (kolonii artystów).

Chaim Soutine Droga Grand Pres w Chartres 1935 Villa La Fleur

Nazwiska, jakie się przewijają w tej opowieści są dla mnie niczym magnes, zwłaszcza, iż miałam wielką przyjemność poznać dzieła wielu z nich w licznych galeriach sztuki, że wspomnę tutaj tylko o Vilii La Fleur oraz poznańskiej galerii narodowej. Mogę teraz przypasować sobie osobę do obrazu, czy rzeźby. O niektórych z opisywanych tu osób czytałam już wcześniej, nie mniej większość to artyści nieco mniej rozpoznawalni, przynajmniej dla amatorów sztuki, do jakich i ja się zaliczam. Wspomniany wyżej Chaim Soutine był mi wcześniej znany, jedynie jako nazwisko. Ostatnio trafiłam na dwa jego obrazy, bardzo ciekawe. Ale więcej na jego temat przeczytałam dopiero w powieści biograficznej (czy raczej powieści opartej na biografii Modiglianiego). Otóż przedstawiony tam Chaim jawi się jako odpychający, niechlujny, brudny, pozbawiony manier, alkoholik. Tymczasem tutaj autorka przedstawia tego samego Chaima w sposób, który zjednuje mu sympatię. Jest to ten sam człowiek, trudny w obyciu, zadufany w sobie, ale można to zrozumieć wiedząc o jego trudnym dzieciństwie i młodości. Wychowywał się w wieloosobowej ubogiej rodzinie, mieszkającej w jednej izbie (z rodzicami i jedenaściorgiem rodzeństwa). Z powodu swych artystycznych upodobań (lubił rysować i gdzie tylko znalazł kawałek powierzchni natychmiast nań coś rysował) za jego inność nie lubili go rodzice ani rodzeństwo. Raz pięciolatek za bazgranie po murze został zamknięty na dwa dni w piwnicy ze szczurami. Kiedy ojciec wysłał go na naukę zawodu krawca ten wymykał się na lekcje rysunku, a kiedy namalował portret rabina co w judaistycznej religii było surowo zabronione został tak dotkliwie pobity przez syna rabina, że ten nawet wypłacił mu odszkodowanie. Paradoksalnie te pieniądze pozwoliły mu na kontynuowanie nauki w szkole rysunku. W Paryżu przed długi czas cierpiał biedę, gdyby nie zainteresowanie życzliwych osób skończyłby marnie.

Xawery Dunikowski Madonna 1911 Villa La Fleur
Kiedy malował nie liczyło się dlań nic innego, nie jadł, nie pił, nie odchodził od sztalug, dopóki nie osiągnął satysfakcjonującego go efektu, malował aż do utraty tchu. Przeszkadzało mu wówczas towarzystwo i wszystko, co mogło go przy tej pracy rozproszyć.

Wspomniałam wyżej o La Ruche, czyli Ulu. Przyznam, iż obiła mi się ta nazwa wcześniej o uszy, ale nie tak często, jak nazwy kawiarni, w których przesiadywali artyści ze szkoły paryskiej (La Rotonde i Le Dome). „Legendarne do dziś pracownie paryskich artystów mieściły się w La Ruche. Obiekt ten zaprojektował sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w 1900 roku w Paryżu. Prezentowano w nim wina, a poza zakończeniu wystawy, jak większość innych konstrukcji zdemontowano. Budowlę zakupił znany w tym czasie rzeźbiarz Alfres Boucher. Osiągnął on sukces dzięki popiersiom francuskich osobistości, był mentorem August‘a Rodina i nauczycielem Camila Claudel. Powodzenie i fortuna obudziły w Boucherze filantropa. Postanowił stworzyć w Paryżu miejsce wyłącznie dla artystów: przyjazną i wspierającą przestrzeń, w której twórcy nawet o niskim statusie materialnym za niewysoki czynsz będą mieli dobre warunki do pracy i życia. Idea zmaterializowała się pod postacią budynku przeznaczonego na pracownie dla malarzy i rzeźbiarzy. Nazwę Ul wymyślił sam Boucher. Alegoryczna nazwa celowo nawiązywała do domu pracowitych, żyjących w zgodzie pszczół – artystów”. (str. 174-175). Skojarzyło mi się to z pomysłem Van Gogha stworzenia kolonii malarzy, tyle, że ci mieli się wzajemnie wspierać, tutaj wsparcie oferował sam Boucher w postaci tanich, a często bezpłatnych pracowni i miejsc zamieszkania. Brzmi to fantastycznie, choć w rzeczywistości nie było tak różowo. Mieszkania były nieogrzewane, nie było wody, toalety były na zewnątrz, dach przeciekał, a zimą było potwornie zimno. Nie mniej ubodzy adepci sztuki mieli dach nad głową (nawet, jeśli przeciekający) i miejsce do pracy. Dla wielu z nich La Ruche był odskocznią do lepszego życia po wielu miesiącach nędznej egzystencji, o ile tylko wykazywali chart ducha i sporą dawkę samozaparcia.

Książka pełna jest rzetelnych informacji, co potwierdza podana bibliografia (niemal dziesięć stron źródeł), a także zawiera wiele ciekawostek, zapewne nie tylko mnie nieznanych.

Eugeniusz Zak Rybak 1924-25 MNP

Mnie zadziwiły na przykład takie:

-Kiedy skradziona została Mona Lisa aresztowano Apollinaire‘a (w sprawę zamieszany był jego asystent). Wówczas znany malarze i pisarze wystosowali list protestacyjny w jego obronie, natomiast jego dotychczasowy przyjaciel Pablo Picasso wyparł się jakiejkolwiek znajomości z pisarzem. W książce jeszcze kilka razy natrafiłam na opisy zachowania Hiszpana, które utwierdzały mnie w mojej od dawna żywionej do malarza niechęci.

-Wielki rzeźbiarz Xawery Dunikowski zastrzelił swojego rywala w reakcji na spoliczkowanie go za umizgi do żydowskiej poetki. W wyniku procesu, na którym mocno wspierała go inna z jego kochanek Sara Lipska został uniewinniony. Nie wiem co bardziej mnie zdziwiło; zbrodnia, czy uniewinnienie. Czyżby uznano to za afekt. Nawiasem mówiąc Dunikowski niezwykle brzydko wypowiadał się na temat kobiet, nie tylko kobiet artystek, ale i kobiet w ogóle, co wówczas było zjawiskiem dość częstym (kobietę traktowano, jak reproduktorkę i pomoc domową), ale dla równowagi napiszę, iż uznał swoje ojcostwo dziecka Ewy Lipskiej dając jej nazwisko. Utrzymaniem jednak musiała zająć się matka, gdyż tatuś kiepsko radził sobie w Paryżu.

- Na jednym z moich ulubionych obrazów Henryka Heydena Szachiści znajduje się znana paryska modelka Aicha (kobieta w kapeluszu z szerokim rondem), której kochankiem miał być Wieniawa Długoszowski.
Henryk Heyden Szachiści 1913 Villa La Fleur

Sara Lipska, baronowa D‘Oettingen, Halicka, Mela Mutter, Mojżesz Kissling, Jan Peszke, Amadeo Modigliani, Zak, Henryk Heyden, Maurycy Mędrzycki, Marc Chagall to tylko niektóre z nazwisk przewijających się na kartach opowieści. Indeks osób zawiera jedenaście stron. Od ciężkich początków pełnych ubóstwa i malowania za kieliszek wódki czy bagietkę, przez okres prosperity (złota era lat dwudziestych), po kryzys lat trzydziestych, ciężkie lata wojenne, emigrację i zapomnienie, z którego wyzwalała często śmierć. Jak wiadomo najlepsza reklama artysty.

Polecam każdemu kto choć trochę interesuje się sztuką. Mnie książka zaciekawiła na tyle, że postanowiłam zakupić, bo chętnie będę doń wracała.


środa, 10 grudnia 2025

Wiesia moja druga mama

 


Dzieliło nas ponad trzysta kilometrów, ale zawsze była mi bardzo bliska. Była siostrą mojego taty, mamą chrzestną, która kochała bezwarunkowo, nigdy nie osądzała, niczego nie wymagała, nie obrażała się, nie narzucała ani swojego zdania ani obecności. Była, aby przytulić, zabrać na lody, albo na plac zabaw, byłam jej pierwszą zastępczą córką, kiedy nie miała jeszcze swoich dzieci. Pamiętam, jak chodziłyśmy razem na zakupy, albo w odwiedziny do którejś z ciotek. To były takie zwykłe czynności, które wykonywane razem nabierały cech odświętnych. Czasy bez telefonów i internetu, kiedy radość sprawiało wspólne wyjście na plac zabaw, czy wycieczka do ZOO, a już przejazd Maltanką to dopiero było przeżycie. Mieszkałam u niej, wujka i babci kilka miesięcy, kiedy rodzice wojażowali, a potem spędzałam połowę każdych wakacji. Kiedy była w pracy, ja bawiłam się na podwórku, a w porze powrotu wujostwa z Cegielskiego wychodziłam za furtkę podwórka aż do końca ulicy, gdzie niecierpliwie wypatrywałam cioci. Wujka się trochę bałam, był rubaszny i żartobliwy i miał brodę, a to mnie nieco deprymowało. Z ciocią czułam się bezpiecznie. W niedzielę chodziłyśmy do cukierni Wisienka po porcję lodów cassate. Potem w domu zjadaliśmy ciasto drożdżowe z bitą śmietaną (nie taką z torebki czy pojemnika w sprayu, ale taką z własnoręcznie ubitej śmietany), a do tego porcję lodów.

Podwieczorek z ciastem drożdżowym i lodami odtąd zawsze symbolizował dla mnie  poczucie bezpieczeństwa w rodzinnym gronie. W moim domu też było ciasto, bo mama piekła co tydzień, ale nie pamiętam takich podwieczorków. Uleciały z pamięci, albo miały inną atmosferę.

Jako studentka odwiedziłam ciocię wraz moją koleżanką. Przenocowałyśmy w Poznaniu podczas naszej szalonej eskapady do Krakowa. Było to dla mnie niesamowite przeżycie, moi rodzice nigdy nie pozwolili, aby nocował w domu ktokolwiek spoza rodziny. 

Potem nastało dorosłe życie. Ciocia miała już swoją rodzinę, a ja wsiąkłam w pracę, urządzanie mieszkania, własne życie w Gdańsku. Nadal odwiedzałam wujostwo, ale mimo, że zawsze miałyśmy dobre relacje nasze światy się nieco rozeszły.

Na któreś z urodzin zaprosiłam Wiesię do Warszawy do Teatru Muzycznego i okazało się, że łączy nas też wspólna pasja. Wiele osób zapraszałam do teatru, ale z niewieloma czułam się tam tak dobrze, rozumiałyśmy się bez słów i widziałam, jak wielką radość jej sprawiłam, autentyczną, nie udawaną. Od tego czasu często spotykałyśmy się w teatrze muzycznym w Poznaniu na różnych koncertach i musicalach. Z czasem dołączyła do nas jej córka Karolina. Dwa lata temu pojechałam do Wiesi do Inowrocławia, gdzie była w sanatorium. Spędziłyśmy tam kilka fantastycznych dni, na koncercie, spacerach, kawkach i deserach lodowych, do których ciocia miała słabość. Prowadziłyśmy długie rozmowy. Jak miło jest rozmawiać, kiedy nie musi się człowiek pilnować z każdym słowem, aby kogoś nie urazić, jak miło się rozmawia, kiedy tak wiele łączy; pasja poznawania, muzyka, książki. Co prawda czytałyśmy różną literaturę, ale obu dawała nam ona ogromną przyjemność. Ciocia bardzo lubiła podróżować, miała mniejsze możliwości, ale korzystała z tego co mogła zrealizować. Opowiadała, że jak nie ma z kim iść to po prostu wsiada choćby w autobus i jedzie do miasta jak to mawiała „polatać”- pooglądać sklepowe witryny, zajść do Grycana, którego lubiła chyba najbardziej na wielki puchar lodów z bitą śmietaną i polewą, czy nawet pójść na przedstawienie do osiedlowego domu kultury. 

Pamiętam, jak mnie zaskoczyła, kiedy umówiłyśmy się na obiad i spacer w Poznaniu. Mieszkała już wówczas prawie dziesięć kilometrów za miastem. Ja miałam bilet na wieczorny musical. Nie pamiętam, dlaczego nie umówiłyśmy się do teatru. 

Kiedy szłyśmy obejrzeć mój hotelowy pokój ciocia poprosiła, abyśmy weszły do kasy teatru zapytać o repertuar na kolejny miesiąc. W kasie zapytała, czy są jeszcze bilety na wieczorne przedstawienie. Były. Ciocia poszła wraz ze mną, tak ad hoc. Byłam w takim szoku, że zaniemówiłam. Taka spontaniczna decyzja była dla mnie czymś niesłychanym, zwłaszcza u osoby dość wiekowej. Pochodzę z rodziny, gdzie wszystko się planowało z dużym wyprzedzeniem. Zapytałam się cioci, jak wróci na swoją wioskę (największa wieś w Polsce, w zasadzie małe miasteczko), a ciocia mi na to wezmę sobie taksówkę i wrócę. I jak powiedziała tak zrobiła.

Kiedy nie miała z kim pójść do teatru, czy na koncert – szła sama. Mawiała, a co ja będę czekać, aż komuś będzie pasowało, życie jest na to za krótkie. Jak będę tak czekać to mogę nie pójść wcale. Razem z córką poleciała samolotem na wakacje. Po raz pierwszy w życiu leciała samolotem w wieku około osiemdziesięciu lat. Przysłała mi potem zdjęcie w szortach i kapeluszu z wielkim rondem. Wyglądała wspaniale. Czerpała z życia, korzystała z każdego dnia. Bardzo wspierała swoje córki i wnuki, ale też korzystała z czasu dla siebie; spotykała się z koleżankami i kolegami, chodziła na spacery i „latała” po mieście. Jeszcze rok temu sporo czytała i słuchała audiobooki. Oczywiście miała różne choroby, ale nie koncentrowała się na chodzeniu po lekarzach i robieniu badań. 

Zaproponowałam wspólny wyjazd do Wrocławia. I mimo ósmego krzyżyka na karku dzielnie dotrzymywała mi kroku, a jak się zmęczyła to po prostu poprosiła, aby zaprowadzić ją do naszego apartamentu, nie zmieniając moich planów ani troszkę. W tym roku miałyśmy jechać do Warszawy, cioci marzyły się Łazienki. 

W styczniu kiedy składała mi życzenia urodzinowe powiedziała, że chyba jest chora, ale nie zamierza się poddawać. Walczyła dzielnie. Niemal cały rok. Odwiedziłam ją w hospicjum, kiedy już ciężko było się jej komunikować, ale mimo męki odchodzenia na pożegnanie uśmiechała się do mnie, jakby chciała, aby to nasze pożegnanie było lżejsze. Zawsze myślała o innych. Mocno się przytuliłyśmy i mimo trudności z mówieniem powiedziała mi słowa, które mnie bardzo wzruszyły i musiałam mocno połykać łzy, aby się nie rozsypać.

Ostatecznie odeszła tydzień temu. Mam nadzieję, że spaceruje teraz po pięknych ogrodach Edenu, może podobnych do warszawskich Łazienek, których już nie zdążyła zobaczyć. Miałam szczęście, że było mi dane mieć taką drugą mamę, bo tak ją traktowałam. A ona traktowała mnie jak swoją trzecią córkę.  

Córki przepięknie ją pożegnały bardzo ciepłymi, pełnymi miłości słowami. Myślę, że uśmiechała się gdzieś z góry patrząc na nas. Wiesiu bardzo cię kochałam, ale Ty przecież o tym wiesz. 

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Reminiscencje przy kopiowaniu bloga

Prowadziłam kiedyś bloga na innej platformie (wp). Z czasem zaginął on w czeluści internetu. Pomyślałam, że nie chciałabym kiedyś i tego bloga gdzieś zagubić; szkoda mi tych minionych zdarzeń, przeżyć, wspomnień, które tak prędko ulatują z pamięci. Mam słabość do starych wpisów; począwszy od tych infantylnych, pełnych zachwytów, do nieco bardziej przemyślanych, a wszystkie są zapisem autentycznych przeżyć.
Śladami profesora Langdona w Paryżu

Robienie kopii całości za pomocą narzędzi informatycznych wychodzi mi słabo, pojawiają się jakieś dziwne znaczki, jakiś chiński szyfr, stąd zabrałam się za żmudne kopiowanie wpisów, wpis po wpisie, wraz z komentarzami (usuwając zdjęcia, bo zabierają zbyt wiele miejsca). Zajęcie jest żmudne i pracochłonne, ale jakże przyjemne. Nie czytam wszystkiego, bo jest tego średnio pół tysiąca stron rocznie, a lat pisania już czternaście. Nie mniej czytam sobie wybiórczo wpisy i pojawiające się pod nimi komentarze. Przypominam pierwszych komentatorów oraz trafiam na pierwsze komentarze osób, które pozostały wiernymi czytelnikami do dzisiaj. Ileż książek mi polecono, o których zapomniałam, ile miejsc do odwiedzenia zasugerowano, których jeszcze nie odwiedziłam,  ile osób przestało się odzywać, a których mi bardzo żal. Tych dyskusji, które się nie odbyły, tej wymiany zdań, o którą dziś coraz trudniej. Ogarnia mnie sentyment. 

Ekstaza Św. Teresy Berniniego w kościele Santa Maria della Victoria (Rzym)

Kopiowanie jest zajęciem inspirującym. Dotarłam do wpisu na temat książki W ogrodzie pamięci Joanny Olczak - Ronikier i postanowiłam wypożyczyć kolejną książkę pisarki, w której historie tak miło było się zagłębić. Wypożyczyłam historię Piwnicy pod baranami. To chyba Piotr (bardzo zacofany w lekturze) mi zasugerował, Piotr, który nie odzywa się u mnie od lat, ale zawsze lajkuje nowe wpis na fb 😊 Nawiasem mówiąc Piwnicę pod baranami odwiedziłam po raz pierwszy już w okresie blogowym. Poznałam wówczas to kultowe zjawisko. Poznałam i przepadłam. Każda wizyta w Krakowie skutkuje nabyciem nowej płyty jednego z piwnicznych artystów. Nawiasem mówiąc, czy dziś jeszcze ktoś kupuje płyty, skoro tyle muzyki można pozyskać z internetu. Sama robię to coraz rzadziej, ale ten rodzaj muzyki trudno pozyskać z internetu. W samej Piwnicy przy krakowskim rynku byłam dwukrotnie. Jest to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym koncertem piwnicznych artystów, bo stłoczeni na małej powierzchni piwnicznej izdebki stajemy się jakby piwniczną rodziną, która znalazła się na tej wysepce normalności. Ale też jest tam dla starszej pani bardzo niewygodnie. Siedzenie na desce czy twardym krześle przez ponad dwie godziny to spore wyzwanie dla naszych obolałych kości ogonowych, wiekowych kręgosłupów, drętwiejących nóg czy złaknionych powietrza astmatyków. Dlatego doświadczywszy zjawiska Piwnicy kolejne wystąpienia oglądam bądź to w Teatrze Słowackiego (jubileusze) bądź na występach gościnnych w Filharmonii Bałtyckiej. Ostatnio miałyśmy okazję po raz kolejny wraz z moją przyjaciółką Magdą doświadczyć tego niezwykłego katharsis w zeszłym miesiącu, kiedy to Piwnica wystąpiła ze swymi najlepszymi utworami w Gdańsku. Choć w przypadku Piwnicy trudno mówić o utworach słabszych. Niezmiernie nas cieszy fakt, iż do Piwnicy przybywają nowi, młodzi artyści. Będzie komu przejąć pałeczkę i poprowadzić Piwnicę dalej prze kolejne lata.

Londyn Temple Church
Swoją drogą widuję wielu blogerów, którzy bądź to zaprzestali prowadzenia blogów, bądź robią to sporadycznie, a którzy dość aktywnie udzielają się na f-b (jak choćby nieodżałowana Ada z krakowskiego bloga. Nieodżałowana – dlatego, iż nie mogę odżałować, iż zaprzestała prowadzenia bloga, Każdy wpis to było małe dzieło sztuki)

Ale wracając do procesu kopiowani - przypadkiem trafiłam na pierwszy komentarz Alicji. Alicji, czyli ardioli, którą poznałam osobiście w czerwcu podczas wycieczki do Wrocławia. A kilka dni temu Alicja odwiedziła mnie w Gdańsku. I znowuż koincydencja. Tym pierwszym skomentowanym postem był post o polskiej tradycji spędzania Świąt Bożego Narodzenia (musi być rodzinnie, przy suto zastawionym stole, z telewizją w tle, politycznymi dyskusjami i skłóconą rodziną, udajemy że się kochamy, kiedy tak naprawdę niemal każdy marzy, aby znaleźć się w tym czasie w zupełnie innym miejscu). I tym razem nasza rozmowa zahaczyła o temat rodzinnego spędzania świąt. Nic w tym dziwnego, wszak zbliża się czas świętowania. I choć nasze rodziny nie są ani patologiczne, ani skłócone to chyba każda z nas wolałaby ten czas spędzić inaczej, po swojemu.

Trafiłam na wpisy z serii Hugo na dobry początek tygodnia. Nowszych czytelników informuję, iż mam fioła na punkcie prozy Wiktora Hugo. Jeszcze do niedawna myślałam, iż jest to czas przeszły dokonany, iż proza Hugo jako nieprzystawalna do współczesności musiała się zestarzeć i „zramoleć” nawet w moich oczach, uszach i sercu. I wtedy sięgnęłam po audiobooka Nędznicy. Wysłuchałam w przeciągu kilku dni powieści o ponad tysiąc sześciuset stronach. Wprost nie mogłam się oderwać od słuchania, choć przecież doskonale znałam fabułę, a nawet niektóre cytaty, którymi raczyłam czytelników bloga, chyba do znudzenia. Spłakałam się okrutnie (może to efekt nadchodzącej, czy też posuwającej się wielkimi krokami starości) i doszłam do wniosku, że ten Hugo jednak umiał pisać, a choć czasy się zmieniły, okoliczności mamy inne, styl pisania także to jednak zachowania ludzkie i pewne zjawiska są nadal niezmienne. 

Kaplica Rosslyn w Szkocji
Przypomniałam też sobie blogerkę - trolla, która pod różnymi nickami występowała w blogosferze zamieszczając obraźliwe komentarze u osób, których poglądy jej nie odpowiadały. Pisywała też pochlebne komentarze sama u siebie. Nie wiem, czy teraz można to zweryfikować, pewnie jacyś bardziej doświadczeni blogerzy potrafią, w każdym razie wówczas było widać, iż osoba o kilku nickach jest jedną i tą samą osobą. Kiedy owa blogerka zaczęła obrażać inną osobę zamieszczającą u mnie komentarze wprowadziłam funkcję moderowania- czyli zatwierdzania komentarzy. A osobniczka usunęła wówczas wszystkie komentarze wcześniej u mnie zamieszczone. 

Jakże często trafiam na wpisy, iż po przeczytaniu któregoś z pisarzy zaraz sięgnę po kolejną jego książkę, a potem nie sięgam po żadną, bo coś innego wpada mi w ręce. Życie. Obietnice złożone samemu sobie nie zawsze bywają skuteczne. Może trzeba je składać innym. Swego czasu, kiedy przełożona oceniając moją pracę obniżyła mi ocenę za to, że pracuję po godzinach, co oznacza, iż nie potrafię zorganizować sobie pracy - obiecałam jej, iż nigdy więcej po godzinach nie będę pracować i słowa dotrzymałam. Z czego o dziwo, wcale nie była zadowolona. I jak tu ludziom dogodzić.

Zdarzył mi się też zabawny komentarz pod wpisem o biografii Dantego, w którym nieznany komentator zaklinał mnie, aby nie kupowała kolejnej powieści Dana Browna Inferno, a zamiast tego kupiła Wieczory florenckie pana Juliana Klaczko. Bo podobno jestem inteligentną osobą. No chyba się bloger pomylił, bowiem swego czasu zaczytywałam się w powieściach Dana Browna i choć właśnie na Infernie moja fascynacja autorem się zakończyła, to jednak zawdzięczam pisarzowi wiele pięknych podróży śladami jego bohatera po Rzymie, Paryżu, Londynie i Rosslyn. Nie mniej potraktowałam komentatora chyba trochę niesprawiedliwie, jak kogoś w rodzaju moherowego beretu, a tymczasem Wieczory florenckie pana Klaczki mogą być całkiem pouczającą lekturą. Aż mnie korci, aby po nie sięgnąć.  

Takie reminiscencje mnie naszły podczas kopiowania bloga. Wiele jeszcze pracy przede mną, bo nadal tkwię w roku 2013. Zatem być może pojawią się kolejne za jakiś czas wspomnienia.

Poza ostatnim zdjęciem nawiązującym do tytułu poleconej mi lektury pozostałe są ilustracją moich podróży śladami bohatera Dana Browna.

Jeden z wieczorów florenckich na Piazza Signoria
Dopisane po przeczytaniu wpisu u Małgosi Sztuka w papilotach.

Tak sobie pomyślałam, że choć piszę o sobie poprzez opisywanie tego, co mnie interesuje, to nie piszę o każdej swojej aktywności, każdym koncercie, wystawie, książce, podróży, o wykładach to już chyba wcale. Nie wspominam o rodzinie czy znajomych (no sporadycznie i trochę mimochodem). Nie czuję takiej potrzeby. Nie muszę się dzielić wszystkim, w czym uczestniczę. Nie robię tego, dla zaznaczenia ilości, a raczej utrwalenia jakości. Co też nie oznacza, iż te nieopisane aktywności są gorsze, czy mniej ważne. Jest to sztuka wyboru i potrzeba chwili. Bardzo rzadko zamieszczam tu moje zdjęcia. Nie mam nic przeciwko temu, że inni to robią, na pewno ciekawie jest zobaczyć, jak wygląda ktoś kogo znamy wirtualnie, ale nie jest to dla mnie niezbędne do wymiany myśli. Nie pisuję też recenzji (w zasadzie te moje wrażenia z lektur trudno nazwać recenzją) książek moich znajomych, przyjaciół, rodziny. To zapewne nieprofesjonalne, ale obawiam się bądź to braku obiektywizmu, bądź sprawienia komuś przykrości.